Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

Trilby: The Art of Theft


gry · komentarzy 13

Jeśli w 2008 roku choć trochę interesowaliście się grami, musieliście w którymś miejscu wpaść na prześmiewcze, animowane recenzje autorstwa Bena Yahtzee Croshawa. Charakterystyczny głos, wymowa i odwaga powiedzenia, że szeroko rozreklamowane tytuły są po prostu słabe, szybko przyniosły mu olbrzymią popularność. Mało kto jednak wie, że Croshaw sam robi gry. Jedną z nich jest „Trilby: The Art of Theft”.

Tytułowy Trilby, to noszący kapelusz z szerokim rondem włamywacz-dżentelmen, który każdą akcje traktuje jako wyzwanie i woli posługiwać się sprytem niż brutalną siłą. Poprzednie cztery gry o przygodach Trilby’ego były przygodówkami, „The Art of Theft” jest zręcznościową skradanką, która przypomniała mi, że zdecydowanie za długo czekam na następny epizod „Splinter Cell”.

Podczas przechodzenia kolejnych poziomów, poza pieniędzmi zdobywamy również punkty doświadczenia, które możemy wykorzystać do odblokowywania nowych, złodziejskich umiejętności, jak umożliwiające dobranie się do bardziej skomplikowanych zamków wytrychy, czy zwiększenia naszych możliwości ukrycia się. Podobnie jak Sam Fisher, Trilby potrafi chować się w cieniu, przywierać do ścian, turlać, łapać sufitu, ogłuszać strażników, łamać sejfy i obchodzić elektroniczne zabezpieczenia. Tyle że robi to w dwóch wymiarach. Gra została tak skonstruowana, że każdy z poziomów można przejść na kilka sposobów – w zależności od naszych umiejętności. Jeśli nie rozwinęliśmy naszych umiejętności ślusarskich, będziemy musieli wybierać trasę niebezpieczniejszą – kto nie ma w palcach, ten ma w nogach. Na dodatek, na początku będziemy na tyle niedoświadczeni, że do niektórych lokacji będziemy wracać po nauczeniu nowych zdolności, aby jeszcze bardziej podkręcić swoje wyniki.

Na przestrzeni siedmiu misji przeprowadzimy akcje m.in. w muzeum, nadmorskim hotelu i tajemniczym laboratorium. Misje połączone są nastrojową intrygą, która gładko pcha grę do przodu. Na dodatek czasami odzywa się przygodówkowy rodowód Trilbiego i poza skradaniem, będzie trzeba czasem rozwiązać proste zagadki, które stoją nam na drodze do zablokowanych drzwi czy dodatkowych łupów.

„The Art of Theft” jest całkiem trudny i jego ukończenie, pomimo dosłownie kilku misji, może zabrać parę godzin. Wielokrotnie będziecie zżymać się na zbyt szybki czujnik, albo zastanawiać się, że może jednak lepiej poświęcić część wyniku i ogłuszyć strażnika, zamiast się z nim cackać. A jeżeli Trilby wejdzie Wam na ambicję, to podkręcenie wszystkich wyników do maksimum może Wam zabrać jeszcze trochę czasu. Sama gra jest też kolejnym dowodem na informacyjne walory Motywu – nie dowiedziałbym się o niej, gdyby nie jeden z komentarzy Sicka jakiś czas temu.

To na co jeszcze czekacie?

gry

komentarzy 13

  • ja jeszcze nie przeszedłem. jakoś zabrakło cierpliwości i czasu… ale jutro jak znajdę chwilę to pobawię się trochę.

  • O nowym SC coś ucichło ostatnio. Sam bym pograł.
    Co do Trilbiego, to mi się przypomniał Simon the sorcerer 2, w którym jest zajebista (wulgaryzm) scenka gry w RPG.

  • Ostatnie co o SC słyszałem, to, że „Conviction” zostało właściwie wrzucone do kosza i piąta część robiona jest od zera.

  • Kurczę, a miało być tak fajnie. Inteligentni pedestrianie, walka czym popadnie.

  • JAPONfan

    Nigdy nie moglem skumac o co chodzi SC. Dla mnie to byla taka ciensza wersja MGS-a. Fajnie, mozna sie skradac, ma sie do wyboru kilka „wizji”, jakies bajeranckie wykorzystywanie otoczenia ale sprowadzalo sie to tylko do wykorzystania tylko w zaplanowanych momentach. Caly cas czekam na MGS-a z mozliwosciami splintera z silnikiem Havoca ;).

  • MGS a SC to zupełnie inna bajka, kompletnie. MGS to różne arkadowe minigierki, jakieś ninja, pierdółki. SC to skradanie się, gleba po paru strzałach itd

  • Czyżby każdy chciał być agentem?
    Ja jak byłem mały to chciałem być samurajem z fryzurą afro XD a moi koledzy to się ganiali z pistoletami na kulki, chowali się po piwnicach, zakładali bazy w rozwalonych domach.

  • JAPONfan

    A koniec gry po 3 alarmach to nie jest popierdolka? Wiem ze to pozniej wylaczyli ale wtedy rownie dobrze mozna powiedziec ze w snake eater mozna zemrzec od zatrucia zjedzonym muchomorkiem taki realizm. Dlatego pisze ze plusem bylby dla mnie miks. Relizm ktory pojawia sie w SC (czyli brak tego ze w stroju z flagi ruskiej i amerykanskiej nikt do nas nie strzela) tym calym arcadem przy bossach. Idealem by bylo „one headshot one kill” ale kto zrobi w dzisiejszych czasach trudną grę?

  • Jasne, że nie popierdółka, po prostu podczas akcji agent nie może wywołać zbyt dużego szumu, bo potem trudno go eskfiltrować :)

    Tak czy siak, stanie w cieniu tuż przed strażnikiem, to co innego, niż chowanie się do kartonu :)

  • JAPONfan

    No jak dla mnie to 3 alarmy to troche za duzo. „Mamy w budynku szpiega, wyglada na uzbrojonego i dobrze wyszkolonego oraz posiadajacego plany budynku – spox, poczekamy az jeszcze dwa razy nie uda mu sie kogos zabic albo ogłuszyć i wtedy wypuscimy cyjanek” :d

  • Ale z tymi alarmami, to chyba też zależało od misji i od części – nie wszystkich obowiązywała ta zasada. Z cywilami było ograniczenie chyba do jednego, w misjach bez użycia broni.

  • Speaktrap

    Ja tam jestem za Thiefem i Splinter Cellem =P

    Trilby to bardzo dobra, arcadowe’a skradanka. Przechodzę ją na cierpliwość. Chciałbym tylko wersji na linuksa…

  • Nie ma na Linuksa? Dziwne. A nie da się jakoś zemulować?

Dodaj komentarz