Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

Punisher Vol. 3 & Vol. 4


import, papier · komentarzy 7

Trzy tomy rzezi - Punisher Vol. 3 & 4
Opisując „The Punisher: Born”, wspomniałem już, że wcześniejsze przygody Pogromcy, nigdy specjalnie mnie nie wciągnęły. Jak się okazuje, nie byłem sam – po sukcesie w pierwszej połowie lat 90. popularność tytułów z Frankiem zaczęła spadać. Szefowie Marvela zastosowali „Procedurę awaryjną dla tracących czytelników tytułów nr 1” – zabili bohatera na niby, by wprowadzić jego następców. Gdy to nie wystarczyło – zabili go naprawdę i wskrzesili jako agenta niebios. Gdy i to nie wystarczyło złapali się za głowę. Pozostała im „Ostateczna procedura awaryjna”:

If there’s something weird
and it don’t look good
Who ya gonna call?
GARTH ENNIS!


Cofnijmy się jednak w czasie do chwili, gdy Ennis pierwszy raz zetknął się z postacią Pogromcy. W roku 1995 machnął one-shota z serii „What if…?”. Wypalił z grubej rury: „Co by było, gdyby śmierć rodziny Franka spowodowali nie bandyci, a lekkomyślne działania superbohaterów?”. Nieświadomie podniósł tu problem, który w 2007 roku urośnie do rozmiarów „Civil War”; stworzył też kolejny komiks, w którym kontestował ideę heroizmu. A mając do dyspozycji takiego bohatera jak Pogromca, nie musiał ograniczać się do podśmiewania z bohaterów w trykotach. Mógł ich po prostu zabić. „The Punisher Kills the Marvel Universe” to miód dla każdego umiarkowanego fana trykotów – lub ich antyfana. Obydwaj będą się świetnie bawić, oglądając skuteczne sposoby na wykończenie śmietanki uniwersum Marvela. A ultrafani, modlący się do pierwszego numeru „Spider-mana”, dostaną zawału. Może dlatego komiks przemknął bez echa i czytelnicy przypomnieli sobie o nim dopiero, gdy w 2000 roku Marvel zlecił Ennisowi odświeżenie i tuning postaci Punishera.

Jedna z niesamowitych okładek Tima Bradstreeta

Ennis w parze ze starym druhem Steve Dillonem stworzył Vol. 3, czyli dwunastozeszytową serię „Welcome back, Frank”, która ukazała się i w Polsce nakładem Mandragory. Nie jest to Frank Castle tak zupełnie różny od tego, co powstawało wcześniej, ale jak wiadomo diabeł tkwi w szczegółach. Osią fabuły jest krucjata przeciwko rodzinie Gnucci – trup ściele się gęsto, a Frank nie przebiera w środkach. Wyjątkowość historii opiera się na ciekawych bohaterach pobocznych: od nowego sidekicka Punishera – fajtłapowatego detektywa Soap; przez demoniczną mamusię Gnucci, aż po naśladowców Punishera, którym wydaje się, że także mogą zaprowadzić porządek – oczywiście robiąc to na własnych zasadach. I choć pomysł, by mordować tylko biedotę jak Elite albo grzeszników jak Holy może wydawać się nam zwichrowany, to pojawia się pewna wątpliwość. Wyraźnie widać, że Castle jest takim samym wyrzutkiem jak oni, co jednak nie przeszkadza mu się uważać za jedynego i ostatniego sprawiedliwego. Ennis zrywa z wizerunkiem Punishera-bohatera. By dodatkowo to podkreślić wciąż wkłada w usta różnych postaci pytanie: „Kto dał Frankowi Castle prawo do wymierzania sprawiedliwości według własnego widzimisię?”. Chociaż chwilami wręcz przeciwnie, Ennis zamiast oskarżać i powątpiewać, podkreśla człowieczeństwo Franka, pokazując jego relacje ze zwykłymi ludźmi – sąsiadami. Historia nie jest przeładowana moralistyką, rzekłbym, że pytania rzucone są bardziej do czytelnika, by nieco zdystansować go do postaci, gdyż sam Pogromca najczęściej nie odpowiada nic. On robi swoje. Mam nieco za złe Ennisowi, że nie poszedł od razu i całkowicie w stronę poważnej konwencji – zrobił to dopiero w Vol. 5, gdy Punisher został przeniesiony do imprintu MAX – dla dorosłego czytelnika. Vol. 3 pełne jest elementów pastiszowych: Soapowi wiecznie nic nie wychodzi, naśladowcy Punishera mają groteskowe kostiumy i motywacje, a najbardziej przerysowany jest wielki Rusek, który próbuje dopaść Franka – tu jeszcze mnie bawił, ale jego powrót w Vol. 4 nie był moim zdaniem konieczny. Pojawiają się też nawiązania do świata Marvela, ale herosi przemykają po kartach komiksu głównie po to, by zostać ośmieszonymi, a Ennis mógł podkreślić Punishera i swój dystans do idei superbohaterstwa. Nie są to elementy jakoś szczególnie irytujące, po prostu czynią z Punishera komiks bliższy standardowym tytułom Marvela, czemu marka Ennisa miała niby zapobiec. Dzięki tym dodatkom historia czyta się sprawniej i może bawić, choć specyficzny jest to humor. Widać Garth nie chciał wystraszyć wszystkich dotychczasowych fanów Pogromcy, może też nie wiedział, na ile wolno mu zaszaleć z jedną z flagowych postaci Marvela.

Zapach napalmu o poranku...

Vol. 4, który już w Polsce się nie pojawił, zaczyna się tam, gdzie skończyła się poprzednia historia. Seria stanęła na nogi, Ennis może więc pozwolić sobie na eksperymenty. Pierwsze 5 numerów to historia o powrocie Rosjanina, utrzymana w podobnym tonie mieszania poważnej akcji z nieco żenującymi żartami o olbrzymim biuście. Ennis znów szarga świętości, parodiuje Weapon X i robi worek treningowy ze Spider-mana. Ciekawie i inaczej robi się dopiero, gdy Frank trafia na wyspę pełną najemników. Scenariusz à la Rambo psuje pałętający się wszędzie Rosjanin, który po trzech stronach przestaje być zabawny… Znaczy jest to pomysłowa i napisana z jajem postać, ale mam wrażenie, że Ennis nieco za długo ją eksploatuje. Bardziej bawiłaby mnie w „Spider-manie” (zresztą przypomina mi Rhino) – Punishera wolałbym bez takich elementów. Im dalej jednak w serię, tym ciekawiej – pojawiają się niesztampowe historie, gdzie często nie Punisher jest główną postacią, a nawet… sporadycznie padają strzały! Podoba mi się pomysł na Pogromcę-ducha miasta, który cicho przemyka ulicami, robiąc swoje, jak w „Do not fall in the New York city” (#6) i „’Nuff said” (#7). Ten ostatni to ciekawostka – jest komiksem niemym, który nie tylko narysował, ale i napisał Steve Dillon. Numery #8-12 dostał inny scenarzysta, a Ennis powraca w #13 z przeciętną historią o walce z mafią. Ciekawy jest „The Exclusive” (#15) – o dziennikarzu, który szantażuje Franka, by napisać o nim artykuł. Szkoda, że ten pomysł zarżnęło słabiutkie rozwinięcie i zakończenie, którego spodziewałem się od początku – Punisher zadziałał jak bezmózgi mięśniak, bez krztyny finezji. Dziwną historią jest spotkanie Pogromcy z Rosomakiem – pomysł na ich przeciwnika jest zabawny, niestosowny i nieco szalony. Oczywiście nie ma mowy o żadnym działaniu w drużynie – obydwaj panowie w wersji Ennisa to raczej maszyny do zabijania – musicie koniecznie zobaczyć, jak Punisher sobie z Wolviem radzi. Zeszyt #18 to kolejna perełka – Frank składa wizytę w Belfaście – chyba jeden z nielicznych odcinków, gdy zdaje sobie sprawę z bezsensu wojny i zła jakie potrafi czynić człowiek w imię fikcyjnych idei. Ennis nawiązuje do swego pochodzenia i bawi się w moralistę, choć podejścia Castle’a do życia i tak nie zmienia. Vol. 4 to taka przeplatanka sztampowych walk Punishera z przestępcami oraz niesztampowych pomysłów, których kulminacją są numery 24-26 – historia z naprawdę chorym przeciwnikiem stającym Pogromcy na drodze. Moim zdaniem Ennis znacznie lepiej radzi sobie z scenariuszem, gdy poświęca nieco uwagi ludzkim osobowościom, zajmuje się stroną obyczajową – jak w historii o dwóch nie całkiem prawych gliniarzach z numerów #20-22. Mógłby natomiast opuścić sobie okazyjne wtrynianie bohaterów Marvela – nie wiem, może jakiś przykaz z góry miał? Zeszyt #27 z Elektrą to raczej słabizna, w dodatku z koszmarnymi rysunkami. Nie mam niestety ostatniego HC z tej serii, zawierającego numery #28-37, więc pewnie czeka mnie zakup wydania „Punisher by Garth Ennis Omnibus”, by zapoznać się z historiami rysowanymi przez Cama Kennedy’ego („Dark Empire II”) i Johna McCrea („Hitman”).

Welcome back, Frank

Rysunkowo seria nie zachwyca, bo fanem Dillona nie jestem i nie raz już pisałem, że umie on narysować sześć męskich twarzy na krzyż, chociaż wygląd jego Punishera całkiem przypadł mi do gustu. Najbardziej podobał mi się mroczny styl Darricka Robertsona, z Punisherem w stylu mrocznego twardziela. Porażką jest moim zdaniem kreska Toma Mandrake – czyli Castle jako kwadratowogłowy mięśniak. Serię ozdabiają doskonałe okładki Tima Bradstreeta – gdyby cały komiks był tak rysowany, kupiłbym nawet najgłupszy scenariusz.

„Punisher Vol. 3” polecam właściwie każdemu, kto nawet umiarkowanie lubi Pogromcę – nie jest to miniseria do końca na serio, raczej lekkostrawna i ze smaczkami w ennisowym stylu. Chyba, że ktoś nie znosi scen realistycznej, nieco wynaturzonej przemocy, w których rysowaniu celuje Steve Dillon. Vol. 4 jest nierówne, można kupić tylko niektóre zeszyty – ew. szarpnąć się na Omnibusa i wracać tylko do niektórych historii. Całość traktuję jako przystawkę przed sześćdziesięcioma zeszytami serii „Punisher MAX”, za które pewnie niedługo się zabiorę. No i muszę napisać: szkoda, że nikt nam tego nie wyda, bo Punisher przestaje być bohaterem dla fanów trykotu i peleryny.

komentarzy 7

  • Niektóre wątki z Vol 3 były wykorzystane w ekranizacji z Travoltą. Był chyba nawet ten rusek. I sąsiedzi.
    Ale czyta sie to to nieźle. Nie zapoznałem sie z całością, ale z początkami Vol 4 i miało swoje dobre strony. Nie był to stracony czas. :D

  • Również się zgodzę, że mroczny i brutalny wizerunek Punishera to jest to. Chociaż postać Ruska mnie bawiła także w V4, to miałem wrażenie, że jest jakby nie do końca na miejscu.

  • gdzieś miałem stronę ze szkcicami bradstreeta do tych okładek. są super, ale to do połowy ręczny trace fotek jest. Więc cały komiks wyglądałby jak fotostory z bravo.

  • Tu jest trochę szkiców.

  • To ja się bezczelnie pochwalę – kupiłem omnibusa jak dolar był po 2 zł :) bwahaha

  • lucky U!
    U bastard!

    ;)

Dodaj komentarz