Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

Silver Surfer: Requiem


papier · komentarzy 20

Klimatyczna okładka zeszytu pierwszego

Śmierć superbohaterów (nie tylko tych z Marvela) zdewaluowała się już niemal całkowicie. Została przez scenarzystów zredukowana do przerywnika w życiorysie herosa. Znika on na chwilę z kart komiksu, by potem wrócić spektakularnie, niczym deus ex machina. Zazwyczaj wzrasta wtedy poczytność serii. A jeśli nie, to po prostu się ją zamyka, nie bawiąc się w uśmiercanie bohatera – w końcu może się jeszcze przydać, np. do crossoverów.

Do gdybania na temat śmierci herosów, bez szkody dla całej serii, służyły swego czasu komiksy z The End w tytule. Wprawdzie nie są częścią głównego kontinuum czasowego świata Marvela (poza „Marvel Universe: The End”), ale jednak pokazują jak mógłby skończyć się żywot m.in. X-Menów, Punishera, Fantastycznej Czwórki czy Wolverine’a. Zakończenie dziejów Rosomaka wydała niegdyś Mandragora (nie obraziłbym się, gdyby ich własna śmierć była tylko podpuchą). Chociaż akurat ta seria zawierała bzdury w ilości przekraczającej wytrzymałość nawet najtwardszych fanów trykociarzy. Niejako kontynuacją tej idei są niektóre historie wydawane w ramach marki Marvel Knights – z założenia przeznaczone dla dojrzalszych czytelników. Dlatego po „Silver Surfer: Requiem” słusznie spodziewałem się czegoś więcej niż typowego komiksu superbohaterskiego.

Jeśli chcesz pokoju, gotuj się do wojny

Silver Surfer nie umiera tak, jak się wśród herosów umierać przyjęło… Nie ginie w walce z zagrożeniem dla całego świata, nie zostaje skrycie zabity przez odwiecznego wroga. Odchodzi, bo jego czas nadszedł – kosmiczna moc, którą władał, wypala się. Niegdyś został nią obdarzony przez Galactusa, by służyć mu jako herold i ocalić rodzinny świat. Dziś to brzemię stało się przyczyną jego śmierci. A jednak mimo swojego obcego pochodzenia i nadludzkiej mocy Norrin Radd umiera bardzo po ludzku. Lekarz (w tej roli Reed Richards) stawia jasną diagnozę, a bohater postanawia wykorzystać ostatnie tygodnie życia tak, jak wykorzystałoby je wielu z nas: odwiedza starych znajomych i ogląda piękno Ziemi, która była jego drugim domem. Stara się jeszcze raz zrobić coś dobrego dla ludzi, którzy zawsze fascynowali go swoim umiłowaniem chaosu i których nigdy do końca nie zrozumiał. Ostatnim jego czynem jest powrót na rodzinną planetę Zenn-La do ukochanej. Po drodze nadal wypełnia obowiązki obrońcy pokoju…

Dziwnie czytało mi się komiks, o którym wiem jak się zakończy. Zupełnie inaczej patrzę na postać, której los już niemalże się wypełnił. Zaczęły drażnić mnie typowe elementy uniwersum superbohaterskiego – głupawe teksty Thinga, dowcipy Spidermana, czy superzłoczyńca w kradzionym wojskowym pancerzu. Silver Surfer odcina się wyraźnie od otoczenia – przy nim dwaj wymienieni wydają się plastikowi. Chociaż mówi, że miesiąc życia, to jak dwie generacje, przepełniony jest głębokim smutkiem. Zawsze był obcy, inny i to się nie zmienia – nikt nie może mu pomóc, supermoce przyjaciół, wiedza Reeda Richardsa czy magia Stephena Strange są bezradne w obliczu nieuniknionego. J.M. Straczyński dobrze znany jest z niekonwencjonalnych pomysłów na superbohaterów – maczał palce m.in. w „The Other”, które odmieniło Spidermana zupełnie – choć na krótko. W „Silver Surfer: Requiem” pokazuje nam znaną już postać z różnych stron – od zaprzyjaźnionego z podobnymi sobie herosa, przez kosmicznego podróżnika, aż po zwykłego człowieka, który poniósł wielką ofiarę, by ocalić swój dom. Symboliczne jest, że Surfer stopniowo traci swój srebrzysty pancerz.

Główny bohater ma wiele twarzy

Nie udaje się jednak uniknąć odrobiny patosu i wszystkie oblicza bohatera są dość mocno wyidealizowane. Straczyński posunął się nieco za daleko i Surfer w jego kreacji staje się postacią niemalże równą mesjaszowi. Owszem, zawsze budził takie skojarzenia – przybył z kosmosu, posiadał wielką moc, ocalił ziemię przeciwstawiając się własnemu panu. Już w wydanej przez Tm-Semic „Przypowieści” chciano go zrobić przywódcą ludzkości. Jednak w Requiem od pewnego momentu ta tendencja robi się nieznośnie nachalna. Gdy Surfer na prośbę Spidermana oddaje ludzkości ostatnią przysługę, to wiem, że umotywowane jest to jego wielką miłością do Ziemian. Ale jednocześnie to więcej niż niejeden superbohater zrobił w całej swojej karierze. Czy do zbudowania legendy nie wystarczyło, że kiedyś ocalił tę planetę przed zagładą z rąk Galactusa? Potem jeszcze bez trudu przerywa wielopokoleniowy konflikt, stając się bohaterem dwóch cywilizacji, a na koniec godzi ze sobą dwie zupełnie sprzeczne postawy – nie chcę zdradzać za wiele. Ostatnie sceny, gdy Norin Radd przebywa już na rodzinnej planecie są przesadzoną próbą nadania tej postaci niemalże religijnego wymiaru. Motyw znamienia na dłoni trąci amerykańskim kiczem.

Nie zrozumcie mnie źle – to budowanie legendy „na szybko” nie przekreśla komiksu. Ale można było odrobinę spuścić z tonu i bez straty dla postaci darować sobie kilka pustych gestów, jak ostatnie słowa do ocalonych obcych czy prezent od doktora Strange.

Kreowaniu podniosłej i poważnej atmosfery sprzyjają rysunki Esada T. Ribica. Bliżej im raczej do malowideł, zwłaszcza całostronicowym planszom przedstawiającym Surfera mknącego w kosmosie. Bohater nie wygląda jak robot czy człowiek w metalowym kostiumie, a jak uformowana z płynnego metalu statua – esencja kosmicznej mocy. Takie przedstawienie pięknie podkreśla jego obcość i niezwykłość. Możemy wybaczyć Esadowi, że Johnny Storm ma fryzurę à la Modern Talking, a Spiderman czarne „oczy”, które nawet nie są złe. Dobrze, że Mucha zdecydowała się wydać tę historię na kredowym papierze i w twardej oprawie (nie myślałem, że kiedyś coś takiego napiszę). Skutkiem twardej oprawy jest solidne zszycie albumu – można podziwiać pustkę kosmosu w pełnej krasie, bez obawy, że komiks się rozleci. Szkoda, tylko, że zdecydowano się na okładkę ze Spidermanem (chłyt materkindowy?), a nie tę z pierwszego zeszytu, która lepiej podkreśliłaby wyjątkowość historii. Ponarzekałbym na cenę, ale czy kogoś to jeszcze rusza?

Takim go zapamiętajmy... (ależ patosem zawiało)

Śmierć superbohatera lub superłotra zwykliśmy kwitować ironicznym „I tak w końcu wróci” albo hollywoodzkim „To jeszcze nie koniec”. W przypadku Silver Surfera wiemy, że to koniec. Trochę szkoda, że to tylko poboczna miniseria. Tak pożegnany bohater odszedłby naprawdę z klasą.

A jeśli ktoś, tak jak ja, lubi przy kolejnych czytaniach komiksu dobrać sobie odpowiedni soundtrack, to szczerze polecam ten – zwłaszcza pierwszy utwór – w sam raz do ostatnich stron.

komentarzy 20

  • pierwszy lol.

  • drugi rotlf.

    Bardzo fajny tekst, może się nawet skuszę na SS, jeno nie w wydaniu Muchy.
    Czy to zapowiedz większej ilości Marvela na motywie?

  • trzeci

    A nie wiem, Paweł?

  • Jeśli Mucha będzie go wydawać tak „często” i w takich „przystępnych” cenach, to nie. :P

    A serio – to początek najazdu trykociarstwa na motyw, bo w tego co wychodzi w Polsce kupuję większość (95%), a czasem i coś zachodniego sobie sprawiam. :)

    yyyy….czwarty (to teraz czekam na świeczki za Surfera i miasta go żałujące…)

  • Pabianice w żałobie po Silver Surferze [‚]

    ps. dobry debiut :-)

  • Konstancin-Jeziorna, na zawsze w naszych sercach, bez niego już nic nigdy nie będzie takie samo, był jedynym prawdziwym papieżem i najlepszym aktorem świata, nikt tak pięknie nie śpiewał jak on, a taka muzyka jak jego gitarowe solo już nigdy nas nie ucieszy.

    Chyba się potnę dzisiaj maszynką ojca.

    [‚]

    Szósty.

  • JAPONfan

    Katowice czekaja na „golden surfer”albo „srebrny kiteboarder”.

  • Golden rain chyba.

  • Rzeszów był zapobiegawczy – pomnik w hołdzie Silver Surferowi postawił już w 1974 roku (no dobra, powiedzmy że ta deska jest trochę inaczej wyprofilowana).

  • JAPONfan

    Silver rain ale to bylo juz. Znaczy sie Silver zamienil sie w deszcz i spadal na ludzi a oni go pili.

  • jarek – słynny Pomnik Wielkiej Cipy

    SS nie był cipą :D

  • Przecież to nie pomnik bohatera, tylko jego (ekhem) atrybutu. :P

  • SS był mega-cipą.
    Stąd pomnik.

  • Purple Rain chyba.
    Nigdy nie lubiłem Silver Surfera, ale [‚]
    Zakusiło mnie by przeczytać ten komiks, ale jak na cene taką to troszkę mnie odpycha. Zwłaszcza, że mam do kupienia jeszcze inne komiksy (które bardziej lubie od Marvela), więc pewnie nie przeczytam. Chyba, że u kogoś na piwie będę i ktoś będzie miał.
    pawelk, kiedy pijemy? :D

  • Pijemy zaraz po wydaniu pełnometrażowego „The Movie” na papierze. :)

    A nie November Rain? W końcu listopad mamy…. No i Gunsi wydali płytę.

    Gunsi wydali płytę, a Obama został 44tym prezydentem. Koniec świata jest bliski?

  • No, to chwilowo nie popijecie, jeżeli wierzyć trzeciemu ze wspólników :D

    Koniec świata już dawno był, „innego (…) nie będzie”.

  • To niech Bele wspólników ogarnie, jak chce Surfera przeczytać (a ja chcę przeczytać The Movie). :)

  • Dzisiaj dorwałem ten komiks w Empiku. Surfera nigdy jakoś specjalnie nie trawiłem. Taki Dr. Manhattan na desce (tak, wiem – nie jest to najlepsze porównanie). Ale świetnie namalowana okładka i szybki rzut okiem na resztę kadrów spowodował, że przeczytałem całą historię jednym tchem. Bardzo refleksyjna, ciekawa i w sumie piękna wizja końca Surfera. Fakt, patos lał się czasem niepotrzebnie, no ale taka jest konwencja. Bardzo polecam ten komiks. Tylko cena odstrasza ;/

  • -=TIMEX=-

    TO JEST SMUTNA HISTORIA A WY SIĘ NAŚMIEWACIE??CHYBA NIE MACIE UCZUĆ!!!
    a tak wogle gdzie mogę kupić spider man regin???

Dodaj komentarz