Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

Star Wars Komiks #1-3


papier · komentarzy 6

A long time ago... Tu tu tu tuu tu tu tu tuu tu! itd.

Podtytuł tego tekstu winien brzmieć „czyli zeszytówki po raz kolejny”. Bo po raz kolejny na nasz rynek trafiła seria zeszytów komiksowych, a w mojej głowie znów pojawiło się pytanie: „Ile ona pociągnie?”

Jestem, jak pewnie większość komiksiarzy w moim wieku, z pokolenia TM-Semic. Przyzwyczaiłem się, że komiks kupuje się w kiosku, w krótkich odcinkach wydawanych raz na miesiąc, za niewielką sumę. Niestety, po upadku TM-Semic nikomu nie udało się dłużej z sukcesem wydawać regularnych serii zeszytowych.
Wielka szkoda…

Tęsknię za niedrogimi komiksami, które można było przeczytać jadąc tramwajem do szkoły. A jeśli był ścisk i nie dało się czytać, zawsze można było ukryć komiks pod zeszytem i spokojnie dokończyć. Tęsknię za komiksami, których nie trzeba dotykać w rękawiczkach, których okładka nie jest grubsza niż zawartość i które są rozrywką, a nie elitarną zabawką dla kolekcjonerów. Szkoda, że moje zdanie, to głos wołającego na puszczy. To se ne vrati, rynek nie ten.

Tymczasem Egmont, lejąc miód na moje serce, zaczął we wrześniu wydawać zeszytówki ze świata Gwiezdnych Wojen. Nie jest to ich pierwsze podejście. W 1999 roku, równolegle z premierą „Mrocznego Widma”, ruszyła seria „Gwiezdne Wojny Komiks”, której historia była krótka acz treściwa. W pisemku mającym od 48 do 64 stron pojawiały się różne opowieści z odległej galaktyki. Czasem zdarzała się większa, ciągnąca się przez kilka numerów – tak opublikowano doskonałe „Karmazynowe Imperium”. Magazyn upadł po 11 zeszytach, może dlatego, że filmowa część pierwsza sagi nie wywołała aż takiego zamętu, jak przewidywano. A jednak nie tylko superbohaterowie powracają zza grobu. Gdy do kin trafiły „Wojny Klonów”, Egmont wystartował z serią na nowo. Tytuł zmienił się na „Star Wars Komiks”, ale już sama okładka numeru pierwszego jest dziwnie podobna do poprzedniczki… A może chodzi o to, że Darth Vader jest najbardziej rozpoznawalną postacią z gwiezdnowojennego świata? Z personaliów – dawny redaktor „GW Komiks” – Jacek Drewnowski – jest redaktorem prowadzącym „SW Komiks”. W wywiadzie deklaruje, że nowa wersja nie chce powielać błędów poprzedniego magazynu. Trzy wydane dotychczas numery nie napawają mnie takim optymizmem.

Luke, jestem twoim nowym zeszytem o Star Wars!

Nie jestem już takim maniakiem Star Wars, jakim byłem niegdyś, ale nadal bawią mnie historie rozwijające wątki czy dokładniej opisujące bohaterów znanych nam z filmów. Na szczęście osoba wybierająca opowiadania do magazynu dba, by podobna ilość nawiązywała do starej i nowej trylogii. W każdym numerze znajdziemy chronologię – stąd wiemy kiedy dzieją się opowiadania. Na 48 stronach publikowana jest jedna nieco dłuższa i dwie krótsze historyjki. Egmont postawił na pewniaki – bohaterami dotychczas opublikowanych opowiadań są starzy znajomi: Boba Fett, Mace Windu, szturmowcy i oczywiście Darth Vader – każde z nich pojawia się w dwóch historyjkach. W dziewiątym opowiadaniu występuje Wedge Antilles, też dość znany, zwłaszcza z książek i gier o Eskadrze Łotrów. Opowiadania przedstawiają krótkie wycinki z życia postaci, często wypełniając luki w biografiach lub dopowiadając to, czego nie zobaczymy w filmach. Dowiecie się jak Jango Fett uczył syna trudnego rzemiosła łowcy nagród, dlaczego Wedge Antilles dołączył do Rebelii i co zamierzała grupka Rycerzy Jedi ocalała z czystki zarządzonej przez Imperatora. Żadna z tych kwestii nie wywołała wypieków na Waszej twarzy? I w tym właśnie sęk. Nie bardzo rozumiem, jak ma być zrealizowany postulat Jacka Drewnowskiego ze wspomnianego wcześniej wywiadu:

Chcemy, żeby nasze pismo kupowali nie tylko fani SW, ale także miłośnicy komiksów, niezwiązani emocjonalnie z tym światem. (…) Liczymy też na czytelników nieregularnych, którzy w ogóle czytają komiksy od czasu do czasu i raz na parę miesięcy chcą kupić sobie niedrogą lekturę do pociągu czy poczekalni u dentysty.

Moim zdaniem, większość opowiadań nie zainteresuje kogoś, kto nie miał styczności z uniwersum Gwiezdnych Wojen. I mówiąc „styczność” mam na myśli obejrzenie obydwu trylogii więcej niż raz. Inaczej opowiadania nie bronią się fabularnie – zazwyczaj oparte są na prostym schemacie, a główną „atrakcją” jest postać, której biografię dokładniej poznajemy. Ponieważ każdy numer ma być zamkniętą całością fabularną, to nie doczekamy się historii dłuższych, gdzie fabuła mogłaby się rozwinąć i wykroczyć poza obrazek z życia bohatera. A historia w odcinkach, jeśli spodoba się czytelnikowi, jest w stanie skutecznie zachęcić do kupowania magazynu. W przypadku krótkich form najczęściej potrzebny jest kontekst filmowy. Bez niego opowiadanie staje się płytkie, a czasem niezrozumiałe. „Apokalipsa na Endorze” wymaga od nas znajomości „Powrotu Jedi”, gdyż przedstawia wydarzenia z filmu, ale z perspektywy szturmowca Imperium – tylko znając oryginał docenimy ironię jego opowieści. Oczywiście zdarzają się historie bardziej neutralne. „Nowy” opowiada o grupie szturmowców i można przeczytać je jak sensacyjną historyjkę o małym oddziale wojskowym, obserwując galerię ciekawych postaci. Nie zmienia to jednak faktu, że „Star Wars Komiks” jest produktem dla ściśle sprofilowanej grupy odbiorców – fanów, którzy już sporo wiedzą o świecie i chcą dowiedzieć się jeszcze więcej. To oni wyłapią wszelkie nawiązania, a ci najbardziej wkręceni w temat będą nawet wyszukiwać niezgodności z kanonem Gwiezdnych Wojen. Oprócz opowiadań pojawia się śladowa ilość publicystyki – w numerze pierwszym jest chronologia wydanych w Polsce komiksów o Star Wars, a w trzecim artykulik o łowcach nagród. Miły bonus, który pomoże mniej obeznanym poznać uniwersum.

Klasyk, po prostu, klasyk...

Nie ma wiele do omawiania, jeśli chodzi o rysunki. Z bardziej znanych twórców pojawia się Cam Kennedy – swego czasu machnął fajny odcinek Lobo – jego mroczne prace dobrze współgrają z charakterem Boby Fetta. Poza tym mamy tu rysowników, którzy pracują głównie nad seriami ze świata Gwiezdnych Wojen i przyznam szczerze, że większość ich prac jest do siebie podobna – realistyczna kreska, czasem w lekko (Rob Williams), a czasem bardziej (Lucas Marangon) kreskówkowym stylu. Mamy do czynienia z rzemieślnikami, którzy historie ze świata SW tworzą masowo. Zresztą chyba nikt nie szuka tu artystycznych uniesień. W tych komiksach ilustracja ma nie zakłócać odbioru akcji i spodobać się zarówno 12-latkom, jak i tym odrobinę starszym. Cam Kennedy jest tu wyjątkiem, gdyż nie każdemu przypada do gustu.

Zastanawia mnie polityka Egmontu – czy mamy dość maniaków Gwiezdnych Wojen, by utrzymać zadowalającą sprzedaż comiesięcznego magazynu? Redaktor prowadzący mówi wprost, że nie:

Powiedzmy sobie szczerze – fanów SW jest w Polsce zbyt mało, by utrzymać miesięcznik komiksowy. Dlatego musimy trafiać nie tylko w gusta fanowskie.

Z tym „trafianiem” różnie bywa – mam więc obawy co do żywotności magazynu. Jego atutem jest niska cena – pozwoli zdobyć klientów wśród bardzo młodych fanów GW, których nie stać na takie „Dziedzictwo” za 40 zł.
Nie życzę tej serii źle, ale w Polsce nad zeszytówkami wisi jakieś fatum… Obym był złym prorokiem.

Soundtrack do lektury… Wiadomo – sześciopłytowa rozszerzona edycja ścieżki dźwiękowej do klasycznej Sagi (kto mi to kupi na Gwiazdkę?;)). Ale i w nowej Trylogii coś fajnego się znajdzie.

komentarzy 6

  • Bida, panie. Blade Runner Komiks, to bym jeszcze kupił, ale o ile darzę estymą oryginalną trylogię, to nowej znam zaledwie 2/3 i generalnie raz to gdzieś (zeszyty SWK) przekartkowałem i po krzyku.

    Dla fana. Dla fana GW. Bo dla czytelnika komiksu to bida.

    Zeszyty w Polsce to wydaje DP :D

  • hmm, a czy można to to dostać w normalnym kiosku ruchu? bo inaczej nie widzę sensu robienia zeszyciaków do dostania tylko w empikach/salonikach prasowych/księgarniach.
    a może to sentyment za mnie przemawia.

  • Pierwszą serię magazynu, czy też „GW Komiks” mam w całości i ukazało się tam kilka fajnych historii. W nowej znowu jest Cam Kennedy, więc jest ok.

  • jako fanboj serii uważam podejście do tematu jako trafione. we mnie.

    owszem, komiksy wymagają znajomości serii, ale kto inny poza fanami po nie sięga?

    owszem, fabuły nie są najlepsze, ale czego oczekiwać za 5zł? przy obecnych cenach jeden fajny szort za zeszyt za 5 dzika wydaje się dla mnie sensownym dealem.

    A Cam Kennedy ma za sobą nie tylko Lobo, ale i obie części kapitalnego starłorsowego Dark Empire. Zdaje się że część pierwsza wyszła u nas na papierze toaletowym w zeszytach, ale nie jestem pewien, oba tomy mam cały czas na swoim wishliście. To nowe dziedzictwo czy coś zlewam, ale Dark Empire to jest coś… I fabularnie, i rysunkowo.

  • Dark Empire 1 i 2 wyszło po naszemu. A pierwszy numer został wydany naprawdę zacnie (jak na TM-Semic to wręcz doskonale), dopiero potem przerzucili się na standardowego „szaraka”. Oprócz tego Cam narysował „Polowanie na Bar Koode”. Jakiś rok temu znalazłem w jednej księgarni cały stosik tego komiksu w cenie 5 zeta za sztukę.
    Co do „SW Komiks” to najbardziej podeszły mi dwie dłuższe historie: ta z rysunkami Cama i opowieść pt. „Nowy” (pachniało mi to „Żołnierzami kosmosu”).

  • Mam obydwa Dark Empire z TM-Semica, ale niestety w domu u rodziców, więc nie mogłem sięgnąć po nie pisząc ten tekst. I zapomniałem, że to wielki Cam.

    Gonz podejście jest trafione też we mnie samego. Taki miecz obosieczny. ;)
    Sam jestem fanem – nadal mam 30-40 książek na półce (w tym „Trylogie Thrawna”! :)), zestaw lego z X-Wingiem, łyknąłem większość gier, kupowałem „GW Komiks” i ten też kupuję… Wprawdzie nowa Trylogia czy inne Nowa Ery Jedi i nawiązania do nich już niespecjalnie mnie bawią i się w nie nie zagłębiam, ale nadal lubię przeczytać jakies nawiązanie do starej Trylogii.

    Zastanowił mnie po prostu wywiad z redaktorem – jakim cudem chcą utrzymać magazyn, o którym wiedzą, że się z fanów nie utrzyma i jeszcze wydając go w formacie, który w Polsce nigdy nie miał szczęścia? No i jak można było zrezygnować z dłuższych historii? „GW Komiks” też kosztował 5zł, ale można było wrzucić tam w częściach wspomniane „Polowanie…”, „Karmazynowe Imperium”, „X-Wing” i to były naprawdę świetne rzeczy. Podejrzewam, że nie ciągnęliby tego magazynu tak długo, gdyby nie musieli „KI” skończyć.
    Znów rynek wymusza pogorszenie jakości towaru.

    @PKP – mi też te dwie podobały się najbardziej + naiwna opowiastka o Antillesie, bo zawsze kochałem Eskadrę Łotrów.

Dodaj komentarz