Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

Wywiad z Bardzo Znanym Recenzentem


wywiady · komentarzy 25

BZR

Rozmowę z Bardzo Znanym Recenzentem chciałem przeprowadzić dość dawno, niestety mój rozmówca był tak zajęty, że nie mógł znaleźć dla mnie choćby chwili w swoim napiętym terminarzu. Ratunkiem okazała się ostatnia zmiana czasu, dzięki której w końcu mogliśmy godzinę porozmawiać o pracy zawodowego recenzenta, inspiracjach i życiu. Konrad bardzo chciał poznać tak nietuzinkową postać i pomógł mi w przeprowadzeniu tego wywiadu. Niestety nie mogę zdradzić nazwiska naszego rozmówcy, co jest związane ze skomplikowanymi umowami, które wiążą go z czołowymi periodykami w Polsce, od „Newsweeka” po „Magazyn Fantastyczny”. Z tego też powodu byliśmy zmuszeni przyozdobić wpis jakimiś przypadkowymi obrazkami znalezionymi w sieci. Zapraszamy do lektury.

Panie krytyku, na początku zadam pytanie nurtujące chyba wszystkich: jak wygląda dzień zawodowego recenzenta?
To zależy, o który dzień tygodnia pan pyta. Każdy z nas, profesjonalistów z określonym stażem, na którymś etapie swojego życia sam wybiera, w które dni pisze na jaki temat. I tak, dla przykładu, poniedziałki są dla mnie związane z filmem, wtorki z samochodami rodzinnymi, środy z lokalami gastronomicznymi, czwartki z książkami, a piątki z naukami ścisłymi. Sobota to czysty relaks, więc czasem, w ramach hobby, zrecenzuję sobie jakiś komiks, ot tak, dla intelektualnej pociechy.

No dobrze, ale co z niedzielą?
Niedziela jest dniem, podczas którego zagłębiam się w lekturze książek, które mogą być pomocne w mojej dalszej pracy. Nawet pan nie podejrzewa, jak przydatny może być Tacyt przy omawianiu wysokości zagłówków w samochodach osobowych. Czasem też recenzuję swoje własne recenzje, to najlepsza metoda treningu.

BZR

No właśnie, skąd pan czerpie pomysły na recenzje?
Wie pan, jak to jest – natchnienie potrafi spłynąć na nas niespodziewanie i z zaskoczenia, zza węgła wręcz. Czasem, gdy nie wiem co zrecenzować, wychodzę z psem na dwór, spaceruję po parku i wsłuchuję się w głosy natury. Kiedyś, patrząc na baraszkujące w sitowiu kaczki, wpadłem na pomysł opisania „Hamleta”. To właśnie ta recenzja, głównie przez to, że nikt się jej nie spodziewał, była przełomowym momentem mojej kariery. Po jej publikacji zacząłem otrzymywać pierwsze poważne zlecenia, jak to na MultiMixer czy podręcznik plastyki dla klas 1-3. Najważniejsze w tym zawodzie, to mieć jedno ciekawe spojrzenie na różne sprawy, ja takie mam – moje własne. Codziennie elektryzuję nim swoją żonę.

Zaraz, to pan jest autorem ten słynnej recenzji dziewięciocalowych kleszczy Burdizzo, oprotestowanej za zbyt frywolną parafrazę listu do Koryntian?
Nie.

Aha.
(minuta krępującej ciszy)
Żartowałem (śmiech)! Wie pan, ja to mam łeb do satyry. To było tak, że dobry znajomy z „Przeglądu Dendrologicznego” nagle ciężko zachorował i potrzebne było zastępstwo. Akurat była jesień, często chodziłem na grzyby, więc pomysł nasunął się sam, niemal zeskoczył z leszczyny na mnie! Postanowiłem napisać więc recenzję kleszczy. A czemu akurat Burdizzo? To wyjątkowy szczep, duży i niebezpieczny, głównie ze względu na rejony ciała, do których lubi się przyczepiać. Reszta to już legenda i historia. Choć musiałem długo walczyć o nią, ostatecznie, zamiast w numerze styczniowym ukazała się w kwietniu. Dziwne.

Niektórzy zarzucają panu schematyczność (obowiązkowe „Psychologowie powiadają, że…” w każdej recenzji) i niedouczenie (chociażby nieuwzględnienie siły Coriolisa przy recenzji pocisku 7.7mmx56R). Jak pan odpiera te zarzuty?
Wie pan w ilu recenzjach pisano o sile Coriolisa? Czasem warto popatrzeć na obiekt recenzji z nowej perspektywy. Wielokrotnie na sympozjach recenzjologicznych spotykałem się z żywą krytyką moich tekstów, ale powiedzmy sobie szczerze – większość z moich krytykantów to ludzie mali, którym się nie udało w życiu i nie mają szans publikować w takiej ilości tytułów prasowych co ja. Tu nie ma co odpierać.

BZR

Tak, niewielu może się z panem mierzyć. Ile ma pan wzrostu?
Sześć stóp i pięć cali.

Doprawdy! Cudownie! Nie to co ta cała reszta kurduplowatych recenzentów! Dwa metry żywego krytyka!
Dziękuję, ostatnio byłem tak samo zażenowany, gdy w „Gwiazdy tańczą na lodzie” wywinąłem orła w pierwszej rundzie. Później wszyscy mówili „dupa nie łyżwiarz”, ale ja wciąż uważam, że to był dobry występ. Dobry… hm… tak, to dobre określenie. Od tamtej pory mam taką kondycję, że mógłbym skakać przez kozła, jak Blanik!

Wcale bym się nie zdziwił, jest pan przecież prawdziwym człowiekiem rekonesansu: prowadzi pan magazyn filmowy w dużej telewizji, pisze scenariusze komiksowe, tłumaczy gry planszowe, organizuje sympozja recenzjologiczne, a w wolnym czasie hoduje łubin i gradusy, słowem: człowiek orkiestra. Nie myślał pan o napisaniu tej książki, o którą prosi prof. Brodziec? To by było arcyciekawe!
Renesansu! Od kiedy recenzuję dla „Polski Zbrojnej” ciągle mnie mylą. Oczywiście myślę o książce, która opisywałaby moje bujne życie, ale na razie zatrzymałem się na pierwszym akapicie, całkiem intrygującym zresztą, przytoczę go panu: „Poniedziałek Recenzja. Wtorek Recenzja. Środa Recenzja. Czwartek Recenzja. Piątek…”. Jestem z niego bardzo dumny.

Oryginalny. Faktycznie. À propos, to mam takie nieschematyczne pytanie: recenzje się najpierw czyta, czy ogląda?
A przyjebać panu?

Dziękuję za rozmowę.

komentarzy 25

Dodaj komentarz