Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

Mikropolis: Przewodnik turystyczny


papier · komentarzy 15

Witajcie w Mikropolis

W 2001, gdy wychodziło pierwsze wydanie „Mikropolis: Przewodnik turystyczny”, piszący te słowa był komiksowym leszczem, kasę przepuszczał na zeszytówki TM-Semic i rzadko interesował go komiks polski – nie licząc „Jeża Jeżego” i „48 stron”. Jednak w kupionym na WSK zinie „AQQ” znalazł kilka intrygujących plansz z psychodelicznymi postaciami. Zbyt długo zbierał się do kupna albumu i dlatego załapał się dopiero na reedycję. Wreszcie, zamiast oglądać tylko pojedyncze fotosy biura podróży, udało mu się odbyć dłuższą wycieczkę po Mikropolis i zobaczyć wszelkie jego atrakcje.

Zachwyty nad kunsztem komiksu Wojdy i Gawronkiewicza słyszałem już od dawna, co powodowało moją irytację, że albumu na czas nie kupiłem. Pomny tego faktu, drugie wydanie zakupiłem szybko i pochłonąłem za jednym podejściem. Gdy skończyłem lekturę w mojej głowie jednocześnie pojawił się żal i ulga, że to już koniec komiksu. Seria Mikropolis, to kilkukadrowe paski, typowe dla komiksu gazetowego – zresztą i ta seria wychodziła niegdyś w prasie. Akcja dzieje się w niewielkim miasteczku, zamieszkiwanym przez mieszkańców tyleż oryginalnych, co typowych. Większość z nich widzieliście pewnie gdzieś w swojej okolicy, może nawet w rodzinie. I o wolno toczącym się życiu i nielicznych perypetiach Mikropolan jest ten komiks. Nie sposób miasteczku odmówić uroku – jest małe, wszyscy znają się na wylot, co w równym stopniu jest zaletą i przekleństwem. Przeżywają swoje małe problemy i radości, nieświadomi istnienia świata poza Mikropolis. Nawet lądowanie kosmitów to tylko epizod w powolnej historii miasteczka. Tu życie toczy się po swojemu, czasem zakłóci je dewiant z zewnątrz, poeta jakiś, który najlepiej by już skoczył z tego dachu i przestał głowę zawracać.

Postać, do której nie umiem poczuć sympatii

Forma pasków, w jakiej podana jest historia, sugerowałaby, że należy spodziewać się zabawnych puent. I tu bywa różnie… Mikropolis jest komiksem słodko-gorzkim. Zaryzykuję stwierdzenie, że nastrojem przypomina nieco „Fistaszki” w wydaniu mroczniejszym – tu dominują paski melancholijne. Przy kilku paskach w albumie uśmiechnąłem się szczerze, przy kilku był to uśmiech raczej smutny. Jest też jednak komiksem nierównym, bo większość pasków nie wywołało mojej zdecydowanej reakcji. Zazwyczaj już na drugim kadrze wiedziałem jaka będzie puenta i gdy do niej dochodziłem pozostawało mi wzruszenie ramionami, mruknięcie „no tak” i przewrócenie strony. Miniaturki z życia są celne, ale niespecjalnie odkrywcze. Portretują życie bez upiększania, przypominają trochę mrówczą pracę paparazzi-podglądacza, który krąży za mieszkańcami fotografując ich codzienne sprawki. Mój komentarz do większości pasków mógłby brzmieć: „Samo życie…” albo „Jakież to życiowe”. Może, gdyby takie obrazki z miasteczka wpleść w większą fabułę, broniłyby się lepiej. Autorzy kiedyś nawet zapowiadali coś takiego, ale chyba, jak często w polskim komiksie, na planach się skończy.

Wycieczka po Mikropolis pozostawiła u mnie niedosyt – spodziewałem się większej ilości niezwykłości, psychodelii. Moje oczekiwania windowane są przez wygląd tego miasteczka. Oniryczne tła i groteskowe, nieco przerażające postacie aż proszą się o więcej nietypowych zdarzeń. Jest zbyt spokojnie. Podobne przypadki, obserwacje i perypetie przydarzają się w wielu miejscach – tu tylko zgromadzono je na niewielkiej przestrzeni sennego miasteczka.

Może za niedoskonałości „Mikropolis” winić powinienem mój sposób jego odbioru? Może komiks ten należy smakować pasek po pasku – jeden, dwa dziennie – i oddawać się refleksji? A może widziałem za mało Lyncha… A może miałem zbyt wysokie oczekiwania. Chociaż – z jednej strony mierzi mnie, że to wszystko takie oczywiste i zwyczajne, a z drugiej poprzyglądałbym się jeszcze Mikropolanon – najchętniej jakiejś dłuższej historii.
Poeta Bruno ma rację, do Mikropolis zwabia „…to coś, co unosi się w powietrzu, coś niepokojącego”. I to coś każe przekonać się samemu. Możecie się znudzić, możecie się zakochać, ale obojętni nie pozostaniecie.

Soundtrack jest do bólu przewidywalny – do małych miasteczek idealnie pasuje ścieżka dźwiękowa do „Twin Peaks” – wystarczy zapętlić motyw tytułowy. Fani Brutusa i jego zmieniającego kolory żółwia, pewni swojej kondycji psychicznej, włączą pewnie Einstürzende Neubauten. Have fu… yyyy… to nie ten komiks.

komentarzy 15

  • Nie znoszę pisania o sobie w trzeciej osobie. :P

  • Grunt, że nie jest to królewska liczba mnoga. My Motyw.

  • Było jeszcze napisać, że gówniany papier to nowe Mikropolis ma. Bo ma.

  • Ma. Ten papier pofałdowany, ze źle dobraną gramaturą i wylaną farbą, przez co komiks wygląda jak oblany piwem i suszony na parapecie… ee… co ja miałem powiedzieć. A! Że przez ten papier w końcu zdecydowałem się nie kupować tego wydania. Mam stare.

  • Uuu, to wtopa :/

  • To w 2001 jeszcze zeszytówki Semica wychodziły?

    Co do papieru: ciekawe ilu gości się gryzie w stopę, bo spieniężyli pierwsze wydania na allegro, czekając na tego ekskluziwa.

  • Wychodziły. I później też, ale pod inną nazwą ;).

  • No Panowie, gratulacje! Rok dla Was chyba nader udany, a dodatkowo na finiszu 12 dni z rzędu z nowymi wpisami – piknie!

    Pomyślności w nadchodzącym!

  • @godai – akurat na tym WSK głównie archiwalia i oryginały kupowałem.
    Pamiętam, że ktoś kupił oryginalny „Azyl Arkham” za 150zł – prorok jakiś, czy co? :)

  • kendo777

    To drugie, rozszerzone wydanie co nie? Co z tymi nowymi stronami, może jednak warto kupić nowe wydanie?;)

  • Kozioł

    Ja też się załapałem na reedycję. Jak kilka lat temu przeglądałem album to wydal mi się dziwny, więc go sobie darowałem. A z tym papierem to myślałem, ze tylko mi trafił się jakiś wybrakowany egzemplarz

  • no ja dzieki pjpowi tez mam pierwsze wydanie.
    kenzo- duzo bogatsze te nowe wydanie?

  • xan: nie przyglądałem się pierwszemu wydaniu zbyt dokładnie, ale z tego co zrozumiałem, to w wydaniu drugim dodatkowe materiały to dziewięć stron z „zaginionymi” paskami o przygodach Zosi.

  • a ja tam lubie nudnawe historie. mikropolis przypominalo mi pokrzywioną wersje „przystanku alaska” – nic sie nie dzieje, czasem jacyś ludzie coś mówią… kiedyś kochalam ten serial ): ale jakos nie wpadlam na to, zeby mikropolis czytac paskami.

  • Przysypiałem przy lekturze ;)
    A co do pofałdowanych stron, to trochemi ulżyło. Już myślałem, że to wina firmy kurierskiej i ich magazynu.

Dodaj komentarz