Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

Zgubione w przekładzie


film, komiksy · komentarzy 61

Scarlett
By obejrzeć sekwencję początkową „Lost in Translation”, kliknij w nagłówek.

Być tłumaczem to prawdziwe wyzwanie. Tłumaczony tekst jest odbierany przez tłum ludzi, a w tym tłumie zawsze znajdzie się ktoś, kto od tłumacza lepiej zna język polski, angielski czy jakikolwiek inny, który wiąże się z przekładem danego dzieła. Wśród tego tłumu zawsze też znajdzie się ktoś, kto jest zapaleńcem ornitologii, futbolu amerykańskiego, tematyki genderowej i owsianki. Tłumacz nie musi być ekspertem w tych dziedzinach, musi umieć zrobić research, by w razie potrzeby dokonać precyzyjnego przekładu. Naszym rodzimym tłumaczom nie brakuje sprawności językowej, potknięcia wynikają raczej z nieuwagi, niewystarczającej ilości czasu, nieumiejętności rozeznania się w dziedzinie, której dotyczy dany termin. To jest moje małe podsumowanie różnych translatorskich wpadek w 2008 roku.

Tłumacz powinien nie tylko nie być partaczem, ale traktować z szacunkiem czytelników i poprzedników, którzy przekładali teksty w jakikolwiek sposób związane z jego obecną pracą. Takie podejście świetnie ukazuje słowo od tłumaczki książki „Latający Cyrk Monty Pythona – tylko słowa”, Elżbiety Gałązki-Salamon. Książka ukazała się co prawda w 2004 roku, ale w zeszłym „Przekrój” zaczął dodawać DVD z „Latającym Cyrkiem…”, właśnie w jej tłumaczeniu. Jest to więc rzecz, która poniekąd pasuje do mojego podsumowania. Wytłuszczam frazy, które mi się szczególnie spodobały, a świadczą bardzo dobrze o tłumaczce i ogólnym kumaniu cza-czy.

Przypadło mi w udziale bardzo trudne zadanie „wzięcia po Beksińskim lutni”. Wiem, że fani wyleją na moją głowę kubły pomyj i innych nieczystości. Ale stało się. Podjęłam rzucone mi przez Wydawnictwo wyzwanie, ponieważ darzę Monty Pythona miłością równie szczerą i prawdziwą, jak nieodżałowany Tomek. Przejęłam po Nim zresztą niektóre wyrażenia i zwroty (kto by śmiał majstrować przy: „A teraz z zupełnie innej beczki…”), w liczbie (mam nadzieję) wykluczającej pozew sądowy ze strony spadkobierców. A tak na marginesie, fani robią straszne rzeczy z tekstami T.B., które zamieszczają w Internecie (wystarczy je porównać z wersją zarejestrowaną dla TVP). Roi się w nich od błędów, przekłamań i żenujących „udoskonaleń” autorstwa przepisujących teksty zapaleńców.

A w przypisach:

Garść przypisów, objaśniających głównie sprawy, które mogą być dla przeciętnego Czytelnika z Polski niezrozumiałe, bądź trudne do odszukania w encyklopedii (jeśli ktoś nie ma, następnym razem radzę wpuścić włamywacza). Wiedzę o tym, kim był Proust, Kant i Marlon Brando przypisuję Czytelnikowi automatycznie.

By później uczynić chociażby taki przypis, który powoduje szeroki uśmiech:

Ian McKellen – tak, tak, chodzi o Gandalfa.

W chwili wydania „Tylko słów” byłem sceptycznie nastawiony do nowego tłumaczenia, m.in. bo jestem fanem Beksińskiego. Teraz, z perspektywy czasu, chociaż Namorzyn Nieżyt Krtani jest Grdykopląsem Namorzynem, chociaż dalej uważam, że tłumaczenie Beksińskiego jest lepsze (chociaż nie bez błędów), uznaję przekład pani Gałązki-Salamon za całkowicie pełnoprawny, a nawet momentami zabawiejszy. Dlaczego o tym piszę? By pokazać pewien wzór godny naśladowania, by pochwalić takich ludzi jak Wojtek Szot, Michał Chaciński i Marek Cieślik, którzy uczciwie podchodzą do sprawy i czytelnika. Niektórzy nawet angażują czytelników w prace. By w końcu pokazać, że tłumaczenie nie jest jakąś błahostką, czytelnicy zwracają uwagę na błędy, potrafią one, co bardziej obeznanych w jakiejś dziedzinie, wytrącić z równowagi. Tłumacz powinien być tego świadomy i czasem zadać sobie trud dodatkowych badań czy nawet prostego googlowania. Kto nie uczestniczył w sporze „Maria Skibniewska vs. Jerzy Łoziński” niech pierwszy rzuci kamień w takich narzekaczy jak ja.
Gdybym ja wiedział co to jest
Ale przejdźmy do sedna – wpadek. Prezentuję te, które mnie szczególnie rozbawiły bądź ubodły. Jak się zapewne domyślacie, dla Krzysztofa Uliszewskiego powinno się utworzyć oddzielną kategorię. Dzisiaj zapewne mniej agresywnie mówiłbym o imieniu Yoryka, lecz to nie zmienia faktu, że kontrowersje dotyczące chociażby przypisów odbiły się echem w paru wywiadach i zaowocowały zmianą „polityki przypisowej” wydawnictwa Manzoku. Błędów w tłumaczeniach Krzysztofa Uliszewskiego było więcej – pomylenie poprawności politycznej z genderową, zabicie dowcipu i kontekstu czy dość brutalne zrobienie z rudzika drozda, to tylko garstka błędów i błędzików. W drugim przypadku straciliśmy dowcip, w pierwszym i trzecim popełnia się dezinformację, szczególnie nie wyjaśniając kontekstu i powodów tak dziwnej podmiany. Wydaje mi się, że błędy Krzysztofa Uliszewskiego wynikają z małej ilości czasu, tłumacz ten przekłada chyba wszystkie angielskie tytuły Manzoku i nie może sobie pozwolić na to, by się na chwilę zatrzymać i dwa razy się zastanowić.

„Błędy, których nie było” to natomiast kategoria dla tytułów dwóch komiksów: drugiego tomu „Baśni” i „Niczym aksamitna rękawica odlana z żelaza”. Wiedzieliście, że na początku podtytuł pierwszego miał brzmieć „Farma zwierząt”, a tytuł drugiego „Niczym jedwabna rękawica odlana z żelaza”? Sugestie z Forum Gildii zostały uwzględnione i dzięki temu możemy cieszyć się poprawnymi tytułami. Z drugiej strony nowy Bond nie przyniósł fanom „Odrobiny ukojenia”, a drugiego „Hellblazera” nie udało się zatytuować tak, by nawiązywał do tytułu dość znanej książki. Bywa.
Gdzież jesteś, o sensie
Tłumaczenia tytułów filmów to zawsze temat na czasie. Zazwyczaj więcej zależy od dystrybutora niż tłumacza, lecz fakt pozostaje – czasem można bardzo skrzywdzić film dziwnym dobraniem tytułu. Swoją drogą – wpis okrasiłem kadrami z „Lost in Translation” czyli po polsku „Między słowami”, cóż za wyrafinowana ironia tłumacza, nie? W tym roku było parę zachachmęceń, Kamil Śmiałkowski pisze nawet o festiwalu żałosnych tłumaczeń. Ja podzielę się tylko jednym, dla mnie całkowicie niezrozumiałym. „In Bruges” to świetny film, o którym generalnie bardzo mało się słyszało w Polsce. Szkoda. Zdecydowano się na dość długi polski tytuł – „Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj”. Rozumiem dystrybutora, który bał się, że „W Brugii” lub „Pewnego razu w Brugii” się nie sprzeda, ale polski tytuł wskazuje raczej na film w konwencji „Shoot ‚Em Up” niż dramat, względnie komediodramat. I nie oszukujmy się – brzmi tragicznie. Że już nie wspomnę o tym, że na wydaniu DVD wulgaryzmy są podobno wykropkowane. Dystrybutor „In Bruges” z pewnością upadł na głowę.

Jedną z moich ulubionych wpadek w tłumaczeniu jest błędny przekład słowa „philistine”. Oznacza ono filistra, człowieka o ograniczonych horyzontach i jest to bardzo popularna obelga w języku angielskim. Nie wiedzieć czemu, polscy tłumacze uparli się, by przekładać to jako „filistyn”. Sęk w tym, że Filistyni to biblijny ród niesemicki, więc obelgą jest to średnią… no chyba że jest się Żydem. Jest to prawdopodobnie najpowszechnieszy błąd, jaki znam. Występuje w filmie „K-PAX”, „Kaznodziei” tłumaczonym przez Macieja Drewnowskiego, „Latającym Cyrku Monty Pythona” w przekładzie Beksińskiego, „Rogatym Ranczu” i paru innych. Wspomniana wcześniej Gałązka-Salamon tego błędu już nie popełnia. W tym roku dała się złapać na słowo „philistine” Paulina Braiter w „Hellblazerze”. Dla mnie to zabawne, że tłumacze, zbyt pewni swoich konotacji, sami okazują się czasem filistrami. Przerwy-Tetmajera nie czytali, czy co?

Pedały czy fajki?

Nie bez powodu zacząłem od Elżbiety Gałązki-Salamon, i nie bez powodu ją tak chwaliłem. W tym roku natknąłem się chyba tylko na jedno jej tłumaczenie – filmu „Udław się”. Generalnie przypadło mi do gustu, a tłumaczka stosunkowo dobrze wybrnęła z nasyconych seksem dialogów. Błąd, który niesamowicie rozbawił mnie na seansie ukazuje jednak nieznajomość terminów lub niezrozumienie kontekstu. Jeżeli ktoś tłumaczy Palahniuka, to powinien wiedzieć z czym się mierzy i doszkolić się w „tych sprawach”, a przynajmniej w języku je opisującym. Gałązka-Salamon udowodniła zresztą swoimi „nieprzyzwoitymi szczególikami”, że ma braki w językowej geografii „części niesfornych”. Ale do rzeczy. Fraza „tranny hooker” w tej wypowiedzi:

A lot of people would say it’s a bad idea, on your first day out of prison, to go right back to stalking the tranny hooker that knocked out five of your teeth. But that’s how I roll.

została przetłumaczona jako… werble… „prostytutka Tranny”. No już naprawdę… rozumiem, że słowo „tranny” nie wskazuje jednoznacznie na to, czy mamy do czynienia z transwestytą, czy transseksualistą, ale jak można tak żenująco obniżyć poziom humoru w tym monologu? A jeżeli tłumaczka nie wie, że „tranny” nie jest imieniem, to polecam, a jakże, wpisać to w google. Koniecznie bez filtra rodzinnego.

Także tak to jest, tłumacze mają źle. Bo istnieje grupa ludzi, którzy zastanawiają się nad pojedynczymi słowami. I ja sam, dopóki będą mnie bawiły zabawy z językiem, będę różne potknięcia zbierał. Dla czystej frajdy, dla rozbawienia do jakiego potrafi doprowadzić jedno źle przetłumaczone słowo. Na koniec zachęcam do poczytania tego, niesamowicie zabawnego tematu z forum fanów Małgorzaty Musierowicz. Kwiatki w stylu „A na froncie zachodnim spokojnie” najnormalniej miażdżą.

komentarzy 61

  • Tłumaczenie jest o tyle ciekawą rzeczą, że często obiektywnie źle przetłumaczona fraza nie wynika z błędu tłumacza, a jego koncepcji. I ten „błąd” kończy się sukcesem, bo fraza polska bije tą oryginalną na łeb. Wystarczy wspomnieć „Pulp Fiction” i tłumaczenie wspomnianej przez Ciebie, a przy tym (wielkie brawa) utalentowanej Gałązki-Salamon.

  • Zgadzam się z Tobą. Gałązka dała w „Pulp fiction” po garach, i zgadzam się co do pierwszego zdania. Bo doskonale zdaję sobie sprawę z zamysłów, ba, wiem, że jestem li tylko narzekaczem, który może być w dużym błędzie. Ba, niektóre „błędy” u Beksińskiego właśnie kończyły się takimi sukcesami, o których mówisz. Także całkowicie jestem świadom tych wszystkich translacyjnych problemów… nie zmienia to faktu, że niektóre błędy są oczywiste. Generalnie jak się z żartu wyciąga drugie dno, to jest zajebiście, ale jak popełnia się błąd rzeczowy (polecam lekturę topicu z gazety), to już nie halo.

    Mogę powiedzieć, że mnie tłumaczenia po prostu fascynują… mógłbym zrobić drugi taki wpis o „zachachmęceniach”, które są po prostu piękne. Albo o tym jak to ładnie tłumacz wybrnął… Może to zrobię, ale musiałbym pamięć odświeżyć… coś, co sobie koduję jako „błąd” po prostu łatwiej zapamiętuję.

  • I ja nie zapominam ani nie popieram tych oczywistych błędów, bo wielu tłumaczy takowe bardzo często popełnia. A wtedy często i zazwyczaj świetne dowcipy (głównie słowne) idą się – mówiąc wprost – jebać.

  • Jak na złość wszystkie „nowe” wydania „Pulp Fiction” nie zawierają „jesieni średniowiecza” i „kurewsko daleko od ok”… I znaleźć starego nie mogę. Ma ktoś DVD z takowym tłumaczeniem, czy tylko VHS to był…

  • Ja mam starego VHS’a, którego pieszczę i nikomu nie pożyczam :) Muszę sobie zgrać na DVD jakoś, wtedy płytka może pójść w obieg.

    Co do nowych wersji, to „wielka schizma” zamiast „jesieni średniowiecza” też jest bardzo fajna. No ale to z „jesienią” jest związany ten ogromny sentyment.

  • Nie zgodzę się, Wielka Schizma jest kurewsko daleko od ok. ;)

  • Wydaje mi się, że gdy ostatnim razem oglądałem Pulp Fiction w telewizji, to była wersja z średniowieczem.

  • kendo777

    Ja mam chyba dvd właśnie z “kurewsko daleko od ok”. Jak wrócę na chatę to sprawdzę i napiszę co i jak.

  • Zrobiłem risercz – „Średniowiecze” i „kurewsko daleko” to wersja Gałązki-Salamon i podobno nie było jej na DVD. Zamiast tego mamy „schizmę” i „nie, wcale kurwa nie ok”… Nie wiem czym dysponuje TVP.

  • JAPONfan

    Mój drogi. Filistini mają to do siebie że niejaki Samson oślą szczęką (tą dolną cześcia) zabił ich 30. W sensie jednym zamachem.
    To tak jakby ktos powiedział ze murzyni nie sa spoko bo to potomkowie ludzi ktorych wódz ich wioski sprzedał za paczke fajek albo dali sie złapac na afrykańskiej plaży.
    Zamiast mówić „jestes takim ciulem ze 30 takich jak ty mógłbym jednym strzłaem położyć” mozna mówić „ty filistynie”.

    PS. Zawsze kojarzy mi sie wypowiedź jednego polityka „Bo ja czytalem filipinki”.

  • z ta Brugia to nie jest do konca inwencja tlumacza.Tytuł polski to po prostu przetlumaczony tagline oryginału. jak gdzies w tiviku widzialem trailer z tym tytułem to faktycznie spodziewalem sie takiej strzelanej komedyjki.

  • Japon, spoko, znam Biblię. W sumie możnaby się od „niemców” wyzywać, którzy ponieśli sromotną klęskę w WWII, albo od „polaków”, którzy też swoje klęski mieli. Ale co z tego, jakby to dalej nijak się miało do kontekstu. Więc na upartego „filistyn” se może być obelgą (co napisałem, można powiedzieć, że to taka sama obelga dla Żyda jak „ty goju”) ;).

    @Qbiak – true, true. A spójrz na oryginalne plakaty, a jak polski został podrasowany. Tam w tle widoki (bo też o to chodzi w tym filmie), u nas jakieś motywy sensacyjne, rozbite tło i krew. Dla mnie dali dupy. I jeszcze te kropkowanie kurew. meheheh

  • Z tym Filistynem to nie jest tak, że jest obraźliwy niby tylko dla Żydów. W protestanckich Stanach, gdzie znajomość Biblii jest z natury rzeczy o wiele wyższa niż w katolickich krajach jest to jak najbardziej czytelne.

  • Ano. Tylko wtedy już mówimy o innym języku i innym znaczeniu. W angielskim „philistine” oznacza zarówno „filister” jak „filistyn”. U nas znaczenia są różne.

  • no, jak tak to polecam „ocalone w tlumaczeniu” i generalnie chyba prawie kazdy tekst dot. translatoryki autorstwa Stanisława Barańczaka. to sie czyta momentami jak jakis, kryminal [ ok, przyznaje, tez jestem lekko skrzywiona na tym tle ;)] „cholera, jak bohater z tego wybrnie?!”.

  • Hehe, dzięki za przypomnienie, gdzieś coś kiedyś o tym czytałem i miałem się zainteresować, ale oczywiście mi wyleciało ;). Ale on tam pisze o poezji raczej, nie?

  • no, mozliwe, że juz u Was o tym pisalam ;)
    poezji, owszem, ale duzo tez pisze o języku jako takim [glownie angielskim, ale czasem tez niemieckim, rosyjskim i bodajze litewskim oraz hiszpanskim], jakie reguly powinne prowadzic nieszczesnego przekladajacego no i -budzi sie we mnie złoooo- dosyc konkretnie nabija sie z innych tlumaczy :D robi to na szczescie bardzo sympatycznie, no i zazwyczaj ma solidne podstawy. polecam zwlaszcza rozdzialy/teksty o Szekspirze.

  • Co do filistyna/filistra, to jednak można z kontekstu wyłapać, co lepsze, i tak np. we wspomnianym Constantinie „filister” się ewidentnie wysuwa na czoło, bo gdy Brendan lirycznie zachwyca się swoją piwniczką na wino (dziwne, że w najnowszym tomie „Słońcem w butelkach” stała się whisky), to Johnny gasi mu poetycki zapał jakimiś podrzędnymi, przyziemnymi problemami typu chorób wątroby, co to ma być. Dlatego tutaj błąd jest raczej oczywisty, bo raczej na pewno Ennis miał na myśli „Wybacz mu Panie, bo nie wie, jakim jest krótkowzrocznym, drobnomieszczańskim ograniczonym ciulem, który pojęcia o prawdziwym pięknie i artyzmie nie ma”, a nie „Wybacz mu Panie, bo nie wie, jakim jest ciulem, że 30 takich jak on mógłbym jednym strzałem położyć”.

  • To się akurat samo przez się rozumie ;). Japon nie mówił w kontekście „filistyn jest uzasadnione”, a raczej „filistyn też może być obelgą jak się postarać”, bom napisał w tekście, że jest średnią.
    Ale dzięki za naświetlenie sprawy, której już nie tłumaczyłem, bo by było za długo tym bardziej.

  • Wiem, po prostu zabawnie z założeniem Japona zabrzmiało w kontekście, to się pokusiłem o takie naświetlenie :D

  • przyczepię się trochę: „uznaję przekład pani Gałązki-Salamon jako całkowicie pełnoprawny”- powinno być „uznaję za”, przynajmniej w języku jakiego uczyła mnie moja, wspominana już, pani od polskiego.
    z translatorsko-redakcyjnych wpadek: opowiedziano mi kiedyś historyjkę o tym, jak tłumacz księżki napisał w tekscie Mecenas, a redaktor mu konsekwentnie wszędzie pozmieniał na mecenas, nawet przez chwilę nie zastanawiając się, ze może chodzić o Gajusza Cilniusza Mecenasa.
    to jest cholerne pole minowe.

  • Uczyliśmy się tego samego języka. Dzięki.

  • W protestanckich stanach od Filistynów się nie wyzywają, a od filistrów owszem :-) Nawet w tych najbardziej konserwatywnych kręgach. Jest wiele bardziej obraźliwych określeń które w biblii można wyłuskać niż akurat tych Filistynów. Ciekawi mnie tylko etymologia, czy raczej ewolucja znaczeń od Filistyna do filistra (bo po angielsku to nadal to samo słowo). Filistyni głupi nie byli, zorganizowani nieźle skoro przez lata się w Izraelu panoszyli. Z drugiej strony od nich Palestyna wzięła swoją nazwę stąd faktycznie dla żydów jest to pewnie całkiem obraźliwe ;-)

  • Co do „philistine”.
    Zdarza się też tłumaczyć „pathetic” na „patetyczny”, zamiast żałosny. Co więcej, polski wikisłownik ( http://pl.wiktionary.org/wiki/pathetic )
    podaje słowo patetyczny, jako pierwsze znaczenie, podczas gdy wersja angielska ( http://en.wiktionary.org/wiki/pathetic ) i dictionary.com ( http://dictionary.reference.com/browse/pathetic ) tej wersji nie podają.

    Zdarzyło mi się też, w jakimś filmie Woody’ego Allena (nota bene to kurwica mnie ogarnia jak ludzie mówią „film Woody Allena”; może jeszcze „film Juliusz Machulskiego”, co?), natrafić na „argument”, przetłumaczone na „argumenty”, podczas, gdy z kontekstu wynikało jednoznacznie, że chodzi o kłótnię.

  • predator na vhs też miał lepsze tłumaczenie niż ten telewizyjny.

  • @viroz:
    „film Woody Allena” – a że Latający Cyrk MONTY Pythona, to się nikt nie czepi?

  • kliku klik

    Ten klasyczny skecz mówi wszystko.

  • @Grim – Monty Python jest nikim, postacią wymyśloną, niemającą nic wspólnego z grupą itd… także w Polsce wymyślono taką a nie inną odmianę ;). A tu Palin mówi o genezie nazwy. Przyznam się, że sam kiedyś mimochodem odmieniałem „Monty’ego”… i jak się zastanowię, to to było komiczne. W sumie nie wiem, kto tłumaczył nazwę grupy i nie wiem kiedy weszła ona do języka polskiego… może wtedy funkconowały inne zasady użycia apostrofu i odmiany obcych nazw własnych? Nie wiem. Utarło się „Monty” i chyba nic już tego nie zmieni.

    BTW…co do Batmana zapodanego przez Ciebie, kolesie z kabaretu Limo tworzą grupę teatralną Muflasz. Jeżeli ktokolwiek będzie miał jeszcze szansę zobaczyć „Truflasz” albo genialny „Atlanticon”, to się niech nie waha.

    @Chudy – sobie to wczoraj nawet przypominałem ;)

  • Ok, żeby trochę przystopować wysyp linków do skeczy kabaretowych to powiem coś sensownego :)

    Otóż moim skromnym zdaniem filmy komiksowe, popularne cykle i inne dzieła kultury popularnej powinny być tłumaczone przez die-hard fanów, którzy znają daną produkcję od podszewki i znają angielski na poziomie FCE. To doskonałe rozwiązanie, bo taki gość nie będzie popełniał błędów. Dla niego taki film, dokument, komiks, serial (niepotrzebne skreślić) jest jak figura Świętego dla księdza, a praca nad czymś takim to akt „sakralny”. Taki człowiek sprawdzi 10 razy, czy dobrze wywiązał się z zadania.

    Z tego co wiem, system fanowski istnieje na naszym ryneczku mangowym.

  • No tylko jest jeden problem – tacy fani się nie znają na fachu tłumacza. Także optymalnym rozwiązaniem Twojego pomysłu byłaby sytuacja, gdyby profesjonalny tłumacz miał takiego pomocnika… sidekicka, mówiąc po naszemu.

  • Tak, takiego, który krzyczałby np:

    – Krzysiek, uważaj, za tobą, on to mówi na głos!

  • JAPONfan

    W sensie „wiesz jak jest Lennon i Harrison a obok McCartney i Starr to to są Beatlesi, ale jak jest tylko Harrison i Lennon to to jest Solowy Harrison i solowy Lennon”?
    The Tłumacz and the ReasonBoy

  • U mnie w firmie tak to działa. Grę tłumaczą zawodowi tłumacze, o lekkim skrzywieniu geeka, a redaktorzy to geeki o lekkim skrzywieniu redaktorskim… ;) A testują ją geeki zupełne – Łukasz wie.

  • Łukasz wstawił do tekstu zdjęcie tyłka (tudzież filmik z owym tyłkiem),

    a nikt tego w ferworze dyskusji o „Pulp Fiction”, Filistynach i tru geekach nawet tego nie zauważył.

  • No bo ten tyłek to i tak wszyscy już widzieli.

  • Sztybor

    @lukaszb: Limo jest chujowe po maksie, ale Abelard fajne filmy robi.

  • Ale ja nie mówiłem o Limo, a o Muflaszu. Jako grupa teatralna są świetni. Natomiast z filmów widziałem „Wożonko” i podobało mi się średnio.

  • Zgadza się, Wielka Schizma jest kurewsko daleko od ok. :D Kiedyś, w jakiejś „Taniej książce” udało mi się nawet kupić wydanie książkowe scenariusza do Pulp Fiction. Jest to dokładnie ten przekład z „jesienią średniowiecza” – przełożyła oczywiście Elżbieta Gałązka (wtedy jeszcze bez Salomon :D). A wygląda to to właśnie tak

    Latający Cyrk chciałem sobie sprawić na DVD od razu cały komplet, ale nie wiedziałem czy Pani Elżbieta daje radę. Teraz już wiem, że tak :)

    A co do pojedynku Skibniewska vs Łoziński, to nie mogę być obiektywny, bo tylko Skibniewskiej przekład czytałem. Łozińskiego jednak nie ruszę, bo jeszcze mam w pamięci pierwszą wersję przekładu czyli „Kiedy Bilbo Bagosz z Bagoszna…” i „Łazika”.

  • Dzięki gonz. Rozumiem, że mam Ci przeczytać, co żeś mi tu zapodał. Okej, przeczytam Ci znaczenie, w jakim użyłem tego wyrazu:
    „dodatkowe, niedefinicyjne treści kojarzone z wyrazem przez użytkowników danego języka”
    W przypadku, w którym użyłem tego wyrazu, chodzi o dodatkowe (no jakieś poza oczywistymi) redundantne (bo prowadzą do złego przekładu), niedefinicyjne (bo ani nie są zgodne z definicją, ani z kontekstem użycia, ani ja sam nie potrafię ich zdefiniować, bo nie wiem co tłumaczom siedzi w głowie) skojarzenia tłumaczy (czyli treści kojarzone) ze słowami „filistyn”, „filister”, „philistine”. Ale rozumiem, że może Ci chodzić o moją konstrukcję… że tłumacze są zbyt pewni swoich konotacji. Podczas gdy konotacje są związane z wyrazem… znaczy wyraz je posiada, ten zespół cech… a człowiek te cechy wyrazowi przypisuje i wtedy mówimy o konotacjach. No to był taki skrót myślowy, że „…tłumacze zbyt pewni przypisywanych przez siebie konotacji wyrazów…”. Mam nadzieję, że jasne jest OCB. Rozumiem, że to nie jest najbardziej eleganckie, ale już nie będę zmieniał.

  • krótko: wzruszyła mnie Twoja eksplikacja.

  • Dziękuję ;*

  • Z baboli komiksowych pamiętam rzuciło mi się kiedyś w oczy w Sandmanie „mówić cyganem” (speak gipsy).
    No i w Arkham Asylum: „Kto się wami opiekuje? (who cares about you?) Jesteście tylko talią kart.” – w sumie odniesienie do mało znanej niszowej książki więc tłumacz mógł nie znać.

  • Już raz to pisałem, ale powtórzę. Robocze tytuły Egmontu, te ze strony internetowej, częstokroć nijak mają się do tego, co ostatecznie ukazuje się drukiem.

    Pulp Fiction z jesienią średniowiecza ostatnio widziałem w kinie, jak ktoś bezwzględnie inteligentny zdecydował się przedłużyć licencję. Ukłony, oklaski, szacun ogólny. Na DVD niestety nie ma, ale szczerze… widziałem ten film tyle razy, że napisy są mi mało potrzebne.

    Co do filistrów i Filistynów. Wg mnie powinno się to tłumaczyć na ignoranta, byłoby najlepiej (najbezpieczniej).

    A co do Cyrku Monty Pythona – bez względu na jakość tłumaczenia wydanie dołączane do „Przekroju” to czyste złodziejstwo. Dokładnie ta sama wersja była kiedyś dostępna (a może nadal jest) w innym opakowaniu za bodajże 1/3 tej ceny.

  • Nadal jest, zobaczyłem przed świętami w Empiku i się z deka wkurwiłem :-/

  • a ile łącznie mają kosztować te przekrojone? bo boxik z 4rema seriami to 199 dzika w saturnie. albo jakieś 160 na allegro.

  • Ponad 400, ale masz za to Przekroje lol. I teraz kurna nie wiem czy przestać kupować bo i tak za dwie stówy już poszły, psiamać

  • Sprzedaj jako komplet i kup zbiorcze w Saturnie.

  • Miszczela

    Kolego, przed następnym odkrywczym wpisem przeczytaj książki o teorii tłumaczenia np. Barańczaka, Nidy lub Venutiego, ok? Bo na razie pachnie to wszystko chłopakiem, który zna trochę angielski i postanawia się na ten temat wywnętrznić.

  • I, wreszcie jakiś ekspert się pojawił. Barańczak to nie ma łatwego życia w tym temacie.

  • Ano, nie ma.

    @Miszczela: Nigdy nie twierdzilem, ze jestem ekspertem, jestem chlopakiem, dla ktorego niektore rzeczy (czy oczywiste bledy) sa czasem bawiace, czasem niezrozumiale. Po ksiazki zapewne siegne, dzieki. A troche, to ja znam hiszpanski.

  • ale ja mam dłuższego.

    weź już Łukasz… ech…

  • Sam weź. Bo naprawdę nie wiem teraz o co Ci ten…

  • bo zamiast licytować się kto co trochę zna to mogli byśmy mieć ten i kolejne dwa etapy (a mój tata jeździ audi i a mój dziadek jest w ZBOWiDzie) przeskoczyć i od razu przejść do ultimate wartościowania kto ma najmojszą bardziej mojszą niż twojszą rację.

    zresztą dazynmeta. obrażę kogoś dla niepoznaki, dyskusja skieruje się na inny tor.

  • Boże. To było raczej w tonie „Znam hiszpański trochę, i nie jestem kompetentny do oceniania tłumaczenia niewolnicy izaury, z angielskiego mam jako-takie podstawy, więc się bawię takimi rzeczami co powyżej”. Żadna tam licytacja, wybacz, że coś Ci tam w duszy zagrało nie ten.

  • nie nadążasz. mi o tą sugestię właśnie chodzi, że co jak co ale z angielskiego to się nie znasz trochę ale lepiej i jak tak to czujesz się uprawniony do pisania teorii przekładu od nowa. bo to nie tylko o kompetencje językowe chodzi.

    swoją drogą kwiatek z Testamentu – przypisów ilość minimalistyczna, na dole strony, ale jak jest manifestacja ze sztandarami, to nie ma informacji w naszym języku co na tych szmatach jest napisane. kara dla czytelników którym przypisy przeszkadzały?

  • Co śmieszniejsze – przetłumaczony jest średnio istotny napis na wyświetlaczu komórki – strona 14.

  • Oj gonz. Sam nie nadążasz. Już naprawdę przekraczasz wszelkie granice. A gdzie ja pisałem teorie przekładów? Gdzie ja pisałem, że jestem uprawniony? Odpowiem Ci – nigdzie. Ba! Pisałem nawet, że na teorii tłumaczenia to ja się nie znam – odpowiadając Sztyborowi, a także Chudemu (że fani nie znają się na fachu tłumacza – a ja się do takich ludzi zaliczam), czytaj co się pisze, a nie mi wmawiasz pierdoły. Napisałem tylko tyle, że angielskiego liznąłem na tyle, że widzę niektóre nieścisłości. A nie żadne „teorie tłumaczenia”. Kurwa. Pisałem wyłącznie o swoich odczuciach w stosunku do tłumaczy (czyli jak powinni mnie jako czytelnika traktować) oraz napisałem o paru bawiących mnie błędach. To wszystko. A Ty naginasz, że niby „teorię tłumaczenia” piszę. Weź się naprawdę stuknij. Ale tak porządnie. Bo chyba nie wiesz o czym gadasz. Weź odróżnij w końcu „teorię tłumaczenia” od „wytknięcia paru pomyłek”. I nie wkurwiaj.

    A tak przy okazji… Przypominacie sobie, gdy pisałem o tym konkursie na komiks europejski? I jak się w komentach dyskusja zrobiła? Na drugi dzień napisałem do koordynatorki konkursu w Polsce wytykając oczywiste błędy w tłumaczeniu regulaminu wprowadzające w błąd. Czyli zrobiłem dokładnie to, co powyżej… nie napisałem żadnej teorii tłumaczenia, a pokazałem błędy i powiedziałem jaki mogą mieć skutek. Dzisiaj otrzymałem odpowiedź:

    „Bardzo dziękuję za maila. Pana uwagi odnośnie regulaminu są bardzo słuszne. Zdaję sobie sprawę z tego, że tłumaczenie zostało zredagowane w sposób błędny. Niestety tłumaczenia krajowych wersji były dokonywane

    w Brukseli i nikt nie weryfikował ich treści z krajowymi koordynatorami. Zapewniam jednak, że niezbędne zmiany niebawem zostaną naniesione”.

    Więc proszę Cię… odróżnij te dwie sprawy i zrozum, że z wytykania takich rzeczy czasem jednak coś pożytecznego może wyjść. A przy okazji – jak już pisałem – takie coś mnie bawi.

  • że bawi – to ja widzę. żę znasz się na teorii tłumaczenia – nie twierdzę. że pisałeś że tak jest – też nie. dla zabawy natomiast rozpisujesz się jakby było na odwrót.

    dalej twierdzę że ‚… A troche, to ja znam hiszpanski.’ to piaskownica.

    a, jeszcze jedno – że wytykanie może coś dać też nie przeczę. ale przecież tym razem to my akurat nie o tym, nah?

  • Dobra, nieważne… nie mam siły na Ciebie. Inną razą.

Dodaj komentarz