Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

Marvel vs Capcom


gry · komentarzy 17

This is the ultimate showdown - cała śmietanka Marvela

Nie mam X-boxa, nie zagram w „Mortal Kombat vs DC Universe”. Trochę szkoda, sprawdziłbym, czy naprawdę zepsuli serię MK, czy raczej dodali jej dodatkowego smaku. No i któż nie chciał kiedyś skopać tyłka Supermanowi… Ale ponieważ nie mam nawet telewizora, to nie zanosi się, bym prędko spróbował. Na szczęście jest seria bijatyk, która miodnością dorównuje lub przewyższa (strzelam w ciemno) nextgenowe twory. Jeśli zawsze chcieliście wpaść Rosomakiem w szał i zmasakrować świętoszkowatego Kapitana Amerykę albo zakrzyknąć „HULK SMASH!”, a nie przeraża Was grafika 2D, to są to produkcje dla Was…

Wybierz kogo chcesz. I tak wygra Wolverine

Cała historia zaczyna się od roku 1987 i serii „Street Fighter”, stworzonej przez Capcom. Nigdy do końca jej nie polubiłem, nie wiem właściwie dlaczego. Gdy w czasopismach komputerowych toczyły się wojny miłośników bijatyk, to zawsze stawałem po stronie jej największej przeciwniczki – Mortal Kombat. Do ulicznych wojowników przekonałem się dopiero pod wpływem następnych produkcji Capcom. Mowa tu grach, które bazują na mechanice „Street Fighter II” (a właściwie jej mutacji Turbo i Alpha) jednak oferują zupełnie inny zestaw postaci: „X-Men: Children Of The Atom” (1994) i „Marvel Super Heroes” (1995). Obie jawiły mi się jako spełnienie marzeń nastoletniego czytelnika komiksów. W końcu można wcielić się w ulubionych bohaterów Marvela i zmierzyć się z innymi dobrymi oraz złymi. Tak, w Dzieciach Atomu oprócz Wolverine’a, Storm, Cyclopsa, Psylocke, Collosusa czy Icemana można wcielić się ich adwersarzy: sześcioręką Spiral, Srebrnego Samuraja, Omegę Red czy Sentinela. Każda postać ma oczywiście znane ze streetfighterowej mechaniki ciosy: 3 pięścią i 3 nogą (słaba-szybka, średnia, silna-wolna) oraz unikalne ciosy specjalne znane nam doskonale z komiksów: Storm ciska obel… pioruny, Spiral atakuje wszystkimi sześcioma rękami, a Psylocke wymachuje psycho-sztyletem. Dodatkowo każdy bohater ma do dyspozycji pasek X-power, który ładuje się, gdy zadajemy i otrzymujemy ciosy. Po jego napełnieniu możemy uwolnić furię w jednym olbrzymim ataku: promienie Cyclopsa pokryją cały ekran, a Silver Samurai w ciągu sekundy zada kilkanaście cięć mieczem. Ciosy można oczywiście łączyć ze sobą w komba pozbawiające przeciwnika znacznej ilości zdrowia. A i tak chodzi o to żeby wymaksować umiejętność posługiwania się nimi i szpanować na youtube. Oczywiście w osiągnięciu takiego poziomu pomoże nam dobry, co najmniej 8-przyciskowy joypad, ale zacząć można już na klawiaturze. Lepiej od razu sprawcie sobie drugą, bo to wciąga… Wyprowadzanie ataków jest intuicyjne, a gra ma bardzo szybkie tempo. Każdą postacią steruje się inaczej – Collosus porusza się wolno, ale jak przywali, to nie ma czego zbierać, a Rosomak to wirujące kłębowisko pazurów, któremu lepiej nie stawać na drodze… No i nie może być dobrej bijatyki bez Wielkiego Złego Bossa – no, domyślcie się kto to taki

Hulk będzie bił! Ale Spider zawsze się wywinie

X-Meni byli zaledwie przygrywką do rozwoju serii. Capcom poszedł za ciosem – „Marvel Super Heroes” dodaje nowych bohaterów, w tym legendy: Kapitana Amerykę, Iron Mana, Spider-Mana i… HULKA! Lekko zmodyfikowany został model walki, co zresztą ma uzasadnienie w fabule. Tak, „Marvel Super Heroes” ma fabułę. Historyjka jest luźno oparta na crossoverze „Infinity War”, którego fragmenty wydrukowano kiedyś w Polsce. Thanos próbuje dorwać w swoje łapy rękawicę nieskończoności, a zbiór herosów wszelakich usiłuje go powstrzymać. Jasne? No to walimy. Nowością w walce jest możliwość wykorzystania mocy kryształów pochodzących z rękawicy. Każda postać dostaje jeden na początku walki, a drugi może „wybić” z przeciwnika. Dodają nam one siły, szybkości, regenerują zdrowie i znacząco urozmaicają rozgrywkę, która i bez tego toczy się w oszałamiającym tempie. Dorzucono została możliwość wybrania trybu gry: normalny lub turbo – dla największych kozaków i sześciorękich mutantów.

C'mon, mon ami!

Mając już sporo bijatyk na koncie Capcom wpadł na genialny w swej prostocie pomysł. Po co robić nową grę, skoro można sparować bohaterów z tych poprzednich. Firmie zdarzało się wcześniej tworzyć crossovery z postaciami innych firm, teraz czas na własne. Rozpoczęło się szaleństwo bijatyk z „versus” w tytule. „X-Men vs Street Fighter”, gdzie bohaterowie stawiają czoła sobie nawzajem, by zjednoczyć się przeciw Apocalypse’owi (ten boss jest naprawdę wielki). A może „Marvel Super Heroes vs Street Fighter” ze starymi znajomymi? Największym i zarazem najdziwaczniejszym przedsięwzięciem było „Marvel vs Capcom: Clash of Super Heroes”, gdzie wszyscy stanęli przeciw wszystkim. Mega Man kontra Hulk? Venom (tak, pojawił się wreszcie) vs Spider Man? Nie ma problemu… Wszystkie postacie z gier Capcomu, które pojawiły się tym odcinku, znają chyba tylko największe geeki. Z Marvela w versusach wystąpili m.in. Gambit (yay!), Rogue, Sabretooth, Venom (yay!x2), War Machine (wariacja na temat Iron Mana). Najlepszym sposobem na ogarnięcie tego jest tabelka. Żeby było łatwiej się zdecydować, możemy wybrać dwóch bohaterów i zmieniać ich w czasie walki, a nawet uskutecznić specjalny podwójny atak. W „Marvel vs Capcom” możemy mieć jeszcze sidekicka, spoza normalnej puli bohaterów, który pojawi się, by zadać jeden unikalny cios. Grywalność rośnie proporcjonalnie do tempa rozgrywki, ale moim zdaniem ostatnia część cyklu nie jest już do końca na serio. Dlatego chętniej wracam do wcześniej wymienionych versusów, które łączą tyko dwie gry.

No to teraz się policzymy, koleś...

Grafika całej serii, chociaż dwuwymiarowa, wygląda oszałamiająco. Capcom wspiął się na wyżyny tworzenia animowanych sprite’ów – każda postać to osobny zestaw płynnie animowanych ruchów, które niestety kopiowane są przez całą serię. Plansze są ślicznie namalowane i animowane. Często przyjdzie nam walczyć w znanych z komiksów lokacjach – jest Danger Room, w którym co chwila zmienia się holograficzny wystrój i świat Mojo. Jeśli komuś znudzi się miejskie tło, zawsze może przebić oponentem posadzkę i kontynuować walkę w kanałach pod miastem. Wygląd postaci przywodzi na myśl stare komiksy – każdy ma kostium w jaskrawych kolorach. X-Meni mają na sobie klasyczne uniformy – Wolverine żółto-niebieski z „uszami”, a Storm obcisły i srebrny. Cieszy wielka ilość smaczków, które uradują fana komiksu: Spider-Man po zwycięstwie robi sobie zdjęcie wiszącym na pajęczynie aparatem, a Cyclops zrzuca wizjer prezentując czerwone okulary. Dużą radochę sprawiają też odzywki postaci – Wolverine rzuca przed walką „Let’s go, bub”, a Pajęczak „It’s showtime!”. Ktoś nawet pokusił się o zrobienie z nich kolekcji cytatów.

Niech się schowa

Pewnie niektórych dręczy pytanie, na czym to wszystko śmiga. Gry Capcomu oryginalnie zostały napisane na automaty typu CPS-2. Powstały co prawda konwersje na różne konsole, a nawet na PC, ale nie dorównywały oryginałom. Ponieważ bud z automatami, ze świecą teraz szukać, pozostaje nam odpalić te produkcje na emulatorze, ja sam używam WinKawaks. Problem stanowią romy, które jako kopie pamięci z automatów, do końca legalne nie są. A jednak nie sprawia trudności znalezienie ich w sieci. Wiemy, że inaczej tych gier zdobyć nie można, więc każdy musi rozsądzić, czy uważa to za etyczne.

Seria bijatyk z bohaterami Marvela i nie tylko jest dowodem na to, że nie potrzeba 3D, shaderów i antyaliasingu, by stworzyć miodną i szybką bijatykę, która skutecznie zaraża syndromem „jeszcze jednej planszy”. Historia tych gier kończy się na „Marvel vs Capcom 2”, która powstała na wymarłą już Segę DreamCast i nigdy nie miałem okazji się z nią zapoznać – na ebayu osiąga jakieś astronomiczne ceny. Ale to tylko koniec wydawania gier przez Capcom. Poligonem dla tworzenia dalszych nawalanek jest silnik M.U.G.E.N, który umożliwia łączenie ulubionych bijatyk, dodawanie bohaterów i plansz. Amatorzy robią to samo, co kiedyś Capcom: „Weźmy postacie z różnych gier i zróbmy z nich jedną, ale wieeelką!”. Powstają monstra typu „Marvel vs Capcom 3” z ilością herosów, których przeglądanie trwa niemal minutę. Power Ranger vs Donatello vs Kapitan Ameryka vs Batman vs Baraka? Niemożliwe stało się możliwym… Czyż życie geeka nie jest piękne?

gry

komentarzy 17

  • Uwielbiam tą serię. Fajnie, że ktoś o niej napisał na MD. Osobiście za najlepszą uważam „X-men vs SF”. „Marvel vs Capcom” zbyt często doprowadza do oczopląsu, a wcześniejsza produkcja jest wolniejsza, trochę bardziej taktyczna (mniej przypadkowego naparzania po klawiszach), no i ma Sabretootha. Naprawdę potrafi wciągnąć; zwłaszcza gdy gramy przeciwko żywemu przeciwnikowi. Jeśli już jesteśmy przy grach z VS w tytule to warto jeszcze wspomnieć o „SNK vs Capcom” i „Capcom vs SNK”. W kwestii emulatorów polecam zaś Final Burna (najprostszy w obsłudze).

  • Ech, twój artykuł przypomniał mi moje smarkate czasy. Wtedy, gdy PSX i SATURN było na rynku dopiero od jakiegoś czasu, wielokrotnie z kumplami chodziliśmy do sklepu z grami, gdzie za trochę kasy można było pośmigać na konsolkach (ktoś pamięta ten salon na poznańskim raszynie?). Ileż to godzin mijało na wbijaniu się w przeciwnika Wolverinem podczas gry w X-Men:CotA) A (chyba) na poznańskim dworcu PKP można było powymiatać właśnie w MvC. A dla ultrafanów było nawet świetne Darkstalkers!!

  • @PKP – też najbardziej lubię wymienioną przez Ciebie + dwie podstawowe… Chyba najlepszy dobór postaci i najestetyczniejsza grafika. Te następne za bardzo pachną krzykliwa „japońszczyzną”, której nie umiem zdzierżyć.

    @Iron – U mnie, w Płocku, też był taki sklep – łaziłem tam na Mortala 3. Na kolanach numer „Gier Komputerowych” ze spisem ciosów, pad w ręku, kumpel obok i jazda… :)

  • osobiście uważam Marvel vs Capcom za najlepsze cacko z cyklu, uwielbiam te supre mega speciale, jak nagle wielki bot tłucze z gatlinga, albo wszystko błyska i wybucha…

    jako purysta czepnę się merytoryki. szał wywołał nie pierwszy SF, a 2ka, a cykl nie czerpie mechaniki z niej, ale z wersji SF2Turbo, albo z którejś późniejszej (SF Alpha), na pewno nie z klasycznego Street Fightera ani 2ki.

  • Thx. Poprawilłem, by zamętu nie robić.

  • O, fajny tekst, z przyjemnością mi się czytało.

    W ogóle wnoszę o więcej tekstów o grach inspirowanych komiksami, nawet tych starszych. Sam ostatnio nabyłem „XIII”, tylko dlatego że komiksowe i nigdy nie grałem.

  • super sprawa. przypomniały mi się dawne czasy (no bez przesady, nie tak znowu dawne). u kumpla na kompie grałem.

  • Ja to tylko w Dragon Balla grałem.

  • No to czas to nadrobić :)

  • @Rob – wniosek przyjęty, żałuję, że chwilowo nie stać mnie na „Spiderman: Web of Shadows” :)

  • @Rob – XIII to jedna z najlepszych gier na podstawie komiksu chyba, jednocześnie bardzo komiksowa, boli tylko urwany finał. chyba chcieli dwójkę dokręcić, a tu dupa…

  • @gonz – na razie grałem w to bardzo mało, tylko odpaliłem, zobaczyłem że chodzi i że wygląda miodnie, dałem się zabić na samym początku i teraz czekam na wolniejszy weekend, żeby dalej w to sobie pociąć.

  • Za narratora w Marvel vs. Capcom robił Tony Daniel :)

  • Czyli dla „XIII” warto kupić nowe CDA? Już tyle lat minęło odkąd kupiłem ostatnie pismo o grach, może czas się przełamać…

  • Sam nie wiem, widziałem dziś w kiosku, ale chyba kupię, skoro i tak kosztuje te 20 zeta. Przy okazji Spellforce mi może pójdzie na kompie:)

  • O kurwa ;]
    Ale jazda!
    Pamiętam jak w to gierzyłem za młodu.
    Dzięki Was właśnie pakuje rom z PSX’a na PSP i jutro cały dzień cisne kombosy bohaterami

  • Też sobie potrenowałem przy okazji „zbierania materiałów” do tekstu. ;)

Dodaj komentarz