Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

Hellblazer #250


import · komentarzy 10

Hellblazer 250

Komiksy świąteczne to jedna z licznych tradycji amerykańskiego rynku. W ciągu roku takich komiksów wychodzi zazwyczaj od pięciu do dziesięciu, głównie z okazji Dnia Niepodległości, Święta Dziękczynienia, Halloween oraz Świąt Bożego Narodzenia. Opowieści rysunkowe tego rodzaju nie omijają praktycznie żadnych ważniejszych serii, nie mówiąc już o wydaniach specjalnych o pokaźnej cenie, ładnej okładce (jak chociażby ostatnie „DCU Holiday Special 2008” z rysunkiem Franka Quitely na przedzie) i paradoksalnie mizernej jakości. Wcześniej czy później „zwyczajowi w przemyśle” musiała ulec i zadośćuczynić najstarsza seria Vertigo, „Hellblazer”.

Jest to o tyle sytuacja nietypowa, że celebrowanie Bożego Narodzenia przez Constantine’a zbiegło się z wydaniem 250 zeszytu o jego perypetiach. Z tej okazji numer świąteczny jest nie tylko dłuższy od typowego formatu, ale do pracy nad nim zaproszono plejadę twórców imprintu, a ich lwia część to osoby znane właśnie z „Hellblazera”. Azzarello, Gibbons, Phillips, Delano, Lloyd, Milligan, Campbell – widok tych nazwisk na okładce, to istny miód na serce wyjadaczy, dający nadzieję na ciekawe spędzenie czasu… tyle tylko, że w tym przypadku wcześniej wymieniona matka znów ma niemądrą twarz.

Hellblazer 250

Czterdzieści pięć stron komiksu zostało podzielonych na pięć odrębnych historii z życia proletariackiego magika, co w swej istocie było posunięciem niebezpiecznym. I to ryzyko nie wyszło na dobre, gdyż „Hellblazer” #250 jest komiksem porażająco nierównym. Lekturę rozpoczynamy od tendencyjnego „Happy Fucking New Year” Gibbonsa i Phillipsa. Autorzy serwują skostniały koncept szaleńca chcącego żyć wiecznie, z jeszcze bardziej powtarzalnym motywem kradzieży egipskiego artefaktu. Nie dość, że historia jest przewidywalna od pierwszej strony, to na dodatek twórcy przedstawiają Constantine’a od strony bohatersko-przygodowej, która dla mnie jest najmniej interesująca w tej złożonej postaci. W następnej historii, którą jest „Christmas Cards” Delano i Lloyda, John przyjmuje rolę obserwatora i komentatora rozgrywki hazardowej, podczas której poznajemy gorzką opowieść o jednym z ryzykantów. Ta część również jest mało ekscytująca, głównie przez monotonne monologi myślowe oraz pozbawione brudu i nijakie rysunki, do których Lloyd zastosował melancholijne barwy. Poziom formy rośnie jednak wraz z „All I goat for Christmas”. Tutaj Azzarello prezentuje magika podczas rutynowej roboty, w międzyczasie podsycając efekt końcowy liryką niejakiego Jimmy’ego Przeski z lokalu 432. Komiks jest brutalny i przerażający w swej prostocie, niemniej największym zaskoczeniem dla mnie jest zadziwiająca siła płynąca z ilustracji Rafaela Grampy, intensywnych i pełnych szczegółów. Przypomniało mi się od razu szaleństwo płynące z rysunków w „Hard Boiled” i wcale bym się nie zdziwił, gdyby Grampà zrobił w przyszłości komiks o podobnym rozmachu.

Hellblazer 250

Ostatnimi dwiema historiami zeszytu są „The Curse of Christmas” oraz „Snow Had Fallen”. W pierwszej Constantine’a nawiedza duch zmarłego polityka chcącego poznać sekret swej tajemniczej śmierci. Śledztwo prowadzi naszego cynicznego magika do odkrycia smutnej prawdy o naturze ludzkiej, egocentrycznej i popadającej łatwo w konflikt interesów. Końcowy efekt tej ironicznej opowieści jest zmniejszony przez ohydnie pokolorowane, szkicowe rysunki Campbella. „Snow Had Fallen” jest natomiast budzącą grozę historią o anielskich potworach utworzonych z prochu. Mièville umiejętnie stopniuje nastrój poprzez ciekawie rozpisane dialogi oraz w zadowalający sposób ukazuje, po której stronie Constantine rzeczywiście stoi, pomimo kontrastów. Mimo to scenariusz lewackiego działacza politycznego i twórcy nurtu „dziwnej fikcji” zarazem jest ozdobiony przez marne rysunki Giuseppe Camuncoliego. Od momentu zetknięcia się z jego pracami w „Batman: War Crimes” czuję niechęć do jego specyficznej wrażliwości animacyjnej, a obrzydliwie jaskrawe kolory po raz kolejny potęgują dyskomfort estetyczny…

Hellblazer 250

Krótko mówiąc, „Hellblazer” #250 jako odrębny zeszyt nie broni się najlepiej. To zbiór w większości przeciętnych historii, z których jedynie dwie, najwyżej trzy, zasługują na uwagę odbiorcy. Z drugiej strony jednak numer ten jest zapowiedzią tego, co czeka nas w najbliższym numerze serii, za sterami której usiądą Peter Milligan i nielubiany przeze mnie Camuncoli. Jak zapowiada sam Milligan, popatrzymy tym razem na drania Constantine’a ze strony romantyczno-obyczajowej. John spotka na swej drodze kobietę, która będzie chciała z nim prowadzić wspólne życie, a w międzyczasie odkryje krwawą prawdę o angielskich związkach zawodowych. Dla „dopieszczenia” jego sytuacji, Constantine’owi dadzą się we znaki zdarzenia z dalekiej przeszłości, które postanowiły zrealizować swoje nieodwracalne konsekwencje. Krótko mówiąc – wszystko właściwie po staremu. Myślę jednak, że pomimo warstwy graficznej będą to dobre komiksy, o ile Milligan pozwoli sobie odpłynąć i zaszaleć poruszając dotkliwe tematy w wyrafinowany sposób. Tak, jak to miało miejsce w poprzednich jego projektach dla Vertigo.

komentarzy 10

  • dobry tekst. ;]

  • mily zbiorek ten 250, mi sie podobal. Graficznie wszystkie mocno, choc ostatnia istotnie ma przecpane kolorki to kreseczke ma przywoita jak najbardziej. Ogolnie dobrze ze jest Hellblazer, bo za dwa miechy nie bede mial juz za bardzo czego czytac z Vertigo. Wesolych.

  • czytanie skanów natomiast to tradycja innego narodu zaprawdaż;d

  • Ah.
    Naturalnie Chudy zamówił „Hellblazera” #250 w pewnym sklepie, no ale ponieważ jak dobrze wiesz, wyszedł 17 grudnia, to nie miał szans dojść przed świętami. Jednak ponieważ chodzi o świąteczny numer, to chciałem, by tekst się ukazał przed. Tak czy siak, nie bój żaby, Chudy za swój numer zapłacił ;). Oczywiście nie namawiamy do czytania skanów.

  • „dyskomfort estetyczny” omatko

  • Skany są be. A czytanie skanów i brak kupna komiksu zeskanowanego jest jeszcze bardziej be.
    Żeby była jasność z mojej strony.

    Wesołych, timof :)

  • JAPONfan

    A wiecie że dopiero na motywie dowiedzialem sie o czyms takim jak „skanlacja”. Aż musiałem sprawdzić w wikipedii.

  • A jakie to hasło na wikipedii jest grzeczne i w ogóle cacy. ;)

  • Jak w Polsce Manzoku wreszcie wydało „DMZ”, to Grumiki wycofały swoje skany tej serii:)

    Choć wiadomo, że grupa może je sobie kasować ze strony do woli, a i tak będą krążyć po torrentach bez końca.

  • Skanlacja? WTF?!
    Co za koszmarny i zbędny neologizm.

Dodaj komentarz