Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

Powrót do Star Trek


film · komentarzy 27

Spock, czy też Zbok jak chciał głos z końca sali

„Star Trek”, ostateczna granica. To właśnie ta czterdziestoletnia seria wyznacza pewien stopień nerdozy, zza którego nie ma już powrotu. Zawsze nieco w cieniu „Gwiezdnych Wojen”, zawsze trochę onieśmielając ilością serii, podserii i nadserii. Czy obecna aktualnie w kinach odświeżona wersja klasyka jest dobrą okazją do zanurzenia się w ten dziwny świat kosmonautów w obcisłych kostiumach?

Wydaje mi się, że w przypadku pisania o tego rodzaju filmach, zawsze na początku trzeba przedstawić swój stosunek do poprzednich wcieleń serii. Ja sam nie za bardzo już pamiętam stare pełnometrażowe filmy i pierwsze sezony serialu, a w podstawówce uwielbiałem „The Next Generation” z kapitanem Picardem. Z tego też względu nie mam zbyt nabożnego stosunku do kapitana Kirka, Spocka i całej reszty, na dodatek nie znam zbyt wielu oryginalnych wątków, aby móc stwierdzić, czy najnowszy „Star Trek” jest herezją. Dzięki temu, a może i przez to, na filmie bawiłem się bardzo dobrze.

Jak zrozumiałem, film jest, jak to się mówi w komiksowym żargonie, „Ultimate Star Trekiem” – biografie znanych bohaterów zostały napisane od nowa, aby były bardziej strawne dla widza z XXI wieku. Mi, jako ignorantowi w prawach serii, wystarczyłoby od nowa opowiedzieć wszystko jeszcze raz, jednakże scenarzyści postanowili zaszaleć i znaleźć wytłumaczenie dla fabuły filmu. Otóż, sięgnęli po zakazany owoc, wyklęty Graal zamknięty w łonie pramatki wszystkich scenarzystów – załamanie czasoprzestrzeni i alternatywną rzeczywistość. Teoretycznie więc rzecz biorąc, nie oglądamy na nowo opisanych losów załogi USS Enterprise, tylko przygody ich młodszych wersji w alternatywnym wymiarze. Strasznie nie lubię zabaw z paradoksem czasowym, naprawdę jedynym filmem, któremu to uchodzi jest „Powrót do przeszłości”, ale „Star Trek” J.J. Abramsa mruga do nas okiem, a my uśmiechamy się błogo i nie zwracamy uwagi na idiotyzmy, a jest ich kilka.

U.S.S Kelvin zmierza ku swojemu przeznaczeniu

Nie znam zbyt dobrze startrekowych produkcji z drugiej połowy lat 90, ale obraz serii jaki zawsze miałem zapisany w pamięci był taki, że zawsze brakowało mi w niej kosmicznej epickości. Statki to były jakieś dziwne spodki, szalupy pudełka po butach – przy „Gwiezdnych Wojnach” i kosmicznych bitwach przepełnionych rykiem myśliwców TIE, „ST” nigdy nie robił specjalnego wrażenia. Był bardziej kameralny i skoncentrowany na problemach załogi. W najnowszym filmie bitwy kosmiczne wreszcie są epickie, efektowne i wygenerowane z odpowiednim rozmachem.

Lubiłem tę nieśpieszną atmosferę seriali, różne dziwne przygody na dziwnych planetach. Dwugodzinny film siłą rzeczy musi z tego zrezygnować na rzecz nieprzerwanej akcji. Bohaterowie ciągle gdzieś biegną, skaczą, strzelają i ogląda się to bardzo fajnie, choć nie wiem, czy to nadal jest „Star Trek”. Oczywiście w filmie zawarto wiele cytatów z oryginału, które nawet ja wyłapałem, ale chyba jednak wolę seriale niż taką galopadę. Przez brak przyzwyczajenia do obsady z lat 60 nie czułem się specjalnie zbrukany ich następcami i myślę, że to bardzo zgrabny ruch ze strony ludzi odpowiedzialnych za casting, że do filmu zatrudnili w większości mało opatrzonych aktorów. Dzięki temu kolejne pokolenie dostało swojego własnego „Star Treka” do którego może się przywiązać.

załoga

Jak tak patrzę na dotychczasowy dorobek J.J. Abramsa, bez względu na to, czy producenta, scenarzysty lub reżysera, to większość jego rzeczy, z którymi miałem styczność, podoba mi się: „Mission Impossible 3”, „Projekt: Monster”, wreszcie fenomenalni „Zagubieni”. Podobnie jest i w tym przypadku. „Star Trek” to kawał porządnego, niezobowiązującego widowiska, pełnego wartkiej akcji i niezbyt wymuszonych żartów. Ba, potrafi nawet momentami tak złapać za serce, że miałem łzy w oczach. Tak, ja, „Star Trek” i łzy w oczach. Nerdoza. W filmie trafiło się również jedno z lepszych pożegnań miłosnych od czasów „wiem” Hana Solo.

Zazwyczaj, gdy słyszę, że Hollywood odgrzebuje serię sprzed lat zżymam się, że skończyły im się pomysły i chcą zarobić na nostalgii. Ze „Star Trekiem” sytuacja jest o tyle inna, że marka jest nieprzerwanie rozmieniania na drobne od lat i pod różnymi postaciami. I tak jak powrót po latach „Gwiezdnych Wojen” wywołał mieszane uczucia, tak „zero” zdaje się być ożywczym duchem tchniętym w stary, obcisły kombinezon. O tym, czy moja ocena jest słuszna przekonam się już w 2011 roku, kiedy to do kin wejdzie następny film. A potem następny, następny i następny. Bo chyba jedno jest pewne – w „Star Treku” nie ma ostatecznej granicy, za którą nie są w stanie sięgnąć wytwórnie.

komentarzy 27

  • Film podobał mi się BARDZO! bawiłem się na nim jak dziecko, śmiałem się, płakałem ;) przezywałem dramaty wraz z bohaterami ;) JJA zrobił kawał znakomitego, wciągajacego obrazu, do którego mam ochotę nie raz powrócić! Swietnie wyważył epickość, akcję, dramat, humor i gadżeciarstwo. Warto się wybrać na ten film z drugą połówką, zabawa przednia.

  • Obejrzałem i podobał mi się jak mało który mainstreamowy film ostatnio.
    Dobre wyważenie akcji i zagłębiania się w universum Star-Treka nie pozostawiało człowieka z pytaniem „o co chodzi”, a znawcom dawało poczucie wykrywania nawiązań w odpowiednich momentach.

    Co do obsady starej to Starego Spocka grał właśnie „Stary” Spock. Fajny tribute.

    Dość odpowiednio dobrana dawka humoru, która uderzał kiedy trzeba. Mnie rozwalał „Łiktor, Łiktor” :D

    Za najważniejszy przełom uważam pojawienie się „prawdziwych” istot niehumanoidalnych. Bo jakoś zawsze te obce ludy to wyglądają jak człowiek w masce. Tutaj jest fajny stworek mechanik i pojawia się kilku alienowatych kadetow. Za to duże brawa.

    Co ciekawe w kinie było bardzo mało widzów, w drugi dzień po premierze było nas na sali może 10 osób. Jak się okazało po wejściu na salę, prawie sami znajomi, fanowie wszelkiego SF. No ale u nas startrek to nigdy nie był obraz tak kultowy jak za oceanem. Za późno wszedłu nas do telewizji chyba po prostu. Ja wychowałem się już na Żan Luku Pikardzie a nie na seriach z Szatnerem.

    Moim zdaniem film wart polecenia. Dobrze zrobiony, lekki i ma w sobie to coś.

  • Jak dla mnie mogliby wypuścić serial Star Trek w nowej wersji, utrzymanej w takich klimatach. To byłby hicior.

  • Ja byłem w kinie w niedziele o godz. 14.40, w warszawskich Tarasach Zła, w największej chyba sali we wszechświecie i też nie było jakiś dużych tłumów. Chyba to tak właśnie jest, że w Polsce seria jest przykurzona. Sam z dużą chęcią pooglądałbym sobie NG :)

  • Jesli nowy film się dobrze sprzeda, serial kręcić będą. Niestety z inną obsadą, reżyserem etc. i nawet nie wiadomo, czy będzie miał coś wspólnego z fabułą obecnego filmu. Czas pokaże jednakowoż.

  • mi tam srednio wlazlo. ale tragedi nie ma. ale ja nigdy nie lubilem i wkurzaly mnie te ich mundurki

    uwaga bo
    i kretynizmy byly mega kretynskie…
    cala planeta (wolkan,ziemia) nie mogly wyslac jednego stateczka co by rozwalil to wiertlo?

    wiem ze sie czepiam ale naprawde mozna to bylo lepiej rozegrac…

  • To wiertło zakłócało łączność, więc o jego istnieniu wiedzieli tylko naoczoni świadkowie ;)

  • ekhem… statki lataja z hiperpredkoscia a maja tylko jeden rodzaj lacznosci?
    nie mogli sobie kurde telegramu wyslac?

    wielkie wiertlo rozwala nasza planete!
    stop
    zaraz wszyscy umrzemy
    stop

    no nie kupuje tego poprostu…

  • Skoro zakłócali nadawanie, to debilizmem byłoby aby robili to tylko na jednej częstotliwości, tym bardziej, że byli znacznie bardziej rozwinięci technologicznie.

  • No wiadomo, byli z przyszłości!:)

    Mots: naprawdę, jeżeli zaczniesz raz wnikać w szczegóły tego filmu, to już z tej matni nie wyjdziesz i nigdy nie będziesz zadowolony:)

  • Byłem już w piątek i o dziwo we wspomnianych złych tarasach. Strasznie tam w Warszawie drogo macie… :/ Film mi się bardzo podobał. Dostałem co chciałem :] A, że aktorzy mało znani- czy ja wiem? Na początku panienka z House’a, przez cały film widać Sylara, a gdzieś w połowie pojawia się koleś z „Hot Fuzz”. Całkiem znajome towarzystwo. A scena, w której młody Kirk pędzi Corvetą przy dźwiękach „Sabotage” świetna.

  • no niestety – 27 ziko za bilet bez ulgi to niezła przeginka :/

  • Ja zahaczyłem o ZT tylko dlatego, że Bele utrzymywał, że innego seansu w mieście nie ma i tam jest mu najwygodniej :)

    19 zeta za bilet boli

    PKP: mimo wszystko, aktorzy serialowi to co innego niż Pitt, Jolie czy Le Beuf, czy jak to się tam go piszę.

  • A w Toruniu w ogóle nie grają( albo już grali i zeszło, wczoraj chciałem się przejść). Mogę za to wciąż obejrzeć „Popiełuszkę” i „Kochaj i Tańcz”. A obejrzeć chcę bardzo.

  • No, do mojego miasta pewnie dotrze, jak już wszyscy zapomną. Ale pójdę: mamy w kinie nowy projektor, nowy ekran i nowe nagłośnienie: aż się prosi o dobre s-f.

    “ST” nigdy nie robił specjalnego wrażenia. Był bardziej kameralny i skoncentrowany na problemach załogi.

    Bo Star Trek przy Gwiezdnych Wojnach to coś jak Hercules Poirot przy Brudnym Harrym. Przyznam, że mnie się to podobało.

    Zaczynałem znajomość z ST od The New Generation, jak większość w Polsce. Oryginalny serial sobie pomału oglądam, strasznie trąci myszką. Zwłaszcza kuse spodnie od kombinezonu (nad kostkę :P) i kozaczki na obcasach. Ale uwielbiam Spockowe podejście do problemów świata.

  • Byłem, zobaczyłem, dobrze się bawiłem :)

    Miałem mocne obawy, że spieprzą i wyjdzie kolejna nudnawa opowiastka (choć trailery były całkiem zachęcające)… a tu proszę. Nie dość, że „nie-fan” może się dobrze bawić, to aż chce się czekać na kolejne części. Good work J.J. Abrams

  • JAPONfan

    Nic nie dorównuje seksownosci kosmitkom z pierwszego ST. NIC!

    Ale DUDE! zabawy z czasem w ST to normalka. Oni sa jak Supermen, chyba z dwa razy cofali sie okrazajac słońce. Spock tez umarł a potem zmartwychwstał.

    Kirk :P bo potrafi dac w morde.

  • @ kmh: Ja nic takiego nie utrzymywałem. Biletami zajmował się makowiec, a on ma problem ze sprawdzaniem innych kin w mieście. Najwyraźniej umie wchodzic tylko na jedną stronę.
    Ale i tak – STAR TREK w naszym kraju wyświetla jedynie Multikino i Helios.

    Tak, w tych kinówkach które ogladałem to 80% polegało na cofaniu się w czasie.

  • Makowiec milczy, więc raczej przyznaje się do winy.

  • Właśnie nie kapuję, czemu takie Cinema-City nie wyświetla ST. Miałbym dwa razy bliżej i jakieś pięć razy wygodniej.

  • Pewnie zarząd Cinema-City po prostu zapomniał o tobie. Myśleli, że nie będziesz chciał przyjśc na ten film.
    ST nie jest w Polsce takim kultem objęte i pewnie obawiano się niskiego wyniku, stąd wprowadzenie w niewielu kopiach. Nie wiem jakie jeszcze czynniki wpłynęły na tę decyzję. Może Kamil Śmiałkowski będzie wiedział więcej. On się w tamtym dystrybutorskim środowisku obraca.

  • Jeszcze o łzach i Star Treku: klik klik

  • Świetne, prawdziwe… życie.

  • @konradh – Swietny tekst. My takich wspomnień jako il Polacco nie mamy, u nas można było popłakać przy Czerech Pancernych, albo Pograniczu w Ogniu.

    Fakt, że są w ST momenty które ruszają. Ja to tylko nigdy nie wiem czy to prawdziwe emocje czy takie które zaprojektowane przez speców od scenariuszy i PR.

    Ha! i jeszcze jedno. Trafił się w ST wyraźny product placement NOKII, nie wiem czemu ale mnie to razi jakoś. Jak Converse w I Robot itp

  • Ano, ten komunikator Nokii był zgrzytem, z drugiej strony, gdyby go nie było, toby nie było też żartu „o popatrzcie, w przyszłości mają też nasze marki”. Jeden PP (no dwa, razem z samochodem), na cały hollywoodzki film można chyba wybaczyć :)

  • Ale tym samochodem był klasyczny Chevrolet Corvette (bodajże drugiej generacji). Czy w przypadku kultowych (w dodatku już nieprodukowanych) produktów można jeszcze mówić o pp? Niekiedy samochody są dodatkowym smaczkiem; ba, symbolem filmu- jak Mustang w „Bullicie”, czy Ferrari w „Magnum”.

  • Wiadomo, że przygotować działająca atrapę samochodu jest trudniej niż atrapę telefonu, ale tak czy siak, ta „kultowość” też ma potem jakieś przełożenie na wyniki sprzedaży :)

Dodaj komentarz