Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

Testament #1: Akeda


papier · komentarzy 20

I am the god of hellfire, and I bring you... fire!

Douglas Rushkoff popełnił wstęp do pierwszej części swojego „Testamentu” w lekko megalomańskim tonie. W pewnej chwili zacząłem się obawiać, że kupiłem klona Dana Browna, przebranego dla niepoznaki w komiksowe szatki. Niemalże wymiękłem, gdy o Biblii napisał:

Uważasz, że masz talent? Sprawdź kod źródłowy rzeczywistości i sprawdź, czy dasz sobie z nim radę.

Zabrzmiało to jak slogan z reklamy kolejnego dzieła, które „odkrywa nieodkryte, odtajnia utajnione”. Ale spokojnie. Przymrużamy oko, kończymy tekścik, przewracamy kartkę… I okazuje się, że Douglas scenariusze do komiksów pisze lepsze od wstępów.

Cały ten hałas(ek) o kilka słów staje się jasny po porównaniu szumnych zapowiedzi z treścią komiksu. Douglas Rushkoff rozpisuje się o tym, że Biblia wcale nie straciła na aktualności, a wydarzenia z niej wciąż wydarzają się na nowo. Nazywa księgę „podręcznikiem buntu psychicznego” i uświadamia, że jej poznanie otworzy nam oczy na Tych Złych (kler, władców i korporacje), którzy próbują nas omamić. Tymczasem chce nam przekazać o coś, do czego każdy, kto uważał w liceum na języku polskim, doszedł już dawno – Biblię można czytać jako swojego rodzaju kod uniwersalny. Podejście ciekawe, ale nie nowatorskie, więc nie ma się co nadymać. Schematy fabularne z przypowieści lub archetypy postaci wielokrotnie pojawiały się już w literaturze. Dobrze, Rushkoff poszedł krok dalej – „Testament” nie jest tylko niejasnym odniesieniem do Biblii. Przeplatają się w nim dwie warstwy fabularne – fragmenty historii biblijnej z ich odpowiednikami dziejącymi się tu i teraz. Chociaż „tu i teraz” to umowne określenie, bo akcja osadzona jest w cyberpunkowej przyszłości, zaprezentowanej zgodnie z kanonem, czyli nieco schematyczne. U władzy stoją korporacje, a każdy obywatel USA ma obowiązek wszczepić sobie chip, który pozwoli w dowolnej chwili zmobilizować go do służby w armii – i nie tylko na to. Oczywiście przeciwstawia się temu ruch oporu, w którym są sami fajni alternatywni kolesie: paker, haker i artysta. Motyw ograniczania wolności obywatelskiej jest chyba echem realnego Patriot Act? Albo to tylko moja paranoja…

They know when you are sleeping. They know when you're awake...

Główny bohater, Jake Stern, stoi przed wyborem: dać się zaobrączkować albo przystąpić do buntowników. Ojciec, namawiający go do podporządkowania się rządowi, zostaje zestawiony z Abrahamem składającym syna w ofierze, stąd tytuł tomu: Akeda – czyli starotestamentowy akt ofiary. Przeczytać o tym można w pierwszym zeszycie udostępnionym przez Vertigo. Równoległy bieg wydarzeń tworzy oś fabularną całego komiksu. Najważniejsze postacie mają swoje odpowiedniki w świecie biblijnym – jednak nie są one trwale do nich przypisane. Dzieje Jake’a nawiązują do Izaaka, później staje się on Lotem ratującym swoją rodzinę z pogromu Sodomy. We wstępie znajduje się informacja, że bohaterowie przeszłości i teraźniejszości to te same postacie, nieświadome swego istnienia… ale tylko na razie. Pewnie wkrótce jedni przestaną być tylko biernymi nawiązaniami do drugich i dowiemy się, po co scenarzysta chce nam tą korespondencją historii przekazać. Już wiadomo, że teraźniejszy bieg wydarzeń, nie zawsze odpowiada temu, co działo się kiedyś… albo dzieje się równolegle. Wszystko za sprawą bogów, dla których obywa światy są planszami do gry. Bohaterowie na własnej skórze przekonają się, że boskie ingerencje w ludzkie losy wcale nie ograniczają się do czasów biblijnych. Swoją drogą – ciekawie przedstawiono graficznie ingerencje bogów – oni dosłownie przenikają do kadru, gdzie dzieje się akcja. Mieszanie się bóstw w decyzję Aleca/Abrahama, to dopiero początek rozgrywki. Po tym opisie, lub lekturze komiksu, może zdawać się Wam, że „Akeda” to umiarkowanie sensowny misz-masz popkultury z Biblią. Poczytajcie jednak dokładny komentarz do pierwszego tomu – ale najpierw komiks, bo inaczej nic was nie zaskoczy. Zapoznawszy się z tymi dwudziestoma stronami jestem skłonny wybaczyć Rushkoffowi nadęcie się we wstępie. W komentarzu wyjaśnia wszystkie biblijne nawiązania i widać, że jest oczytany w sprawach, za które się zabrał. Nic dziwnego, że jego pracami interesują się różne strony, także te nie o komiksach. I nie tylko komiksy pisał – jest autorem artykułów i książek o tematyce korespondującej z „Testamentem” – m.in. o religiach i cyberprzestrzeni. Niektóre są dostępne po polsku.

Kochanie, nie wiem jak do tego doszło! Jakby ktoś popchnął mnie do czynów lubieżnych...

Album oznaczono symbolem „TYLKO DLA DOROSŁYCH”, chociaż próżno szukać w nim scen przemocy. W takim razie musi chodzić o sporą ilość golizny i nieco seksu, którego według Rushkoffa Biblia jest pełna. Mam jednak podejrzenie, że sceny erotyczne to projekcja jego własnych fantazji. To wyjaśniałoby obecność nieletniej dziewczynki w stroju gotyckiej lolity… Na szczęście Liam Sharp ładnie rysuje nagie kobiety. Tylko twarze wychodzą mu czasem jak u lalek – chyba że większość znanych mu niewiast ma wydatne, błyszczące, czerwone lekko rozchylone usta… Za to wszelka maszyneria oraz okładki zeszytów to cud, miód i orzeszki. Aż dziw, że zdarzają mu się niechlujnie narysowane męskie twarze. Chwilami ciężko uwierzyć, że machnął takie szkice do „Spawn: The Dark Ages”. Aż szkoda, że spośród wielu jego komiksów, w Polsce pojawił się jeden „Spider-Man” wieki temu.

„Testament” zadaje pytania – na razie nie te fundamentalne o wiarę, raczej te prostsze „I co dalej?”, „Dokąd to zmierza?” – i dzięki temu wciąga. Przy okazji „Originals” narzekałem na kupowanie komiksów w ciemno. Druga propozycja z mocno spóźnionego pakietu Manzoku zatarła kiepskie wrażenie. A nawet więcej… Ten pierwszy odcinek zrobił to, do czego pierwsze odcinki zostały stworzone i o czym marzy każdy z nich trafiając do sklepu – zachęcił mnie do kupienia drugiego. Całość zamyka się w czterech tomach, więc jest szansa, że Manzoku wyda nam je w szybkim tempie. I want to believe…

Zamiast soundtracka kolejny odcinek serii „Czepialscy redaktorzy Motywu”. Dziś: „Wyjątkowo złośliwa, a trudna do wyłapania literówka” – do niejakiego Greco, Alec zwraca się „Greto”. Pechowo – tak na na imię jego żona… No i czemu nie przetłumaczono transparentów, a zrobiono to z tekstem na wyświetlaczu komórki? Dziwne…

komentarzy 20

  • Piszesz w przedostatnim akapicie o tym, że komiks zachęca do zakupu kolejnych tomów. Nie jestem z tego tekstu wywnioskować dlaczego, bo piszesz tylko o zawartości tomika. Owszem, patent na paraboliczne pojechanie biblia/cyberpunkowa z lekka współczesność to fajny pomysł. Szkoda że efekt to dęte lewackie, antysystemowe pieprzenie dla 16latków. kolory są przejaskrawione i nadto syntetyczne, bolesne zwłaszcza na kobietach (brak zdecydowanych kresek na twarzy, zamiast tego landrynkowe cieniowanie). Zjadłem 2 zeszyty z pierwszego tomu. Było ciężko. Nie wiem jak dobrnę do końca, bo tam jakieś roboty są (że niby demony???) cuda wianki. to czym ten komiks zachęca do kolejnych tomów?

    PS. Originalsów będę bronił, ważenia z pakietu mam odwrotne.

  • Nie wiem przed czym bronić chcesz „Originalsów” – napisałem, że fajna historyjka, ale za grosz w niej oryginalności. A w „Testamencie” ciekawi mnie, czym skończy się gra bóstw i do czego Rushkoffowi paralelne światy.
    Nie zamierzam Ci robić prania mózgu, że to wybitna rzecz jest i musisz polubić, bo nie widzę sensu – zwykle masz przeciwne podejście. Mnie jara antysystemowe lewackie pieprzenie i mieszanie mistycyzmu z cyberpunkiem.

    Tak, te roboty to równolegle giganci, tak jak Alec to Abraham.

    A warstwa graficzna – jak napisałem przy kobietach-lalkach – nie powala, ciężko mi uwierzyć, że ten sam koleś ciska takie rzeczy, jak są w jego galerii.
    Poza tym, kolory to nie jego działka.

    Uogólniając – cały cyberpunk to pieprzenie lewackie, bo antysystemowe?

  • Jestem absolutnie za „Testamentem” – zwłaszcza z perspektywy przeczytania i miacia całości. Rzecz naprawdę fajnie się rozwija (pewnych pomysłów i hardcore’ów Rushkoff chyba w pierwszym tomie jeszcze się trochę wstydzi). Ale najlepsze w tym komiksie są właśnie paradoksalnie komentarze twórcy (dlatego „Testament” trzeba czytać w TPB – w zeszytach ich nie było) – pokazują pięknie konteksty, źródła, przemyślenia autora i Biblię od podszewki. Naprawdę warto.

  • cyberpunk to futuryzm jednak, a Rózkoff jedzie na zasadzie ‚obudź się! kontrolują cię! pieniądze cię zniewalają! prezydent USofA to SZATAN!!!’ i takie tam, jak z pierwszego albumu SOAD albo manify alterglobali.

    brawa gościowi za pomysł, ale wykonanie jednak trąci mi infantylizmem i pretensjonalnością kurde. przynajmniej sam początek. nie skreślam, ale jak na razie mnie to zawodzi.

    a Originalsów będe bronił jako zawodu – to naprawdę fajny komiks, a z braku oryginalności czyni atut. miłe, nie powala. ale fajne.

  • @gonz – no to się zgadzamy „miłe, nie powala. ale fajne.”

    Nie wiem czemu cyberpunk ma się wykluczać z krytyką prezydenta USA – myślisz, że w przyszłości będzie lepiej?

    @kiamil – a był ten komentarz w oryginalnym TPB#1? Bo w polskim Manzoku nie dało, w sieci znalazłem.

  • Testament mnie mocno wynudził. Przeczytałem, odłożyłem i styka. Przed zakupem kolejnych tomów zastanowię się 3 razy.

    Originalsi, mimo że mało oryginalni, jednak bardziej bawili mimo schematów i pewnie nie raz nie dwa do nich wrócę.

  • W oryginalnym pierwszym tomie nie ma komentarza. Co nie znacza, że Manzoku nie mogło go dać. Nie sądzę, żeby ktoś im tego specjalnie zabraniał. W USA po prostu później wpadli na ten pomysł i w drugim tomie są komentarze do 1 i 2. A później już normalnie, na bieżąco i coraz obszerniej w tomie 3 i 4.

  • Mam jak arcz. Ale może przeczytam jeszcze raz ten pierwszy tom i dam szansę drugiemu.

  • doczytałem. prawie zwaliło mnie z krzesła beztroskie rzucenie przez paru zabunkrowanych w piwnicy brudasów stwierdzenia że planują rozsadzić światową gospodarkę. moment, myślę, to nastolatki, może to właśnie miało pokazać naiwność tych kolesi. ale z drugiej strony jeśli tak, to Rushkoff by walił w sam siebie.

    czytadło. nie jestem rpzekonany do serii.

  • Gonz, dlatego właśnie patrzę z przymrużeniem oka na ten alternatywno-anarchistyczny „ruch oporu”.

  • co jest, motywa zreseciło???

  • Atak bojówki kościelnej za tekst o Battle Pope.
    Proszę nie panikować, jest szansa, że wszystko wróci do normy…

  • Nie mamy bladego pojęcia co się stało, tekst o Battle Pope zostanie odzyskany w takim samym kształcie z RSS, komentarze pod tym tekstem zapewne z maila. Nie wiem jak komentarze pod innymi wpisami. Innymi słowy – superhost się znów popisał.

  • JAPONfan

    Superhost działa na zlecenie tajnej kościelnej organizacji która stara sie ukryć że papież ( i jego zły brat bliźniak) sa tak naprawde wytrenowanymi ninja wyspecjalizowanymi w walce z zombie.

  • niezle jaja… siadla baza danych? :D

  • Właśnie. Coś, długa cisza…

  • Staramy się nie pisać – Konrad walczy, by wgrali nowszą kopię bazy, jeśli mają. Jeśli nie – zrekonstruujemy to ręcznie.

  • Ok, wkleiłem zaginione komentarze tu i do „Originals”, bo szkoda byłoby tych dyskusji. :) Niestety – zaginął nam jeden głos – gdzieś w procesie akceptacji… Minuta ciszy dla ofiary superhostu.

  • Podpisuje się wszytskimi mackami pod opiniami Gonza o Testamencie. Toż to crapisko jakich mało, a nadęcie Raszkoffa jeste niepojętę. Ludzie, przecież „Bilbia” to najczęsciej cytowane/trawestowane/badane z dzieł, ludzie całe życie poświecają na jej badanie, a on się zachowuje jakby pierwszym był, kreuje się na jakiegoś chujwi odkrywcę zakazanego txtu. No, a poizom naiwności i infantylizmu, no kaman, to już w Avengersach jest wiecej sensu.

Dodaj komentarz