Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

Walc z Baszirem


film · komentarzy 15

Sex Sells

„Walc z Baszirem” można było obejrzeć już zeszłej jesieni podczas Warszawskiego Festiwalu Filmowego. Nie mogłem sobie podarować, że go przegapiłem, potem zaś niecierpliwie czekałem na kwietniową premierę. Przez cały ten czas moje oczekiwania rosły, więc kiedy wyszliśmy wreszcie z Martą z kina po zakończonym seansie, poczułem się nieco rozczarowany.

Film jest w kinach już od miesiąca, więc słowem krótkiego wprowadzenia do tematu dla osób, które jeszcze nie miały okazji go zobaczyć: „Walc z Baszirem” to animowany film dokumentalny, paradokument, opowiadający o konflikcie izraelsko-libańskim z 1982 roku z perspektywy zwyczajnych żołnierzy – jednym z nich był reżyser filmu, Ali Folman. Okazuje się jednak, że zamiast o przebiegu działań wojennych, film zajmuje się raczej kwestią pamięci. Tego, dlaczego o pewnych rzeczach pamiętamy w taki a nie inny sposób, czemu inne wypieramy ze swojej świadomości. To samo w sobie nie jest oczywiście wadą „Walca…”, ale spodziewałem się czegoś innego.

Walc z Baszirem

Być może zbyt dużą wagę przywiązałem do powtarzanego sloganu, jakoby film Folmana był dokumentem. Od filmów dokumentalnych wymagam, aby wprowadziły mnie w poruszany temat i wyjaśniły, o co chodzi i kto jest kim. Tymczasem „Walc…” sprawia wrażenie dzieła kierowanego wyłącznie do Izraelczyków, ludzi, którzy o tych wydarzeniach wiedzą wszystko i nie trzeba im tłumaczyć, kim był Baszir. Wchodząc do kina, o pierwszej wojnie libańskiej nie wiedziałem prawie nic, po wyjściu nie wiedziałem wiele więcej. Główną osią filmu są wspomnienia autora dotyczące masakry dokonanej na palestyńskich uchodźcach przez libańskich chrześcijan, która rozegrała się przy przyzwoleniu izraelskiego wojska. Temat szokujący, poruszający, ale Folman zamiast próbować wytłumaczyć widzowi, o co chodziło, bo to i tak było w Izraelu wałkowane, koncentruje się na wspomnieniach pojedynczych żołnierzy i kwestii tego, kto jest odpowiedzialny. W wywiadzie dla „Polityki” mówi zresztą, że „nie odkrywa niczego szokującego, co mogłoby wstrząsnąć Izraelczykami”. Tylko, że film jest teraz oglądany poza Izraelem. Rzecz może być w jakiś sposób szokująca dla ludzi w Europie, którzy patrzą na konflikt bliskowschodni w kategoriach czerni i bieli, ale nie wiem, czy akurat do nich był kierowany.

Jest coś w „Walcu z Baszirem” co sprawia, że cały film mi zgrzyta, coś jest nie tak. Przez pierwszą połowę opisuje różne wojenne wspomnienia, pojedyncze epizody, aby w drugiej skoncentrować się na sprawie samej rzezi, którą w jakiś sposób z pamięci na 20 lat miał wyprzeć autor. Folman rekonstruuje więc swoje wspomnienia, ale europejski widz w zdecydowanej większości wypadków nie ma ramy, na której mógłby umieścić opisywane wydarzenia, aby otrzymać w miarę spójny obraz. To po prostu nie jest film dokumentalny i należy do niego podchodzić z innym nastawieniem. Żyjąc w Polsce, obserwując dokoła ciągłe wałkowanie kwestii pamięci i odpowiedzialności, trudno traktować film Folmana jako głos, który wniósłby coś nowego do tej dyskusji. Że Żydzi też mogą być źli? Wow, to ci niespodzianka.

Walc z Baszirem

Oczywiście nie byłoby całego halo wokół „Walca…”, gdyby nie jego animowana oprawa za którą odpowiedzialni są bliżej nieznani mi izraelscy twórcy komiksów, bracia Asaf i Tomer Hanukowie. Ta jest świetna i znakomicie, w połączeniu z muzyką, ilustruje ulotność i umowność wspomnień, jednocześnie nie pozostawiając wiele niedopowiedzeń. Tym bardziej dziwi, że w końcówce filmu Folman jakby przestał wierzyć w formę swojego filmu, w to, że jest w stanie dotrzeć do widza i postanowił wpleść autentyczne nagrania wideo, na których widać ofiary masakry. To są te same sceny, które chwile wcześniej zostały pokazane za pomocą animacji. To powtórzenie psuje dla mnie cały film. Skoro na końcu trzeba i tak pokazać pokrwawione flaki aby dotrzeć do widza, to po co się bawić w tą całą animację? Dla mnie jest to po prostu traktowanie widza jak głupka, któremu trzeba dokładnie wskazać palcem, co jest złe, bo inaczej nie zauważy.

Ten zabieg był konieczny, aby dotrzeć z przekazem do tych widzów, którzy myślą, że film animowany może być jedynie bajką dla dzieci. I być może akurat tego jednego ich „Walc z Baszirem” nauczy – że o poważnych sprawach można rozmawiać w dowolnie wybrany przez artystę sposób. Ja wiedziałem o tym przed seansem, więc film Folmana nie wywarł na mnie większego wrażenia. Na pewno „Walc…” zapisze się w historii jako „poważny film animowany”, autobiograficzny paradokument, ale chyba nie tak dobry, jakby naprawdę mógłby być.

komentarzy 15

  • Konradzie, niedługo to człowiek nie będzie miał szans czytać wszystkich waszych artykułów, bo strzelacie nimi jak ten walcujący w filmie!

    Mi akurat takie filmy nie przeszkadzają. Powiem więcej, wydaje mi się to bardziej uczciwe, niż wpychanie zbyt wiele literatury do filmu. Jeśli chcemy zbadać dane zjawisko, to mamy dokumenty – gazety, książki, wikipedię od suchej wiedzy. A filmy wstawiają nas w pewną przestrzeń, gdzie łatwiej zobrazować pewne rzeczy, niezależnie, czy dokumentalnie, czy symbolicznie.

    Kilka dni temu oglądałem „Deutschland im Herbst” m. in. Fassbindera, Schlondorffa i Bolla (tego pisarza)- porażającego dokumentu o Niemczech z lat 77-78, kiedy to najłośniej było o RAFie. Z filmu niczego się nie dowiesz o samej organizacji, o tym kim właściwie był zamordowany Schleyer, etc. Ale to sobie po (lub przed) filmem uzupełniłem na wikipedii. I nie wyobrażam sobie tych informacji wplecionych w film. Musiałby albo trwać 6 godzin, albo osłabić siłę obrazu ciągłym gadaniem.

    W Baszirze jedną z najbardziej porażających scen był dla mnie bieg po plaży, kiedy młodzi żołnierze byli wybijani w pień, niczym żółwie przez mewy. Żadne Szeregowce Ryany nie potrafiłyby uchwycić tych emocji w ten sposób.

    Albo wszelkie hiperbolizacje, ta scena z walcem i dziennikarz, którego nie imają się kule. To można tylko przedstawić w komiksie lub filmie animowanym. I dlatego wydaje mi się, że to medium było najidealniejsze na tego typu dokument. Jak „Waking life” było najlepszą formą na dyskusję, jaką zaserwował Linklater.

    Co do tego ostatniego, ze zdjęciami dokumentalnymi. Nie wiem, jak sam bym zrobił. Bo jest to zabieg prymitywny. Ale z drugiej strony zerwanie animowanej kurtyny powoduje, że zmniejsza się dystans. To nie jest jakiś tam konflikt, tylko widz stoi w stosie krwawych ciał, zwłaszcza jak to ogląda w kinie. I nie ważne gdzie te ciała, co to za konflikt. Reżyser wyciąga widza z wygodnego siedzenia i rzuca go między trupy. Mało subtelne. Ale w obrazie „Tratwa Meduzy” Gericault też tak robi (obraz wisi na takiej wysokości, że widz ma głowę na wysokości leżących na tratwie ludzi, jak by był Leonardo Di Caprio trzymający się deski pod koniec Titanica).

  • Daniel, oczywiście, ja po wyjściu z kina też miałem ochotę sprawdzić samemu i poszukać, o co chodziło z tym całym Baszirem. Jeżeli miałbym patrzeć na „Walc” bez zwracania uwagi na te wszystkie hasła o „animowanym dokumencie”, to film o wiele bardziej by mi się podobał. Bo jest dobry, ale nie do końca w ten sposób, jaki pierwotnie zakładałem :)

  • Spierając się o dokumentalność Walca z Bashirem to dużo „kreciej roboty” narobiły media. Film obrósł już swego rodzaj „legendką” nim mieliśmy okazję go zobaczyć. Dużo się o nim pisało, dużo mówiło, chwaliło wielu ekspertów itp. Najlepszy odbiór był zapewne na jesieni na festiwalu bo Walc uderzał wtedy z zaskoczenia, walił po głowie. Powodował dezorientację i przewartościowanie tego co uważamy za film animowany i za film fabularny.
    Dokumentem w czystej telewizyjnej formie nie jest bo nie może być, posługuje się innymi środkami wyrazu nie-adekwatnymi dla filmu dokumentalnego. Swoboda jaką daje animacja aż prosi się o odejście od schematów które znamy, ze film dokumentalny i fabularny oddziela wyraźna linia.

    Co do braku szerszego tła, to niestety nie dało się chyba ująć wszystkiego bo wyszła by papka, artysta postanowił skupić się na jednym elemencie i wyeksploatować do do cna. Tematyka zapośredniczania pamięci i tworzenia własnej wersji historii w przestrzeni umysłu to genialny sposób na niebanalne podejście do tematu.

    Mi się Walc podobał, jeden z najlepszych obrazów które ostatnio widziałem.

  • MR: Właśnie ja bym z chęcią obejrzał „Walc” jako film skupiający się tylko i wyłącznie na wspomnieniach i relacjach żołnierzy dotyczących rzezi. Ale z drugiej strony rozumiem Folmana, że nie chciało mu się robić filmu na przewałkowany już na tysiąc razy w Izraelu temat.

  • Ładna animacja i gigantyczna mokra brunetka. Musze to obejrzeć.

  • Największą wadą filmu to jest to że się momentami przepotwornie ślimaczy. Przy pierwszej wizycie u tego gościa co przeprowadził się do Holandii trzy razy uciekał mi wątek bo znudzenie.

    Dla mnie realne nagrania wideo to imo bardziej taki final blow na tych którzy mimo wszystko uznali film najpierw za artystyczne wynurzenia, a dopiero potem za jakieś tam świadectwo masakry w Sabrze i Shatili. Może prostackie ale i dobitne. Spadają zasłony szyte przez formę, a zostaje dobijająca prawdziwość tego co nie powinno się zdarzyć.

    A odchodząc od sedna to parę unikalnych, fajnych scen też było. Urywki z wojny i muzyka rockowa jak z filmów o Wietnamie albo humor z podobnym do persepolisowego „streszczeniem” (gadka o urlopie i porównanie z ruskimi pod Stalingradem). No i sam walc z Bashirem – genialny.

  • obejrzałem.

    świetna animacja.
    fabuła hm.. troche odniosłem wrażenie że im bardziej ku końcowi tym jej mniej, tylko omawianie historycznego faktu w formie wywiadu. i na koniec traumatyczne obrazy hm, tego się już spodziewałem po prostu

    mnie by bardziej chwyciło, gdyby ten film szerzej zajał się ukazaniem tej mało znanej światu wojny z perspektywy żołnierzy w niej uczestniczacych, tymbardziej że animacje – te czysto wojskowe – są genialne (bardzo mangowe zagrania kamerą i pojazdy, ale to na plus). Skupienie sie od połowy filmu tylko na jednym fakcie – masakry w sabrze i shatili troche mnie zawiodło.

    ale i tak grejt sprawa.
    aż sobie puściłem KSU – Liban.

  • „Że Żydzi też mogą być źli? Wow, to ci niespodzianka.” – Oczywista banał, ale z drugiej strony – pokażcie mi film w którym Żydzi to zwyczajni wojacy, zabijający tak jak inni wojacy w innych filmach (BTW. dziś gdzieś wygrzebałem cudowny temat na film, jakiś koleś, podczas pobytu w Auschwitz był zmuszany przez Nazioli do walki na śmierć i życie na arenie, nie przegrał ani jednej na 200). Co do finalnego ujęcia – jak dla mnie to wspomniany ‚final blow’. Folman snuje się z widzem po ekranie, umowność niektórych scen (tytułowy Walc), czy też ujęcie całości jako „niepełnego wspomnienia” jest dla mnie silnie związane z tą animowaną formą. Animacja jest trochę jak wyobraźnia Aliego, pozwala na umowność, snucie domysłów i różne halunowe odloty. To momentalne przejście z bieguna na biegun, z animacji do dokumentu to dla mnie cios obuchem w łeb. Koleś odzyskał pamięć o tym zdarzeniu z porażającą ostrością, niezbyt adekwatnie – obudził się z ręką w nocniku.

  • Glut: ta interpretacja tego dosłownego przejścia z animacji do zdjęć jako ilustracji odzyskania pamięci jest bardzo cwana, muszę ją sobie gdzieś zapisać :)

  • @Glut
    Taki film już powstał w 1989 roku – Triumph of the Spirit z Willemem Dafoe w roli Salamo Aroucha.

    A przejście z animacji w zdjęcia dokumentalne w „Walcu…” fantastyczne. I wcale nie banalne tylko cholernie przemyślane. Raz – wali widza skutecznie w ryj i nie pozwala zapomnieć. Dwa – jest cudownym zabiegiem formalnym na „pamięć odnalezioną”. Trzy – jest głosem w dyskusji o tym czym jest dokument, o tym czym powinna być sztuka, itp. Można by o tym sporo uczonych prac napisać.

  • Kmh – dzięki, poczułem się. :)

    Holcman – dzięki, będę musiał koniecznie sprawdzić.

  • A tam film.
    Jaka gra mogłaby powstać!

  • Staram się nie czytać recenzji przed obejrzeniem filmu, dzięki czemu idę do kina na film, a nie na dokument, „mordobicie”, czy „strzelaninę”. Walc z Baszirem” był jak cios obuchem w potylicę, raz z powodu dość mało płynnej animacji, dwa muzyki klasycznej i rocka, a trzy końcowych zdjęć, które wyszły poza schemat.
    Chyba najlepsze w Baszirze było to, że łączył w sobie dużo różnych elementów w jedną spójną całość. Bo były sceny monumentalne, jak wspomniany walc, zachwycające – miażdżenie samochodu czołgiem i wysadzenie jednego w powietrze, a potem smażenie na tym jajecznicy, sceny śmieszne, jak przyspieszony pornol i celowanie w samochód, a trafienie w człowieka na ośle (chociaż może nie powinnam się z tego śmiać) i obrzydliwe, jak muchy na martwym, końskim oku. Jednocześnie wywiady z weteranami wojennymi i psychologiczne gadki o pamięci. I takie małe smaczki, jak obcięty palec jednego z wypowiadających się.

    „Że Żydzi też mogą być źli? Wow, to ci niespodzianka.” Odnośnie Żydów to obiła się o moje uszy teoria spiskowa, że to był jeden z powodów, dla których film nie dostał Oskara. Ale to przecież tylko plotka. ;)

  • Trafiłam na tę stronę szukając materiałów do pracy o „Walcu z Bashirem”. Po pierwsze – pragnę zwrócić uwagę, że animowany film dokumentalny to oksymoron, ale tu trzeba zagłębić się w literaturę o dokumentalizmie.

    Zarzut autora wypowiedzi : [Jest coś w “Walcu z Baszirem” co sprawia, że cały film mi zgrzyta, coś jest nie tak. Przez pierwszą połowę opisuje różne wojenne wspomnienia, pojedyncze epizody, aby w drugiej skoncentrować się na sprawie samej rzezi, którą w jakiś sposób z pamięci na 20 lat miał wyprzeć autor] pozostaje dla mnie niejasny. Przecież sprawa rzezi w obozie Sabra i Shatila to rama, która otwiera i zamyka film. Trzeba było pokazać to wszystko, jeśli film miał pokazywać sposób w jaki Folman dochodził do swoich wspomnień. To, że są to „różne wojenne wspomnienia i pojedyncze epizody” nie znaczy, że są to wspomnienia i epizody przypadkowe.

    Owszem – jest to film o pamięci w obliczu sytuacji granicznej (wojny), co w żaden sposób nie czyni go mniej wartościowym. Faktem jest, że widz zostaje wprowadzony w sytuację polityczną, której nie potrafi do końca osadzić w rzeczywistości, również nie jest wadą filmu. Sprawia, że chce się poznać choć wycinek historii wojny izraelsko – libańskiej (czy też izraelsko – palestyńskiej) i zasiąść do filmu jeszcze raz, osadzić go w rzeczywistości historycznej i zrozumieć.

    Zdjęcia pod koniec filmu? Gatunek rządzi się swoimi prawami. Jeśli film jest zrealizowany w konwencji dokumentalnej (czy też paradokumentalnej) jest to tylko podkreślenie jego przynależności gatunkowej i oczywiście – pokazanie, że coś zdarzyło się naprawdę, że nie były to tylko niejasne i wyrwane z kontekstu wspomnienia, które pamięć zmieniła w zrozumiały dla siebie sposób.

  • Fechu323

    Osobiście oglądałem Walc nie wiedząc że to dokument i odniosłem bardziej wrażenie, że wszystkie te środki które by mogły mówić o tym, że jest to dokument, są pewną ironią. Jakoś automatycznie zignorowałem to i dzięki temu film mi się podobał. Sam jednak nie umieszczałbym na samym końcu żadnych zdjęć, wszystko to psuje. Poza tym uważam, że jeżeli już tak koniecznie ma to być dokument, to fajnie, że nie jest taki sztywny jak wszystkie inne, tylko ma pewien wyraz artystyczny i wyraźny wątek fabularny Animacja ładna, bo rotoskopia:P

Dodaj komentarz