Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

Misterium


papier · komentarzy 75

Gott ist tot
Pisanie o „Misterium” to twardy orzech do zgryzienia, bowiem komiks Granta Morrisona i Johna J Mutha przypomina formą produkcje ekscentryka Lyncha. Niby domyślamy się, co twórcy mieli nam do przekazania, ale raczej nigdy nie dojdziemy do sedna tego komiksu z powodu jego niedopowiedzenia. Jedni mogą się przez to poczuć zażenowani, uznając następnie „Misterium” za komiks o niczym, niedorzeczny i bełkotliwy. Drugim jednak nasz zwariowany Szkot daje możliwość stworzenia własnej teorii odnośnie tego, co w komiksie ma miejsce.

Według mnie „Misterium” to alegoryczna opowieść o marności człowieka w świecie bez Boga, ale za to z grzechem i Szatanem. Morrison daje dwie konkretne aluzje w komiksie, że Diabeł zasiada na tronie Boskim. Myślę jednak, że Lucyfer w świecie przedstawionym nie odgrywa roli Najwyższego. Jest raczej czymś na miarę kartezjańskiego demona, rozkoszującym się w zmienianiu naszego spojrzenia na świat w senny koszmar, surrealistyczny obraz. To uosobienie chaosu wprowadzające do życia bohaterów komiksu zamęt, niepokój i niedolę. Co ważne, Szatan korzysta z naszego uniwersalnego atrybutu – możliwości wyboru pomiędzy dobrem a złem, posiadaniem a byciem. Wolności, której brzemię potrafią dźwigać tylko nieliczni, najsilniejsi duchem.

Co zatem z ludźmi słabymi, lękających się odpowiedzialności za swe czyny? Dla nich istnieje alternatywa w postaci oddania sumienia religii i jej namiestnikom narzucającym iluzoryczny porządek i hierarchię w imię wyższego dobra. Byle się nie ziścił przeraźliwy scenariusz globalnej anarchii i ludobójstwa wynikający z ludzkiej podłości. Komiksowy pastor powiada:

Jeśli mogę choć trochę złagodzić strach mych pobratymców, kłamiąc, że niebo istnieje, to będę to robił.

Wraz z burmistrzem tworzą oni duet realizujący program Świętego Inkwizytora z „Braci Karamazow”, wzmacniający poczucie tożsamości, sensu, a nade wszystko spokoju i braterstwa opierającego się na cudzie, tajemnicy i autorytecie. Co za paradoks, że wskrzeszanie etosu niezłomności ludzkiego ducha jest dokonywane za pomocą atrybutów odrzuconych przez Jezusa Chrystusa podczas kuszenia go na pustyni przez Diabła, prawda?

Idę tam gdzie idę, nie idę gdzie nie idę

Mało tego, podobieństw między Morrisonem a Dostojewskim nie koniec. Morrison uważa, że czasami porządek ustanowiony przez religię nie wystarczy. Dochodzi w życiu do zatrważających zdarzeń, w których człowiek traci drogowskaz wartości. W stanach kompletnego zagubienia aksjologicznego zdolny jest do szubrawstwa i podejrzeń wobec bliźnich. By ustanowić na nowo stabilizację dokonuje się ofiary podczas rytuału religijnego, co wzmaga stan katharsis niwelujący cierpienia wynikające z braku poczucia podążania słuszną drogą. Do uziemienia status quo potrzeba poświęceń, a to z kolei świetnie widać u Raskolnikowa ze „Zbrodni i kary”.

Na koniec tych dywagacji pozostawiam Was z piosenką Comy „Zero Osiem Wojna” i pytaniami Leszka Kołakowskiego z drugiej serii „O co pytają nas wielcy filozofowie”:

Przypuśćmy, że złośliwy demon rzeczywiście nas zwodzi i wszystko, co w świecie znamy, jest urojeniem, a świata wcale nie ma albo jest inny. Czy czyni to jakąkolwiek różnice przy założeniu, że nasze postrzeganie jest, jakie zawsze było? Co więcej, gdyby założyć, że świat został stworzony przed minutą, razem z naszym zasobem pamięciowym i wszystkimi mniemanymi śladami przeszłości, czy czyni to jakąś różnicę w naszym myśleniu i życiu? Dlaczego takie przypuszczenie miałoby wydawać się niepokojące?

Właściwie w „Misterium” możemy być pewni jednego – Morrison chciał po prostu, ażeby czytelnik zidentyfikował się ze skrajną, nikczemną postacią, poczuł do niej silne emocje, by następnie srogo się zawieść. Przyznaje to zresztą w tym wywiadzie.

komentarzy 75

  • No to już wiem, że kupię, a wahałem się długo :D

  • Czemu Lynch?

  • Bo ma znane nazwisko i fajnie się kojarzy z różnymi ciężkimi do zrozumienia historiami.

  • ostatnimi czasy wszystko jest a’la lynch, nie wiesz o tym?

  • Bo podobnie jak Lynch, Morrison jest takim jakby dekonspiratorem rzeczywistości. Odsłania przed nami kulisy teartu codzienności i miesza dziwne, wręcz chore sceny z szarą rzeczywistością, przez co trudno jednoznacznie powiedzieć, o co chodzi. Nie podaje myśli przewodniej na tacy. Musimy do niej sami dojść.

  • Czyli robi to samo, co większość reżyserów teatralnych czy kinowych z nurtu „artystycznego” ostatnich kilku dekad.

  • tak, Lynch to twardy orzech do zgryzienia.

  • „Misterium” jest o tyle fajnym komiksem, bo można podjąć wiele prób interpretacyjnych, tak jak Chudy. Sam komiks mi się bardzo podobał, jednak ze względu na niedopowiedzenia i pewien tygiel motywów (gott ist tott, mesjanizm, zagadkowy motyw płaszcza itd.) komiks wydaje się, tak jak Chudy napisał, trochę bełkotliwy. Że płaszcz to pewne brzemię, a może jednak ośrodek przenoszenia demona i tak dalej… Eeee… sam nie wiem.

    Na Lyncha ostatnio mam uczulenie po przeczytaniu tryliona recenzji „Aksamitnej rękawicy…” i powiem, że „Misterium” nie jest lynchowskie pod względem jakichś chorych twistów itd. Jest za to lynchowskie w takim znaczeniu jak podał Chudy, że właśnie dużo rzeczy pozostaje w ukryciu, Morrison cośtam nam niby pokazuje, ale nie odsłania wszystkich kart. Choć może by się dało znaleźć lepsze na to określenie. Ale nie potrafię ;).

  • Morrison, odsłaniając przed nami kurtynę dramatu, poprzestaje w połowie.

  • ja jestm Lunchowski. Teskt fajny, zmotywował mnie by wyjsc na zimno i kupic. Kuzwa. Jak bedzie kiespki do znajde was.

  • Lynch funkcjonuje już teraz jak Chandler, że np ja, mimo że nie czytałem/oglądałem ich filmów/książek, jak coś czytam mam wrażenie, że coś jest jak „z Chandlera” lub „z Lyncha”.

    Ale poprawię się i jestem aktualnie w trakcie lektury „Mordercy w deszczu”.

  • „Lynch funkcjonuje już teraz jak Chandler, że np ja, mimo że nie czytałem/oglądałem ich filmów/książek, jak coś czytam mam wrażenie, że coś jest jak “z Chandlera” lub “z Lyncha”.”
    dawno nie przeczytałem większej bzdury
    przepiękny strzał w stopę tak w ogóle. Lepszy byłby chyba tylko jakbyś wyznał że nie czytałeś Hamleta, Iliady i Trenów.

  • Nie czytałem!

    A Ty piszesz komentarze jak z Lyncha i Chandlera.

    Ale tego z „Przyjaciół”.

  • Konrad chyba muszę Ci prościej wytłumaczyć dlaczego robisz z siebie durnia.
    a) Lynch funkcjonuje już teraz jak Chandler, że np ja, mimo że nie czytałem/oglądałem ich filmów/książek, jak coś czytam mam wrażenie, że coś jest jak “z Chandlera” lub “z Lyncha”
    A skąd to wiesz skoro nie znasz? Ta wypowiedź jest jedną wielka wewnętrzną sprzecznością.
    b) A co gorsza takie beztroskie i bezrefleksyjne przyznawanie się do ignorancji pada z ust osoby osoby, która prowadzi ceniony serwis o popkulturze i która za znawcę tej chce uchodzić.

    Ale jasne. Lepiej być ponad to.

  • a) Lynch funkcjonuje w kulturze jako synonim tajemniczości, Chandler jako synonim kryminału, proste. Jak ktoś Ci powie, że powieść/film/gra jest w klimatach Dickensa to nawet jeżeli obejrzałeś w życiu jedynie kreskówkową adaptację w życiu „Oliviera Twista”, to wiesz, że możesz się spodziewać deszczu, cylindrów i XIX Anglii. Ja przynajmniej tak mam.

    b) Nie jedź mi tu Szyłakiem, ja Cię proszę.

  • Lepiej udawać, że się zna (wg Daniela). Ja też wielu rzeczy nie czytałem/nie oglądałem. Mam na to czas. Nieznanie wytworu kultury (szczególnie pop) nie równa się ignorancji, tyle tego jest. A ja serwisu nie prowadzę. Nie wiem jak Konrad.

  • Daniel najlepiej wie, co my tam prowadzimy i co chcemy osiągnąć.

    Właśnie mi się przypomniało, że z Lyncha to „Diunę” oglądałem. Czy w „Rękawicy” są wielkie robaki i filtrfraki?

  • konradh->

    Jakieś robaki są.

  • Uf, ale robaki i filtrflaki to mam nadzieję motyw przewodni twórczości Lyncha?

    Bo jeszcze kiedyś słyszałem o takiej książce jak „Diuna”. To adaptacja tego jest?

  • W „Mulholland Drive” nie było robaków i filtrflaków.

  • Ah :(

    A czy Frank Herbert to jakiś kuzyn Zygmunta Herberta? Wiecie, tego od „Trenów” i „Iliady”.

  • Jest jeszcze stereotyp Burtona- jak coś jest mroczne, rozczochrane, szczupłe, blade i ma na sobie coś w paski bądź szachownicę, a od emo odróżniają je biegający niedaleko klauni, gotyckie budowle w tle i muzyka Elfmana- wiesz, że to jest burtonowskie.

    @konradth: Zbigniewa chyba.

  • Ah, Zbigniewa! Bo mi się zawsze ze Zdzisławem myli.

  • Nie martw się, kiedyś słyszałem referat o Edwardzie Rydzu- ŚMIAŁYM.

  • tobie się generalnie często różne rzeczy mylą.
    i nie chce mi się Ci tłumaczyć o co mi chodzi. Bo nie sądzeę żebyś zrozumiał, a nawet jeśli zrozumiesz to i tak nie przyjmiesz tego do siebie. Bo przeciez jestes ponad to.

  • mozliwe, ze ostatnimi czasy jakas gazeta wypuściła serie z filmami, co za 2 zlote filmy lyncha dolacza do swoich wydawnictw. coraz czesciej to nazwisko pojawia sie w tekstach, opisach, recenzjach komiksow. staje sie to po prostu troche banalne. banalne tym bardziej, ze ów reżyser nie zrobił jednego filmu (nawet seral mu sie zdazylo wspoltworzyc), a przywolywanie jego nazwiska do wszystkiego co jest skomplikowane, mroczne , niby racjonalne, ale jak sie dojdzie do pewnego momentu (punktu kulminacyjnego?) to okazuje sie ze wcale tak nie jest, i wieloznaczne jak mulhollandrive, czy (moim zdaniem) kiepski irland empire to zwykłe pojscie na latwizne.
    swoja droga czekam na jakakolwiek interpretacje „rozkoszy”. moim zdaniem to byl jeden z najlepszych albumow ostatniego roku, ale niestety nikt ze znajomych mi internetowych „opisywaczy” komiksow nie poruszyl tego tematu. czyzby nie dalo sie tego komiksu porownac do lyncha? czyzby ciezko bylo napisac cos od siebie co sie sadzi o tym albumie?
    jezeli pisalem nieskladnie i z bledami ortograficznymi to przepraszam, ale wlasnie wrocilem z meczu i lekko podchmielony jestem. (normalnie wladam przepiekna polszczyzna)

  • Sztybor

    Ja jebe! Ale burdelu narobiłem jednym pytaniem!

  • Chyba masz Alfons na drugie. Bym się nie zdziwił.

  • @kazik- Godai coś tam o „Rozkoszy” zdaje się modził. Odwiedź Gniazdo (Światów).

  • Nie zmienię zdania – Mystery Play to grafomania i kicz, nie ma się czym zachwycać.

  • po pierwsze – nie Irland a Indland Empire.

    Po drugie – Zbigniew to Cybulski był.

    Po trzecie – tylko ignorant, który chce uchodzić za takiego co się zna, może napisać że Motyw to serwis. Przecież wiadomo że to magazyn jest. Nawet ISSSSN ma.

    Po ostatnie – Chudy, pojechałeś bardzo jednostronnie. Przecież ten komiks funkcjonuje na dwóch przeciwstawnych wobec siebie płaszczyznach, można go interpretować na dwa podstawowe sposoby – mjetafizyczny i realistyczny. Zupełnie zignorowałeś ten drugi.

    A czy jest się czym zachwycać? Kto się zachwyca? Porządna rzecz, ja lubię czasem jak autor zmusi mnie do kombinowania ‚o co kaman’, oczywiście o ile daje złudzenie że odpowiedź jest na wyciągnięcie ręki. a nie w dupie.

  • Dzięki gonz, że wytłumaczyłeś, szczególnie z tą Zdzisławą Sośnicką.

    A tak w ogóle, to Twój ostatni akapit powinien chyba pójść do jakigoś naszego „golden koment” gdybyśmy takie coś mieli. Bo chyba kurde masz rację, mam takie same odczucia… Komiks mi się podobał, zmusza do myślenia itd. ALE… i tu ta dupa wchodzi ;).

  • Golden koment? Może „comment of the week”. :D

  • no nie twierdzę że tu daleko morrison od odbytnicy był. Czuję niedosyt, acz całość oceniam raczej dodatnio bo przez chwilę złudzenie że doczekam się zadowalającego finału jest (żeby ktoś się nie czepił – chodzi mi o to że plusy dodatnie przesłaniają plusy ujemne)

  • @Kazik: kliku klik

    A co do płaszcza, jest taka powieść Szata, Douglasa Lloyda Cassela, o, nomen omen, płaszczu. Nazwałbym to niezłą historyczną fantasy z nutą mistycyzmu.

  • @Gonz:”Chudy, pojechałeś bardzo jednostronnie. Przecież ten komiks funkcjonuje na dwóch przeciwstawnych wobec siebie płaszczyznach, można go interpretować na dwa podstawowe sposoby – mjetafizyczny i realistyczny. Zupełnie zignorowałeś ten drugi.”

    Tak, to racja. Pisząc wpis na blogu, myslałem o przelaniu na papier moich osobistych dywagacji – tego, co akurat przyszło mi do głowy po zakończeniu lektury. Nie miałem intencji pisania obszernej, 10-stronicowej analizy pretendującej do miana artykułu. Moim zdaniem blog do tego się nie nadaje; powinny się w nim znajdować krótkie, treściwe teksty będące opiniami i osobistymi przemysleniami.

    Tak właściwie to według Ciebie mechanizm działania instytucji religijnych to sfera metafizyczna?

  • Po części na pewno, w końcu szefem szefów jest potężna istota nadnaturalna o mocach demiurgicznych, więc te instytucje się pod metafizykę podłapują :D

  • No niezupełnie. Metafizyka, przy najmniej dla mnie, to własny obraz Boga. Jest to abstrakcja podchodząca pod trandescencję. Natomiast kościół i jego instytucje mają niebagatelny wpływ na sferę społecznę, a nawet polityczną. To jest z kolei działanie mające meijsce w świecie realistycznym.

    Dość często zresztą w życiu mamy do czynienia z sytuacją, że religie często oddala się od ideału sacrum. Przeciez ile to razy mamy do czynienia z faktem, że księża nawołują do nietolerancji „innych”, skrajnie różniących się od przeciętnych, szarych obywateli.

  • Tak samo ma się założenie „sztuki” do teatru politycznego. Jedno z drugą rzadko kiedy się łączy w naprawdę symbiotyczny sposób.

  • Chudy – nie zgadzam się. można robić jednostronną analizę dzieła literackiego, z określonej perspektywy. a jako recenzent – w moim odczuciu – wyszedłeś na gapę.

  • Ale wy potraficie dyskusje sprowokować :D
    Ja będę jednak bronił Konrada bo wiem o co mu chodziło. Są mianowicie takie wytwory kultury, które funkcjonują też w obiegowej wersji „skróconej” – tzn. „każdy” wie, że Achilles miał słabą piętę, a Helena była piękna i została porwana – mimo, że utworu nie czytał. I Trochę mniej „każdy” wie, że takie historie to eposy i jak coś jest epickie to „takie w stylu Homera tego od tej pięty i Heleny”.

    Ale Konrad – chybiłeś z tym Lynchem bo on wcale nie jest synonimem „tajemniczości”. Tak bym tego na pewno nie określił – tajemniczy to jest „Piknik pod wiszącą skałą”, a Lynch to coś w stylu:
    „chore”, „zakręcone”, „mroczne”, „psychodela”, „normalnie jakbym się zjarał”, „czy ktoś mi wytłumaczy o co chodziło w końcówce?”, „nie wiem o co chodziło, ale zajebisty soundtrack”, „jak na Lyncha to jakaś prosta ta historia…”
    ;-)

    Aha, I jeszcze dodam, że z Chandlerem też chybiłeś bo nie zdecydowanie nie każdy kryminał jest chandlerowski… więc może jednak coś przeczytać :-. ? :D

  • Ale ja przecież nie twierdzę, że każdy kryminał. Tylko, że jak mi ktoś powie, że kryminał jest „chandlerowski” to mniej więcej kojarzę, o co mu chodzi.

    No i czytam „Mordercę w deszczu” aktualnie :)

  • NO mnie „chandlerowski” kojarzy się automatycznie z „noir” w sumie. Ale przeczytałem raptem ze 4-5 powieści z Marlowem, więc to może mylne wrażenie być.

    I z jeżdżeniem po pijaku, bo oni tam chyba na sucho za kółkiem nie siadali…

  • klos – o ile Lynch nie robi wynalazków typu Eraserhead, to to właśnie tajemniczość jest, czego najlepszym przykładem jest Twin Peaks chyba. a że psychodela – no to właśnie jest ten specyficzny typ tajemniczości, jak ktoś mówi Lynch, to wiadomo o jaką chodzi.

  • Tyle tylko, że ja pisałem wpis na blog, nie recenzję. Tutaj nie jestem recenzentem, a felietonistą, piszącym dla samej radości pisania. Także nie przypisuj mi czegoś, czego nie zrobiłem :)

    I nie odpowiedziałeś na moje pytanie :)

  • więc jako felietonista wyszedłeś na osobę patrzącą jednostronnie. kij z tym że nie rozwinąłęś drugiej płaszczyzny, nie wskazałeś nawet na jej istnienie. Zakładam że zwyczajnie przeoczyłeś ją jako odbiorca.

    to teraz odpowiadam na pytanie.

    brzmi ono: ‚Tak właściwie to według Ciebie mechanizm działania instytucji religijnych to sfera metafizyczna?’

    Ale Ty przecież nie piszesz o działaniu Kościoła, papiestwie i innych wynalazkach, wpływie kapłana na społeczność itd, tylko w jednym zdaniu mieszasz ‚Świat’, ‚Boga’ i ‚Szatana’, a potem produkujesz się o Lucyferze. IMO retorycznie potknąłeś się o własne nogi.

    tak na marginesie: sformułowanie ‚ale ja nie piszę recenzji tylko cośtam cośtam na blogu’ zaczyna śmierdzieć i żenować. słaba wymówka dla wpadek. publicystyka (i zdrowy rozsądek) rządzą się własnymi prawami, nie ważne czy chodzi o recenzję czy nie.

    Edit: 11:45 AM
    … i w tym momencie urastam do rangi Dyżurnego Trolla #2 Motywu Drogi…

    Edit: 11:50 AM
    i jeszcze jedna rzecz. wcześniej Chudy pisałeś że blog to nie miejsce na 10stronicową rozprawę, i że ‘Moim zdaniem blog do tego się nie nadaje; powinny się w nim znajdować krótkie, treściwe teksty będące opiniami i osobistymi przemysleniami.’

    Teraz piszesz że to nie była recenzja. Otóż zanim się od tej recenzji odciąłęś, to przedstawiłeś jej niemal słownikową definicję. a to jak to nazwiesz nie ma znaczenia. tak samo jak nie ważne czy blog nazwiesz magazynem. a malucha z kratą z tyłu samochodem transportowym czy ciężarowym.

  • Ale żeś się gonz rozpisał. Aż te Twoje komentarze scalić musiałem.

    Generalnie gonz masz rację – blog/magazyn/whatever to JEST miejsce na wszystko. Lecz co do „jednostronności” tekstu Chudego, nie wiem dlaczego to ma być jakikolwiek zarzut. Tekst jest próbą interpretacyjną Chudego i on tak ten komiks widzi, a że jednostronnie do tego podszedł – i fajnie, bo mamy przecież komentarze żeby podyskutować nad tym ;).
    A do trolla to Ci chyba jednak daleko ;).

  • Podpisuję się obiema rękami pod tym co pisze gonz. Nikt ostatnio nie pisze recenzji, wszyscy się od ich tworzenia zdecydowanie odcinają. Vide scenka z forum Gildii, gdzie Robert Zaręba zarzeka się, że jego wypociny nt. „Suki” recenzją na pewno nie są i TYLKO dlatego usunął je z blogu, żeby ktoś broń Boże nie pomyślał sobie, że to recenzja. godai w tej samej dyskusji też się zarzekał, że on na gnieździe nie pisze recenzji, jeno „opinie”. Już o chłopakach z Motywu nie wspomnę – kmh często to podkreśla w komentarzach, co do Łukasza to nie jestem sobie w tym momencie w stanie przypomnieć jakiejś wypowiedzi, ale widzę, że i Chudy zaczyna podążać drogą „to nie recenzja, tylko opinia na bloga, to zupełnie coś innego”.

    Mnie się zawsze wydawało, że każdy tekst, w którym ktoś wyraża swoją subiektywną opinię o dziele (dobre, złe, takie sobie), z automatu jest już recenzją, nieważne czy na 3 linijki czy na 10 stron. Ba, nawet króciutkie gazetowe polecanki są recenzjami, bo wartościują istotę dzieła i mogą kogoś skutecznie zachęcić/zniechęcić.

    Nie wiem czy to odcinanie się od „recenzowania” wynika z takiego usilnego, pszrenowskiego niemal dążenia do stworzenia nowej formy ekspresji (co sprowadza się głównie do nazwania na nowo zjawiska znanego już od dawna – vide poemiksy), czy też chęci odcięcia się od różnych magazynów i serwisów komiksowych i ogólnej złej prasy wokół nich (recenzent, wiadomo – bierze za darmo, opisuje dyletancko).

    Mnie tam osobiście wszystko jedno, co kto jak sobie nazwie – tylko coraz częściej się zastanawiam, dlaczego jeden z drugim najeża się, kiedy ktoś przypadkiem nazwie ich teksty „recenzjami”. Jakby to miało to jakiekolwiek znaczenie czy „recenzja” czy „wpis na blogu”.

  • Łukasz – już tłumaczę dlaczego jednostronność to zarzut. nie mam nic przeciwko skłanianiu się ku takiej interpretacji, i napisaniu tekst od tej strony. Rzetelność jednak ZAWSZE (nie ważne – recenzja czy blogowe wypociny) nakazuje wspomnieć o istnieniu drugiej strony/perspektywy/stanowiska/whatever. inaczej nawet jak to felieton, to jest -w moim odczuciu – nierzetelny i tendencyjny. samej subiektywności za zarzut nie traktuję. tendencyjność i nierzetelność tak. tyle tytułem rozwinięcia jednostronności.

  • Dobra Rob. Specjalnie dla Ciebie ogłaszam – tak! Piszę recenzje, w ogólnym znaczeniu tego słowa (omówienie i ocena dzieła). Lecz zazwyczaj nie piszę recenzji, w znaczeniu dodanym przez niektórych (że tak a tak recenzja wyglądać powinna, bo inaczej śmiech na sali). Dlatego może czasem się od tego odcinam. Bo raz moim tekstom bliżej do ‚typowych’ recenzji (weźmy np. „Najgorszą kapelę…”) a czasem dalej.

    Na przykład większość moich tekstów (według mnie) nie nadawałaby się na wydrukowanie gdzieś tam, w gazecie powiedzmy. Bo już czytelnik se otwiera pisemko i spodziewa się określonego typu pisaniny. No sam nie wiem. Mnie pochlebia, że ktoś chce mnie zwać recenzentem. Ale ja jakoś się za niego nie uważam. Nie wiem… skromność? ;P

  • Rob: No teraz to pojechałeś tym pszrenem. Z tymi „recenzentami” jeszcze lepiej.

    Mi też jest wszystko jedno, jak to kto nazwie, tylko, że gdy nazwę coś „recenzją” to zaraz znajdą się marudy jęczące na temat tego, co w recenzji powinno być, a co nie. I mi się tych postulatów absolutnie nie chce spełniać.

    Jeżeli za recenzje uznajemy po prostu wyrażoną pismem opinię, to okej, teksty na Motywie to recenzje. Niech Ci będzie.

    edycja: nadjaźń w działaniu

  • Jako, że z swej natury jestem pokornym i kompromisowym człowiekiem, a szczególnie w dzień życzliwości, to postaram się na przyszłość być bardziej rzetelnym, dokładnym i mniej tendencyjnym w swej radosnej twórczości BEZ klasyfikowania swoich tekstów, a traktowania każdego po równo.

    W końcu człowiek uczy się przez całe życie.

    Pozdrawiam

  • wyszło to co najmniej sarkastycznie, ale okej. piona.

  • Szufla, stary :D

  • Ale mi tu zupełnie nie chodzi o łaskawe i protekcjonalne przyznanie mi racji w formie „Tak, specjalnie dla Ciebie” albo „niech Ci będzie”. Możecie sobie Wasze wpisy nazywać jakkolwiek chcecie – opiniami, recenzjami, sprawozdaniami z lekturą czy nawet prozą liryczną. To już nie podstawówka i ogólniak, że trzeba pisać wedle schematu i po sznureczku. Co więcej – takich szablonowych tekstów w wykonaniu dorosłych już osób przeważnie nie da się czytać.

    Bynajmniej też nie zależy mi, by ktokolwiek się jednoznacznie określał i np. sadził tytuły: „Recenzja komiksu „Pirat Izaak”” albo wplatał w tekst zdania typu: „W swojej recenzji pragnę omówić…”

    Po prostu ostatnio zauważyłem, że ostatnio na wirtualnych salonach komiksu polskiego swego rodzaju obelgą stało się przyrównanie tekstu do recenzji, podczas gdy to – hoho! – „luźne przemyślenia”.

    A, i jeszcze @Łukasz:

    >Na przykład większość moich tekstów (według mnie) nie nadawałaby się na wydrukowanie gdzieś tam, w gazecie powiedzmy.

    Śmiem mieć zupełnie odmienne zdanie.

  • Cóż… bo tekst jest czasem „luźnymi przemyśleniami” a nie „recenzją”. Gdzie przebiega granica? Nie wiem, ale dajcie autorowi nazywać to, co napisał jak chce ;). Oczywiście gdyby ktoś nazwał mój tekst o „Berlinie” czy innej „Kapeli” recenzją i go tak rozpatrywał/oceniał, to bym się pewnie nie obraził. Ale gdyby ktoś zaczął mi wypominać, że w tekście o „Calvinie i Hobbesie” nie ma tego, a tego, co w recenzji znaleźć się powinno, to bym powiedział (zgodnie z prawdą), że to wcale nie recenzja i żeby czepił się drzewa.
    Inna rzecz, że ja naprawdę chcę unikać takich głupawych tekstów. „Prawdziwa recenzja” my ass.

    >Śmiem mieć zupełnie odmienne zdanie.

    Oj słodzisz, słodzisz…

  • Rob – to jest inna sprawa, że po naszym tym zakiszonym net-środowisku pęta się sporo osób strzelających jadem, i wieszających się co to wypada albo i nie recenzentowi. I każdy jak pies Pawłowa ma już utrwaloną ripostę ‚ale ja nie piszę recenzji…’ jak mu ktoś zarzuci że coś robi nie tak.

    Ale tak poza tym to refleksje mamy faktycznie zbieżne.

  • Rob: To nie było protekcjonalnie, to po prostu wyraz zmęczenia Twoim zafascynowaniem tym tematem.

  • Szybko się męczysz, Konradzie.

    @Łukasz

    >Inna rzecz, że ja naprawdę chcę unikać takich głupawych tekstów. “Prawdziwa recenzja” my ass.

    A to już zupełnie inna para kaloszy – problem nadwrażliwych twórców i wydawców, dotkniętych do żywego krytycznym spojrzeniem. I w takim przypadku nikogo nie uratuje płaczliwe „to nie recenzja tylko opinia nie recenzja błagam nie w nos tylko nie w nos”, bo rozsierdzony twórca/wydawca będzie się przypieprzał do różnych popierdółek, by solennie zdyskredytować zoila.

  • Rob: odcinanie od „recenzji” wynika tylko z tego, że ten internet zamieszkuje horda chujów i troglodytów, którzy na hasło „recenzja” gotowi są cię wbić na pal, bo:

    a) jak na recenzję to nie pro, za chujowe, za słabe, za ogólnikowe, za bardzo polecił, za mało polecił, nie zrobił laski, zrobił laskę, na pewno kolega, na pewno bo nie lubi,
    b) jak śmiałeś skrytykować i napisać złą opinię o polskim komiksiarzu / największych wymiataczu / przeświętym gejmanie / itd.
    c) recenzje to mądrzy ludzie piszą w gazetach a nie jacyś chujowi blogerzy z podrzędnych blogów.

    W skrócie. A poza tym ja naprawdę nie poczuwać swoich opinii jako recenzji – wiem, że nimi są, ale „recenzja” niesie dla mnie jakiś ciężar odpowiedzialności, że mądrze i dobrze doradziłem komuś, kto wyda jakieś koszmarne pieniądze, albo słusznie zganiłem produkt nic nie wart.

    A ja się mogę mylić i naprawdę jak mnie kto słabo zna i nie zna mojego gustu, to się może przejechać. Wiem, co lubi gonz, co lubi gili, co lubi pojep, to przez pryzmat tej wiedzy patrzę na ich blogi (tak, Łukasz, MD to jest blog, nadal).

    A prawdziwa recenzja powinna być bezstronna i rzetelna. I na pewno nie operować pejoratywnie nacechowanymi emocjonalnie imperatywami jak mój tekst o Szmatmanie i syfie.

    :D

    Nie, na serio, odcinamy się od słowa „recenzja”, żeby banda internetowych chujów zamknęła gęby, bo nikt nie liczy na to, że ten zdegenerowany gatunek jakim jest HSS pojmie kiedyś radę w stylu „jak ci się nie podoba, to tego nie ruszaj”. I chce na siłę pouczać i ewangelizować.

    Nie chcemy tu tworzyć żadnej nowej jakości ani nic w tym stylu, bo to faktycznie pszrenem ciągnie. Znaczy, mówię za siebie. Wolę swoje opinie nazywać opiniami, nawet jeśli są recenzjami. Nie brzmi tak megalomańsko i egocentrycznie.

  • Pomijając bluzgi i uważanie Motywu za blog, to się zgadzam się z Godaim w 100 proc. Sam Rob zresztą dorzucasz swoje do tego ogródka płodząc teksty w rodzaju „recenzyjka recenzyjki”.

  • No to jeśli chodzi o recenzje
    nie pozostaje mi nic innego niż odesłać Was do tego klasycznego już tekstu :)

  • jezu, już się bałem, że wkleisz go tu całego, jak „manifest spideya” :)

  • Święte przykazanie 12, do którego autor tekstu sam się nader często nie stosował, o ile moja pamięć mnie nie zdradza. Zresztą jak i wielu innych.

    Maciej to taki internetowy „wujek celna pointa”. :D

    PS. Jak się chowa dziecię, Macieju? Śpisz już, czy jeszcze nie? Akurat teraz są najfajniejsze chwile.

  • Gdybym mógł, to napisałbym teraz na zielono, żebyście nie odbiegali od tematu albo załatwili to na privie.

    Ale nie mogę:|

  • > Sam Rob zresztą dorzucasz swoje do tego ogródka płodząc teksty w rodzaju “recenzyjka recenzyjki”.

    Konradzie, ale ja akurat wyśmiewam patologie w rodzaju: „Uwaga Empikowi czytacze! Komiks Marka Turka da się zrobić w dziesięć minut”, którą mi gil podrzuci na GG czasem – a nie latam po serwisach i blogach by się przypieprzać do drobiażdżków w niezłych/średnich tekstach.

    Taka różnica, acz nie wiedziałem, że ta moja poboczna działalność budzi grozę w skołatanych sercach.

    > Nie, na serio, odcinamy się od słowa “recenzja”, żeby banda internetowych chujów zamknęła gęby itd. itd.

    A teraz serio,

    bo wszystko pięknie ładnie, jest grupka naszych tam gdzie wtedy i internetowych chujów tam gdzie stało ZOMO, powtarzacie to jeden po drugim jak mantrę

    ale ja nie do końca przypominam sobie sytuację, by ktoś komuś _bezinteresownie_ przenicowywał tekst pod kątem zgodności z „kanonami”,

    prędzej robili to obrażeni twórcy albo wydawcy, względnie fani tychże ok. Pamiętam takie niedawne reakcje Jerzego Szyłaka, Roberta Zaręby, fanów „Kwarcowego Paciorka” (samego stanowiska koka nie chce mi się szukać) i netkolektywowiczów – którzy mścili się na krytycznych tekstach, wykazując ich nieścisłość i dyletanctwo. No i nie zapominajmy o bliskim Motywowi Krzysztofie Uliszewskim i jego „grupce fanów z pewnego akademika” – nikt inny nie pastwił się nad samym tekstem Łukasza, tylko sam zainteresowani i jego pacynki. Nikogo „z zewnątrz” nie obchodzi, czy pan X. stosuje się do jakichś wytycznych cyz też nie.

    I to tyle. Więc sorry, ale ta groźna grupka internetowych przypieprzaczy, którzy tylko się czają na mielizny Waszych tekstów, istnieje chyba wyłącznie w Waszych głowach.

  • No ale „przypieprzający” się twórcy czy wydawcy są tak samo męczący jak inni bezstronni życzliwi poprawiacze. Nie chodzi o to, kto i czemu czepia się tekstów, ale za co.

    Ale już podsumowując, to tak, masz rację, rzeczywiście trochę bezpodstawna jest ta zachowawczość.

  • godai -> właśnie uskutecznialiśmy kąpiel. Żona ni z tego ni z owego wylała całą wodę z wanienki na podłogę w pokoju Mikołaja. Taka nas dziś przygoda spotkała :) Dosłownie boki zrywać. No i pępucho odpadło w końcu

    A ja mam urlop do końca roku więc uskuteczniam bycie super-tatą. Skila pieluchowego mam na maxa. Jedynie cycków mi brakuje :(

  • Widzę, że moje osobiste paranoje stają się zaraźliwe i zataczają szerokie kręgi.

    Zaczyna mnie to przerażać.

Dodaj komentarz