Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

Kwaziu


papier · komentarzy 16

Kwaziu

Biorąc się do lektury „Kwazia” najnormalniej się bałem. Nie tego pokracznego wampira, bałem się, że może to być coś podobnego do „Kwazia i turystek”. Pierwszy „Kwaziu” był bowiem koszmarny – okraszony topornym scenariuszem Piotra Szreniawskiego i współgrającymi z nim rysunkami Piotrka Nowackiego. Jedyną dobrą rzeczą związaną z tym komiksem jest to, że linkując pszrena właśnie obejrzałem przyzwoity taniec na rurze. Nie zapominam oczywiście o „Komnacie gościnnej”, w której znalazło się parę znośnych wariacji kwaziowych, ale główna historia nadaje się co najwyżej do wykształcania świadomości komiksowego medium wśród dwunastolatków. I to tych bez poczucia humoru. „Kwazia” bałem się również ze względu na scenarzystę – Daniela Gizickiego, z którym co jakiś czas, z niewyjaśnionych przyczyn, obdarowujemy się kuksańcami. Wszystkie te strachy okazały się jednak zbędne…

„Kwaziu” jest dokładnie tym, czym pierwsza część nie jest – przede wszystkim ma spójny scenariusz i już-nie-amatorskie rysunki, ale także dobre kolory Kuby Grabowskiego. Czytając „Kwazia” doszedłem do wniosku, że ma on z założenia bawić przy pomocy nienachalnego humoru. I to chłopakom udało się doskonale, bo mimo że ani razu nie śmiałem się do rozpuku, to praktycznie przy każdej planszy na mojej twarzy pojawiał się uśmiech. Ten humorystyczny efekt został osiągnięty zarówno na poziomie scenariusza, jak i rysunków. Historia, którą opowiada „Kwaziu” jest dość prosta – tytułowy bohater wybiera się na copółwieczny zjazd wampirów, gdzie spotyka starych znajomych (jak chociażby niejakiego wampira Ignasia), bawi się na przyjęciu, które w końcu jest zakłócone przez łowców wampirów. Po drodze parę nawiązań do historii i literatury – wszystko to sprawia, że komiks czyta się lekko i z przyjemnością. Pojawia się parę zgrzytów scenariuszowych jak, podobno typowe dla Daniela, wyrażenie „Ale damy im bobu”, czy nic niewnosząca scena ze strony dziesiątej, w której Kwaziu udaje się do swojego pokoju. Nie jest to jednak coś, co miałoby zaważyć na wspomnianej wcześniej spójności.

Kwaziu

Oddzielną kategorią są rysunki Jaszcza, który udowadnia, że wciąż dopracowuje swoją humorystyczną kreskę. Kolory Kuby sprawiają, że plansze naprawdę wiele zyskują, a czasem to barwy właśnie dominują nad minimalistycznym stylem Piotrka. Rysunki Jaszcza określiłbym jako szczere – jest konsekwentny w formie i nie ukrywa pewnych swoich braków warsztatowych. Jednak to właśnie rysunkami byłem najbardziej zaskoczony. Dwa momenty spodobały mi się ponad wszystko – plansze retrospekcyjne, w których Piotrek czerpał garściami ze starych kreskówek oraz sceny salonowe, w które wplecionych zostało wiele humorystycznych akcentów. Jedyną rzeczą, którą można zarzucić Piotrkowi to lenistwo, które czasem wyłazi pod postacią całkowicie niezagospodarowanego tła. A umie to zrobić, co fajnie pokazał sceną kuchenną i twierdzenie, że chodzi o niewystarczający warsztat, uważam za nędzną wymówkę.

„Kwazia” polecam szczerze, a w moim rankingu tegorocznych polskich komiksów, znajduje się on na pewno wyżej niż „Paproszki”. Daniel skomponował nawet ścieżkę dźwiękową do komiksu. Uważam, że jest to troszeczkę pretensjonalne, a jedynym pasującym do komiksu utworem jest „Horizons”. Ale hej, ja jestem osobą, która w ogóle nie potrafi się skupić przy muzyce czytając lub pisząc, także nie słuchajcie mnie, przesłuchajcie sami, bo wszystkie piosenki są świetne. Po prostu niepasujące do komiksu. Emiliana Torrini, Norah Jones i Björk zdecydowanie pasują do pościeli. Ale mówiąc o wampirze Kwaziu – życzę miłego ssania… czytania.

komentarzy 16

Dodaj komentarz