Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

Za garść posoki


papier · komentarzy 55

Na tym kadrze widać 50% atrakcji z komiksu

W zabitym dechami miasteczku, gdzieś pośrodku amerykańskiej pustyni, dwa klany od wieków toczyły walkę o władzę. Pewnego dnia na głównej (i jedynej) ulicy pojawił się milczący rewolwerowiec. Nikt nie wiedział skąd przychodził, nikt nie wiedział dokąd zmierzał. Nikt też nie znał jego imienia…
Znacie? Na pewno znacie, ale posłuchajcie, bo tym razem historia wygląda nieco inaczej.

„Za garść posoki” („Fistful of Blood”) już tytułem zdradza, że nawiązuje do westernu „Za garść dolarów” z Clintem Eastwoodem. Na film miałem chrapkę już od szóstego tomu „Kaznodziei” i wreszcie niedawno kupiłem pierwszą część dolarowej trylogii – w kiosku, za garść złociszy. Ale zanim miałem okazję ją obejrzeć, przyszło mi zmierzyć się z parodią popełnioną przez Kevina Eastmana i Simona Bisleya.

Panowie zrobili spaghetti-western po swojemu, wywracając różne schematy. Zaczyna się nieźle: rewolwerowiec jest kobietą, klany podmieniono na zombie i wampiry, a „milczącego bezimiennego” zinterpretowano bardzo dosłownie. I chciałoby się napisać: „A dalej jest już tylko lepiej”; ale niestety nie jest. Zmiany są owszem zabawne, ale powierzchowne, poza tym komiks jest kopią westernowych schematów: bohater musi zająć stronę, jednak nie zajmuje żadnej, ma własne cele, wielka jatka jest nieunikniona. Kevin Eastman musiał świetnie wyjść na tym komiksie – pełna stawka za minimum roboty. Podmienił tylko postacie i dodał „zaskakujące” zakończenie. Przyznaję, że faktycznie ostatnie pięć stron mnie zaskoczyło. Wyjaśnienie pochodzenia i celu bohaterki jest dość oryginalne, choć tak naprawdę nie wyjaśnia nam stanu w jakim poznajemy ją na początku. Opędzić się nie mogę od sugestii, że Eastman nie mając pomysłu jak zakończyć historię użył deus ex machina – trzeba jakoś spuentować, więc przywalmy czymś wielkim. A całą „złożoną” fabułę można było upchnąć w 48-stronicowym zeszycie. Znalazłem też dwie nielogiczności – skąd w zapadłej mieścinie elektryczna lampa i kim są żywi (a przynajmniej tak wyglądający) ludzie spotkani na początku, skoro miasto opanowali nieumarli?

A na tym kadrze widać kolejne 50% atrakcji z komiksu.

Simon Bisley też zaszalał kreując bohaterkę – wzdrygam się przed określeniem jej jako atrakcyjnej. Jeśli podnieca Was biust Lary Croft rosnący z każdą częścią „Tomb Raider”, a Pamela Anderson sprawia, że robi Wam się sucho w ustach, to w „Za garść posoki” odnajdziecie miłość swojego życia… Rysowanie kowbojce olbrzymich cyców musiało sprawiać Bizowi niesamowitą frajdę. Przy kilku pierwszych kadrach uśmiechnąłem się – pewnie tak samo jak wcześniej twórca nad szkicownikiem. Potem zaczęło mnie nużyć, że bohaterka ma do zaoferowania tylko wielkie balony. A nie, nie tylko! Biz kazał w czasie walki robić salta i przewroty – chyba wyłącznie po to, żeby pokazać ją z rozłożonymi szeroko nogami. Daleko mi do purytańskiego dewoty, ale w pewnej chwili zmęczony nadmiarem „wdzięków”, przestałem zwracać na nie uwagę. Dodatkowo Bisley dał kowbojce twarz porno-laleczki. Widać chociaż, że do rysowania jej krągłości przykładał się najbardziej. Reszta zdecydowanie odstaje od poziomu, za który wielbiłem go w Lobo. Tam też wszystkie postacie, oprócz głównej, były karykaturalnymi brzydalami. Jednak tutaj kadry z ładnie rysowanymi brzydalami przeplatają się z takimi, gdzie brzydale rysowani są niechlujnie. Jakby ktoś podkradł panu B. szkicownik i brał stamtąd niektóre obrazki. Tła kadrów też są mocno umowne. Gdyby cały album wyglądał jak okładka, to po rękach bym Biza całował.

A tu 101% atrakcji z komiksu - laska i na dodatek zombie.

Jakoś nie jestem przekonany do „Za garść posoki”. Rozumiem konwencję, parę razy się zaśmiałem, ale mam wrażenie, że to wszystko już było – zrobione lepiej… W „Od zmierzchu do świtu” były genialne postacie i dialogi, tu jest milcząca dmuchana lala. A jeśli ktoś nie wyczuje parodii, to będzie miał świetny argument, że komiks to prymitywna rozrywka dla kretynów. „Za garść posoki” niebezpiecznie się do tej granicy zbliża. Przeczytałem, odstawiłem na półkę i na razie nie mam ochoty wracać. Chyba lepiej kupić western, za cenę komiksu nawet kilka dostaniecie… Idealnym podsumowaniem nowego albumu od Hella Komiks jest pewien odcinek komiksu „ke?”. Nie znacie? To podmieńcie sobie tytuł w tym pasku.


Najfajniej dobierało mi się soundtrack. Może być klasyk – Ennio Morricone – wyszła fajna składanka z jego westernowymi kompozycjami. Albo decydujemy się na nowocześniejsze brzmienia: płytę „Monolithic Baby” grupy Monster Magnet oraz „Welcome Sky Valley” od Kyuss. Zwłaszcza na tym drugim krążku piach chrzęści w wyschniętych od słońca pudłach gitar… A pewnie przez główną bohaterkę chodził mi po głowie jeszcze utwór Jace’a Everetta, otwierający serial „True Blood”. Tam też są wampiry i zadupie USA, ale o tym już innym razem…

komentarzy 55

  • cos mi sie wydaje ze cycki lary sa ostatnio jakby mniejsze…

    jaki jest oryginalny tytul?

  • Jak jeszcze grałem w kolejne odsłony TR, to biust rósł i rósł – jej i modelkom ją grającym. Potem wypadłem z obiegu – miło, że się opamiętali…
    Tytuł: „Fistful of Blood”.

  • Anobo Bisley jest mocno przereklamowany.

    Z tych jego komiksów, które widziałem, sposób rysowania nie raził tylko w Lobo — tam akurat pasował poziomem groteski do historii. Slaine, Batman, ten western (czytałem kiedyś w którymś wydaniu Heavy Metal) już mocno na rysunku tracą.

    No, ale są biusty. A że poza nimi kobiety zwykle są anatomicznie niepoprawne — najwyraźniej nie przeszkadza :)

  • Nie wiecie, że taki jest wpływ promieniowania wydzielanego przez prastare artefakty z zamkniętych od tysiącleci świątyń? Po prostu dbałość o realia, a wy się czepiacie.

  • z Kyussowego soundtracku bardziej pasuje utwór „Big Bike” z „Wretcha” :-)

  • Bisley nie jest przereklamowany tylko bywa, że baaardzo specyficzny i trzeba kochać tą specyfikę żeby niektóre jego komiksy trawić. Ja je pożeram i ubóstwiam jego styl. Nawet jak bazgroli to są to Bizowe bazgroły. Dla mnie to już coś ale tak jak mówię-jestem bardzo nieobiektywny w kwestii Biza więc moje widzenie może nie być podzielane.
    Fistfull Of Blood jest zajebistym komiksem. Prostackim i dynamicznym czytadłem klasy B. Kocham takie.

  • „Anobo Bisley jest mocno przereklamowany.”

    Trzy twoje akapity mozna podsumowac nastepujaca: Bisley jest przereklamowany, Slaine traci na rysunku, a kobiety powinny byc rysowane poprawnie anatomicznie.

    Czy jestes absolutnie pewny tego co piszesz? Jezeli tak, to czy moglbys uzasadnic (to o Slainie i dlaczego ma mi przeszkadzac nieanatomicznosc kobiet). Porozmawiajmy.

  • nie wiem co to znaczy tracić na rysunku. czy polski złoty też traci na rysunku? a może papcio chmiel traci na rysunku przy bliższym poznaniu?

    Paweł, ja się z Tobą znowu nie zgadzam. To jest prostacka fabuła z zajebistą graficzką. Poznałem ten komiks na ‚kopii zapasowej’, a ostatnio wróciłem do niego z wielką przyjemnością na papierze. I na pewno dla tego bizowego ołówka doń wrócę. poza tym jest to fajna gra konwencją filmu Leone w stylu kina kategorii Z. zabawny komiks.

  • Oho, ktoś tu naruszył jeden z Komiksowych Dogmatów jakim jest boskość Bisleya.

  • e tam dogmat. Można nie lubić Biza ale zwrot „przereklamowany” jakoś tak „nie teges” w przypadku artychy tego formatu.

  • konradh: to co teraz, mam się przygotować na kamieniowanie? :)

    MyszaF, gonz, Plotyn: chyba nie muszę pisać wprost, że moje komentarze uważam za moje zdanie, a nie prawdy objawione? DGNDE i te rzeczy.

    Bisley, jasne, ma oryginalny styl. Ale zawsze kiedy czytam jego komiksy mam wrażenie, niemalże pewność, że ten styl jest wyznaczany przez niedbalstwo i lenistwo. „Cholera, znowu mi wyszła krzywica i staw w połowie biodra. A, chrzanię, przykryję kleksem, dorysuję pingwina i znowu będzie wyglądać na świadomy zabieg. Przecież nie będę teraz poprawiać, perkusja czeka.” I mi ten efekt nie pasuje, tyle.

    Dziwnym zbiegiem okoliczności, w kadrach ważnych — na okładkach, plakatach, reklamach — kleksów trudno się doszukać.

  • Bisley jest w Polsce nieco ofiarą swoich czytelników, konkretnie tych, co na półce mają pięć komiksów, z czego trzy są właśnie jego i myślą, że Bisley to cud świata. Do tego dochodzi szał wzruszeń za latami 90 i śmiesznością żartów o Lobo obcinającym nogi swojej nauczycielce.

    Co nie zmienia faktu, że Slaine bardzo ładnym komiksem jest. Bo z Lobo, to bardziej podoba mi się kreska Bisleya w „Batman vs Lobo” niż w „Ostatnim Czarnianinie”.

  • Remake, remakeu. Od Samurajów do cycków i vampirów. Biz, Bizem, ale dla samych rysunków to nie wiem czy warto. Lepiej jego album ściągnąć zza wielkiej wody za 15 dolców i nie frustrować się niczym.

  • „”Dziwnym zbiegiem okoliczności, w kadrach ważnych — na okładkach, plakatach, reklamach — kleksów trudno się doszukać.””
    Biz to przede wszystkim malarz więc wiele rzeczy zakrywa kolorem, plamą. rysunek- kleksami i pingwinami. Dla mnie to nie niedbalstwo ani lenistwo tylko szczere rysowanie prosto ze łba. Zero pozy , zero pierdolenia się. On po prostu ma taki styl. Szybki, sprawny , komunikatywny, adekwatny, bla bla itp…
    A, no i wiem, że to Twoje zdanie ale zwrot „przereklamowany” o kolesiu z takim dorobkiem to dziwnie brzmi po prostu. Grube słowo;]

  • „Kurew”… mój Boże, jak ja dawno tego nie słyszałem. Ostatni raz chyba w filmie Juliusz Machulskiego „Superprodukcja” :D

  • @MyszaF.
    „Fistfull Of Blood jest zajebistym komiksem. Prostackim i dynamicznym czytadłem klasy B. Kocham takie.”

    Ja też, ale ten mnie znudził. To jest klasa D.

    Gonz – rozumiem grę z konwencją, ale ten komiks jest do bólu przewidywalny, a grafika nie powala nawet miłośnika Biza, czyli mnie. Myszkowski by to lepiej narysował, a i Emilia od tej bohaterki jakaś ładniejsza…
    3 w skali szkolnej.

  • Dodaj plusik za okładkę.

  • Szkoda tylko, że reprodukcja zajebistej ilustracji na okładce prezentuje poziom kserokopiarki kolorowej. Blade te kolory w pizdu.

  • Faktycznie, liche, jakby w Licheniu robione (jako rzecze Skurcz)

  • hmmm… nie kocham Bis jakos mocno, choc szanuje go jako twórce , ale mam takie pytanie Pawle. Czego sie spodziewałes patrzac na okładke?:) . Mysle, iz w swojej klasie rozrykowej sieczki toz to mile, czytadelko.

  • Są okładki i okładki. Patrz opisywany przez paroma dniami „Battle Pope” – tam też niby nic się nie spodziewasz, patrząc na okładkę, ale to „nic” jest zaserwowane z polotem, humorem i jednak odrobiną finezji.

  • @Trekker – Grim już trochę wyjaśnił… Spodziewałem się czytadełka, które pogra z konwencją. Z tym, że „ZGP” jest tak słabe, że zastanawiam się, czy to jeszcze gra z konwencją, czy już zły komiks. W końcu – czy każdego gniota wytłumaczymy grą z konwencją?
    Eastman raptem podmienił postacie w westernie i już gra z konwencją… A pokaż mi tam jeden dobry dialog albo coś, co każe mi uwierzyć, że komiks zrobiono tak specjalnie, a nie tak im wyszedł…

    Nie widzę tu „zajebistej graficzki”, o której mówił gonz (poza okładką) – mam jak Marcin wrażenie, że chociaż to Bóg Biz, to tutaj odwalił sprawę „No bo to i tak tandetny komiks ma być”…

    Wyglądało to tak:
    Siedział sobie Biz w swojej wielkiej willi, dopijając szklankę whisky i skręcając wielkiego skręta… W pewnej chwili naszła go chętka, żeby coś narysować. Scenariuszy do Lobo nie było, więc zadzwonił do zioma Eastmana…
    Kevina telefon oderwał od oglądania westernów i zabawiania się z blond dziwką. Sięgnął po słuchawkę niechętnie odstawiając piwo.
    – Yo, whassup man?
    – Yo, Kevin ziomie… Narysowałbym coś, palce przećwiczył – weź machnij jakiś scenar na szybko.
    – Biz, litości, teraz mam Ci machnąć?
    – No, teraz. Nie napinaj się – wiesz, nic skomplikowanego, zrób jakąś jatkę, żebym mógł flaki porysować. I niech będą motocykle, wiesz, że uwielbiam motocykle…
    – Ok, bracie, daj mi 15 minut.
    – Spoko.
    Eastman odłożył słuchawkę i sięgnął po laptopa. Jednym okiem zerkając jak Clint Eastwood masakruje bad-assów, a drugą ręką głaszcząc dziwkę po głowie, zaczął pisać.
    Tymczasem Biz zapalił swojego ogromniastego skręta i czekał na maila. Po 10 minutach, gdy świat zrobił się już przyjemnie zielony, doczekał się. Czytając uśmiechał się w duchu: „Oh boy, zajebiste! Ahahahaaa, ale miał pomysł. I żeby ich tak razem na dzikim zachodzie! No, Eastman to jednak jest gość!” Biz, zaczął rysować, świat przyjemnie falował. Kadry wychodziły mu raz rozmyte, a raz ostre jak Kosmożyleta… Biust bohaterki ciągle wydawał mu się za mały, więc co kadr nieco go poprawiał. Jednak, gdy przewrócił kartkę wydrukowanego scenariusza, coś przestało mu się zgadzać… Złapał za telefon.
    – Biz, kurwa, czego znowu.
    – Chill out, Kev, wszystko ok, fajny rozpierdol napisałeś… Ale wiesz… Tu zakończenia nie ma.
    – Jak to nie ma?
    – No nie ma. Rozpierdol i nic…
    – Wiesz co, mam pomysł! Pierdolniemy takiego wielkiego…
    – Hahahahaha, bracie, ty to masz łeb.
    – No, sie wie! To ten deus seks machina jest!
    – A jak wydawca tego nie kupi?
    – Kupi, kupi… A jak będzie podskakiwał, to mu powiesz, że to ta… no… gra z konwersją! Rodriguez cały czas na tym kasiorę trzepie!

  • Pawle. Widzę że ty „Straży przybocznej” nie oglądałeś. Dla Twojej informacji – scenar do Posoki jest podobnie oryginalny co Garści Dolarów. Leone podmienił samuraiów na kowboi. i tyle. wszystko. tu mamy kowboi podmienionych na zombie i wampiry, a zamiast eastwooda jest cycata lala. i king kong z kosmosu czy co to kurde jest. Leone mógł, ale w komiksie dalej nie wypada?

    Inna sprawa że z zaciekawieniem śledzę mutacje Straży Przybocznej: „Ostatni Sprawiedliwy”, „Django”, „Sukiyaki Western Django”, „Za garść posoki”, „War” z Jetem, elementy nawet były w takim dennym filmie z hąkągu co jest w kioskach – „Bosonogi mistrz”. Przepraszam Cię bardzo, ale oryginalność fabuły i nieprzewidywalność to jest OSTATNIA RZECZ jakiej można się po tych filmach spodziewach. Tu finał znany jest od początku. Liczy się jak zostanie zagrana wspomniana konwersja.

    Zajebistość graficzki? kurde, ja naprawdę lubię zabawę ołówkiem, której próżno szukać ostatnio na półkach w sklepach komiksowych. Że to bazgrołowate, a Biz woli uwydatniać poślady bohaterki? bywa, ale uwydatnia je technicznie zajebiście, bawiąc się cieniowaniem i naciskiem ołówczaka. lubię taką technikę, może to posucha, może nie, ale lubię i to mi się podoba.

    Pawle Kaszyński – ja nie polemizuję z treścią, ja po rpstu naprawdę nie wiem co to znaczy ‚tracić na rysunku’. to dla mnie jakaś dziwaczna forma, używana chyba tylko przez przybyszów z Alfa Centauri i mieszkańców Śląska.

    pod skryptem: a egmą ma w pipe za wydanie bizowego slejna.

  • JAPONfan

    Jako mieszkanieć Śląską oficjalnie się focham.
    Jutro na GŚ moje wątpią dadza znać co sądzą o konserw… konwersa…. komercjali… kurde, iecie o co cho.

  • na azecie Śląskiej?

  • Przemysławie Pawełku! Sformułowania „tracić na rysunku” nie użył Paweł Kamiński!

    Więc nie wiem, czemu właśnie to on ma Ci to tłumaczyć.

    Z poważaniem

    Konrad Hildebrand
    motywdrogi.pl

  • Nie wiem Kondradzie Hildebrandzie. Ponieważ nie pytam o to jego, a Pawła Kaszyńskiego. Czyli tak naprawdę Marcina Kaszyńskiego. Zasugerowałem się imieniem innego obecnego Pawła, co się zdaża.

    Jako że nie ma tu innych osób o tym nazwisku (o Kamińskich nic mi nie wiadomo), zorientuje się chyba że to jego pytam.

    Z poważaniem

    Przemysław Pawełek
    przemekp.blogspot.com

  • No nie wiem, zawsze można pomyśleć, że sam nie wiesz, do kogo piszesz.

  • Ta, dajta se po komentarzu.

    Z poważaniem

    Bartek „godai” Biedrzycki
    http://www.gniazdoswiatow.net

  • nie no, wyjaśniło się wreszcie, do kogo zwraca się Gonzo, więc nie trzeba.

  • Dzięki Bogu.

    Z poważaniem

    Rafał „Grim” Kołsut

    http://www.szrama-istota-legendy.blogspot.com

  • sliczne se pododawaliscie podpisy hyhy

  • gonz: to niezbyt szczęśliwe sformułowanie jest efektem szczerego pisania prosto ze łba. Zero pozy. Szybko, sprawnie, komunikatywnie :)

    Gdybym mógł, zasłoniłbym je teraz kleksem i odwrócił uwagę pingwinem. Ale nie mogę. Pocieszam się tym, że wpisałem je technicznie zajebiście.

  • huhu, cwaniak;f

  • Brakuje ci boskości i dogmatu, więc nawet techniczna zajebistość ani żadne kleksy z pingwinami Cię nie uchronią!

  • @gonz – nie oglądałem „Straży…”, ale wiem, że Leone z niej zrzynał (tylko nie mam zwyczaju się wiedzą z wikipedii popisywać). Nie ma problemu, że skopiowano to w komiksie, ale właśnie do tego pije – skopiowanie scenariusza i zmiana bohaterów to za mało na grę z konwencją… Brakuje mi czegoś od siebie, polotu, detali, innych nawiązań, kozackich dialogów. Nazwij to jak chcesz, czegoś mi brakuje…
    Grę z konwencją to ja widzę w ostatnim Authority.
    „FoB” to komiks dobry – takie frytki, ale na starym tłuszczu, słabsze od wysmażonych przez Rodrigueza hamburgerów z toną dodatków i krwistych steków Millera. :)
    Czytało się fajnie, ale za krótko i nic z tego nie wynika.
    A cyce za wielkie, żeby się mogły podobać.

  • ale to jest komiks do oglądania, nie do czytania, coś jak hard boiled.

    mam wrażenie ze po prostu – ogólnie – nie lubisz gry konwencją. tak jak to było z originalsami.

  • Lubię – takiego Tarantino ubóstwiam, i Spirit w wersji komiksowej i filmowej mi się podobał. I ostatnie Authority. No i Lobo. :)
    Ale nie znaczy to, że jak coś dostanie łatkę „gra z konwencją”, to automatycznie zaczyna mi się podobać.

    „FoB” i „Originals” to komiksy IMO średnie, a gra z konwencja polegająca na podmianie ludzi na zombie, a skuterów na hovery ich nie ratuje. To ma być gra, ma mnie zmusić do pokombinowania – do czego autor nawiązał, z czego się podśmiewa… A tu i tu inspiracja wali po gałach.

    W „H-B” rysunek przykuwał, przyciągał, za trzecim razem nadal znajdowałem nieznane mi detale…
    A tu – szkic Biza… No fajnie, ale za mało.

    A ja mam wrażenie, że jeśli ni lubię komiksów, które gonz uważa za „grę z konwencją”, to znaczy, że nie lubię gry z konwencją. ;)
    W Testamencie też była gra, ale Ci się nie podobała.

  • To ja się narażę Gonzowi:

    – jestem wielkim fanem mojego imiennika Bisleya i właśnie dlatego „FoB” było dla mnie jednym z największych komiksowych rozczarowań ubiegłego roku. Słabe to jest strasznie po prostu.

    – Originalsów przeczytałem kilka lat temu i nie pamiętam ich dzisiaj tak samo, jak nie pamiętałem już dzień po lekturze. Ani to słabe, ani dobre, ot średniak.

    I dodam jeszcze, że bardzo lubię grę z konwencją. Ale dobrą grę a nie popłuczyny.

  • dobra. przyznam się. jestem paladynem Biza. mam wysokie miejsce w zakonie, jakieś 3 stopnie tylko niżej niż Filip. po prostu lubię się na to pogapić, nawet jak Biz lewą nową coś machnie. są cyce, wykrzywione mordy, zombie i poślady. Tylko Biz potrafi rysować takie pingwiny. tylko on tak fajnie zgrywa kleksy z kompozycją planszy.

    a Originalsów nie bronię przecież jako przełom czy coś. to po prostu własnie nie jest złe. się czytało przyjemnie.

  • A ja Ci doprawdy pierdyliard razy pisałem, że też mi się „Originalsów” przyjemnie czytało i nic ponadto. Taka tam obyczajóweczka siląca się na coś z ambicjami, bo Dave realia zmienił.

    Ja jestem zaledwie apretiz Biza – niestety widzę jak coś odwali.

  • HM… po ilosci komentarzy trzeba przyznac iz Biz budzi u nas zywe emocje:). Nie wazne , czy sie go lubi czy nie kazdy kupi byleby jęczec/wychwalac pod niebiosa… To to wychowanie na Lobo:). Moze warto kupic wiecej posoki by zbijac fortuny na allegro:D

  • Pomyśl, co by było, jakby wydali coś Breyfogle’a…

  • Breyfogle? Ile osób go kojarzy? Dwadzieścia?

  • no, i na pewno jest „przereklamowany”.

  • Ponoć więcej, biorąc pod uwagę szał przy wydaniu trzeciego „Ziniola” z jego okładką, gdy to fani ściągali sobie majtki przez głowę i skandowali jego nazwisko przy wtórze trąb i bębnów.

  • Ta, tych całych dwóch na forum Gildii…

  • Pikujecie wprost na komiksowy beton, zderzenie może być bolesne.

  • Zmienimy stan skupienia i się ulotnimy, w razie czego.

  • W Originalsach zmiana realiów była całkowicie zbędna jak dla mnie. Wolał bym przeczytać obyczajówkę o Modsach i Rockersach. Krystalizacji pierwszej fali Skinheads, early reggae, ska i zbieraniu na pierwszą vespę. Zmiana klimatu tam nie wnosi nic zupełnie. U Leone było inaczej, bo Eastwood jednak był innym bohaterem niż Mifune, a Western to jednak też inna forma niżeli to co niektórzy „easternem” nazywają.

  • Breyfogle, o ile dobrze pamiętam, to został legendarny jak zniknął.

    Jak akurat wychodziły w Polsce jego komiksy, to jakieś 80% czytelników darło z niego łacha. Oczywiście nie było wtedy www, więc nie było radosnych popiardywań forowych, ale ludzie listy wtedy do siebie pisywali. Takie wiecie, kartki papieru co się długopisem pisało na nich słowa, wsadzało w taką papierową torebkę i zanosiło tam, gdzie się rachunki płaciło kiedyś.

    Na mnie facet (Norm) robi wrażenie, ale nie osrałbym się, jakby go wydali, bo pewnie wolałby sobie to samo ściągnąć taniej i lepiej w oryginale.

Dodaj komentarz