Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

Witając się z Tintinem


komiksy · komentarzy 10

Bruksela
Jak pamiętacie, Michał Chudoliński wziął udział w naszym batmańskim tygodniu. Teraz, korzystając z okazji, że podróżował po Europie, poprosiliśmy go, aby napisał kilka zdań o swojej wizycie w Brukseli, z komiksowego punktu widzenia. A może to on sam nam to zaproponował? Niemniej, miłej lektury.

Studenckie życie jest piękne. Bynajmniej nie mam na myśli odfruwania z rodzinnego gniazda, zawiązywania wyjątkowych znajomości czy nocnego życia przepełnionego pozytywnymi wibracjami i młodzieńczym szaleństwem. Dla mnie wyjątkowość studenckiego żywota tkwi w okresie wakacyjnym, z racji jego niebagatelnej długości. Wtedy można wybrać się w podróż do miejsc niezbadanych przez nas nigdy wcześniej. W moim przypadku tak się złożyło, że przyszła kolej na krainę małą i zapomnianą. Belgię.

Rozpocznijmy od Brukseli. Stolicę Belgii określiłbym dosłownie mianem globalnej wioski, pochmurnej i dość chłodnej. Wioski, gdyż tak po prawdzie transport publiczny nie jest w niej potrzebny – do każdego miejsca w mieście można dojść pieszo w miarę szybko i przyjemnie, dzięki czemu odchylanie zasłony tajemnicy skrywającej miasto staje się o wiele bardziej ekscytujące i satysfakcjonujące. Globalnej natomiast, bo stykamy się tam z istną mieszanką kulturową, a w szczególności językową. Wynika to z skomplikowanej historii Belgii zamieszkanej przez dwie różne i niepałające do siebie sympatią narodowości – Flamandów i Walonów – jak również usytuowania w Brukseli instytucji Unii Europejskiej i NATO. Przechadzając się ulicami ma się nie tylko poczucie inności wobec ludzi odmiennej karnacji skóry, czy też nacji, ale również wobec kultury lokalnej, która przez fale globalizacji usilnie chce dać o sobie znać. I przyznam szczerze, że Bruksela (jak również i inne belgijskie miasta) mężnie i skutecznie broni się przed globalnym ujednoliceniem. Tak jak Warszawa jest wyjątkowa przez swoją brzydotę, niezorganizowanie i przytłaczający klimat, tak Bruksela jest szczególna przez swą cywilizacyjną dwuznaczność oraz jedyne w swym rodzaju wyroby, ludzi i miejsca. W końcu, gdzie indziej człowiek można się tak zachwycić dziełami malarskimi twórców surrealistycznych czy pełnymi fantazji budynkami architektów secesji? Gdzie zje się tak wykwintne czekoladki i wypije się tak pożywne piwo? W końcu – gdzie w Europie komiksiarz będzie się czuł tak komfortowo jak w mieście pełnym komiksowych fasad, sklepów, wystaw i wyjątkowego muzeum komiksowego?

Nie owijajmy w bawełnę. Ojczyzna Hergégo, Morrisa i Marvano jest komiksowym rajem. Wchodząc do najpopularniejszego sklepu z komiksami w Brukseli – Brüssel, czułem się oniemiały. Co za przestrzeń! Co za porządek! Co za wybór! Zszokował mnie fakt, że na frankofońskim rynku „Strażnicy” dostępni są w wersji Absolute. Edycja francuska, którą trzymałem w rękach niczym nie różniła się (prócz języka, rzecz jasna) od oryginału. Tak samo sytuacja miała się z ekskluzywnym wydaniem „Kryzysu na Nieskończonych Ziemiach”. Co więcej, przeglądając ułamek z 5500 dostępnych tytułów komiksowych, zauważyłem pozycje o różnych rozmiarach i sposobie wydania. Ale największa atrakcją tego miejsca znajduje się na drugim piętrze – wystawa oryginalnych rysunków i kart komiksowych. Na samej górze można przeglądać prace takich mistrzów, jak Moebius, Yslaire, Guarnido (za ok. 100 euro można było kupić naprawdę potężny obraz z Blacksadem) czy Loisel. Rysunki zostały rewelacyjnie ozdobione przez statuetki i rzeźby bardziej znanych bohaterów europejskiego komiksu, głównie z „Blacksada” i „Skorpiona”.
Muzeum Komiksu
A gdy mówimy o Brukseli i komiksach, to grzechem byłoby nie wspomnieć o Centre Belge de la Bande Dessinée, czyli o miejscowym muzeum komiksu. Jest to budynek wyjątkowy nie tylko z punktu widzenia architektonicznego (znajdują się tam szklane podłogi). W jednym miejscu znaleźć tam można:

  • Specjalistyczny sklep z wszelkimi pozycjami komiksowego rynku frankofońskiego, włączając upominki w postaci obrazów, podkoszulek, popiersi i rzeźb postaci komiksowych i animowanych.
  • Obszerną bibliotekę, obejmującą 40 tys. pozycji w różnych językach.
  • Restaurację ozdobioną sztuką komiksową.
  • Wystawę prac komiksowych.
  • Muzeum przedstawiające sztukę powstawania komiksu, ewolucję komiksu europejskiego, jego największych twórców i najbardziej popularne gatunki komiksowe – komedię, western, science fiction, przygodowy, fantastyczny i historyczny.

Oczywiście najciekawsze jest muzeum. W bardzo przystępny i ciekawy sposób można poszerzyć wiedzę o komiksie europejskim, szczególnie jeżeli chodzi o jego inspiracje (wszędzie odczuwałem obecność legendy „Małego Nemo” Winsora McCaya, który odcisnął swoje piętno na twórczości Hergégo, twórcy Tintina). Akurat miałem takie szczęście, że trafiłem na wystawę związaną ze Smerfami, których pięćdziesięciolecie było, nie tak dawno, hucznie świętowane w Polsce. Jednak najbardziej wryła mi się w pamięć naturalnej wielkości rzeźba Tintina i jego przyjaciół w astronautycznych strojach, ogromne popiersie Corto Maltese i krótka animacja z motywem dźwiękowym, zrobiona z kadrów jednego z epizodów tomu „Etiopiki”. Szczególnie dzięki filmowi zrozumiałem, na czym polega unikalna atmosfera przygód Corto, która wcześniej była dla mnie ciężkostrawna i staroświecka. Za jedynie 6 euro doświadczyłem tylu atrakcji i momentu dumy (Rosiński ma swój skrawek), że aż powiedziałem: „dobre to było”.
Astro Tintin

Oczywiście skłamałbym, gdybym powiedział, że zawsze było różowo w Brukseli. Niestety, były również rozczarowania i niepowodzenia. Do rozczarowań można zaliczyć fakt, że w belgijskiej stolicy można znaleźć skromną ilość pozycji komiksowych po angielsku, a lateksowego trykotu to już ze świecą szukać. W Brukseli, na pierwszy plan wystawiany jest komiks przygodowy, fantastyczny, obyczajowy, alternatywny i underground, natomiast pozycje superbohaterskie stoją jakoś niezauważalne, wręcz na trzecim planie, a jeżeli już, to jest to komiks wielce artystyczny, jak to jest w przypadku „Batman: Harvest Breed” George’a Pratta. Ten mankament można jednak łatwo zniwelować, jadąc pociągiem do pobliskiego miasteczka studenckiego Leuven, gdzie znajduje się sklep z pełnym asortymentem komiksowym, jeżeli chodzi o sprawy gatunkowe. Leuven natomiast jest niezwykle urokliwym miejscem, z ciekawą historią i pomnikami. Tylko tam można się przekonać, co to znaczy dla studenta robić wodę z mózgu. Niczym specjalnym jest za to La Maison de la Bande Dessinée, znajdujące się niedaleko Gare Centrale. Walory muzealne raczej skromne, to samo z propozycją konsumencką. Jedyną zaletą tego miejsca jest możliwość popatrzenia na twory debiutantów komiksu frankofońskiego, jak i całego młodego pokolenia twórców. Zaś osobom lubiących miejsca stare i sentymentalne polecałbym nieźle ukryty sklep La Bande des Six Nez, nieco pomyślany jako fanowski klub Tintina. Miejsce nie podobało mi się z powodu osób nim zarządzających, które najwyraźniej nie lubiły turystów ani osób mówiących innym językiem niż francuski. Ale belgijska społeczność ogólnie jest zdystansowana do przybyszów z innych krajów, także przyjąłem ten brak entuzjazmu ze spokojem.

Pisząc ten wpis, przypominam sobie Brukselę, jak i Belgię, jako miejsce przedziwne – znajdzie się tam piękno, jak i tandetę. Zachwycać się tam można urokliwymi kościołami i ratuszem, ale i również nieraz przeklnie się nierówne, skamieniałe uliczki. Pomimo tych niedoskonałości do Brukseli przybyć warto, nawet jeżeli na krótko. Wszak można ją zwiedzić w całości w weekend, jeżeli ktoś ma zdrowie i wytrzymałe nogi.

Przechadzając się po Belgii zdawało mi się, że słyszę nuty i słowa dość znanej piosenki „Je T’aime…”. Myślę, że to idealnie miły akcent na zakończenie.

komentarzy 10

  • JAPONfan

    Kiedy odczujemy pokłosie wycieczki do Brukseli na allegro?

  • „Gdzie zje się tak wykwintne czekoladki i wypije się tak pożywne piwo?”

    Np. w brzydkiej, przytłaczającej i niezorganizowanej Warszawie.

  • Kraków również polecam :)

  • To ja polecam Jarosław, bo i jego całego można zaliczyć w weekend, jeśli ma się wytrzymałe nogi (do ucieczki przed miejscową Świrlandią – u was też się tak fankluby drużyn nazywają?).

    To w ogóle może być jakiś pomysł na serię i mam nadzieję, że ktoś jeszcze podeśle opisy innych miejsc na świecie „komiksowym okiem”.

  • lokalani patrioci

  • hm… Wrocław jest tez ładny, słoneczny dziś nawet był…. Co prawda nie da sie znalesc Hellblazera Egmontowego nigdzie w nim, ale czekoladek i piwa nie brakuje…

  • JAPONfan

    To ja proponuje zrobic ustawke w Łodzi i tam bedziemy mogli sie pkłocił gdzie są lepsze czekoladki.
    Bo ja mówię że w L.A.

  • Jadłem w L.A. Nic szczególnego. Za to te z Pragi… rewelacja !

  • Trreker

    Hm… Z czekoladek typowo sklepowych i ogólnodostępnych super są te tzw. „Owoce morza”. Takie mleczno-biało czekoladowe… Polecam.

  • JAPONfan

    Aaaa bo wy o takich czekoladkach mowicie. PLASK!

Dodaj komentarz