Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

Originals


papier · komentarzy 20

People try to put us down, just because we get around

„Originals” kupiłem w ciemno, skuszony zapowiedziami na stronie wydawcy. Jak się później okazało – to był kiepski pomysł. I nie dlatego, że materiały prasowe były przesadzone. Wręcz przeciwnie – były zbyt dokładne.

Na stronie Manzoku przeczytać można:

Tutaj wszystko jest prawie takie samo, jak w waszej rzeczywistości. […]
Akcja komiksu Dave’a Gibbonsa (współautora jednego z najważniejszych komiksów XX wieku – „Strażników”) mogłaby równie dobrze dziać się w powojennej Anglii – znawcy drugiej połowy XX wieku odnajdą wiele nawiązać do tego okresu.

Nigdy nie wpadłbym na to, że należy materiały prasowe potraktować dosłownie. Po przeczytaniu komiksu, nie znalazłem uzasadnienia dla przeniesienia akcji w przyszłość. Zwłaszcza, że jest to przyszłość uproszczona, ograniczona do paru gadżetów: latających pojazdów, kilku nowoczesnych budynków i może lepszych narkotyków. Spod tego niby-futurystycznego kostiumu przeziera nam Anglia – mając wskazówkę z materiałów prasowych nie sposób jej nie zauważyć. Wśród szarych, pomazanych sprayem kamienic trwa walka dwóch gangów. Członkowie Originals strzygą się krótko, ubierają modnie i jeżdżą (pardon – latają) na skuterach. Głównym ich przeciwnikiem jest grupa Dirt – niechlujni długowłosi motocykliści w skórzanych kurtkach. Nie trzeba być Sherlockiem, by odgadnąć, że odpowiadają im subkultury – modsów i rockersów, Dave Gibbons nie stara się tego specjalnie ukrywać. Jeden z wywiadów pomógł mi zrozumieć kierujące nim motywy. Stylizacja pozwoliła na swobodne snucie historii, w oderwaniu od konkretnych faktów. W tym celu stworzył nie-Anglię, nie-modsów i nie-rockersów, co jednocześnie pozwala mu uniknąć zarzutów o nierzetelność.

This is my generation, baby!

Abstrahując od realiów, fabuła nie zachwyca. Dave Gibbons przyznaje, że należał do subkultury modsów i historię oparł na doświadczeniach swoich i znajomych. Skleił znane motywy w kolaż – historię niesfornej młodości, gdy wydaje nam się, że świat należy do nas, a sława, pieniądze i kobiety leżą u stóp – tylko po nie sięgać. W to wierzą jego bohaterowie: Lel i Bok. Tu też mamy kliszę: było ich dwóch, w obydwu ta sama krew i jeden przyświecał im cel: zabawić się i dorobić przy okazji. Gdy między nimi pojawia się kobieta, monolit przyjaźni zaczął się kruszyć.

I hope I die before I get old...

Równolegle rozwija się konflikt Originalsów z Dirtami, a fabuła zaczyna przypominać „Młode Wilki” (ale gra aktorska jest lepsza). Zabawa w gang przestaje być zabawą, a balansowanie na granicy prawa kończy się upadkiem w bezprawie. Gdy na scenę wkracza motyw zbrodni, zemsty i kary, jesteśmy już przyzwyczajeni do tej konwencji. Nie rażą nas papierowi bohaterowie i ich oczywiste motywacje, a ich porażki umiarkowanie smucą. Tak naprawdę zirytował mnie tylko Leslie – rozwydrzony dzieciak, który stracił wszystko co cenne, a w efekcie niczego się nie nauczył. Idealnie opisuje go cytat:

People try to put us d-down (Talkin’ ’bout my generation)
Just because we get around (Talkin’ ’bout my generation)
Things they do look awful c-c-cold (Talkin’ ’bout my generation)
I hope I die before I get old (Talkin’ ’bout my generation)

W „Originals” schemat goni schemat, ale całość nie rozłazi się szwach. Gibbons skleił swój kolaż na tyle spójnie, że historię czyta się gładko i bez znudzenia. Atutem są realistyczne rysunki w odcieniach szarości. Są proste, ale dodają serii mroku i potęgują klimat brudnego miasta – podkreślają beznadziejność losów dzieciaków z robotniczej dzielnicy, których przerosły ich własne gówniarskie ambicje, a ideały okazały się ładnie opakowanymi mrzonkami.

Muzyka do lektury? Anglia sama jej dostarczy… The Clash, Sex Pistols i Joy Division brzmią jakby ktoś nagrał na płytę miejską szarość i doprawił używkami. Można też sięgnąć po muzykę modsów, z cytowanym tu The Who na czele.

komentarzy 20

  • Dobre rysunki? Mi jakoś wogóle nie podpadły. Wyglądają jak pokolorowane modele 3D, coś w stylu tego netkomiksu Klaster. O ile jak to wisi na internecie to taka stylistyka jest całkiem na miejscu o tyle na papierze wygląda to moim zdaniem cienko.

  • H2O: masz u mnie piwo. Do końca świata mogę się chwalić, że ktoś porównał komiks Gibbonsa do mojego (i nawet nie odwrotnie). ;)

    Ja czekam na swoje, Sklep Gildii ma dosłać „po nowym roku”. No cóż, na razie 3. stycznia, czekam cierpliwie. I nie ukrywam, że mnie skusiły przykładowe strony, opisy wydawców traktuję z przymrużeniem oka. A tu proszę, jakiś jeden rzetelny.

  • Możesz mi przesłać pocztą. Najlepiej jakieś pszeniczne ;).

  • @Godai – widzę, że dużo osób to dotknęło. Pierwotne, jedno zamówienie w Gildii podzieli na trzy osobne. Najpierw przyszło DMZ i Misterium, wraz z innymi zamówionymi komiksami, teraz na dniach powinna przyjść paczka z Originals i Testamentem, a pod koniec stycznia przylecą dwa kolejne igreki. A w mailu przyznali, że „Manzoku nam podpadło :D”

  • e, ja nie słyszę w The Clash, Sex Pistols i Joy Division wspólnego czynnika, którym miałbyć „miejska szarość doprawiona używkami”. Sex Pistols i Clash to bardziej brak zgody na tą szarość, a Joy Division to pogrążanie się problemach leżącym w samym sobie, a nie w mieście.

  • Rany, ktoś czyta te muzyczne polecanki… ;) Muzyka J.D. kojarzy mi się z miastem nie ze względu na treść a klimat – robotnicza dzielnica i chłopaki, które w studiu mogą wywalić z siebie co ich boli. A T.C. i T.S. to też miasto, które tonie w biedzie i szarości, ale jego mieszkańcy wychodzą na ulice – to pasowało mi do walk gangów. You are right, że mogłem to sprecyzować – jakoś kraj pochodzenia ułatwił mi wzięcie pod jeden mianownik i wyszedł mi mianownik dość szeroki.

  • więcej czytania, bo gibbons śmierdzi mechaniczną pomarańczą, w wersji dla ubogich.

  • i nie tylko. To jest prościutki, ale zajebisty w swojej prostocie komiks. może to nagięte porównanie, ale to prawie jak okrojony Akira w realiach UK, lata 50-te. podkręcona technika, dragi, napieprzające się gangi motorowe, próba męskiej przyjaźni. Wydawało mi się to nagiętym porównaniem, ale nie mogę wytłumaczyć dlaczego okładka przed przeczytaniem komiksu zawsze kojarzyła mi się z Otomo…

    Gibbons pokazuje uniwersalność pewnego stanu ducha zalegającego w warstwach społeczeństwa, tam pod spodem. I za to mu siekierka.

    Bo Druga Bitwa pod Hastings to jedna rzecz, moje porównanie do Akiry to druga rzecz, timofa do Pomarańczy, ale czy ktoś oglądał „Football Factory”? Znowu napieprzające się gangi (ale kiboli), prochy, robotnicze brytyjskie przedmieścia, syf, podobne zawieszenie na koniec, na zasadzie ‚warto było? i co teraz…?’, no i znowu męska przyjaźń wystawiona na próbę przez kobietę.

    Co do rysunku – mnie nie rozwaliły, ale pasują, komiks udowadnia że Gibbons nie skapcaniał i dalej łapę ma pewną. nie, Godai, ani trochę nie rysujesz podobnie.

  • :D też miałem go porównać do Akiry i… zapomniałem.
    A pomarańczę nadal mam niestety na liście „TO-DO”. Czytania jest wciąż za dużo… :)

  • Aż się zasugerowałem tym Akirą i przejrzałem swoje wydanie i faktycznie, chociaż chyba bardziej klimat, niż faktycznie kreska czy styl.

    Mnie tam wizualnie się podobał, chociaż, hm, spodziewałem się więcej lektury po tej objętości, a tam strony w stylu Dana Kima, duże kadry :D Marudzę odrobinę, było OK.

    Sama historia, ot, taka nowelka. Zazgrzytało mi zakończenie, nie wiem, jakoś tak ta ostatnie zagrywka Lela, tekst o samochodzie i reszcie, hm…

    No i trochę bym wolał bardziej „poetyckie” tłumaczenie. Dirt można było przełożyć, hover to nawet należało (pomijam, że na okładce jest hoover – redaktora kijem oćwiczyć) i parę innych rzeczy.

    A że klisza na kliszy? To co? Pokażcie mi oryginalny komiks wydany przez ostatnie 20 lat (ba, więcej).

  • Dirt tłumaczyć? po co? rokersów i modsów nikt nie tłumaczy.

  • Hm, rockersi i modsi to element kultury, to tak, jakby tłumaczyć rock’n’roll. A tu mamy po prostu nazwy gangów, coś a’la Demoni Ulicy z Gotham, nijak kulturowo nie umocowanych, prócz tego, że są kalką istniejących subkultur.

  • właśnie o to kaman, że te ich nazwy mają imitować nazwy istniejących kiedyś subkultur, a tych jako nazw własnych się nie przekładało. i nie są to tylko nazwy gangów ale subkultur prawie.

    mnie przeszkadzało dla odmiany traktowanie nazwy dirt jako nazwy gangu, a nie w odniesieniu do członków gangu w liczbie mnogiej. w sensie że dirtsi, z dirtsami, o dritsach i tak dalej, ale w oryginale mogło to być potraktowane inaczej, i mogę być w błędzie że mi nie pasuje :D

  • No, w sumie przy takim ujęciu, to owszem, analogia do punków, skinheadów czy satanistów (chociaż ci ostatni mieli fajny, zapomniany odpowiednik szataniści czy wręcz szatanowcy

    Ciekaw jestem, jakby przełożyli amerykańce polską powieść graficzną. Występowała by subkultura the Brudases? I druga, the Oryginałs?

    ;)

    No, mnie razi, ale dlatego, że mi opada, jak widzę obce słowa (innym od tego staje, więc się wyrównuje napięcie).

    Jak mówię, chyba oryginały jednak rozwiązują ten problem. Nic się nie gubi w tłumaczeniu.

    Zresztą to najmniejszy zarzut do tego komiksu, ale uwagami podzielę się we wtorkowej recenzji u siebie. Jak się do niej zabiorę, bo czekają już dwie kolejne.

  • Szataniści? Ja myślałem, że to określenie używane przez emerytów. ;)

  • 20 lat temu się tak mówiło, zaledwie. :P

  • Ja to poznałem w postawówce w formie żartu z nieświadomych dewotek. ;) No to może nie 20, ale przynajmniej 15 lat temu. I spotykam do dzisiaj, żeby nie było.

  • Jakoś nie mogłem się odnaleźć w tej historii. Może dlatego, że moja sympatia od początku była po stronie Dirciarzy?

  • A mi się „Orginalsi” bardzo podobali, prosta, świetnie narysowana historia i jakoś tak nie czułem, że jest złożona z ogranych klocków.

Dodaj komentarz