Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

Co denerwuje w komiksach mainstreamowych?


komiksy · komentarzy 18

Bucky vs. Robin
Zastanawiając się nad kształtem tego wpisu obawiałem się o jego oczywistość. W końcu będę pisał o tym, co dla wyrobionych komiksiarzy jest jasne i zrozumiałe. Niemniej ta klarowność jest raczej umowna – wszyscy wiedzą, o co chodzi, ale jakoś tak nikt o tym nie pisze wprost. Właściwie po co się męczyć, kiedy „wszyscy zgadzają się ze sobą, a będzie nadal tak, jak jest”?

Nie piszę tych rozważań z przesłanek utylitarnych. Najzwyczajniej w świecie potrzebowałem literackiego odpowiednika bokserskiego worka, na którym mógłbym wyładować złe emocje.

Tak, będzie nerdowo. I uszczypliwie. Kabaret czas zacząć.

Rozpocznijmy od postawienia tezy: większość tytułów wchodzących w skład amerykańskiego mainstreamu jest w swej istocie niekonsekwentna i monotonna.

Dlaczego niekonsekwentna? Ponieważ komiksowe uniwersa są miejscami, w których nigdy nic nie ginie na zawsze, a pewnym jest się tylko tego, że zdarzyć się może wszystko. Jest to ogół w złym tego słowa znaczeniu, gdyż mówimy tutaj o możliwości zaistnienia najgorszej tandety, jaką jest zjawisko komiksowego zmartwychwstania. Przez ten ewenement zbezczeszczono wiele legendarnych postaci znanych jakiś czas temu z spektakularnych śmierci, wspomnę tutaj jedynie o Gwen Stacy, Elektrze, Harrym Osbornie czy Jasonie Toddzie. Te drugoplanowe postacie zostały w rzeczy samej zdefiniowane przez swoje tragiczne odejście na łono Abrahama, co zresztą wpłynęło jakoś na postacie, którym towarzyszyły, wzbogacając i komplikują ich portret psychologiczny. Ale wystarczy 20 lub nawet mniej lat, żeby te postacie powstały z grobów, jak gdyby nigdy nic, wprawiając w zakłopotanie nie tyle zszokowanego herosa, co zdegustowanego i zażenowanego czytelnika.

Przedstawiony powyżej pomysł miernej klasy nie jest wynikiem problemu braku pomysłów u scenarzystów czy edytorów sprawujących pieczę nad lubianymi uniwersami. Nowe idee, śmiałe, odważne i dojrzałe, są i czekają na realizację w jakiejś szufladzie znajdującej się w archiwum wydawniczym. Szkopuł tkwi w tym, że molochy pokroju Marvela czy DC żyją z tego, że przetwarzają sprawdzone pomysły na miliony sposobów, co przypominać może miętolenie swojej ulubionej koszuli do momentu, aż nie nada się do noszenia.

Fight
I tak oto dochodzimy do kwestii monotonii. Już niedobrze mi się robi na myśl eventów reklamujących się sloganami typu „Zmienimy twój ulubiony świat tak, że go nie poznasz! Nic już nie będzie takie samo! Dzięki nam zobaczysz finalne przeznaczenie twojej ulubionej postaci, okres bankructwa w Islandii pójdzie w zapomnienie, a tajemniczy wpływ onanizmu na rozwój kolarstwa w Mongolii zostanie wreszcie wytłumaczony raz na zawsze!”. No, może z tymi ostatnimi zachwytami to przesadzam, ale mam wrażenie, jakoby osoby odpowiedzialne za opisy w zapowiedziach wydawniczych realizowały swoje obowiązki po zażyciu opium, przez co za każdym razem kusi ich, żeby przeciągnąć strunę po całości. Naturalnie zmiana w uniwersach z wykorzystaniem eventów i crossoverów jest nieznaczna, kompletnie obojętna czytelnikowi. Odbiorca zaczyna ją ignorować, gdyż ma tę świadomość, że za rok, dwa wszystko wróci do poprzedniego stanu rzeczy (w najlepszym przypadku nietzscheański wieczny powrót nie ma miejsca jedynie na dłuższy czas, ale to już zależy od wyników finansowych danego kompletu tytułów komiksowych). Śmiem nazwać tę sytuację syndromem Wolverine’a. Komiksy z Loganem sprowadzają się ostatnio do tego, że jegomość z pazurami dostaje nieźle po gębie i w sytuacji, kiedy powinien być już martwy, jakimś cudem znajduje siłę i dokańcza robotę na swoją korzyść. Super, tylko kogo to interesuje, skoro to było wiadome od początku? W końcu ktoś jest na tyle głupi, by zabijać kurę znoszącą złote jaja?

Fight
Komiks mainstreamowy wnerwia i z innych powodów. Aż żal patrzeć, jak Bendis chałturzy w „Secret Invasion”, gdzie arcygenialny koncept sprowadza się do kolejnej, pseudoepickiej batalii lateksowców z kosmitami o kwadratowej szczęce. Pisarz, który lubił bawić się komiksową konwencją w „Jinx”, „Torso” czy „Alias” zniknął, co nie oznacza, że odszedł bezpowrotnie. Bendis potrafi jeszcze pisać o sprawach obyczajowych, pisać arcyciekawe dialogi, czego przykładem jest 38 zeszyt „New Avengers”. Szkoda tylko, że takich komiksów jego autorstwa spotyka się mało, zatrważająco mało. Ponadto smutno się robi, gdy obserwujemy kryzys w Vertigo, które najwidoczniej nie wie, co ze sobą zrobić. Wydawnictwo wydaje mało tytułów (z czego niektóre z nich, np. „Army@Love” i „House of Secrets”, są kompletnymi nieporozumieniami. W pierwszym nie wiadomo, dokąd scenarzysta chce zmierzać, drugi zaś do słaba próba powrotu Willinghama do konwencji starej serii grozy), a tytuły wartościowe typu „Enigma” nie są wznawiane. Mam nadzieję, że to się może zmienić wraz z przejęciem „Hellblazera” przez Petera Milligana, co mnie niezmierne cieszy (Milligan to scenarzysta, który inteligentnie i z klasą potrafi poruszać tematy uznawane za tabu, czasami wręcz niewygodne). W końcu, na rynku amerykańskim brakuje nowych tytułów o postaciach z potencjałem, ale kompletnie nieznaczących dla uniwersum. „Manhunter” Marca Andreyko zostanie niedługo zamknięty na dobre. „Moon Knight” i „Immortal Iron Fist” niedługo zapewne spotka podobny los. Owszem, jest jeszcze ciekawa alternatywa w postaci najnowszego tworu Steve’a Nilesa i Scotta Hamptona pt. „Simon the Dark”, łącząca klimat horroru z noir jednak i ten tytuł słabo się sprzedaje. A rzadko jest tak, jak w przypadku „Gotham Central”, gdzie wydawnictwo pozwoliło twórcom realizować serial mimo potwornych wyników sprzedaży. Czasy błyskawicznego znikania miliona egzemplarzy „X-Men” Jima Lee minęły chyba na dobre. Efektem tego zaś jest sytuacja, w której molochy próbują zachęcać do kupna nowych tytułów wydarzeniami wchodzących w skład syndromu bad news, wymyślną przemocą i bezwstydną (ale niegustowną) erotyką.

A, przepraszam. Tak jest już od dobrych paru dziesięcioleci.

Tak więc mainstream mi zbrzydł. I to nie jest kwestia kryzysu wieku, bo nadal w tej sferze mogę znaleźć ciekawe ostoje jakości z tytułami prezentującymi perypetie diabełka z Hell’s Kitchen na czele. Najwyraźniej jednak szukam miejsca, w którym nie będzie dochodziło do nieprzyjemnych sytuacji jak ta ze „Spider-Man: Brand New Day”, gdzie losy Spideya wróciły do punktu wyjścia, czyli ery Stana Lee i Steve’a Ditko. Miejsca, gdzie czytelnik będzie traktowany serio, a postać będzie ciekawa, przez co będzie nas obchodzić, będziemy żyli jej sprawami. I na tym należałoby kończyć ten manifest sfrustrowanego nerda. Was też coś denerwuje w amerykańskim mainstreamie?

komentarzy 18

  • JAPONfan

    A mnie denerwuje mnogosc tytułow. 4 Batmany 3 robiny jakies birds of pray itd. I potem zeby zachecic do sprzedazy robia headshota głownemu bohaterowi i za pol roku reset.
    A to co opisalas przy Loganie ja nazywam „efektem Rocky’ego”, on tez dostaal becki i potem na koncu wstawał zakrwawiony z desek zeby zwyciezyc.

  • W amerykańskim mainstreamie mnie nic nie denerwuje. W komiksie super-hero – już prędzej. Mainstream nie zawsze równą się kalesony i peleryna.

  • PITU PITU

    A MNIE DENERWUJĄ CORAZ BZDURNIEJSZE WPISY NA MOTYWIE. ODKĄD BABIEL ZACZĄŁ PISAĆ SWOJE IDIOTYZMY, INNI BIORĄ Z NIEGO PRZYKŁAD I CO IM DO GŁÓWKI PRZYJDZIE, TO WKLEPUJĄ. KONRAD, ZRÓB Z TYM COŚ… TO JESZCZE TWÓJ BLOGAS, CZY JUŻ NIE?

  • Tutaj wchodzi znak: nie karmić trolli.
    Dziękuję.

    Wpis Chudego sam wrzucałem i sam akceptowałem. Żeby z nim polemizować trzeba być w temacie – ja nie jestem niestety, ale bardzo rzadko piszemy o mainstreamie i takie wpisy uważam za potrzebne od czasu do czasu.

    Bzyku, Peletonie, PITU PITU – proszę, uszanuj to.

  • O „Brand New Day” to przegięcie bagietki całkowite było – bohater ma przerąbane: cały świat zna jego tożsamość, jego ciotka umiera. Jak elegancko z tego wybrnąć? Paktem kurwa z diabłem, który zmienia kurwa rzeczywistość.
    Za to Ultimate SM bardzo mi podchodzi ostatnio (ale to pewnie dlatego że dziecinnieję na starość)

  • Fragment o Bendisie (a nie wiem czy i okomiksach Vertigo też nie) to ja już gdzieś widziałem. Ale ja tu tylko sprzątam.

  • Popieram Kubę – mainstream =/= super-hero.

    I w całej rozciągłości zgadzam się z pewnym twórcą komiksowym, który mówił – „Najlepszy happyend jest wtedy, kiedy na końcu wszyscy bohaterowie giną”. Dlatego jestem raczej zwolennikiem dobrych i mocnych, jednotomowych opowieści, a nie rozwlekłych seriali i sag. W tych wypadkach zawsze wiadomo, że bohater w końcu wstanie z tych porzysłowiowych desek i dokopie tym złym. Jedne komiksy lepiej udają, że tak się nie stanie i próbują utrzymać czytelnika w napięciu, inne gorzej, ale i tak wychodzi na to samo, bo następny odcinek/tom/zeszyt trza wydać.

  • eno własnie, mainstream nie to nie od razu majtki na kalesony.

    a komiksy o superherosach chyba nie należy traktować na serio. nie w wieku 20paru lat. jakoś odruchowo czyta się to jak jakiś pastisz konwencji. relikt z tandetnej dziś przeszłości. przynajmniej ja mam podejście takie do tego typu komiksów.
    oczywiście nie wszystkich – tylko tych najbardziej kalesoniarskich.

    najbardziej bawią mnie zbiorcze ilustracje wszystkich herosów danego uniwersum. [pozbywszy się na moment podziwu dla cierpliwości autora takiej ilustracji.] jak na przestrzeni lat uzbiera się taki tłum chłamu to cżłowiekowi się odrazu Kleszcz nasuwa na myśl i człowiek-dywan, kret kanalizacyjny, amerykańska pokojówka i jeszcze inni… Po prostu w pewnym wieku wyrasta się chyba z tego typu komiksów i mam wrazenie że Łukasz staleś się w końcu mężczyzną he he

  • NIe Łukasz, tylko Michał.

  • Ejno,

    Kleszcz jest zajebisty!

  • JAPONfan

    Łyyyy-cha! Ale Barry lepszy

  • Z tym komiksem mainstreamowym to przesadziłem, fakt. W końcu skupiałem się na ostatnich dokonaniach w trykociarskich harlekinach. Z drugiej strony w Vertigo nie dzieje się za dobrze. 100 kulek się kończy, a z ciekawszych serii pozostaje tylko Fables i Scalped.

    DH i Image się nie czepiam, bo nie mam powodu. Dynamite’a nie ruszam, bo to bobas stawiajacy pierwsze kroczki na rynku.

    I tak, chyba komiks superbohaterski jest mi już kompletnie obojętny. Takie życie.

    By the way, z pastiżowych rzeczy to czytałem ostatnio Spider-Hama i jest zabawny, ale już trochę oldschoolowy:

    http://goodcomics.comicbookresources.com/2007/06/11/365-reasons-to-love-comics-162/

    Czy omnibusy komiksowego Kleszcza są jeszcze gdzieś do zdobycia?

  • Nie ma co focha strzelać na to, co nazywacie syndromem Wolverinea czy efektem Rockyego. To po prostu kolejna reinkarnacja chorego snu Horatio Algiera – opowiastek wspierających podwaliny systemowe usa.

  • http://brentroos.files.wordpress.com/2007/03/troll.jpg

    To nie w temacie.

    A w temacie: titos, wiek to ma mało do rzeczy w kwestii kalesoniarstwa. Ja nadal czytam Batmana, już prawie 20 lat i nadal daje się znaleźć masę fajnych rzeczy z postacią, chociaż ja akurat czytuję głównie reprinty 70-tych i 80-tych, do nowości sięgam rzadko, bo są to często potworki typu Szmatman i Syf. Ale nie zgodzę się, że dorosły wyrobiony czytelnik powinien od razu spuścić cąły nurt, to trochę stwierdzenie w stylu „o wyższości komiksów niemych nad komiksami z tekstem” i można je uzasadnić podobnie nietrafionymi argumentami, jak Turu próbował.

    W spandexach dobre jest to, że wychodzi tego taki ogrom – w takiej masie gówna zawsze ktoś niechcący wysra diament :D

    A Zaraza Jean Grey, czy smierć w charakterze „drzwi obrotowych”, no cóż, skoro postać ma już 70 lat, to ciężko nagle ją zabić, nie?

  • ja w odruchu wyrośnięcia z klasycznych trykociarzy, zacząłem namiętnie czytać elsworldy- niezobowiązujące one-shoty, a i czasem trafi się coś zajebiszczego (Superman:Red son, Batman: dark Joker the wild i inne)

    co do Bendisa: czuję się ostrzeżony, zostanę przy Torso, Jinxie, Goldfischu etc.

  • Jasne, że ciężko, ale trzeba mieć jaja i nie bać się iść naprzód.

    W ‚Secret Invasion’ brakuje mi takiej porządnej śmierci postaci z pierwszej ligi. Został jeden numer do końca, więc niby wszystko może się zdarzyć, Bendis każe czekać do ostatniej strony, ale jakby nie patrzeć potencjał historii został zmarnowany. Niepotzebnie rozciągnięto to na 8 numerów, gdyby było 6 to też byłoby ok i główne tie-iny (New, Mighty Avengers) nie musiały by być o niczym jak jest teraz, kiedy w zasadzie wszystko zostało wyjaśnione.

    Bla bla bla.

  • JAPONfan

    A ta „Secret Invasion” to ma byc reset jak „inifity” w Dc czy taki dziwaczny elseworld? Bo widzialem strony i nawet fajnie wygladal spider jako skroll ale nie wiem czy sie za to brać. taka dogrywka po „civil war”?

  • Cholera wie co to i do czego doprowadzi. Bendis niby od lat dawał wskazówki do Inwazji, że niby taki jego wielki plan realizowany od dawien dawna. Ja bym to raczej traktował jako kolejny cross i tyle. Za rok kolejny. Za dwa kolejny. Za trzy kolejny. I o SI nikt już pamiętać nie będzie.

Dodaj komentarz