Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

Hitman


papier · komentarzy 5

Pistolet, fajki i browar zamiast peleryny i batarangu - cały Hitman.

Bada bum! Nie ukrywam, że Inwazja Ennisa na MD zbliża się do końca, choć jeszcze kilka asów pozostało… Łączy się to z faktem, że powtarzając sobie wszystkie komiksy Gartha w przyspieszonym tempie, zaczynam odczuwać lekki przesyt. Do „Hitmana” podchodziłem jak pies do jeża, pamiętając zapewne, że przy pierwszej lekturze chciałem cisnąć tym komiksem o ścianę. Przy drugiej było nieco lepiej.

Trzymajcie się mocno, miłośnicy talentu Ennisa, bowiem ten prześmiewca, drwiący sobie z superherosów, pokusił o stworzenie własnego. I to osadzonego w szacownym uniwersum DC. Tak właściwie, Tommy Monaghan wyszedł mu nieco przypadkiem – podczas pracami nad serią „Demon” i crossoverem „Bloodlines”, gdy to na uniwersum DC najechali kosmiczni wysysacze szpiku kostnego (choć Wikipedia mówi o płynie mózgowo-rdzeniowym, wstyd panie tłumaczu). W wyniku kontaktu z nimi wielu ludzi otrzymało supermoce, a jednym z nich był Tommy Monaghan – zawodowy zabójca, znienacka obdarowany telepatią i rentgenowskim wzrokiem. Przypłacił to ułomnością – jak większość bohaterów wychodzących spod pióra Ennisa – jego gałki oczne stały się całkowicie czarne, co nie przysparza mu popularności wśród kobiet. Cóż, przynajmniej ma jakieś uzasadnienie, by nosić absolutnie sztampowe czarne okulary. Tyle jeśli chodzi klasyczny superbohaterski rodowód. Tommy oczywiście ani myślał o zakładaniu trykotu i walce z przestępczością. Długi płaszcz, ciemne okulary i kilka wiernych gnatów – tyle wystarczyło, by ulice Gotham mogły powitać nowego herosa – Hitmana, płatnego zabójcę istot nadnaturalnych. Ze wszystkich postbloodlinesowych bohaterów Tommy spodobał się czytelnikom najbardziej i doczekał własnej serii obejmującej 60 zeszytów. W Polsce oczywiście ukazał się mały wycinek – dwa wydania zbiorcze: „Hitman” i „10,000 pestek” oraz pojedynczy zeszycik „Hitman/Lobo: Ten głupi wał!”.

Hitman vs Lobo - kto jest większym wałem? (art: Doug Mahnke)

Problemem „Hitmana” jest niezdecydowanie scenarzysty, jaki klimat miał panować w komiksie. Z jednej strony Ennis kreuje Tommy’ego na twardziela, weterana walk, którego spokojnie można postawić w jednym rzędzie z Punisherem czy Wolverinem. Monaghan nie radzi sobie z kobietami, przeklina swój dar i snuje mroczne myśli, zapijając je w barze. Jego cechą charakterystyczną są sarkastyczno-ironiczne monologi, doskonale pasujące do image’u zimnego zabójcy. Niestety scenarzysta nie pozwala nam zapomnieć, że jesteśmy w świecie DC, dlatego wspomniane kosmiczne pasożyty to dopiero początek – pojawia się też gromadka demonów, z wierszokletą Etriganem na czele. Są też stałe motywy komiksów Ennisa – rolę zdeformowanego fizycznie dziwadła grają zrośnięci bracia syjamscy, szefowie mafii. Nie brak obowiązkowej drwiny z superbohaterów, którzy są idiotami o kretyńskich pseudonimach i pojawiają się tylko po to, by efektownie wpaść Hitmanowi pod lufę. Nawet gruba ryba świata DC – Batman – daje się wykiwać i narzygać sobie na buty. Klimat noir miesza się z elementami nadnaturalnymi, absurdalnymi i niemal slapstickowymi, tworząc niestrawny koktajl. W tym chaosie nieco ginie główny bohater, zdając się nieco bezbarwnym. Jedyny zapadający w pamięć moment (oprócz rzygu na Batmana), to krucjata Monaghana w Arkham – pomysł świetny, tylko za słabo rozwinięty i niepotrzebnie zaplątany w intrygę z trzeciorzędnym dziesięciorękim demonem. Wolałbym zobaczyć Tommy’ego jako antyherosa, który nie ma oporów, by swoją spluwą dokończyć to, co taki Batman ledwie zaczął. Całość oczywiście na tle mrocznego Gotham, z odrobiną elementów nadnaturalnych – z racji profesji i supermocy Hitmana. Ale bez przesady, której pełno w tym tomie – dlatego tak drażnił mnie za pierwszym razem.

100 naboi jest dla mięczaków - ja mam 10,000 pestek (art: John McCrea)

Przed sięgnięciem po serię spodziewałem się raczej opowieści o samotnym rewolwerowcu w klimacie noir, z lekką szczyptą superbohaterstwa. Dlatego zdecydowanie bardziej spodobał mi się tom „10,000 pestek”. Opowieść o porachunkach Tommy’ego z gangsterem Moe Dublezem i zabójcą Johnym Navarone utrzymana jest w ponurym, ciężkim klimacie, choć nie zabraknie tu przerysowanych wtrętów w stylu zmasowanego ataku ninja czy nieudacznego herosa Nightfista – taki już urok produkcji Ennisa. Jednak całość zdecydowanie dryfuje w stronę „Ojca Chrzestnego” albo filmów o samurajach, ale unurzanych w czarnym humorze. Sporo tu mroku, zwłaszcza, gdy śmierć o włos mija samego Monaghana, by potem dosięgnąć kogoś bardzo mu bliskiego – nie jest to normą komiksach DC. Opowieść o męskiej przyjaźni i zemście doskonale spuentowana jest krótką historyjką o zabójcach siedzących w barze i wymieniających się opowieściami o tym, jak otarli się o śmierć. Całość jest miksem specyficznym, ale bardzo klimatycznym. Podkreślają to rysunki Johna McCrea, który lawiruje od karykaturalnych demonów, po niezłe realistyczne postacie – bardzo podoba mi się jego Joker. Chwilami drażni nieco groteskowością i nienaturalnością. Przyczepiłbym się do kolorów, które są moim zdaniem nieco za jaskrawe, kiczowate nawet. Zgaszone barwy i dużo cienia – tego mi tu trzeba.

Hitman/Lobo: nie całkiem kał

„Hitman/Lobo: Ten głupi wał” to zupełnie inna kategoria – od początku jasne jest, że chodzi tu o dobrą zabawę w złym guście. Tommy wraz z grupką pokracznych quasi-superherosów robią Lobo w tytułowego wała, a ten legendarny łowca głów daje się wrabiać jak dziecko. Przy okazji zdemolowany zostaje spory kawałek Gotham. Całość jest oczywistą parodią, nikt nie sili się na mrok i powagę. Nawet przemoc jest groteskowo zabawna – jeśli kogoś bawią żarty o odstrzeliwaniu gałek ocznych i pluciu flegmą. Zeszycik naładowany jest akcją, ale mistrzostwem jest jego zakończenie, bowiem od początku wiadomo, że bohaterowie nie mają szans z nieśmiertelnym Lobo. To jaki podstępny i wyrafinowany sposób wymyślają, trzeba zobaczyć samemu. Kreska Douga Mahnke nie jest tak karykaturalna, jak Johna McCrea, postacie wyglądają w miarę realistycznie i potrafią być nawet sympatyczne. Komiks jest głupawy, ale nie głupi – to po prostu porcja nieskomplikowanej rozrywki. No i to jedna z niewielu (jedyna?) historia o Lobo, w której Lobo górą nie jest.

Nierówny ten „Hitman”, oj nierówny… Co jakiś czas kusi mnie, by w jakiejś księgarni z amerykańskimi komiksami odhaczyć chociaż pozostałe 3 trejdy, bo o zeszyty pewnie trudno by było. Ale zawsze znajduje się coś ważniejszego/tańszego/lepszego. Może jak już kiedyś cudem odwiedzę kraj Wuja Sama, dorwę je na jakiejś wyprzedaży. Tak zrobiłem z tymi wydanymi w Polsce – i dlatego mogę zrozumieć negatywne recenzje ludzi, którzy kupili je po cenie okładkowej. Aczkolwiek fanom Logana i Punishera wg Ennisa polecam szczerze, zwłaszcza tom drugi.

P.S. Komiks nie ma nic wspólnego z grą pod tym samym tytułem.

komentarzy 5

  • No cóż, scena z Batmanem z lufą w pysku dla mnie porównywalna jest ze sceną z Batman/Danger Girl, gdzie Batman potyka się o własny płaszcz.

    A poza tym, rokuje, ale nie na tyle, aby przy obecnym kursie dolara kupować resztę :D Szczególnie, że Hitmana dostałem na alledrogo za 8 złotych.

  • Zresztą DC w czerwcu wznawia linie trade’ową Hitmana. Można to wykorzystać.

    Według mnie warto, bo Hitman wzorcowo odziera z szat amerykańskich herosów, wytykając ich największe absurdy (pewną namiastkę tego doświadczamy w Punisherze wydawanym przez Mandrę. Moim zdaniem jednak to nie jest powinność komiksów o Franku. To Tommy ma cięty i celny dowcip, Castle’owi powinno się zaś zostawić poważniejsze, mroczniejsze tematy). I dla kilkunastu wybornych scen, takich jak ta na przykład: http://goodcomics.comicbookresources.com/2009/04/12/a-year-of-cool-comic-book-moments-day-102/

  • No może się skuszę, bo choć Tommy podoba mi się bardziej jako mroczny Hitman, to jednak ten parodystyczny wydźwięk też ma swój urok…
    Choć zaczyna mnie irytować, że w każdym komiksie Ennis musi się podśmiewać z herosów.

  • Ze trzy lata temu przeglądałem „Hitmana” (chyba pierwszego, ale głowy sobie uciąć nie dam) u znajomego. Nie spodobał mi się wtedy. Może to dlatego, że widziałem tylko kilka stron. A może po prostu „Hitman” nie jest dla mnie (choć „Punisher” Ennisa mi się podobał).

  • Pełny run „Hitmana” zwala z nóg – mam i uwielbiam, to wiem. Każda z postaci dostaje tu swoją solówkę; popularni trykociarze mają rewelacyjne występy gościnne (#34 z Supermanem dostał Eisnera); potem to już bardziej pastisz niż parodia (świetne i nawiązujące nie tylko tytułami „Tommy’s Heroes” czy „For Tomorrow”), a ostatnie półtora roku, gdy Ennis już wiedział, że będzie zamykał a nie chciał zostawiać swoich postaci luzem w uniwersum i zaczął je po kolei spektakularnie i przepięknie uśmiercać to sam miód. Absolutnie polecam – to jeden z moich ulubionych runów komiksowych w historii.

Dodaj komentarz