Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

Lobo: Paramilitarne Święta Specjalne


film, papier · komentarzy 11

Satan Claus is coming to town!

W pewnej recenzji „Trzech Paradoksów” pojawiło się zdanie: „[…]młody autor komiksów, odwiedzający swoich komiksów”. Zwyczajna pomyłka, dawno już poprawiona, ale skojarzyłem ją z moją sytuacją. Faktycznie, jeżdżąc do rodziców, odwiedzam też moje komiksy – głównie starocie wydane przez TM-Semic, które jeszcze się ze mną nie przeprowadziły. I jeśli tylko mam czas, wyciągam je i czytam. Na święta sięgnąłem po coś specjalnego… dosłownie.

Okres istnienia TM-Semic, to były złote lata dla miłośników Lobo – przynajmniej jeśli chodzi o ilość wydawanych komiksów, bo z jakością bywało różnie. Patrząc chronologicznie, to właściwie im dalej w las, tym gorzej. Po drodze TM-Semic zmutowało się w Fun Media, ale nie jest to istotne. Pierwsze kilka występów Lobo to absolutna klasyka, a od 2000 roku wychodziły już dużo słabsze historie. „Batman/Lobo” z 2001 jest wyjątkiem i regułę potwierdza. „Lobo: Paramilitarne Święta Specjalne” też nie jest historią najwyższych lotów, ale łapie się na podium. Na uwagę zasługuje głównie za rysunki Simona Bisleya, który w polskich wydaniach gościł raptem kilka razy. Tworzone przez niego albumy zostały wydane głównie jako pierwsze. Może dlatego to Bisley ukształtował mój (i pewnie nie tylko mój) idealny wizerunek galaktycznego łowcy głów. Lobo w jego wersji rysowany jest ostrą kreską, która nadaje mu szorstkości i surowości, a plamy czerni – często na twarzy – sprawiają, że Ważniak wcale nie wygląda na wesołka. Świetnie wypadają sceny walk – może chwilami są niezbyt szczegółowe, ale za to jakże dynamiczne. Chociaż, akurat przy rysowaniu wypruwanych flaków Biz nie szczędzi detali. Widać też, że lubi dopieszczać wszelkie narzędzia mordu, a motocykl Lobo z tej historii podoba mi się nawet bardziej, niż Kosmożyleta 666 z „Ostatniego Czarnianina”. Szkoda tylko, że polskie wydanie ma papier toaletowy zamiast stron – pisanie o „plamach czerni”, to lekkie nadużycie, bo po latach została tylko powycierana szarość.

Wielkanoc niby taka niedoceniana, a zajączek nieźle sobie radzi

Scenariusz nie zaskoczy nikogo, kto zobaczył okładkę. Alan Grant często sięgał po dość oczywisty schemat fabularny, w którym Lobo dostaje na kogoś zlecenie. Chwyt nieco ograny, nawet przeciwnik nie zaskakuje – Ważniak mierzył się z Supermanem, Maską, a nawet bogami i demonami różnej maści. Tym razem zajączek wielkanocny pragnie w dość prosty sposób dowieść wyższości swojego święta nad Gwiazdką. Na miejscu okazuje się, że Święty Mikołaj musi mieć piekielnie dobrego pijarowca, bo nic nie wygląda tak jak w słodkich opowieściach dla dzieci. Zakończenia można się domyślać, ale Lobo nie byłby sobą, gdyby po wykonaniu kontraktu nie zrobił czegoś jeszcze, byleby tylko zasiać większy chaos w galaktyce. Alan Grant zastosował dla tej prostej fabuły zabawną klamrę w postaci historii o rodzicach, którzy w opowieści o Lobo szukają usprawiedliwienia dla braku prezentów świątecznych. Czy uda im się przekonać liczną i krwiożerczą dziatwę, że Mikołaj nie dotarł z przyczyn niezależnych? Mała rzecz, a bawi niezmiernie – oczywiście jest to typowy dla Lobo czarny, a nawet czarniański, humor.

Czekam na pełnometrażówkę z tym panem

„Paramilitarne Święta Specjalne” doczekały się nawet ekranizacji. Aż dziw bierze, że ta trzynastominutowa krótkometrażówka, to jedyna dotychczas produkcja o Lobo, nie licząc jakichś występów w filmach animowanych. Nie jest to zwykła fanowska produkcja – nakręcił ją Scott Leberecht, jako pracę zaliczeniową na studiach American Film Institute. Ciekaw jestem, jaką ocenę dostał. Filmik jest niezły, na plus można zaliczyć świetną charakteryzację głównego bohatera (Andrew Brynarski). Całkiem nieźle odgrywa Ważniaka, chociaż Lobo w jego wersji jest nieco za spokojny – zawsze widziałem w nim większego maniaka. Nieco lepiej wypada zajączek wielkanocny – świetnie zagrał nienawistną radość po śmierci rywala. Za to Mikołaj nie przypomina tu komiksowego Krisa „Zgniatacza” Kringle – to raczej stary, zmęczony życiem człowiek. Film odbiega nieco od fabuły komiksu, ale dzięki temu możemy dowiedzieć się jaki prezent zawsze chciał dostać Lobo. Dorzucono kilka dowcipnych smaczków – kelner podający Lobo zwyczajowego drinka szczypcami i w masce gazowej; ujęcie na fabrykę Mikołaja, czy niezwykły sposób zapalania cygara. Karygodne jest skrócenie do minimum scen ataku na siedzibę Mikusia. A pozbawienie ich krwi jest jakimś totalnym nieporozumieniem. Tego nie może zabraknąć w filmie o Lobo – niewielki budżet, rzędu 2400 dolarów, nie jest wytłumaczeniem. Przeboleję nawet brak wielkiej giwery i psa. Rażą mnie też braki warsztatowe – ubogie dekoracje i oświetlenie, kiepski dźwięk, prawie zupełny brak muzyki. Ale i tak dla fana komiksu, to rzecz obowiązkowa – zwłaszcza, że legalnie do obejrzenia w sieci. Zaostrzy Wam apetyt na pełnometrażowy film, którego jak na złość nikt nie chce zrobić. Kurde bele!

WSK 2010? (rys. Kevin O'Neill)

Wspomnieć wypada jeszcze o drugiej historii, która trafiła z „Paramilitarnymi świętami…” do jednego zeszytu. „Convention Special” to wyprawa Ważniaka na konwent komiksowy po brakujący numer Supermana – koniecznie pierwsze wydanie! Krótka, pełna ironii, historyjka, w każdym kadrze mieści się mnóstwo celnych żartów rysunkowych i słownych. Alan Grant naśmiewa się ze środowiska miłośników i rysowników komiksu, a zwłaszcza fanbojów amerykańskiego mainstreamu. Bez obaw – większość aluzji zrozumiała jest także dla nas, żyjących na antypodach komiksowego świata. Ale jeśli podchodzicie śmiertelnie poważnie do czytania i zbierania komiksów, a cała Wasza kolekcja jest zapakowana w folijki ochronne, to lepiej odpuśćcie sobie lekturę. Moglibyście poczuć się urażeni. Zwłaszcza rysunkami Kevina O’Neilla, który przedstawia fanów komiksu jako grubych, brzydkich i pryszczatych kolesi w dziwnych koszulkach… Z perspektywy czasu stwierdzam, że bardziej bawi mnie parodystyczna konwencja drugiej historii, niż krwawa jatka w pierwszej. Może dlatego Lobo zniknął z rynku wraz z upadkiem TM-Semic/Fun Media? Potem przez chwilę wydawała go Mandragora, ale to niestety był koniec. Schemat się przejadł i Ważniak podzielił los superbohaterów – starsi czytelnicy w większości wyrośli, a młodsi nie zdążyli się jeszcze przekonać do postaci. Dlatego pewnie opiszę tu inne albumy o Lobo – może nadejdą jeszcze łaskawsze czasy dla niego… Tymczasem czekam niecierpliwie na „Lobo/Authority”.

komentarzy 11

  • dofcipniś.

  • Lobo pełnometranżowy stracił troszkę ze swojego uroku.
    Przyznam, że pomysł na Paramilitary Special jest wybitnie chory.
    I również zgadzam się z tym, że Bizzy jest prawdziwym i jedynym ilustratorem lobaska :P

  • Co rozumiesz przez stracenie przez pełen metraż? w sensie że ten krótki metraż niby jest pełnometrażowy? a tak w ogóle potrafisz walczyć na koty???

  • Eee tam wybitnie chory, Lobo ma zlecenie, Lobo zlecenie wykonuje :D A że padło na Czerwonego Grubasa, to co? Więksi już byli na drodze Ważniaka :D

  • Krótkometrażowa ekranizacja ma swój urok. Komiksy uwielbiałem, chociaz ja strasznie lubiłem rysunki które były w „Lobo/Mask” – sam komiks też strasznie lubie. Pierwszym moim Lobo był „Nieamerykańscy gladiatorzy”. Rewelacja. Serii wydawanej przez Mandragorę nie doczytałem do końca, bo nieziemsko mnie drażniły pierwsze odcinki.
    Po „The Authority” zdecydowanie sięgnę. Mam nadzieję, że będzie miało kurde bele klasę.

  • to dla zmyłki.

  • Heh, też wybrałem ten komiks na mój „świąteczny wpis” :] A w ogóle to jest to jedyny komiks, który komuś pożyczyłem (wiem komu, ale ten ktoś nie wie, gdzie go dalej przekazał) i już do mnie nie wrócił, chlip…

  • Gonz, nie demaskuj się… :)

  • Chciałem napisać krótki metranz :P

  • pawelk, tę część o konwencie było sobie zostawić na czas WSK! :D

Dodaj komentarz