Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

Lucyfer #3: Potępieńcze związki


papier · komentarzy 29

A siódmego dnia odpoczął...

Nie czytałem „Sandmana”, więc od Lucyfera podszedłem z rezerwą, obawiając się ton nawiązań i wątków, w których się najzwyczajniej pogubię. Lucek okazał się jednak na tyle uniwersalnym charakterem, że bez trudu przemknąłem przez dwa tomiszcza, dając się wciągnąć opowieści. Fakt, jest tu dużo wątków, warto więc sobie przed lekturą tomu trzeciego odświeżyć resztę.

Pod koniec „Dzieci i potworów” wydawało się, że poznałem już diaboliczny (a jakże) plan Lucyfera. Tymczasem okazuje się, że wielki wybuch, do którego doprowadził, to tylko preludium do jeszcze większego i jeszcze bardzie diabolicznego planu. Mike Carey ma ciekawą strategię narracyjną – najpierw w pozornie zamkniętych, pojedynczych historyjkach rozstawił figury na planszy, a teraz sięga po nie, wykonując kolejne ruchy. W „Potępieńczych związkach” wreszcie splatać zaczynają się wątki, które Carey napoczął w poprzednich częściach. Swoje pięć minut dostaje lud Lilim z tomu pierwszego – w opowiadaniu „Tryptyk” poznajemy ich historię i związki z Mazikeen. Także mała Elaine wyrasta powoli na główną postać serii, a były władca piekła ma co do niej własne, póki co ukryte, plany. Wróżba z sześciu kart postawiona w tomie pierwszym stopniowo się ziszcza, a Lucyfer umacnia swą władzę, co pozwala scenarzyście na aluzje do Księgi Genesis i przedstawienie jej à rebours. Bardzo satysfakcjonujące jest obserwowanie jak na naszych oczach Carey łączy wszystkie pojedyncze historie w jedną masywną opowieść. Czekam na powrót Rachel z Navajo.

Lasciate ogne speranza, voi ch'intrate.

Jednocześnie scenarzysta cały czas dorzuca nowe kawałki do układanki. Najdłuższa historia, „Potępieńcze związki”, przedstawia ciekawą wizję piekła jako szlacheckiego dworu, ze wszystkimi jego romansami, intrygami, pojedynkami i dziwnymi fryzurami. Nie brakuje spisku i stronnictwa tęskniącego za dawnym ładem. Lucyfer zjawia się tu epizodycznie, a osią główną jest obyczajowa opowiastka o romansie pewnej lubieżnej demonicy z człowiekiem – coś dla miłośników apetycznych kobiecych krągłości i wyuzdanego seksu. Opowiadanie broni się jako mała całostka, parodia klimatów „Trzech Muszkieterów”. A jednocześnie nie ulega wątpliwości, że szeroka galeria obecnych na dworze postaci drugoplanowych jeszcze nie raz skrzyżuje swe ścieżki z Niosącym Światło. Najmniej podobało mi ostatnie „Kazanie w głosie gromu”. Z jednej strony sprawiło, że z niecierpliwością czekam na następny tom – Lucyfer przyjmuje kilka wizyt i ofert, ale tak naprawdę ma już wszystkie karty w ręku. A gdy wyjawia swoje plany, przypomina wszystkim, że miłym facetem jest tylko z pozoru. Czas na zdecydowany ruch drugiej strony… Z kilku padających w tej historii zdań wywnioskować można, że życie Lampki* bardzo się wkrótce skomplikuje. A z drugiej strony – nieco na siłę doczepiono do „Kazania…” wątek pary zagubionych istot ludzkich, które pechowo trafiły do rezydencji Gwiazdy Zarannej. Zupełnie mi tu nie pasował, chociaż znając Careya, może okazać się potem niezwykle istotny.

Warstwa graficzna jak zwykle nierówna – większość tomu należy do Deana Ormstona, którego rysunki nijak mi się nie podobają, a to co robi z twarzą Lucyfera w „Kazaniu…” woła o pomstę do piekła. W dodatku ostra, groteskowa kreska Ormstona przeplata się z całkiem ładnymi, realistycznymi pracami Petera Grossa, który jak dla mnie mógłby rysować cały cykl, a zwłaszcza krągłości rozmaitych demonic. A i tak najbardziej chciałbym powrotu Scotta Hamptona z jego malarskim stylem z pierwszego tomu.

Miło, że Egmont zamieścił na końcu choć miniaturki okładek zeszytowych. Dzięki temu mogę napisać, że wolałbym okładkę zeszytu 19, a nie rajską wersję Lucka…

* – przezwisko nadane Lucyferowi przez inne anioły i demony m.in. w „Siewcy Wiatru” – sympatyczne, nie?

komentarzy 29

  • Gdzież jesteś ma paczko z zamówieniem? Czekam na Ciebie…

  • „Mike Carey ma ciekawą strategię narracyjną – najpierw w pozornie zamkniętych, pojedynczych historyjkach rozstawił figury na planszy, a teraz sięga po nie, wykonując kolejne ruchy”

    Tak zrobił Gaiman w Sandmanie, Carey odgapił (kontynuuje) ten pomysł. Neil Gaiman jest o tyle GENIALNYM scenarzysytą że on rozstawiał te figury przez całe 8 tomów a w dziewiątym wykonał roszadę i następnie po kilku szachach zamatował czytelnika swoim geniuszem:) A potem jeszcze dobił świetnym epilogiem w postaci tomu 10-ego. Nadrób tę serię szybko bo to największa obok Mausa i Strażników zaległość jaką można mieć w komiksach!

  • @kendo – odpowiem klasycznym wcale nie.

  • Nadrobię sobie powolutku w HC, nie mam zwyczaju przepłacać za niedostępne już tomy serii. Z „Kaznodzieją” się udało, to i Sandmanem się uda.

    Geniusz Gaimana jest stanowczo przereklamowany. :)

    I zgodzę się z Łukaszem, że wcale nie jest to największa zaległość. ;)

  • „* – przezwisko nadane Lucyferowi przez inne anioły i demony w “Siewcy Wiatru” – sympatyczne, nie?”

    W „Żarnach Niebios”, zbiorze opowiadań o skrzydlatych dziejących się przed „Siewcą”. Wcześniej wydane to było pt. „Obrońcy Królestwa” (Runa chyba to wydała wtedy, potem Fabryka Słów dodała 2 opowiadania – jedno z jakiejś innej antologii i jedno z Siewcy bodajże- beznogi tancerz. Nie mam siewcy to nie sprawdzę, ale wydaje mi się, że tam było – i puściła jako „nową” książkę nigdzie nie zaznaczając, że to 2 wydanie. Co, prawdę mówiąc mnei trochę wkurzyło, bo zapłaciłem 2 raz za to samo.) BTW – Żarna są jakieś 2 klasy lepsze od Siewcy. Polecam.

    Za Lucyfa się nei biorę na razie, bo nie mam całego sandmana jeszcze. A, że sandmana trochę jest to Lucyf jeszcze poczeka :) Chociaz mam pierwszy tom :D

  • dobra recka…

  • Ja Gaimana bardzo sobie cenię, ale jednak faktycznie jego geniusz jest nieco przereklamowany. Owszem, to wspaniały twórca, ale jednak nie geniusz.

  • @Grzybiarz – nie czytałem „Obrońców…” jakoś minęła mi faza na młodą polską fantastykę, zanim się za nich zabrałem… Thx, poprawiłem, by nie było błędu.

    @Trr – dziękuję :)

  • z recenzją się w sumie zgadzam, szczególnie z tęsknotą za ‚malarską’ Lampką made by Scott Hampton
    historia w końcu (dla mnie) robi się ciekawa i pokazuje jakąś całość

    co do Sandmana i Gaimana – ja faceta lubię, jego twórczość kupuję w ciemno i jestem zadowolony. Geniuszem to nazywają go raczej fani, do których się w sumie zaliczam jednak jakoś geniusz to dla mnie przesada – ja go lubię, co nie znaczy że każdemu się będzie podobać. jednak to co zrobił w Sandmanie to jest majstersztyk po prostu jeżeli chodzi o łączenie pozornie niezwiązanych wątków w całości i jeżeli ktoś lubi taki styl to sięgnąć powinien.

  • Przychylam posta Deathowi. Sandmana lepiej nadrobić. Gaiman wyjebiście sobie to wszystko wykombinował.

  • Faktycznie troche źle to napisałem.
    Gaiman stworzył genialnego Sandmana i sam nie wiem czy już jedna genialna seria czyni geniuszem. Reszta jest albo bardzo dobra (np. Księgi Magii, Czarna Orchidea…pewnie Sygnał dla Szumu też)albo dobra (Ostatnie Kuszenie, Drastyczne Przypadki) albo tylko dla koneserów Gaimana (np. Stwory Nocy). Dzieła naprawdę słabego nie czytałem… Wszystkie tam jakiś poziom prezentują. Za to Carey i Boże Zachowaj Królową to raczej cienizna niestety:/ Lucyfera to czytałem tylko 1 tom i na początku byłem bardzo na tak ale teraz jakoś tak średnio po czasie, może kupię kiedyś pozostałe tomy ale priorytet to nie jest. Są przecież Baśnie i Hellblazer:D

  • Księgi Magii są nudne, a Ostatnie kuszenie jest dobre tylko dzięki grafikom Zullego.

  • Księgi Magii nie bawią za pierwszym razem. To nie jest komiks na jeden raz. Jest trudny i wymaga skupiena.
    Prawda grafiki Zullego są pierwsza klasa ale scenariusz też do najsłabszych nie należy.

  • Księgi Magii są nudne. W sumie do serii komiksowej bardziej zachęcił mnie słynny tekst Jerzego Szyłaka niż lektura miniserii Gaimana.

  • „Ostatnie kuszenie” broni się tylko Zullim. I Alicem Cooperem. Ale jakbym nie lubił Alice Coopera, to by broniło się tylko Zullim. I wielkim wężem, który wcale nie jest symbolem fallicznym.

  • @Łukasz – włacha!

    @Trekker – odpowiem klasycznym wcale nie.

    @kendo – kuszenie ssie, poza tym brawo za zaliczanie komiksu którego jeszcze nie znasz (tak interpretuję to ‚pewnie’) do komiksów bardzo dobrych. a Sandman to pasza dla intelektualizujących onanistów (tudzież masturbatorów, będzie bardziej w komiksowym klimacie).

    @takwtemacie – Lucek #1 i #2 mnie zaciekawiły, ale 3ka umęczyła srogo. NUUUDAAA. Dorzucanie kolejnych puzzli do jeszcze nierozwiązanej układanki to dla mnie nie sensowny zabieg, a kombinowanie w stylu Wachowskich w Matrixie 2 i 3. Nie wierzę w fajne zamknięcie, a po tomie 3-cim nie mam ochoty tego nawet sprawdzać. nawet postać Gwiazdy Zarannej całości nie ratuje.

    Tak na marginesie – co ma znajomość Sandmana do kwestii zapoznawania się z tą serią? to oddzielna historia, a nawet postaci nie zostały przez Gejmana wymyślone, tylko zgromadzone w jednej serii i tyle. Carey robi z nimi co chce, nie oglądając się na serię o Panu Śniętym.

  • Jak to co ma? Skoro „Lucyfer” powstał jako wątek poboczny „Sandmana” i co jakiś czas są do niego jakieś odwołania, to chyba normalne, że coś jest na rzeczy.

  • o ile pamiętam lucyfer nie powstał jako wątek poboczny, tylko jako taki został wykorzystany, bo istniał dużo wcześniej. Carrey natomiast nie pisze kontynuacji sandmana, co raczej wykorzystuje popularność postaci (fakt, że przygody mają miejsce w tym samym świecie z konsekwencjami wydarzeń z Sandmana, ale to ma średnie znaczenie)

    Nie doczytałem sandmana do końca, i spokojnie czytam lucka bez poczucia że mnie coś ominęło. inna sprawa że Carrey stara się być w podobny sposób co gaiman pretensjonalny, ale ma mniej wdzięku.

  • Jednak to Gaiman sprawił, że Lucyfer opuścił piekło i zaczął karierę jako restaurator. ;)

  • gonz: napisałem że Signal to Noise pewnie też bo takie są opinie osób które już czytały ten komiks.
    Przeczytam sam ocenie. Na razie jako zabezpieczenie użyłem słowa „pewnie”;)))

  • @Jarek – równie dobrze możemy wykreowanie postaci Achillesa przypisać Homerowi :]

  • Chcesz mi wmówić, że Achillesa nie wymyślił Wolfgang Petersen?

  • nie, Petersen wymyślił U-booty.

  • sorenito

    Nie ma to jak Gonz i jego „Sandman to pasza dla intelektualizujących onanistów”
    pozdro ziomblu

  • sorenito

    taaa

Dodaj komentarz