Opublikowane o 13:00, 20 maja 2009
autor: Iron

Komentarze: 52

HIMYM
Dzisiejszy wpis popełnił znany serialomaniak, Marcin Łuczak. Zapraszamy do lektury.

Wybierając serial do obejrzenia, kieruję się zazwyczaj opiniami – gatunek czy obsada to już cechy zazwyczaj drugorzędne. Jest jednak jeden gatunek, który najpierw wybieram i dopiero wtedy sprawdzam jakie tytuły go reprezentują. Ten gatunek to sitcom, a mój obecny faworyt (i sądząc po komentarzach pod tym wpisem, nie tylko mój) to „How I Met Your Mother” („Jak poznałem waszą matkę”).

W sitcomie dobre jest to, że nie zawiera strasznie skomplikowanej fabuły, przy której opuszczenie jednego odcinka sprawia, że wątki stają się niezrozumiałe. Można go bez problemu i większego zaangażowania obejrzeć do obiadu lub na szybko przed snem. Humor, który w nim króluje, to zazwyczaj żarty słowno-sytuacyjne, gdzie każda postać sypie tekstami na lewo i prawo oraz z zadziwiającą zaciętością pakuje się w dziwne sytuacje. Tak też jest i w „HIMYM”. Opisując serial, można w zasadzie napisać to samo co o „Przyjaciołach” – tutaj także mamy grupkę znajomych, mieszkających w Nowym Jorku, którzy wolny czas przesiadują w ulubionym barze, na swojej ulubionej miejscówce. Głównym bohaterem jest młody architekt, Ted, który ciężko przeżywa fakt, że nie może dla siebie znaleźć kandydatki na żonę. Mieszka wraz z przyjaciółmi ze studiów – Marshallem, studentem prawa, oraz jego dziewczyną Lilly, która jest przedszkolanką. Całość ekipy uzupełnia Robin, młoda dziennikarka z Kanady i nieuleczalny, dobrze ustawiony uwodziciel, Barney.

HIMYM

Oczywiście, przyrównanie „How I Met Your Mother” do „Przyjaciół” to duże uproszczenie, ale przynajmniej pozwala wyrobić sobie ogólne pojęcie o serialu. Niemniej jednak wskazuje to na pewną wtórność, której zresztą zazwyczaj w sitcomach jest dużo. Czym więc ten serial się wyróżnia? Bardzo ciekawym sposobem narracji. Na samym początku pierwszego odcinka widzimy dwójkę dzieci, napis „Rok 2030″, a zza offu rozlega się głos głównego bohatera serialu, czyli Teda. Zaczyna on opowiadać swoim dzieciom historię o tym, jak poznał ich matkę. W tym momencie opowieść przenosi nas do roku 2005, gdzie rozpoczyna się właściwa akcja i gdzie poznajemy bohaterów serialu. Twórcy serialu poszli jednak dalej i rozwinęli jeszcze pomysł retrospekcji. Gdy postacie w swoich rozmowach nawiązują do jakiegoś wydarzenia, to i wtedy pojawia się odpowiednia retrospekcja, czasem nawet tylko kilkusekundowa. Czasem jest to nawet futurospekcja, będąca suplementem do danego wątku. Pozwala to na stworzenie wielu ciekawych zawiązań fabuły, a scenarzyści skwapliwie takie okazje wykorzystują. Co ciekawe, serial nie jest nagrywany z udziałem publiczności, co zostało wymuszone koniecznością kręcenia wspomnianych wcześniej retrospekcji i futurospekcji.

HIMYM

Całkiem trafnie dobrano obsadę. Prym wiedzie Neil Patrick Harris jako Barney. Neila powinniście znać z klasycznego już serialu „Doogie Howser M.D.”, gdzie grał najmłodszego lekarza w Stanach. Mając w pamięci ten serial, myślałem, że trudno będzie mu wyjść z szufladki tej roli, ale okazało się że rola Barney w jego wykonaniu to majstersztyk. Widać, że ma dużo fanów, także wśród czytelników komiksów. Niemniejsze wrażenie zrobił na mnie Jason Segel, czyli filar komediowej ekipy Judda Apatowa. W „HIMYM” wcielił się w Marshalla i, co tu dużo mówić, jest w tym cholernie dobry. Reszta ekipy też daje radę, ale to raczej porządne rzemiosło. Bonusem jest Bob Saget (niewymieniony w creditsach), który jest głosem starego Teda, czyli narratora. Jak na sitcom, zaskakująco mało jest ról gościnnych i do tego nie zawsze są przez widzów mile widziane. Bo o ile występ Jane Seymour i Wayne’a Brady’ego był wisienką na torcie, tak pojawienie się (i to na kilka odcinków) boskiego Enrique i Britney Spears uważam za pomyłkę.

Obecnie kończy się emisja 4 sezonu, dotychczas najsłabszego ze wszystkich, chociaż niektóre ptaszki ćwierkają, że ostatnie odcinki znów przykują większą ilość widzów, poruszając ważne dla serialu wątki. W Polsce serial możemy oglądać na Comedy Central, do czego serdecznie zachęcam. A co dalej? Pewny jest już sezon piąty, ale ostatecznie liczba ta może wzrosnąć nawet do ośmiu. Jeśli tylko serial będzie trzymał swój poziom, to nie mam nic przeciwko.

Komentarze

konradh dnia 20 maja 2009 o 13:29

Mając świadomość, że będą jeszcze cztery sezony, trudno brać poważnie jakąkolwiek babkę, którą spotka Ted, bu.


.C.Z. dnia 20 maja 2009 o 13:39

Kiedyś z nudów szukałem sobie nowego serialu. Chuck mi nie podszedł, więc sięgnąłem po HIMYM i wsiąkłem na dobre. Jestem ortodoksem That 70′s Show, ale HMIYM ma pewne podium, a jeśli kolejne sezony będą tak dobre jak pierwsze 4 to kto wie :-)

W nowym Family Guyu jest dobry gag z HIMYM, ale nie ma go jeszcze na YouTube. Nie mniej 2 lata temu też coś było.


asu dnia 20 maja 2009 o 14:26

bardzo dobry serial
moje kochanie zza oceanu przywiozło ileśtam sezonów
nie lubię tasiemców oglądać
ale przy tym miło czas spędzałem


rysielec dnia 20 maja 2009 o 14:32

Zacząłem to ostatnio oglądać i można to takie miłe, zgrabne, relaksujące jest. :) Sama przyjemność, hej!


Iron aka Zelazny dnia 20 maja 2009 o 14:40

@asu @rysielec – I właśnie dlatego lubię sitcomy – bo przy nich można odpocząć i się zrelaksować.

@konradh – zobaczymy co będzie na końcu sezonu. Bo jak pisałem, coś tam ptaszki ćwierkają :)

@.C.Z. – dla mnie to kolejny klasyk. Dzięki Polsatowi za emisję That 70’s Show. A ten klip z Family Guy jest wyborny :D


qba dnia 20 maja 2009 o 14:44

Posiadanie Comedy Central w połączeniu z sitcomowym potencjałem uzależniającym to jest dramat… zdarzyło mi sie uwalic na kanapę i leżec tak 5h ostatnio…


# 19 – Na szybko « After hours dnia 20 maja 2009 o 15:07

[...] o Konradzie, to dzięki jego uprzejmości dziś na Motywie Drogi pojawił się mój tekst o serialu “How I Met Your Mother”. Niniejszym zapraszam więc do czytania i [...]


memnos dnia 20 maja 2009 o 15:59

Te gościnne teksty to efekt uboczny castingu na czwarte koło u motywozu?


pawelk dnia 20 maja 2009 o 16:17

Nie. To efekt uboczny kreatywności naszych czytelników. :)
Casting toczy się swoim torem…


Soll dnia 20 maja 2009 o 17:36

Całkiem całkiem serial. Fajny pomysł ale ogółem nic specjalnego jednak.


templer dnia 20 maja 2009 o 17:42

Za pierwszym razem totalnie mi nie podszedł „kolejny sitcom dla głupich amerykanów” pomyślałem. Jakiś czas później kilka niezależnych osób jakby się zmówiło i zarekomendowało serial. Postanowiłem mu dać ponownie szanse i wsiąkłem na dobre. Na tyle, że właściwie odstawiłem inne seriale, które oglądałem. Nie przeszkadza mi już nawet śmiech z puszki. Obecnie kończę czwarty sezon i w świetle tego co napisałeś, że mogą być kolejne cztery zastanawiam się czy serial nie stanie się męczący w którymś momencie.

Barney jest zdecydowanie gwiazdą serialu.

SPOILER ALERT

Kojarzycie jak w odcinku z aktorami grającymi jego żonę i dzieciaka skrytykował synka mówiąc „Call me crazy but I think kid actors were way better in the 80′s”? That’s some good auto reference :)


Mroophka dnia 20 maja 2009 o 18:24

miałam okazję obejrzeć parę odcinków w Holandii bez dubbingu (precz z dubbingiem!!! wnoszę oficjalną prośbę o emitowanie dobry filmów i seriali z napisami!) i się zakochałam ;-). Czasami jest tak, że niektóre seriale od razu wciągają (jak właśnie „Przyjaciele”, do których zresztą „HIMYM” jest bardzo często porównywane. Swoją drogą (długa ta dygresja) po „Przyjaciołach” pojawiła się trudna do wypełnienia luka, nie?) Niestety w Polsce nie mam Comedy Central, więc cierpię skrycie ;(


asdf dnia 20 maja 2009 o 20:32

Barney i Marshall sa wspaniali, w przeciwienstwie do Teda i Robin, ktorzy z kolei sa, jak dla mnie, nieslychanie dretwi…
Niemniej jednak, choc nie sa to „przyjaciele” ani „that 70′s show” to oglada sie calkiem-calkiem.

warto ogladac dla min, tekstow i smiechu barneya, ach ach.


r.sienicki dnia 20 maja 2009 o 21:25

Ja uwielbiam ten serial ponad wszystkie inne. Każdy odcinek widziałem po kilka razy i wciaż mam radochę. Po prostu do mnie trafiło :)

@templer – tak, tam nawet w tle leci theme z Doogie Howsera.


zuziako dnia 20 maja 2009 o 22:46

It’ gonna be Lagen… wait for it, and I hope you’re not lactose intolerant because the last word is…Dary!

Barney Stinson, that guy’s awesome.


r.sienicki dnia 20 maja 2009 o 22:53

He is from Awesome Town!


asdf dnia 20 maja 2009 o 22:56

totally.


templer dnia 20 maja 2009 o 23:02

A to tego nie wyłapałem. Zbyt dużo kartek w kalendarzu wyfrunęło od kiedy Doogiego wyświetlali.

also

http://www.barneysvideoresume.com/


r.sienicki dnia 20 maja 2009 o 23:37

Dużo stron w serialu podawanych istnieje naprawdę.
Jak np:
http://www.tedmosbyisajerk.com/


rysielec dnia 20 maja 2009 o 23:46

A ja się zastanawiam mocno na tą klasycznością 70s show. Gdyby zastanowić się nad sposobem budowania postaci w tym serialu to wychodzi straszna zżynka z Przyjaciół.


asdf dnia 20 maja 2009 o 23:49

wydaje mi sie, ze wszystko jest zzynka z przyjaciol, to jest jakis taki klasyczny model budowania sitcomu: x powaznych bohaterow, jedna lub dwie osoby, ktore sluza do rozladowania atmosfery [joey, phoebe, fez, barney] i są jedynie dopelnieniem. odcinek 20 min, jeden watek glowny fabularny i jeden albo dwa poboczne. wg tego schematu zbudowany jest kazdy jeden odcinek friendsow z tą poprawka, że pod koniec chyba kazda postac byla juz pelnowymiarowa.


Iron aka Zelazny dnia 20 maja 2009 o 23:58

@templer – mam takie same obawy co do jakości serialu. W przypadku seriali, pisanie fabuły na siłę to jeden z największych grzechów jakie są popełniane. Mam jednak nadzieję, że aż tak bardzo przedłużać nie będą i zakończą serial godnie.

No i te stronki powieszone w sieci – wiadomo, że to element promocji serialu, ale do mnie takie coś zawsze trafia.

@r.sienicki – do mnie bardziej trafił fragment, gdzie Neil parodiuje siebie jako Doogiego pisząc notkę na blog. Miałem nawet do tego nawiązać, ale z pamięci mi wyleciało i dopiero Konrad po fakcie mi przypomniał o tej scenie. Dla przypomnienia kliku klik

@Mroophka – tą lukę jak dla mnie, wypełnia trochę właśnie HIMYM, ale powiedzmy sobie szczerze – Friends jest poza zasięgiem :)


JAPONfan dnia 21 maja 2009 o 0:00

No shit sherlock.


Iron aka Zelazny dnia 21 maja 2009 o 0:03

@rysielec, @asdf – właśnie w przypadku sitcomów ta wtórność razi mnie o wiele mniej, niż w każdym innym przypadku. Wystarczy, że nawet teoretycznie wtórny serial się wyróżnia jakimś jednym elementem (np. HIMYM retrospekcjami a T70′sS czasem i miejscem akcji) i już patrzę na taki o wiele przychylniej.


r.sienicki dnia 21 maja 2009 o 0:06

t70s sie zniszczyło wraz z seriami. Ostatnio zabrałem sie za 5 sezon to było niezwykle dretwe. I żartami i aktorsko. Głównie postacie stoją i siedza i po kolei wypowiadają swoje kwestie. Ale pierwsze serie – piekna rzecz.

@Iron: Tego nie wyłapałem, bo chyba ogladałem dawno. No i w serialu raczej nie było theme z Doogiego w tle.


Iron aka Zelazny dnia 21 maja 2009 o 0:14

Spierać się nie będę, bo widziałem tylko to co było na Polsacie a tam za dużo nie pokazali.

W HIMYM było – wyżej jest link do sceny. Ale nie pamiętam już z którego to odcinka. Chyba, że masz coś innego na myśli.


asdf dnia 21 maja 2009 o 0:14

@Iron- nie nie, ja nie mowie, ze mnie rażą :D wręcz przeciwnie, chodzi mi o to, ze taki jest schemat i na to sie juz nie poradzi, prawdopodobnie w ten sposob beda robione wszystkie sitcomy po wsze czasy.
@r. sienicki – oj, zgadzam sie. czasem jakis przeblysk ale poza tym to brr.


rysielec dnia 21 maja 2009 o 0:55

No ale kaman, tak nie musi być, że wszystko oparte jest na Friendsach. Nie sięgając ultra daleko – Miodowe lata są oparte na klasycznej relacji Flip & Flipa np. Scrubs też nie wbiegało w ten friednsowy schemat, tam wszyscy bohaterowie byli poważni i dziwni jednocześnie (może oprócz Janitora, ale i on miał swoje odcinki)

Co do 70s show i Friendsów, mi nie chodzi o ogólny schemat budowania sitcomów (poważne postacie i parę głupiutkich), tylko o cechy danych postaci. Kelso tak jak Joe to debil-kobieciarz, Jackie jest rozpuszczona na poziomie Rachel, Donna to opiekunka grupy jak Monica, Fez to połączenie dziwnych treści Phoebe z Joe’iem, Hyde bawi się w inteligencika i dziwaka jak Chandler, Forman to nerd niczym Ross


qba dnia 21 maja 2009 o 13:07

no, no! zaraz tam nerda robicie z Rossa. A może to geek :lol: a może i za nerda by się nie obraził?


.C.Z. dnia 21 maja 2009 o 13:26

Rysielec, trochę przesada z tymi zbieżnościami Friendsów z 70′s show. Na podobnej zasadzie można by powiedzieć, że Barney jest połączeniem Joe’a bo kobieciarz i Hyde’a ,bo odwołuje się często do wyższych wartości (teorie spiskowe / „bro code” )
W 70′s show postaci były mało oryginalne bo miały odzwierciedlać schematy o nastolatkach z przedmieścia. Zawsze znajdzie się przystojny idiota, dziewczyna z syndromem księżniczki, typ buntownika etc. Osadzenie tego w latach 70 świetnie sprzedało pierwsze 2 sezony serialu, bo amerykanów wzięła nostalgia i moda na retro (w którą serial się wpasował idealnie). Późniejsze sezony toczyły się już dzięki postaciom i fabule. Jak Bele napisał – jakość spadła gdzieś koło 5,6 sezonu. Część obsady się wykruszyła, atmosfera na planie była mniej luźna, więcej spięć między aktorami (co wyraźnie było widać też na planie – zniknęła spontaniczność, improwizowanie kwestii). Oglądało się to tylko z chęci dotrwania do końca, a twórców trzymały kontrakty i pieniądze. Miłym akcentem za to był ostatni odcinek, w którym wszyscy spotykają się i gdzieś na chwile wraca atmosfera pierwszych serii. Nawet scena z jaraniem przy okrągłym stole jest w pełni nawiązaniem do pierwsze odcinka.

Wracając jeszcze na chwilę do samych postaci. Warto zauważyć ,że chyba w żadnym serialu komediowym nie było tak wielu ważnych postaci. Tu z odcinka na odcinek zmienia się podział na role pierwszo i drugoplanowe. W Przyjaciołach i w HIMYM jest tych postaci 5, a ewentualne dodatki to rzadki ewenement. W 70 mamy 6 postaci nastolatków, rodziców Formana (i Red i Kitty są świetni i nie można nazwać ich postaciami drugiego planu), rodziców Donny (tu już drugi plan, ale nadal to stały element), jest też Leo którego raz jest więcej, raz mniej, ale to tak świetna postać, że czasem jednym gagiem może pociągnąć cały odcinek. Takiego zabiegu nie uświadczyłem w innym sitcomie.


EarlHickey dnia 21 maja 2009 o 14:45

MY NAME IS EARL!


konradh dnia 21 maja 2009 o 18:28

Bele: w serialu, w scenie nawiązującej do Doogie Hausera, leci muzyczka. Fragment z YT jest dokładnym fragmentem.


koka dnia 21 maja 2009 o 19:04

My name is Earl also!


Iron aka Zelazny dnia 21 maja 2009 o 21:40

No właśnie, z Rossa to żaden Nerd :D

@.C.Z. – dokładnie, to głównie czas akcji był głównym motorem i zaletą Różowych, ale obsada była dobrana idealnie, szczególnie Red.

Przy okazji T70′sS, Laura Prepon, która grała Donnę, pojawia się gościnnie w 4 sezonie HIMYM :)


Randy Hickey dnia 22 maja 2009 o 8:54

And my name iz Earl az well


r.sienicki dnia 22 maja 2009 o 9:24

@kmh – racja, sprawdziłem i faktycznie jest muzyczka. Wcześniej jak to oglądałem to mi jakoś umknęło.
My name is Earl to spoko serial (ale widziałem tylko dwa sezony pierwsze) i jak słyszę, że anulowali i zakończyli serial ucinając w połowie to mnie szlag strzela.
Myślę, że tv jeśli już anuluje serial mający całkiem sporą widownię (bo jednak przez 4 sezony się utrzymała) to powinna dać serialowi porządne zakończenie.
Nie sądzicie, że gdyby anulowane seriale dostawały 2 godzinne specjalne tv filmy, aby zamknąć wątki i zakończyć porządnie serial to świat byłby piękniejszy?
To w sumie idzie na przykładzie Firefly, które anulowano po 1 serii, a potem zrobiono „Serenity” – która jest zakończeniem serialu.
That’s what I call – good job.


konradh dnia 22 maja 2009 o 9:28

Najgorszym tego rodzaju przypadkiem jest „Jericho”, którego drugi sezon powinien być właśnie dwugodzinnym filmem, a uparli się zrobić 6 odcinków chyba.


r.sienicki dnia 22 maja 2009 o 9:30

Nie widziałem całości „Jericho”, bo mnie stracili przy radosnym grupowym zbieraniu kukurydzy.
Ale drugi sezon chyba kończy serial? Bo nie zrobili już chyba cliffhangera żadnego, co?


konradh dnia 22 maja 2009 o 9:32

Wyobraź sobie, że nagle w dwóch ostatnich odcinkach postanowili streścić odcinków osiem. Szli tak szybko, że nawet sceny pourywali w połowie. Absolutna kupa.


r.sienicki dnia 22 maja 2009 o 9:37

A na przykładzie „Chucka” – sezon 2 kończy się w momencie kiedy twój wewnętrzny geek zaczyna piszczeć „OBOY!OBOY!OBOY!” i dostajemy urwanie i napis „to be continued”. To by było srogo wkurwiające, gdyby serial nie dostał jednak tego 3 sezonu. W tym miejscu aż się prosiłoby o takie specjal w którym by wszystko wytłumaczyli i doprowadzili do końca.
Gdyby urwano „Lost” np na tym 5 sezonie to ludzie by zaczeli zabijać chyba.
„5 cholernych lat czekałem, aby dowiedzieć się o co chodzi z tą pieprzoną wyspą i co? FFFFUUUUUUUUU!”


EarlHickey :( dnia 22 maja 2009 o 10:02

@ r.sienicki: „My name is Earl to spoko serial (ale widziałem tylko dwa sezony pierwsze) i jak słyszę, że anulowali i zakończyli serial ucinając w połowie to mnie szlag strzela”.

oszzzz Tyyy… w mordę jeża… dzięki koleś… Spojler!


EarlHickey dnia 22 maja 2009 o 10:09

Ale kafelki nie są takie złe }:-)


Iron aka Zelazny dnia 22 maja 2009 o 10:19

@r.sienicki – zdecydowanie powinni tak robić, krew mnie zalewa jak seriale dostają cancela w trakcie. Dobrze, że przynajmniej jakiś czas po rezygnacji z Day Break można było obejrzeć dokończenie sezonu. Teraz to jest trend, by do zakończonych seriali kręcić filmy telewizyjne, by po prostu coś jeszcze z tytułu wycisnąć vide Prison Break, BSG czy Stargate SG-1.

Chuck po dwóch pierwszych odcinkach mnie nie zachwycił. Warto dać mu jeszcze szansę?

@konradh – podwójny cancel dla Jericho boli bardzo, bo to jeden z lepszych seriali jakie oglądałem ostatnio. I moim zdaniem nie było tak źle pod koniec 2 sezonu. Trzeba też brać poprawkę, że tylko na te 7 odcinków dostali zgodę i musieli to jakoś pościskać.

Jeszcze niedawno były plany zrobienia filmu kinowego (lub telewizyjnego, nie pamiętam), który by trochę wyjaśnił, ale chyba nic z tego nie wyszło. Za to na jesieni mają pojawić się komiksy kontynuujące wątki z drugiego sezonu.


Jaszczu dnia 22 maja 2009 o 11:16

Bele, ale po 5 sezonie lostów już wiadomo o co chodzi z tą pieprzoną wyspą. Nie wszystko, ale prawie:)


JAPONfan dnia 22 maja 2009 o 13:25

Carnivale by wytłumaczyli.


Iron aka Zelazny dnia 22 maja 2009 o 13:30

Trochę by było ciężko bo serial miał mieć chyba 5 albo 6 sezonów.


JAPONfan dnia 22 maja 2009 o 14:04

Miał mieć 7 plus dwa filmy. Plus planowali miniseriale.

Ale książkę by chociaż napisali.


r.sienicki dnia 23 maja 2009 o 7:34

@Jaszczu – wiem, ze wyjaśnili, ale tak czysto przykładowo mówię. :)


artmac dnia 23 maja 2009 o 21:18

@Jaszczu @Bele i o co chodzi z wyspą w Loście? Bo moja anielska cierpliwość się skończyła na 4 sezonie.


Jaszczu dnia 23 maja 2009 o 21:42

Nie no, Maciek, nie odpierdalaj. Obejrzyj piąty sezon, bo jest on, proszę ja Ciebie, dużo lepszy niż czwarty. I od pyty się w nim wyjaśnia. Serio. Nie wszystko, ale sporo. Nie wiadomo, na ten przykład, czym jest ten wesoły czarny dym, co potrafi się złożyć w łapę i załatwić wielkiego czarnucha. Ale o samej wyspie sporo już wiadomo. No nie jest już ona, ni chujaszka, tak tajemnicza jak na początku.


artmac dnia 23 maja 2009 o 23:17

Nie no, Jaszcz. Ja tej serii dawałem wiele szans, uwierz mi. Naprawdę wiele. Wybaczyłem jej sporo, choć zdawałem sobie sprawę, że zanurza się w błocie bezsensownego gówna. I w końcu stwierdziłem, że nie będę oglądał serialu, który mi się totalnie przestał podobać z jakiejś dziwnej chęci wyjaśnienia zagadek, które już są chyba niewjaśnialne (niewyjaśnianialne?), bo autorzy sami się w nich pogubili. Także wiesz, trochę mi się nie widzi oglądanie całego sezonu, bo w jednym odcinku Locke mówi, że wyspa jest piekłem/niebem/czyśćcem/chujwieczym. Oczywiście no offence, c’nie.


Jaszczu dnia 23 maja 2009 o 23:32

Jak chcesz. Szósty ma być ostatni:)


Napisz komentarz
Imię:
Email:
Adres strony:
Komentarze: