Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

Marvel Zombies


import · komentarzy 19

Marvel Zombies

Tak jak nie ogarnąłem do końca „Civil War”, tak zjawisko pod tytułem „Marvel Zombies” totalnie mi umknęło. Poprosiliśmy Łukasza Mazura, czyli arcza z Kolorowych Zeszytów o przybliżenie tego fenomenu. Miłej lektury. (K.)

Wydaje się, że jedną z niepisanych zasad w amerykańskim mejnstrimie, jest posiadanie w ofercie wydawnictwa przynajmniej jednego tytułu, który traktuje o tak topowym temacie, jakim ostatnio są żywe trupy. Wystarczy wspomnieć „Pieces for Mom”, „Living With the Dead”, „Xxxombie”, „Raise the Dead”, „Zombie Tales”, „Zombie vs Robots (vs Amazons)” czy też dziesiątki pozycji z Avatar Press, żeby zobaczyć ile martwego dobra oferują nam amerykańscy wydawcy. Jasne, sporo tytułów prezentuje mocno średni, czy wręcz słaby poziom i wydaje się, że ukazują się tylko po to aby skorzystać ze sprzyjającej koniunktury. Są jednak w tym towarzystwie prawdziwe perły – i, jak może się wydawać, sprawcy całego zamieszania – w postaci „Walking Dead” czy „Marvel Zombies”. O ile „Żywe Trupy” z powodzeniem zadomowiły się na naszym rynku, o tyle druga pozycja jest nadal stosunkowo mało znana i nie ma raczej większych szans, żeby w najbliższej przyszłości ukazała się i u nas. A szkoda – i już tłumaczę dlaczego.

Zanim zacznę zachwalać serię Roberta Kirkmana i Seana Phillisa, cofnę się o kilka miesięcy wstecz, do pierwszego pojawienia się zombie bohaterów w uniwersum, którym rządzi obecnie Joe Quesada. Może wydawać się, że to właśnie Kirkman – uwielbiany głównie za „Żywe Trupy” – wprowadził do świata Marvela ten charakterystyczny gnijący klimat, co nie będzie jednak prawdą. Na pomysł alternatywnej rzeczywistości zainfekowanej przez tajemniczy wirus wpadli Mark Millar i Greg Land podczas pracy nad wspólnym runem do „Ultimate Fantastic Four”. W numerze 21 serii, Reed Richards nawiązuje połączenie z samym sobą, będącym w innej rzeczywistości, który to prosi go o pomoc. Ten oczywiście zgadza się, uruchamia teleporter i przenosi się na Earth-2149, będącą miejscem zamieszkania zombie bohaterów (fani dla ułatwienia przechrzcili numerację na Earth-666). Pomysł na tę historię zaciekawił włodarzy Marvela, którzy uznali, że jest to niezły temat na oddzielny komiks. Zanim historia „Crossover” („Ultimate Fantastic Four” #21-23) ujrzała światło dzienne, kontrakt z wydawnictwem podpisał właśnie Kirkman, a do rysunków zatrudniono Seana Phillipsa (obecnie wraz z innym scenariuszowym gigantem – Edem Brubakerem – pracuje nad seriami „Criminal” oraz „Incognito”). Twórca „Żywych Trupów” dostał wolną rękę w tworzeniu scenariusza oraz świata zamieszkałego przez zainfekowanych bohaterów Marvela, w co – jak sam się przyznaje – wątpił i był pełen obaw po oddaniu pierwszej wersji scenariusza. Jak się okazuje zupełnie niepotrzebnie. Bezkompromisowa historia przez niego napisana spotkała się z entuzjastycznym przyjęciem najważniejszych ludzi Marvela, podobnie grafiki, które stworzył Sean Phillips. Do zespołu dołączył Arthur Suydam w charakterze twórcy okładek oraz June Cheung jako kolorystka. Na tytuł serii wybrano termin, który od lat określał hardkorowych fanów wydawnictwa, czyli właśnie „Marvel Zombies”. To mógł być hit, ale wszystko jak zawsze spoczywało w rękach (i portfelach) czytelników.

Marvel Zombies

Pierwsza pięcioczęściowa mini-seria „Marvel Zombies” rozpoczęła się w grudniu 2005 roku i z miejsca spotkała się z niezwykle entuzjastycznym przyjęciem wśród fanów. Każdy z zeszytów był kilkukrotnie dodrukowywany, każdy posiadał zupełnie inną okładkę w wykonaniu Suydama i sprzedawał się niemalże na pniu. Historia rozpoczyna się w miejscu, w którym zakończył się „Crossover” – zniszczona przez niezainfekowanego Magneto maszyna do przenoszenia się pomiędzy różnymi wymiarami uwięziła monstra w ich wymarłym już świecie. Głównym problemem staje się wszechobecny głód i brak możliwości zaspokojenia go. Jest to nie tylko problem zombie herosów, ale również Galactusa, którego nadejście ogłasza Silver Surfer. Tak w dużym skrócie prezentuje się fabuła pierwszej serii. Niby nic wielkiego, ale tym, co przyciąga są postaci znane z komiksów w normalnej rzeczywistości (tj. 616), postawione w nieco innej sytuacji niż zwykle. Ich działania napędza i motywuje głód, który może być zaspokojony jedynie dzięki mięsiwu. Dodatkowo cholernie ciężko się ich pozbyć – strata nogi, ręki, czy nawet połowy ciała nie oznacza, że przestają być problemem dla niezainfekowanych. Zombie z Marvela różnią się znacznie od swoich wzorców idealnych, występujących chociażby w „Nocy Żywych Trupów” Georga Romero. Przede wszystkim myślą, potrafią rozmawiać, czuć i posiadają cechy charakteru tak dobrze znane z tradycyjnych superbohaterskich historii – Spider-Man/Peter Parker, mimo że mózgożerny, pozostał tą samą zabawną postacią jaką znamy chociażby z „Amazinga”. Co więcej – zombie herosi doskonale zdają sobie sprawę w jakiej sytuacji się znaleźli i ubolewają nad faktem, że przeżyć mogą jedynie jedząc niezainfekowane osoby, ale kiedy w pobliżu pojawia się ktoś, kto może ów głód zaspokoić, wszelkie sentymenty giną i zaczyna się wielka wyżerka. Zwykle taki obiad kończy się rozpierduchą – dla wszystkich przecież nie starczy. Aha, w świecie „Marvel Zombies” obowiązuje zasada, która fani z chęcią przenieśliby do 616 – martwy (właściwie pożarty) pozostaje martwy. Sporą atrakcją serii są dziwaczne, wręcz makabryczne sytuacje, w jakich stawia bohaterów Robert Kirkman. Zaskoczenie było ważnym ogniwem w odniesieniu sukcesu – nikt wcześniej nie przedstawił superherosów w taki sposób. Nigdzie indziej nie zobaczymy Colonela Ameryki (w Earth-2149 Steve Rogers piastuje funkcję pułkownika) przechadzającego się z mózgiem na wierzchu, czy też Giant-Mana, który w jednym z laboratoriów przetrzymuje swojego kumpla – niezainfekowanego Black Panthera – aby w razie czarnej godziny móc uszczknąć sobie a to nogę, a to dłoń. Kirkman stworzył niezłą czarną komedię, gdzie humoru i makabry jest mniej więcej po równo, a Phillips swoim nieco brudnym stylem idealnie wpasował się w mroczną stylistykę powieści. Każdy z pięciu zeszytów (+ dodruki) sprzedał się wyśmienicie, ale wynik ten został przebity przez twardookładkowe wydanie zbiorcze, które w przeciągu dwóch lat od pierwszego ukazania się na rynku doczekało się pięciu dodruków i tym samym stało się najbardziej dochodowym HCkiem w historii Marvela. Zombiemania zaczęła się na dobre.
Zombie Batman
Dla odmiany – Zombie Batman. Klikajcie po pełną tapetę.

Nadspodziewany sukces rozochocił wydawnictwo i w kilka miesięcy po zakończeniu pierwszej serii pojawiła się kolejna. Tym razem był to crossover pomiędzy dwoma wydawnictwami – Marvelem a Dynamite Entertainment, które na potrzeby mini-serii użyczyło bohatera znanego z trylogii Martwego Zła – Asha Williamsa, do którego prawa posiada. Pięcioczęściowa mini „Marvel Zombies vs Army of Darkness” poprzedza zdarzenia z pierwszej serii i rozpoczyna się w momencie, gdy na Ziemię-2149 przybywa zarówno Ash jak i pierwszy nosiciel wirusa – Sentry. Seria ta – jak to bywa w przypadku sequeli, prequeli i tym podobnych – nie spotkała się z tak gorącym przyjęciem jak „Marvel Zombies”, co wydaje się głównie zasługą nowego duetu twórców w postaci Johna Laymana (scenarzysta) oraz Fabiano Nevesa (grafik). Całość była konsultowana z Robertem Kirkmanem, tak aby pasowała do jego wizji zombie świata, mimo to mocno straciła na świeżości i oryginalności. Nie mówię, że była zła – to po prostu nie to samo co jedynka. Słabsze przyjęcie kolejnej historii ze świata na wpół umarłych bohaterów nie zniechęciło Marvela do publikowania kolejnych wydawnictw poszerzających wiedzę o Zombieversum. W maju 2007 roku do sklepów trafił one-shot „Marvel Zombies: Dead Days” będący pomostem pomiędzy „MZvsAoD” a pierwszą serią, oraz powrotem Kirkmana i Phillipsa na Earth-2149. Komiks ten wypełniony od początku do końca akcją, pokazuje kolejne zarażenia bohaterów i zawiera kilka bezcennych dla komiksowych nerdów momentów – Spider-Man konsumuje (dosłownie) miłość do MJ, a Avengersi dziękują Jarvisowi za poświęcenie im znacznej części swojego życia. Dodatkową atrakcją tego udanego wydawnictwa była rozkładana, czterostronicowa okładka (Suydama oczywiście) będąca wariacją coveru do legendarnego X-Men #1. „Dead Days” wypełniło lukę pomiędzy dwoma poprzednimi historiami oraz otworzyło furtkę do kolejnej mini-serii „Marvel Zombies 2”. Robert Kirkman prezentuje w niej losy zombie bohaterów powracających po kilkudziesięciu latach kosmicznej wyżerki na swoją rodzimą planetę, gdzie w Nowej Wakandzie toczy się spór o władzę pomiędzy podstarzałym T’Challą a Acolytes. Szukający teleportu do innych wymiarów zombie herosi z czasem dzielą się na dwie frakcje, łączą w sojuszach z ludźmi, zdradzają się i pożerają a po drodze znajdują sposób na przezwyciężenie głodu. Seria ta miała być w pewnym sensie humorystyczną odpowiedzią na crossover „Civil War”, ale nie specjalnie to twórcom wyszło. Czytając ją zeszyt po zeszycie, w miesięcznych odstępach, musiałem wracać do poprzednich numerów, żeby przypomnieć co się wcześniej wydarzyło. Kirkman był już chyba mocno zmęczony światem, który sam w dużej części stworzył i czuć to w fabule, która się ciągnie i zupełnie nie trzyma w napięciu. Jasne – momenty były (chodzi mi tu głównie o gore momenty), ale to jednak za mało, żeby dorównać swojej poprzedniczce. Końcówka zostawiła otwartą furtkę do kontynuacji, co Marvel oczywiście wykorzystał. Niedawno wystartowała czteroczęściowa mini-seria z numerem 3, jednak już bez trójcy, która stanowiła o sile tego tytułu. Kirkman, Phillips i Suydam zostali odpowiednio zastąpieni przez Freda van Lente, Kevina Walkera i Grega Landa. Historia przenosi się do regularnego uniwersum Marvela, zaatakowanego przez hordy zombie. Jedynym ratunkiem wydają się być mocno drugoligowi bohaterowie: Machine Man (Nextwave) i Jocasta (niedługo dołączy do składu „Mighty Avengers” po przejęciu serii przez Dana Slotta), którzy wysłani zostają do Zombieversum, aby znaleźć sposób na pokonanie ledwo żywych monstrów. Czy i jak im się to uda, dowiemy się dopiero w styczniu, kiedy historia będzie miała swój finał. Z kronikarskiego obowiązku wspomnę jeszcze, że zombie pojawiły się również w trzech numerach serii Black Panther (#28-30). Krytycy i fani nie zostawili na historii suchej nitki, więc odpuszczam.

Marvel Zombies

Spadający z każdym kolejnym pojawieniem się nowej serii poziom opowiadanych historii, pozwalał sądzić, że temat gnijących bohaterów Marvela umrze śmiercią naturalną i szefostwo wydawnictwa da mu spokój po aktualnie wychodzącej serii numer 3. W końcu co mieli zarobić to zarobili. Ale nic bardziej mylnego. Podstawową zasadą Quesady jest chyba nie zabijanie kury, która zniosła kiedyś jedno złote jajo, choćby było to dawno, a późniejsze jej wytwory nawet nie były w podobnym kolorze. Na przyszły rok zapowiedziana została maxi-seria „Marvel Zombies: Supreme Crisis”, która w założeniu ma być parodią wszystkich Bezgranicznych, Nieskończonych i Skończonych Kryzysów które przetoczyły się przez uniwersum największego konkurenta Marvela, DC Comics. Tym razem zombieheroes jako cel wybiorą Ziemię-712, którą zamieszkują postaci ze Squadron Supreme. Chaos związany z atakiem rozprzestrzeni się na wszystkie 52 równoległe rzeczywistości a jedynym ratunkiem będzie ponoć rozwiązanie jakiego jeszcze w komiksach nie było (jak zawsze). Takie są przynajmniej założenia. Fabuła wydaje się mocno zagmatwana (bo czy może być inaczej, gdy do gry włączają się równoległe rzeczywistości, multiversa i tym podobne?) i jej w miarę przystępne przedstawienie będzie obowiązkiem trójcy świętej w postaci Marka Millara, Marka Waida i Matta Fractiona. Znacznie więcej twórców będzie zaangażowanych w graficzną stronę przedsięwzięcia, gdyż każda z 52 rzeczywistości występujących w „Supreme Crisis” ma mieć osobnego rysownika! Oprócz nazwisk od dawna związanych z wydawnictwem (Jimenez, Romita Sr., Romita Jr., Cho, Hitch, Phillips), będzie okazja ponownie zobaczyć w Marvelu Waltera Simonsona, Alexa Rossa czy też Mike Allreda. Nieco zaskakujący jest też udział Lewisa Trondheima, znanego u nas chociażby z niemego „A.L.I.E.E.N.”. Zapowiada się ciekawie, ale jak to wyjdzie, czytelnicy będą mogli się przekonać dopiero pod koniec 2009 roku.

Charakterystyczną cechą komiksów spod szyldu „Marvel Zombies” są okładki autorstwa Arthura Suydama, który adaptuje klasyczne covery i zombifikuje je. Dużo zabawy daje porównywanie oryginałów z przeróbkami i wynajdywanie makabrycznych różnic, jak np. Cyclops strzelający swoimi promieniami z odciętej głowy w „Marvel Zombies” #4 (oryginał z „The X-Men” #1) czy też czerep Kapitana Ameryki zaadaptowany na potrzeby ptasiego gniazda (oryginał/zombie wersja). Dla wielbicieli grafik Suydama Marvel wypuścił zbiór „Marvel Zombies Covers HC” w którym oprócz ich całostronicowych reprintów, widnieją miniaturki oraz komentarz twórcy. Okładkowe zombie szaleństwo rozprzestrzeniło się również na inne tytuły Marvela, niezwiązane z ideą gnijących herosów. Niektóre serie od czasu do czasu oprócz regularnych okładek pokazujących w mniej lub bardziej przystępny sposób co dany numer zawiera, posiadały wariantowe covery prezentujące poszczególnych bohaterów w wersji zombie. Do pewnego czasu było to całkiem niezłe urozmaicenie, ale zabieg ten dotknął „syndrom Wolverine’a”, który to pojawiał się w co drugim tytule Marvela i zwyczajnie się przejadł. Tak samo było z okładkami, więc po pewnym czasie inicjatywa ta przycichła i została zastąpiona Skrullowymi wariantami (ze względu na wielkie i epokowe jak zawsze wydarzenie jakim jest Secret Invasion), czy też małpimi (na potrzeby promocji serii „Marvel Apes” gdzie herosi występują w gorylich i pochodnych wersjach). Przy okazji trzeciej serii „Marvel Zombies” Suydama zastąpił Greg Land, który kontynuuje zabawę swojego poprzednika z przerabianiem grafik na mroczniejsze wersje. Tyle tylko, że zamiast okładek komiksów, zombifikuje on postery filmów traktujących o żywych trupach („Army of Darkness”, „28 dni później”, „Evil Dead”, „Shaun of the Dead”). Arthur Suydam powróci do zabawy z okładkami przy okazji wspomnianego „Supreme Crisis” z tą różnicą, że zombie zaatakują klasyczne covery z uniwersum DC.
MiniMates

Marvel dobrze jednak wie, że nie tylko na wariantach okładek da się zarobić dodatkowe pieniądze. Korzystając ze sprzyjającej zombie koniunktury, na światło dzienne wypuszczono serię figurek (Colonel America, Hulk, Spider-Man) oraz kilka ciekawie wyglądających statuetek z na wpół umarłymi bohaterami. O ile figurki wyglądają poprawnie, o tyle statuetki i popiersia robią piorunujące wrażenie – jak chociażby stojący na ślubnym kobiercu Zombie Spider-Man i szczęśliwa (acz nieżywa) Mary Jane, czy też mocno nadgniły, lecz zawsze gotowy do bitki Wolverine. Oprócz tego pojawiła się specjalna seria Marvel MiniMates (coś podobnego do ludzików Lego), a niektóre boostery Marvel Heroclixów zawierały rzadkie zombie figurki herosów, które na ebayu osiągają często ceny znacznie powyżej 100$. Zombie koszulki oczywiście też są.

Fani nie pozostali bierni i dali się wciągnąć w szaleństwo zombifikacji. Na fali popularności Marvel Zombies powstały fanowskie wersje figurek herosów przemienionych w mózgożerne bestie – dla przykładu fenomenalny Thor czy mój faworyt Punisher. Nie ma jednak powodu, aby ograniczać się tylko do uniwersum House of Ideas, bohaterom chociażby z DC też coś się od życia należy – na ten przykład Zombie Superman w dwóch odsłonach i Batman w jednej (fantastyczny!). Hej, czemu tylko komiksy? Czemu nie Zombie Gwiezdne Wojny? Customy to jednak nie wszystko, co mają do zaoferowania fani gore klimatów – na Youtube można podziwiać nieźle zrealizowany amatorski trailer z Zombie Spider-Manem i Zombie Hulkiem – efekty i klimat nieco jak w „Martwym Źle 2” więc kto jeszcze nie widział niech klika!

Przyszłość stoi przed Zombieversum otworem. Zapowiedziany „Supreme Crisis” zdobędzie nowych zombie fanów, a tak duże wydarzenie na jakie się zapowiada, na pewno zostanie odpowiednio przez Marvela rozreklamowane i tym samym zombiemania zacznie się od nowa. Co więcej – w jednym z wywiadów bodajże Quesada powiedział, że jeśli obecnie wydawana kolejna wariacja na temat bohaterów „Marvel Apes” zdobędzie sympatię czytelników to nie wyklucza pojedynku małp z umarlakami. Jak widać sposobów i pomysłów na zbicie kasy Marvel ma wiele. Miło by było, gdyby szły one to jeszcze w parze z poziomem przyszłych historii, ale nie wymagajmy za wiele.

Zawsze można wrócić do świetnych początków.

Aktualizacja, 19 kwietnia 2009 r. – SPROSTOWANIE

Ja, Łukasz Mazur, najmocniej przepraszam wszystkich zainteresowanych za wprowadzenie w błąd informacją o rzekomym dużym zombie projekcie co zwać się miał „Supreme Crisis” i o którym kilkukrotnie w powyższym tekście pisałem. Informacja ta okazała się być zwykłym żartem internauty-kawalarza, który wszystko zmyślił, po czym umieścił w Wikipedii i liczył zapewne, że paru gałganów się na to nabierze. Gratuluję, udało się. Podjarany samym pomysłem crossovera, nie zadałem sobie zbyt wiele trudu, żeby zweryfikować te informacje i pomimo ryczącego rozsądku, że to zbyt piękne, żeby było prawdziwe, puściłem informację dalej. Przepraszam raz jeszcze – zarówno czytelników Motywu Drogi, jak i jego redaktorów, twórców z Marvela i tych, którzy rzekomo mieli przy tym projekcie uczestniczyć – jestem głupi. Sam sobie wymierzam karę w postaci codziennej, morderczej porcji pompek i pięciodniowej przerwy od blogowania, która pozwoli mi przemyśleć tę sprawę i – mam nadzieję – wyciągnąć z niej odpowiednie wnioski.

komentarzy 19

Dodaj komentarz