Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

Hellblazer: Niebezpieczne nawyki & Strach i wstręt


papier · komentarzy 40

1. Grafiki w tym tekście nie są grafikami z opisywanych komiksów...

Statystyczny polski czytelnik-zjadacz popkultury (czyli np. ja) nie miał za wielu okazji, by poznać Johna Constantine’a. Dopiero w 2005 roku pojawił się film „Constantine”. Udało mu się zwrócił uwagę na tę postać, chociaż przedstawił flagowego bohatera Vertigo jako Egzorcystę na sterydach o wyglądzie Neo (znaczy Reevesa) i z miotaczem ognia w łapie. To nie było to…

Na lepszą kreację Johna C. trafiłem dopiero w „Księgach Magii”. Był tam postacią drugoplanową, ale te kilkanaście stron starczyło, bym zapałał sympatią do tego cynika z nieodłącznym szlugiem, który w sferach astralnych czuje się równie swobodnie, jak Wy w łazience. Od tej pory czekałem, aż nad Wisłę zawita seria, w której J.C. będzie grał pierwsze skrzypce.

Zanim jeszcze „Hellblazer” objawił się na polskiej ziemi, objawiły się zarzuty wobec niego. Mianowicie, wydany u nas jako pierwszy „Hellblazer: Niebezpieczne nawyki”, to tak naprawdę szósty tom z historiami o Johnie, zbierający zeszyty #41-46 (miło, że Gildia zaznaczyła oryginalną numerację tomów). Czemu, na Croma, zabiera nam się pierwszych 40 zeszytów?! W sieci znaleźć można kilka wyjaśnień…
Wyjaśnienie pierwsze: od szóstego tomu za serię wziął się Garth Ennis i zaczyna pewien nowy rozdział w życiu Constantine’a. Ennis = „Kaznodzieja” = kult (nawet w naszym komiksowym zaścianku). Żeby było zabawniej do pracy nad „Hellblazerem” dołączył potem Steve Dillon – rysownik „Kaznodziei”. Jego rysunki pojawiają się już w drugim wydanym w Polsce tomie – „Strach i wstręt”. Wniosek – Egmont próbuje schwytać na lep niedawnych czytelników tej serii.
Wyjaśnienie drugie: pierwsze zeszyty ze scenariuszami Jamiego Delano uważane są za dość słabe, a dodatkowo motyw choroby z „Niebezpiecznych Nawyków” wykorzystano w filmie. Zawsze to lepiej, bo można z tyłu okładki napisać „Przedstawiamy komiks, na motywach którego powstał hitowy film Constantine”. Doceniam starania Egmontu, by produkt dobrze sprzedać, chociaż rozsądek znów poległ w walce z marketingiem. Należałoby jednak być konsekwentnym i jeśli się zaczęło od Ennisa, to dobrze byłoby wydawać go po kolei… Dlaczego jako drugi w Polsce pojawił się „Strach i wstręt” („Loathing and Fear”) zamiast zgodnego z chronologią dziejów „Bloodlines”?
Możliwe, że Egmont wypuszcza wydania zbiorcze w pokręconej kolejności z USA rodem. Tyle że Amerykanie mogą sobie na to pozwolić, bo wszystkie historie wydano wcześniej po kolei, jak bóg przykazał, w zeszytach. U nas dostępu do zeszytów nie ma i robi się zamęt.

2. Uznałem, że zaprezentuję Johna C. w różnych wersjach...

Cały ten cyrk z mieszaniem z chronologii, to nie tylko żale oszukanego geeka – rzutuje to niestety na odbiór historii o Hellblazerze. W „Niebezpiecznych Nawykach” poznajemy Johna Constantine’a, maga, specjalistę od walki z mocami nadprzyrodzonymi, który umiera – po ludzku, na raka płuc (mam déjà vu). Oczywiście, z racji swojej profesji, nie zamierza wcale biernie czekać na kostuchę. Cytując klasyka:

Inny zwierz pewno załamałby łapy
I bił się w chrapy,
Wołając gromu, ażeby go dobił:
Nasz lis takich głupstw nie robił.

John działa dwutorowo – przygotowuje intrygę, która ma ocalić mu skórę, chociaż jednocześnie zdaje sobie sprawę, że może mu się nie udać. A na wizytę „po drugiej stronie” nie ma specjalnej ochoty, bo swego czasu naraził się paru ważnym osobom. Zresztą w tej historii też zdarzy mu się nadepnąć na odcisk mocom piekielnym. Nie zdradzam zakończenia, aczkolwiek można się go domyślić – zwłaszcza jeśli ktoś zna historię o pewnym polskim szlachcicu, który teraz na księżycu mieszka. Ennis miał ciekawy pomysł na zawiązanie akcji, a w rękawie finał, który pewnie nie raz odbije się Constantine’owi czkawką. Niestety w środku tempo spada – John krąży, kombinuje i snuje monologi wewnętrzne. Jeśli ktoś spodziewał się akcji rodem z filmu, to srogo się zawiedzie. To samo może czekać fanów „Kaznodziei” – Ennis pisał te zeszyty jeszcze przed wydaniem swego opus magnum. Dodatkowo polskiemu czytelnikowi odbiór psują przewijające się wciąż nawiązania do przeszłości głównego bohatera (tak, do tych niby-słabych 40 zeszytów): a to krew demona w żyłach, a to postacie nękające Johna w snach, a to tajemnicze persony, do których udaje się po pomoc. Uczucie lekkiego zagubienia towarzyszyło mi przez całą lekturę. Szkoda, że nie zdecydowano się na przypisy albo wstęp, który przybliżyłby nam przeszłość Johna. Takie rozwiązania świetnie sprawdziły się w starszych komiksach Egmontu – np. „Green Arrow: Kołczan”. Konieczność domyślania się „kto jest kto” skutecznie psuje radochę z pochłaniania historii. Chciałbym wierzyć, że brak objaśnień, to zapowiedź wydania kiedyś tych pierwszych tomów… Obym tego doczekał.

Za warstwę rysunkową odpowiada William Simpson i już we wstępie wyjaśnione jest, że niezbyt pewnie czuje się w brudnym i mrocznym klimacie tej historii. Jednak jego prace są poprawne, choć nieco staroszkolne (zeszyty to rok 1991). Efekt psuje aż sześciu inkerów, którzy nakładali tusz na szkice, sprawiając, że John Constantine zmienia się na twarzy, czasem wyglądając nieco groteskowo lub kilka lat starzej. Fanów bardziej wyrazistego rysunku ucieszy dopiero „Strach i Wstręt” ze Stevem Dillonem na pokładzie. Może razić, że większość jego postaci jest do siebie bliźniaczo podobna i drugi wydany w Polsce „Hellblazer” wygląda jak kolejny tom „Kaznodziei”. Plus to czy minus?

3. Czasem są dość abstrakcyjne...

Upodobnienie do „Kaznodziei” zachodzi też w warstwie scenariuszowej – „Strach i wstręt”, to cztery historyjki obyczajowe z lekkim rysem politycznym. Niesamowitości schodzą na dalszy plan, a Ennis skupia się na pokazaniu postaw ludzkich i prostackiego zła, które z nich się bierze. Nie jest to zarzut, bo czyta się doskonale – scenarzysta pokazuje się tu jako doskonały obserwator mniejszych i większych patologii i zwykłych słabości ludzkich. Widać wątki, które potem pojawią się w „Kaznodziei”. Jest nawet identyczny czarny humor – tekst o tym, ile należy zostawić przy ucinaniu komuś członka… Dostajemy cztery krótkie opowieści o życiu Constantine’a. „Ostatni z rodu” rozwieje Wasze złudzenia na temat tego, że fajnie jest być magiem. „Czterdziestka” pokazuje Johna C. w momencie kryzysu wieku średniego, jednak wszystko kończy się wielka imprezą urodzinową z zaskakującymi gośćmi. Znów daje o sobie znać brak wiedzy o przeszłości bohatera i nawiązania do poprzednich przygód nie bawią tak jakby mogły. Psuje to też następne opowiadanie, które byłoby opowiastką o naziolkach z Frontu Narodowego szukających źródła mistycznej potęgi (nie, nie chodzi o Włócznię Przeznaczenia), ale równolegle zawiązuje nam się wątek Constantine’a, pewnej tajemniczej niewiasty i archanioła Gabriela. Widać, że cała intryga skądś się wywodzi i dokądś prowadzi, ale o co dokładnie chodzi to sobie, Drogi Czytelniku, znajdź. To nie są rzeczy oczywiste – przypis by się przydał! „Drogi Johnie”, to znów Constantine jako mężczyzna po przejściach. Ten element historii Ennisa podobał mi się najbardziej – bohater gra piekłu na nosie, ożywia zmarłych, a nie potrafi sobie poradzić z alkoholem, kobietami i własnym życiem. Ma problemy, jak każdy z nas, paradoksalnie dzięki temu coraz bardziej go lubię.

4. Ale zawsze jest to ten sam dobry Johny i jego szlug. :)

Po zakończeniu widać potencjał dalszych tomów serii. Aż miło pomyśleć, co będzie potem, gdy biorą się za nią Warren Ellis czy Brian Azzarello (powszechnie wychwalany przez czytaczy oryginałów). Ale chyba mogę sobie tylko pomarzyć, że będą wychodzić więcej niż dwa tomy rocznie…

Nie jestem jedyny, dla którego istotne będzie, że w drugim tomie poprawiono grzbiet. Już nie razi jakimś gradientem w psychodelicznych kolorach. Jednak wiele mu brakuje do monolitycznej czerni kompletu „Kaznodziei”.

Do lektury „Hellblazera” proponuję soundtrack do „Blues Brothers” (z tym motywem), bo i Elwood i Jake i John to podobny typ cwaniaków. No i oczywiście Thin Lizzy, bo Ennis to Irlandczyk, a John C. uwielbia whisky. Od biedy nadaje się ścieżka z filmu.

komentarzy 40

  • Czyli kolejna rzecz do kupienia w oryginałach po bożemu, a nie dotowanie gównianego wydawania w Polsce.

    Dodam tylko na marginesie, że John to postać, która wzbudziła zainteresowanie Żony i szwagierki, jako wzorowana wizualnie na Stingu.

    Czasem i tak bywa :D

  • W „Niebezpiecznych” najczęściej zmieniającą się wizualnie postacią jest niewątpliwie Brendan – na każdym kadrze inaczej wygląda :D

  • Ja uwielbiam Constantine’a. Chciałem zbierać polskie wydania, ale póki co mam już zdecydowanie wiecej oryginałów i chyba ich się będę trzymał. Zwłaszcza, że i tak nie ma szans na wydanie całości u nas.

  • „…nawyki” raczej średnio mi się podobały, bo Constantine przez pierwszą połowę komiksu pałęta się tam raczej bez celu i mruczy coś pod nosem – brakuje jakiejś złożonej intrygi, jakichś tajemnic chowanych przed czytelnikiem.
    „Strach i Wstręt” nie wiem czy kupię, bo mnie kreska odrzuca. Dillon dawał radę w Kaznodziei, ale tutaj zwyczajnie…cóż, nie podoba mi się co tu robi.
    Polecam albumy Mike’a Carey’a (chyba najnowszy scenarzysta HB, autor także „Lucyfera”, z tego co pamiętam), historie przez niego opowiedziane są naprawdę dobrymi albumami (zwłaszcza, jak dla mnie, rewelacyjny „All his engines”).

  • „All his engines” to graphic novel. Tego nie było w zeszytówkach. A fakt, jest świetna. Tak jak cały run Mike’a Carey. Właśnie jego albumów mam najwięcej w swojej kolekcji.

  • Swoją drogą szkoda, że tłumacz nie dał po garach i tom nie nazywa się „Hellblazer Parano”.

  • Swoją drogą to ciekawe czemu nie przetłumaczył tak jak książka została. By wtedy była spójność, że tak powiem. Acz to akurat nieważne.

    Gonzo miał rację z tym fioletowym grzebietem „Nawyków”, obrzydliwy jest. „Strachu” jeszcze nie zacząłem, ale zamierzam jak tylko skończę 6 tom „Y” ;).

  • Zaczynam czuć się jak łoś, bo kupuję jakieś „polskie wydania”… ;)

  • pawel: najlepsza rada to kupowanie jakiejś serii, która nie jest jeszcze u nas zbyt znana – ja tak zrobiłem z DMZ i mogę szpanować, że mam wydania oryginalne. wybierz sobie jakąś niszę i ciesz się życiem razem z nami!:)

  • dobrą niszą jest kupowanie oryginalnych wydań Rycerza Janka.
    a właśnie, jak jest z polskimi wydaniami DMZ? Dobrze to rozegrali? Bo czytałem „Y” i było całkiem ok, gdyby nie cała masa przypisów.

  • Jedną wadą, ale to dużą, jaką ma polskie DMZ jest to, że za parę tygodni wychodzi oryginalny szósty TPB, a drugi polski będzie… No właśnie, pewnie w którymś grudniu :D

  • Ja kupuję Ultmate X-Men, które u nas przerwano…. :) I też mam się dobrze.

  • „Mianowicie, wydany u nas jako pierwszy “Hellblazer: Niebezpieczne nawyki”, to tak naprawdę szósty tom z historiami o Johnie”
    Nie do końca. Hellblazer tak naprawdę w ogóle nie jest numerowany, głównie ze wzlędu na to, że nie wszystkie zeszyty ukazały się w trejdach.

    „Swoją drogą to ciekawe czemu nie przetłumaczył tak jak książka została. By wtedy była spójność, że tak powiem. Acz to akurat nieważne.”
    Sygnalizowałem to Tomkowi, ale najwyraźniej coś stanęło na przeszkodzie.

  • @lukasz- to to jeszcze można wybaczyć, ale już np. „From Russia with Love” w którymś tam zeszycie Mandragorowego Punishera, przetłumaczone jako „Z Rosji, z wyrazami miłości” albo spekulacje dotyczące (na szczęście ostatecznie) Folwarku Zwierzęcego w Baśniach… coś musi być na rzeczy.

  • Co musi byś na rzeczy? Czasem nie pomyślą, czy nie mają pełnego oglądu odniesień/odniesień już przetłumaczonych i tyle. „Coś musi być na rzeczy” – piszesz jakby jakaś intryga się działa, albo tłumaczy choroba jakaś wybijała.

  • Akurat z Folwarkiem była jakaś szerzej zakrojona historia, bo jakkolwiek „Lęku i odrazy” wcześniej nie znałem i nie słyszałem, tak orwellowską aluzję chyba każdy, kto do szkoły chodził, wyłapie. Nie pamiętam teraz, z czym to się tak gryźli, że narodził się pomysł na „Farmę Zwierząt” czy innego dziwoląga. Ot.

  • No pewnie dlatego, że oryginalny tytuł drugiego albumu „Baśni” brzmiał „Animal Farm”, więc można było się w wersji próbnej pokusić na zrobienie z tego „Zwierzęcej farmy”. No ale podniósł krzyk niczym przy „Yoriku” i zmieniono na „Folwark”.

  • Swoją drogą – Hellblazera teoretycznie wydają od środka, ale czy „Dangerous Habits” nie był przypadkiem pierwszym Constantine’owym trejdem? Bo mnie się coś wydaje, że to właśnie Ennisowy run poszedł jako pierwszy. Do tej pory nie zostały wydane chyba wszystkie zeszyty Jamiego Delano.
    Miałem zamiar kupić „Strach i wstręt”, ale zdecydowałem się na kontynuowanie oryginalnej kolekcji i zakupiłem „Damnation’s Flame” również by Ennis/Dillon.

  • Nie przywiązywałbym się do tytułów, które Egmont podaje we wstępnych zapowiedziach. Bardzo często zostają później zmienione bez względu na to, czy ktoś protestował, czy nie. Skoro o „Fear & Loathing” wiedzieli, ale przetłumaczyli inaczej, to widać był jakiś problem.

  • Ja sobie chyba po 2. tomie komiks odpuszcze… Wszyscy przeciwnicy Constantine’a zachowuja sie ponizej jakiejkolwiek krytyki i np. zamiast blyskotliwego Lucyfera Gwiazdy Zarannej mamy przyglupiego Pierwszego z Trzech, ktorego JC robi jak chce.

  • @GRuBshy – obawiam się, że z wyniku pojedynku J.C. z Luckiem wiele osób (fanów obydwu) byłoby niezadowolonych. To są zbyt równi gracze, by rozstrzygnąć go w jednym numerze. Lucek nie dałby się nabrać na taką prostacką sztuczkę. A J.C. by pewnie nie odważył się próbować.

    @r.sienicki – gdzieś na Gildii natknąłem się na info, że Egmont wydaje, tak jak w USA (czyli masz rację, „D.H.” było tam pierwsze), ale nie udało mi się znaleźć nigdzie potwierdzenia – spisu trejdów w kolejności ich wydawania – i sprawdzić, czy następny był „Fear…”

  • Mea culpa – nie dotarłem na wrak. :)
    Ale i tak nie zmieniam zdania, że to dziwna polityka wydawnicza.

  • Dla mnie jakoś „naturalnie” by było wydawać mniej więcej zgodnie z chronologią zeszytową. A tak to jest pięć razy poprzekręcane, zrówno przez Amerykanów jak przez nas, i sam już nie wiem czy to dobrze czy źle.

  • Tyle że Amerykanie mogą sobie na takie przekręty pozwolić, bo u nich już raz to było wydane po zeszytowemu.

  • Wątpię, żeby tpb były adresowane do posiadaczy zeszytów.

    Patrząc na daty można pokusić się o wniosek, że dopiero run Azzarello spotkał się z tak dużym zainteresowaniem, że DC ruszyło na dobre z trejdami. Wcześniej było ich niewiele.

  • Czytałem zgodnie z chronologią wydań USA (z jednym wyjątkiem – na pierwszy rzut poszedł „Original Sins”). Nie miałem dostępu do zeszytów. Nie uważam, żebym coś stracił. Moze nawet dzięki temu było to ciekawsze doświadczenie…

  • Ja sagę o Wiedźminie za pierwszym razem przeczytałem w kolejności 1,5,3,2,4, bo tak mieli dostępne w bibliotece (a była jedna i robiono zapisy) ;). Ciekawe to może było, ale przyjemniej czytało mi się za drugim razem, po kolei.

  • kendo777

    „Statystyczny polski czytelnik-zjadacz popkultury (czyli np. ja) nie miał za wielu okazji, by poznać Johna Constantine’a. Dopiero w 2005 roku pojawił się film Constantine.”

    Pierwszy raz Constantine pojawił się w „Sandman: Sen Sprawiedliwych”. Więc nie dopero w Księgach MAgii można było trafić na „lepszą” kreację głownego bohatera serii Hellblazer:)

  • Owszem, ale ja się od Sandmana odbiłem i nie mam okazji, by wrócić. Dlatego wyraźnie napisałem, że „K.M.” to moje pierwsze spotkanie… :)

  • Co to znaczy „się odbiłem”? ;)

  • Mając lat ~17 pożyczyłem od koleżanki #1 Sandmana i #1 Akiry i ten drugi podobał mi się bardziej. ;) A potem kontakt z koleżanką się urwał i nigdy nie spotkałem nikogo zbierającego Sandmana, by zrewidować mój pogląd.
    Może kiedyś skuszę się na jakiś komplet na aukcji albo absolute z emejzona…

  • Akurat nie wydaje mi się, żeby Constantine z „Sandmana” jakoś szczególnie przebojowo na rynek polski wtargnął… Najbardziej przerażające i tak jest przeświadczenie większość znanego mi społeczeństwa, które na hasło „Constantine” reaguje „Aaa, Keanu”.

  • Blacksad

    Mnie to Sandmanowe wejście wytarczyło. A potem jeszcze w Księgach Magii – najweselszy gośc z „Brygady płaszczów” czy jak tam się nazywali. Ten cynizm i poczucie humoru musi trafić w gust, inaczej to amen i pozamiatane.

  • E tam, wejście w Sandmanie było dość mdłe.

    pawelk: Jeśli tak stawiasz sprawę, to zdecydowanie lepiej amazon, będziesz miał przynajmniej oryginalne liternictwo Kleina. ;)

  • @pawelk – rozumiem, że Hellblazera czytałeś w oryginale w odpowiedniej kolejności?

  • Nie i dlatego tekst jest z takiego punktu widzenia – polskiego czytelnika.
    Dziwnie poczułem się, gdy w „Fear…” na początku trafiłem na Johna i jego pannę, a potem na info, że są już rok ze sobą.
    Hej, ale poznali się w poprzednim odcinku… WTF?!
    Poczułem się jak wtedy, gdy TM-Semic przeskoczył o 3 lata do przodu w wydawaniu Supermana w Polsce.

  • E tam, przesadzasz. Za każdym razem jak coś czytasz i główny bohater ma pannę to zastanawiasz się nad historią ich związku? Jaki ma to wpływ na fabułę „Dangerous Habits”?

  • Na „D.H.” nie ma wpływu, bo mówię o „Fear…”. Tam też wielkiego wpływu nie ma, ale niesmak pozostaje. Ale już brak wątku z archaniołem z „Bloodlines” sprawia, że nie rozumiesz części „Strachu…”

    Da się tak czytać, nie przeczę i nie upieram się, ale ideał to to nie jest. ;) Kibicuję Egmontowi jak się da.

  • Pamiętałem, że gdzieś to było.

    Chronologia HB: http://www.hellblazertrades.com/

    Dangerous Habits są z dupy, jeśli chodzi o kolejność.

Dodaj komentarz