Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

U: ostatni z tłumaczy #2


papier · komentarze 124

Y
Tygodnia hejtera ciąg dalszy. W odpowiedzi na mój poprzedni paszkwil, otrzymałem dwa obszerne maile od samego pana Krzysztofa Uliszewskiego, tłumacza „Y: the last man”. W tych listach otrzymałem polemikę i odpowiedzi na poszczególne komentarze. Odpowiadam publicznie, ponieważ zostały one napisane z myślą ich publikacji. Radzę zapiąć pasy, prawda (a szczególnie jej objętość) wciska w fotel.

Kilka dni temu wysłałem do moderatora Alei Komiksu prośbę o zamieszczenie mojego sprostowania wraz z adresem e-mail, szczerze licząc, że niejaki pjp (dziś już wiem, że chodzi o Pana), skorzysta z okazji, by dowiedzieć się tego czy owego. Ze smutkiem stwierdzam, że nie było Pana wśród tych – licznych zresztą – osób, które interesują tak poboczne sprawy jak kwestie pisowni imienia głównego bohatera serii „Y”. Mniemanie to opieram na Pańskiej „recenzji”, czy też raczej paszkwilu na temat bardziej mojej osoby (vide inwektywy typu „filister” [bo nie sądzę, żeby miał Pan na myśli nieobelżywe znaczenie tego wyrazu], czy też określenia „bezmyślność” i „dyletantyzm”), niż pracy, jaką wykonałem podczas przekładu tego świetnego skądinąd komiksu. Gdyby raczył Pan sięgnąć do źródła, wiedziałby, skąd decyzja użycia imienia „Yoryk”, a nie „Yorik”, dowiedziałby się Pan też, skąd pomysł, by – jak wyraził się jeden z Pana blogowych kolegów – uznać czytelników za półgłówków i opatrzyć komiks „tyloma” przypisami. Ale po kolei.

Oczywiście, że nie skorzystałem z tej okazji, ponieważ nie mam takiego obowiązku. Wychodzę z założenia, że jakakolwiek praca powinna bronić się sama i nie muszę kontaktować się z tłumaczem gdy coś mi się nie podoba, jako czytelnikowi. Gdyby swoją pracę wykonałby Pan w sposób właściwy, nie przeczytałby Pan słowa „filister”. Powiem więcej – wychodzimy tutaj z założenia, że mamy bronić czytelników przed wydawcami, bublami, ludźmi takimi jak Pan, a nie na odwrót. Jeżeli uważa Pan, że z pozycji czytelnika powinienem „sięgać do źródła”, gdy coś mnie razi w oczy, to moja powyższa „inwektywa” jest jak najbardziej na miejscu.

Dowiedziałem się o Pańskim tekście przez zupełny przypadek, czy też może raczej świadome działanie jednego z czytelników Alei, który podesłał mi link do Pańskiej strony. Z całym szacunkiem dla Pana, ale niestety, wcześniej nie wiedziałem o Pana istnieniu. Dopiero po kilku pytaniach do bardziej obeznanych w sprawach forumowych przyjaciół dowiedziałem się, że pjp i Pan to jedna i ta sama osoba. Poczytałem też inne Pańskie wpisy na mój (i nie tylko) temat. Tutaj pozwolę sobie od razu sprostować jedną rzecz: proszę łaskawie nie mylić mojej osoby z forumowymi pieniaczami i krzykaczami. Nie mam zwyczaju obrzucać nikogo inwektywami ani na forach, ani tym bardziej w kontaktach prywatnych, więc używanie mojego nazwiska w takim kontekście traktuję jako zwykłą zniewagę.

Proszę wybaczyć, ale Panu nie wierzę. Oczywiście chodzi mi o nieudzielanie się przez Pana na forum, nie o brak świadomości mojego istnienia. Tak rozbuchanego ego nie mam. Jeszcze.

Biorąc pod uwagę jakość Pańskich wywodów i niechęć do szukania odpowiedzi przed stawianiem tez, wiele osób odradzało mi kontaktowanie się z Panem. Czuję się jednak w obowiązku uświadomić Pana, a być może także Pańskich kolegów, jak niebezpiecznie blisko znajdujecie się granicy, której – nawet w ostrej debacie – nikt nie powinien przekraczać. Jak niebezpieczne jest stawianie tez i wyciąganie wniosków z błędnych założeń, opartych na zwykłej niewiedzy. Przejdźmy więc do rzeczy: postanowił bojkotować Pan moje tłumaczenia (Pana święte prawo!) z trzech poważnych – według Pana – powodów.

Jakie niebezpieczeństwo kryje się za owym stawianiem tez? Niebezpieczeństwo pomylenia się. Tylko i wyłącznie. Pan tego niebezpieczeństwa nie zna, bo z założenia – jest Pan nieomylny. Jakość moich wywodów, jak widać na załączonym obrazku, jest wystarczająca by wyciągnąć głównych zainteresowanych do tablicy.

1) Yoryk, czyli imię głównego bohatera komiksu.
Otóż, drogi Panie, w swoim wywodzie na ten temat popełnił Pan co najmniej trzy błędy. Po pierwsze – zakłada Pan, że Yorik brzmi lepiej. Dla kogo? Jakież to kryteria Pan zastosował? Włąśne widzimisię? Jeśli kryterium „lepszości” Yorika ma być podobieństwo do oryginału, to niestety – Yorik przegrywa z Yorykiem. Fonetyka i fonologia to zapewne dziedziny Panu obce, powiem więc tylko w skrócie, że Anglicy nie zmiękczają spółgłosek, po których występuje „i”, a Polacy – i owszem. Jest to jedna ze składowych tak zwanego „słowiańskiego akcentu” u osób z tej części Europy, które uczą się angielskiego. W dodatku polskie „y” jest bliższe angielskiemu „i” międzyspółgłoskowemu. Wniosek? Polski Yoryk brzmi niemal tak samo jak angielski Yorick (oczywiście chodzi mi o wymowę samogłoski po „r”, a nie samego „r”, chociaż Szkot wymówiłby je niemal idealntycznie jak Polak).

Gdyby dokładnie przeczytał Pan moją wypowiedź to zauważyłby Pan, że przyznaję szczerze, że lepsze brzmienie Yorika to kwestia gustu. Gust ten, jak zaznaczyłem, podziela wiele osób. Odnośnie wymowy, proszę mi wierzyć, ale gdy ja wypowiadam Yorick, Yorik i Yoryk to najbardziej podobne brzmienie mają te dwie pierwsze formy. Może tu jest pies pogrzebany? Że jestem logopedycznie upośledzony.

Po drugie – sprawa podwójnego „Y”, które – według Pana – rujnuje koncepcję autora, dotyczącą analogii między inicjałem imienia a chromosomem „Y”. Hm, zapewniam więc Pana, że Vaughan nie ma pojęcia o zespole Jacoba, tak samo, jak 99,9% czytelników tego komiksu na świecie. Powiem więcej – jednym z pierwszych czytelników przekładanych przeze mnie komiksów jest ich namiętny wielbiciel, praktykujący lekarz. Zapewne Pan nie uwierzy, ale nie doszukał się w imieniu Yoryka nawiązania do owego zespołu…

Rozumiem, że w tej sprawie kontaktował się Pan z autorem? Pani Braiter kontaktuje się z Gaimanem na przykład. Bo śmiem twierdzić, że zgodnie z przyzwyczajeniami skorzystał Pan z Wikipedii, zakładając swoją wersję. I zapewniam Pana, że odsetek ludzi, którzy słyszeli o zespole Jacobsa jest dużo większy. Może nie pod tą nazwą, bo nie jest tak popularna, ale o błędach w układzie chromosomów uczą na biologii (między innymi o układach XYY, XXY czy Zespole Downa). Zdolność kojarzenia nie jest powiązana z wykonywanym zawodem, a lekarz (nawet praktykujący) niekoniecznie musi być mistrzem odczytywania symboliki. Przypuszczam, że Pana kolega wie jednak co to jest zespół nadmężczyzny. Zaprzęgając do obalenia argumentu matematykę – sam znam ok. 10 osób, które ów zespół znają (i czytają komiksy!) i które, po przedłożeniu problemu, się ze mną zgodziły. Jeżeli te osoby miałby być 0,1% polskich czytelników „Y”, to jego nakład, by liczby się zgadzały, winien wynosić przynajmniej 10000 egzemplarzy (i powinien być w całości wykupiony). Mamy dwie opcje – albo nakład właśnie taki jest, albo Polska znacznie zawyża światową średnią. W obie możliwości wątpię.

I po trzecie – uważa Pan, że sięgnięcie po Paszkowskiego jest głupsze/gorsze/bardziej idiotyczne niż sięgnięcie po Barańczaka. Otóż być może Pan nie wie, ale w Polsce istnieje coś takiego jak prawo autora do przekładu, które wygasa dopiero kilkadziesiąt lat po jego śmierci.[..]

Dalszą część tej wypowiedzi niestety musiałem wyciąć, na prośbę pana Krzysztofa, ponieważ dotyczy ona spraw wydawnictwa i praw autorskich do tytułu „Baśni” i imienia Yoricka.
Tak, zdaję sobie sprawę z praw autorskich (sam o prawach do przekładu Paszkowskiego przecież pisałem), lecz to nie zmienia faktu, że przy odrobinie fatygi, mógł Pan sięgnąć do Barańczaka (naprawdę odrobinie – twierdzenie, że Pan nie mógł jest mydleniem oczu). Prócz tego nie zająknął się Pan o zdrobnieniu imienia Yoryk. Nie wierzę, że przy tak skrupulatnym podejściu do mojego paszkwilu, po prostu Pan tego punktu nie zauważył. Czy ta kwestia jest najzwyczajniej niewygodna, czy nie zastanawiał się Pan nad nią?

2) moja „niechęć” do słowotwórstwa.
No cóż, zapewniam Pana, że bardzo lubię słowotwórstwo, ale tam, gdzie jest to uzasadnione. Proszę popatrzeć na Baśniówki, na Baśniogród… To przykłady słowotwórstwa. W przypadku tytułu „Unmanned” mamy do czynienia z grą słów, a nie z neologizmem. W języku polskim nie uzyskamy efektu, który uzyskał autor. Moim zadaniem było podanie Wydawcy kilku propozycji tytułu. Została wybrana „Zaraza”, bardzo zresztą dobry tytuł. Chodził mi także po głowie „Babiniec”, ten jednak przepadł, może i dobrze, biorąc pod uwagę to, o czym napiszę za chwilę. Natomiast Pańskie propozycje pozostawię bez komentarza. Już wyobrażam sobie komentarze na forach, gdyby tytuł „Y” brzmiał „Odmężczyźnienie”… Aha, wypadałoby też nazwać ludzi z Vertigo dyletantami i bezmyślnymi idiotami, skoro na okładce komiksu umieszczają zdanie: „plague of unknown origin”. Chyba bez trudu przetłumaczy Pan sobie ten fragment…

Mam nadzieję, że skłonność do słowotwórstwa Pan jeszcze udowodni. „Plague of unknown origin” jest z Pana strony chwytaniem się brzytwy. Faktycznie, taka fraza występuje w materiałach Vertigo, lecz jak Pan zapewne wie słowo plague może oznaczać plaga, mór, zaraza, dżuma itp. Pan wybrał zaraza i to był błąd. Znamy wszyscy plagi egipskie. Była tam między innymi śmierć pierworodnych. Można powiedzieć, że podobna rzecz spotkała mężczyzn w „Y” – zaczęli umierać z niewyjaśnionych przyczyn. Bo Pan myśli, że w „Y” szerzy się zaraza (tłumaczyłem poprzednio znaczenie tego słowa – choroba w zarazie jest nieodzowna), tymczasem to, co tam ma miejsce, to plaga. Chyba nie będzie Pan twierdził, że deszcz żab moglibyśmy nazwać zarazą (to nie jest wymienne w języku polskim)? Oprócz tego – Pan chyba nie zna treści komiksu. Gdyby Pan znał, „Zarazę” by Pan odrzucił. W takim tonie mój zarzut jest następujący – szkoda, że nie było słowotwórstwa, ale jeżeli już nie było, to „Plaga” byłaby bardziej adekwatna.

3) no i Grand Finale – przypisy. Według Pana idiotyczne, podważające inteligencję czytelników. Otóż, łaskawy Panie, to nie ja podważam inteligencję czytelników, ale badania, robione m.in. w Polsce, które plasują młodzież w wieku około-maturalnym na przedostatnim miejscy w Europie, jeśli chodzi o zdolność rozumienia i analizy treści. To wystarczyłoby za cały komentarz, ale skoro Pan tyle miejsca poświęcił temu zagadnieniu, ja także pozwolę sobie rozwinąć ten wątek. Myli się Pan bowiem wychodząc z założenia, że w świecie pop-kultury wszyscy wiedzą wszystko o zjawiskach jej towarzyszących. Tak nie jest. Moim i wydawcy celem jest to, by komiks trafił do jak największej liczby odbiorców. „Y” nie jest komiksem przesadnie trudnym dla rzeczywiście „obytego” czytelnika. Faktem jednak jest, że po komiks sięgają nie tylko tacy czytelnicy. Śmiem twierdzić, że przeważającą liczbę stanowią ludzie, którzy nie mają pojęcia, kim była Janis Joplin, albo „Zły porucznik”. To, że pewne postacie/wydarzenia stanowią elementy pop-kultury wcale nie oznacza ich oczywistości. Przypatrzmy się niektórym przypisom, nad którymi raczył się pan pochylić (czy też „znęcać”), pominę jednak zupełnie niemerytoryczne stwierdzenia w stylu „chciał pokazać jak się napracował”, albo „zauważył, że ma ich tylko dziesięć, więc nastukał bez sensu trzydzieści dwa.” Też mógłbym posilić się na złośliwości, tylko po co?

Pozwolę sobie nie zgodzić się ze stwierdzeniem, że „aluzje są po to, by je odkryć”. OK, zgodzę się, ale nie w przypadku literatury, w której aluzje dotyczą tamtej rzeczywistości, o której polski czytelnik nie ma bladego pojęcia. Wierzę, że Pan i zapewne wielu czytelników „Y” to ludzie oczytani i z wiedzą, która pozwala rozumieć nie takie teksty. Ale te „oczywistości” nie są tam umieszczone dla was, tylko dla tych, którym do zdania matury wystarczyło 30%. Oni nie mają pojęcia, że Mad Maxine to aluzja do Mad Maxa, a Simon śpiewał przed laty „You Can Call Me Al”. Dla takich osób tekst komiksu czy czegokolwiek innego staje się hermetyczny, skutkiem czego jest zniechęcenie i… brak zapału do zakupu kolejnego tomu. Ja sam namiętnie czytałem powieści Verne’a upstrzone dziesiątkami przypisów. Nie drażniły mnie jednak, mimo, że opuszczałem większość z nich. Nie musiałem sprawdzać co to jest „grotżagiel”, albo „kambuz”. A wielu moich kolegów – jak najbardziej. Doceniałem jednak szacunek tłumacza/wydawcy dla tych, którzy pewnych realiów lub terminologii nie znają. To przykre, ale gdy czytałem Pański tekst o przypisach, oraz niewybredne komentarze Pańskich kolegów, przypominało się dobrze znane porzekadło: „Jak się chce uderzyć psa, to kij się zawsze znajdzie”.
Na koniec tego wątku kilka Pańskich cytatów i moje odpowiedzi:

To jest zdanie tłumacza, z którym nie mam co dyskutować. Ja się z nim po prostu nie zgadzam. Wśród ludzi w wieku 18-30 lat poruszam się codziennie i po prostu nie widzę podparcia tezy tłumacza. Pewnie próba niewłaściwa.

Y
Teraz odpowiedzi na poszczególne, krótkie zarzuty. Ponieważ pojawią się tu cytaty zagnieżdżone, dla jasności – czarny należy do tłumacza, zielony do wymienionej osoby. Nie komentuję wszystkich wypowiedzi, bo nie ma to sensu, chcę dać możliwość wypowiedzenia się panu Uliszewskiemu. Dla wszelkiego, ponownie linkuję przypisy.

Ja: Takie osoby jak Janis Joplin, Harry Houdini i Tori Amos należą do popkultury. Światowej!

O tym było wyżej. Jeśli Pan mi nie wierzy, proszę poczytać statystki. Ludzie naprawdę tego nie wiedzą.

Ja: A dlaczego tłumacz nie zrobił przypisu do tego kim jest Elvis i Scully? Uznał, że to zbyt oczywiste?

Owszem, uznałem to za oczywiste. I jako tłumacz mam do tego prawo, bardzo mi przykro.

Jako czytelnik mam prawo uważać to za głupie. Bo jak się tłumaczy kto to jest Tori Amos, to czemu nie tłumaczyć Elvisa?

Ja: nr 12 – to jest powiedziane w komiksie!

Owszem, ale kilkadziesiąt stron dalej, uznałem więc, że warto zasygnalizować czytelnikowi, dlaczego Hero uważa imiona swoje i brata za głupie.

Ja: Nr 25 – pomnik Washingtona przecież jest narysowany, każdy, kto widział chociaż parę amerykańskich filmów, go skojarzy!

ekhem… Pan raczy żartować…

Ja: A teraz moja ulubiona kategoria, w której tłumacz sam się ośmiesza.

Przynajmniej nie ukrywa Pan swojego stosunku do człowieka, którego nie widział Pan na oczy i o którym nic Pan nie wie. Brawo.

To nie jest mój stosunek. Tak samo politycy się ośmieszają, autorzy artykułów. Czy muszę ich znać, by móc powiedzieć, że się ośmieszają?

Ja: Te rzeczy ubodły nie tylko mnie, ale też paru kolegów

Nie bardzo rozumiem, dlaczego. Jak pisałem wyżej, to nie Pan i nie Pana koledzy, zapaleni znawcy komików i pop-kultury, jesteście adresatami tych przypisów.

Ja: Nr 42, poinformowanie czytelników czym jest kapucynka. Otóż nie istnieje coś takiego jak rodzina szerokonosych. Istnieje rodzina płaksowatych, a ta rodzina należy dopiero do nadrodziny (podrzędu jak już się chcemy uprzeć) małp szerokonosych. Kapucynka jest zatem małpą szerokonosą należącą do rodziny płaksowatych.

Jak widać sięgamy do różnych źródeł. Pan namietnie posługuje się internetowymi słownikami i Wikipedią (o dziwo, zarzucając mi tę zbrodnię, chociaż – co bez trudu można sprawdzić – większości z tych rzeczy tam po prostu nie ma, stąd nie korzystam z tego medium. Wystarczy porządne wydanie Encyclopaedia Britannica). Ale skoro Pan jest ich fanem, to proszę, definicja z encyklopedii Interii:
KAPUCYNKI , płaksy (Cebidae) rodzina małp szerokonosych;
W przeciwieństwie do Pana nie jestem ekspertem od małp, i taka definicja mi wystarczy. A jeśli encyklopedia się myli… no cóż… Może czas założyć blog o idiotach z Interii?

Namiętnie korzystam z Wikipedii, żeby pokazać, że a) Pan tę zbrodnię jako tłumacz popełnia, b) ale nie umie Pan z niej porządnie skorzystać. I tak, korzystamy z różnych źródeł. Dodam, że link, który Pan podał umacnia moją wcześniejszą wypowiedź. Proszę spojrzeć na nazwę łacińską, wtedy Pan zobaczy, że definicja dotyczy rodziny płaksowatych, a nie podrodziny kapucynek. I powtórzę raz jeszcze: nie ma rodziny małp szerokonosych, jest taka nadrodzina. Potwierdzi to też Brittanica i inne strony. Dla jasności: nadrodzina szerokonosych (Platyrrhini), rodzina płaksowatych (Cebidae), podrodzina kapucynek (Cebinae), rodzaj Cebus. Radzę sprawdzać dokładnie źródła, a nie wykręcać się tym, że mogą być błędne. Polecam również powtórkę z biologii, dowie się Pan jak wygląda klasyfikacja gatunków i jakie są anomalie chromosomowe.

Ja: Nr 41, poinformowanie czym jest syndrom KZ. [..]

Tutaj jestem Panu w stanie przyznać częściową rację, ciągle jednak nie mogę pojąć, w jaki sposób ma to wpływać na odbiór komiksu? Zarzuca mi pan „dyletantyzm” i ubliża od „filistrów”, pisząc jednocześnie, że te określenia „mówią praktycznie to samo”. To nie pierwszy przypadek, gdzie popisuje się Pan brakiem logiki. Zresztą, nawet Pańska teza, że „nie ma oprawcy, więc ma być tylko i wyłącznie syndrom ocalonego” jest do obalenia, bo ci, którzy ocaleli z obozów zagłady cierpieli właśnie na syndrom ocalonego (co znaczy, że faktycznie oba terminy są tożsame). I druga sprawa – jak to nie ma oprawcy? Zaraza jest sprawcą holokaustu, więc w pewnym sensie jest katem połowy ludzkości.

Nie „zaraza” lecz „plaga”, co wyjaśniłem. Miałem na myśli oprawcę fizycznego, bo można zatem powiedzieć, że Pańskim oprawcą jest los. I tak, powiedziałem, że oba terminy mówią praktycznie to samo, ale także, że należy je stosować bardzo ostrożnie. Nie skomentował Pan tego, że jasno powiedziałem, czemu w komiksie powinno być „ocalonego”, a nie „KZ”, tam jest „survivor’s syndrome”.

Ja: Nr 38, tłumacz poprawia autora (sic!). Otóż panie mądry tłumaczu, to nie autor tak twierdzi, lecz bohaterka jego komiksu.

Otóż, Panie recenzencie (mógłby się Pan wreszcie skupić na dyskusji merytorycznej bez osobistych wycieczek, bo fatalnie to o panu świadczy), bohaterka czy bohater zawsze wypowiada tylko to, co włoży mu w usta autor. Abstrahując od tego, przypis jest jak najbardziej na miejscu.

Przypis jest na miejscu, lecz nie w takim kształcie. Wybaczy Pan, ale recenzentem nie jestem, za takiego się nie uważam, dramat jest tu, że Pan się uważa za tłumacza pełną gębą.

Ja: Uważam, że autor celowo włożył w jej usta nieprawdę, bo owa bohaterka jest właśnie stylizowana na taką wymądrzającą się sukę. Argumentem za tym przemawiającym jest fakt, że Cunina jest pomniejszym bóstwem i wymagało od autora wysiłku, żeby znaleźć coś tak podobnie brzmiącego, a nieprawdziwego.

Aż się prosi, by nazwać Pana dyletantem i ignorantem, czego jednak nie zrobię, bo niewiedza nie zawsze jest tożsama z owymi określeniami. Otóż, drogi Panie, pochodzenie słowa „cunt” jeszcze do niedawna było sporne i ciągle istnieją teorie (choć ich poplecznicy są w mniejszości), że wywodzi się ono od Cuniny. Najnowsza Encyclopaedia of Word Origins definitywnie rozstrzyga jednak sprawę. Polecam zakup tej pozycji. Zapewniam, że wtedy nie będzie Pan musiał posiłkować się Wikipedią.

Otóż ja nie twierdzę, że pochodzenie jest inne niż to, które Pan przedłożył. Nie spodobała mi się jedynie forma.
Y

Ja: Nr 34, o Tori Amos: “[..]lepiej znana w Wielkiej Brytanii[..]“. Lepiej znana niż gdzie? Niż w Polsce, niż w USA?

Gdzie Pańska konsekwencja? Najpierw Pan narzeka (to taki eufemizm, oczywiście), że w przypisach wykładam kawę na lawę, a teraz muszę Panu tłumaczyć taką „oczywistość”? Dobrze, a więc Tori Amos jest lepiej znana w UK niż i w Polsce, i w USA.

Nie chodzi o tłumaczenie. Ja się domyśliłem, że chodzi o nasz kraj. Raczej miałem na myśli, że to nie do końca po polsku było.

Ja: Nr 24, wytłumaczenie żartu z Lukiem i Leią. Tu tłumacz przekracza wszelkie granice. Skoro daje do tego przypis, to zakłada, że ktoś może “Gwiezdnych Wojen” nie znać (sic!).

Z tym (sic!) bym uważał. W ogóle zauważyłem, że wszystko to, co wydaje się Panu oczywiste, musi być oczywiste dla wszystkich.

Nie „musi” lecz „jest”. To są „Gwiezdne Wojny”, na rany Krzysztofa!

Ja: Ale skoro zakłada, że ktoś może nie znać, to czemu spojluje jedną z najważniejszych rzeczy w Sadze?! Dobrze, że nie powiedział, kto był ich ojcem.

Bo inaczej nikt nie zrozumiałby aluzji. Być może powinienem także to wyjaśnić osobnym przypisem…

Arrrrgh! To są „Gwiezdne Wojny”! Oprócz tego – tutaj widać nieszanowanie czytelników. Pierwszy powód – spojlerowanie (jeżeli ktoś mógłby nie znać „Gwiezdnych Wojen”, bo taką sytuację Pan dopuszcza). Drugi – da się wydedukować o co chodzi, a skoro się da, to znaczy, że inteligencję czytelników, tworząc przypis, Pan podważa.

Ja: Nr 11, skurcze Braxtona Hicksa. Z treści komiksu można wywnioskować czym skurcze te są. Tłumacz ewidentnie posiłkuje się Wikipedią, gdyby tego nie robił nie pisałby pierdół.

Szanowny Panie, jako mąż pani, która urodziła dziecię, nie muszę „ewidentnie posiłkować się” żadnym źródłem, aczkolwiek sprawdzałem swoją pamięć na jakimś portalu związanym z ciążą.

Ale cóż mnie obchodzi Pańskie życie osobiste? A Pan myśli, że skąd ja się wziąłem, z kapusty? Że nie mogę podpytać? Że nie znam kobiet? Kobieta to jest zjawisko, z którym ja się spotykam, parokrotnie. W Pańskim przypisie widać Wikipedię, to, co Pan napisał raczej by się na portalu związanym z ciążą nie pojawiło. Skąd wiem? Bo oczywiście przerzuciłem masę wątków z for na ten temat. I gdyby Pan zrobił to samo, to przypis byłby skonstruowany inaczej.

Ja: Skurcze owe mają dużą siłę dopiero w drugim-trzecim trymestrze, wcześniej bywają nieodczuwalne i totalnie nieregularne (nie można mówić o żadnej częstotliwości). Pomijam fakt, że przecież każda kobieta ma inaczej i jedna zacznie je czuć w 5. a druga 8. miesiącu.

Nie bardzo rozumiem, czemu ma służyć ten wywód? Ma się kompletnie nijak do treści przypisu i sytuacji w komiksie, gdzie kobitka rodzi, więc mniej więcej wiadomo, w którym miesiącu ciąży aktualnie jest. Pańską niewiedzę w tej materii mogę tłumaczyć tylko młodym wiekiem…

Ten wywód służy tylko i wyłącznie temu, żeby pokazać, że wprowadza Pan czytelnika w błąd (tak jak z kapucynką). Oczywiście, że ma się nijak do sytuacji w komiksie! Sam przypis ma się nijak! Jego mogłoby wcale nie być, bo sytuacja jest jasna – kobieta rodzi i ma skurcze. Pan jednak czytelnika na siłę uszczęśliwia.

Ja: Nr 9, ma’am. Raz – przecież to oczywiste. Każdy, kto widział jakikolwiek western, czy film, którego akcja dzieje się w Texasie, to wie. Ale jest jeszcze druga sprawa – gdyby tłumacz przełożył ma’am na pszepani, albo psze pani, nie byłoby potrzeby robienia przypisu.

A jeśli nie oglądał? Ech, te oczywiste oczywistości… No i ta druga sprawa – będąc znawcą moich nędznych przekładów, zapewne zauważył Pan, że zwrot „Psze Pani” występuje w nich nader często. W Y2 i Y3, które od paru tygodni czekają na skład, także są. Nie zawiedzie się Pan.

Znawcą nie jestem, bo przecież przekłady owe bojkotuję. Oczywiście, że się nie zawiodę, bo do „Y” z Manzoku nie sięgnę. A jeżeli już – tylko po to, żeby pochylić się nad kolejnymi przypisami.

Ja: Moje rady: mniej Wikipedii, więcej logiki, aluzje należy zostawić do odkrywania czytelnikom, a nie podawać wszystko na tacy, by pokazać jakim to się jest wspaniałym i obytym tłumaczem.[..]

Jak już nie raz w tym tekście – myli się Pan. Tłumacz nie jest li tylko tłumaczem. Skoro Pan tego nie rozumie, to już Pana problem. „Natrętny nauczyciel” nie każe ani Panu, ani nikomu innemu korzystać z przypisów i zostawia odkrywanie aluzji własnemu intelektowi. To jedna z „oczywistych oczywistości” towarzyszących wszystkim przypisom. I nie chodzi o udowadnianie, jaki jestem „wspaniały” i „obyty”. To akurat pozostawiam czytelnikom. Może się Pan zdziwi, ale komentarze, jakie przychodzą do redakcji wydawnictw, różnią się nieco od Pańskich. Pozwolę sobie nie skorzystać z Pańskich rad. Większość z nich zresztą ma się nijak do sposobu, w jaki pracuję.
Niniejszym pozdrawiam i nadstawiam drugi policzek.
Krzysztof Uliszewski

Ależ ja się temu nie dziwię, że Pan moich rad słuchać nie będzoe. Oczywistą oczywistością jest to, że Pan korzystać mi z tych przypisów nie każe, niestety gdybym kupił „Y” z Manzoku denerwowałyby mnie te durnowate, redundantne, czerwone cyferki na co trzeciej stronie. Mam nadzieję, że swoją pracę, dotyczącą Pańskiego policzka, wykonałem właściwie.

Rob: Przypis 37 – Bobby FisCher, panie U.

Pan Rob niech zwróci się w tej sprawie do: a) osoby, która wprowadza tekst w dymki, b) korektora.

harry: A kto wie, jak został przetłumaczony staaary jak świat dowcip o łodziach podwodnyhch (what’s long and hard and full of semen)?

Jeszcze nie doszedłem do tego tomu, aczkolwiek pewien pomysł już mam. Może jednak Pan Łukasz pokaże, jak „to” się robi?

Również nie doszedłem do tego tomu. Bardzo mi przykro.

gonz: A – Łukasz – fajnie się dowiedzieć że moja teoria spiskowa o powodzie powstania przypisów jest naszym wspólnym wnioskiem :D

Hm, trochę się dziwię, że poważni faceci spędzają wieczory na snucie teorii spiskowych. Czyżby Pan Gonz wolał to niż pracę nad kolejnym komiksem? A tak przy okazji – życzę wszystkiego najlepszego. Mam nadzieję, że recenzje Pańskiego dzieła (o ile wyjdzie) na stronie kolegi Łukasza będą pozytywne.

Strona nie jest moja, lecz kolegi Konrada. Ja tu jestem na przyczepkę i czasem robię dym. Niestety najprawdopodobniej recenzja „Odmieńca” się tutaj nie pojawi (jeżeli komiks będzie dobry). Obiektywność byłaby zachwiana. Gdyby czytał nas Pan częściej, wiedziałby Pan, że mamy pewne zasady dotyczące niezależności, na przykład nie przyjmujemy egzemplarzy recenzenckich, w odróżnieniu od ulubionej przez Pana Alei Komiksu.

Japonfan: Nie ma to jak kurwa napisac ze Harrison był gitarzysta Beatlesów. Potem nic kurwa nie nagrał i Traveling Wilburys nie założył i nie finansował filmów Monthy Pythona.

Słynna już logika forumowa. Przypis nie jest od tego, żeby podawać biografię osoby, ale zasygnalizować, kim była.

Konrad: Ja polskie wydanie kupiłem, jestem w stanie wznieść się ponad dziwaczną fantazję tłumacza przy czytaniu komiksów.

Myślę raczej, że chodzi o niechęć sięgania po słownik przy co drugim dymku (bez urazy, oczywiście)

Maciej: Z tego co widzę to wychodzi, że tłumacz po prostu nie wyłapał większości “smaczków”. A to co skojarzył to i opatrzył przypisami.

A więc drogiego Pana Macieja proszę o podanie chociaż JEDNEGO przykładu niewyłapania przez tłumacza któregoś ze „smaczków”. Mój adres zapewne Pan zna. Liczę, że znajdzie Pan w sobie dość zapału (i odwagi cywilnej), by udowodnić mi niedoróbki.

Maila przypominam: ku[a_tukej_maupa]poczta.neostrada.pl. Sam nawet niedoróbkę podać mogę.

karolkonw: ale rpzeciez ten koelś to jakiś palantinio bez inwencji pomyslu …mozgu?

O, proszę. Grunt to merytoryczna wypowiedź, pełna przykładów i argumentów. Czytając jednak Pana inne wpisy, nie liczyłbym na nic innego.

Verminard: Cóż, właśnie zobaczyłem, że do nowego Authority pan U. zrobił przypis kim jest Tony Blair…
Może on, jak jedna z postaci z nowego A., zakłada, że “Komiksy są dla debili”.

Nie, ale biorąc pod uwagę fakt, że za 5 lat dzisiejsi 13-latkowie nie będą mieli zielonego pojęcia o tym, kim był Blair, uważam, ze przypis jest zasadny. Zresztą, nie tylko ja, bo to, czy przypis ma zostać, czy nie, decyduje redaktor. Co ja zresztą mówię o przyszłych czytelnikach. Proponuję Panom wyjście na ulicę i zrobienie ankiety. Jedno proste pytanie: „Kto to jest Tony Blair”. Pewnie się zdziwicie.

Windom: Przesadzacie chyba z jechaniem po kolesiu, różne matołki czytają komiksy i mogą niektórych odniesień nie zrozumieć. Lepiej za dużo przypisów niż za mało.

A Pan co tu robi? Chyba będzie ban.

Niestety muszę zaskoczyć. Windom jest „swój” – może co najwyżej dostać ostrzeżenie.

Verminard: qba – kup, nie jest tragicznie. Treść Authority rekompensuje tłumaczenie

To zdanie jest dwuznaczne. Powinien opatrzyć je Pan przypisem.

gonz: Tłumacz wykazał się przerostem ego i traktowaniem czytelnika jak półgłówka, prostaczka nie wiedzącego o Świecie tyle co on (koń by się uśmiał, a ze śmiechu zdechł), ale ja tam nic do samej treści raczej nie mam.

Nie, szanowny Panie. Wręcz przeciwnie. Mam ogromny szacunek dla czytelnika, dlatego dbam o to, żeby już na etapie oddawania przekładu do korekty nie było w nim literówek i innych drobiazgów, które są trudne do wyłapania. Uważam jedynie, że w czasach 30-procentowych maturzystów każdy utwór, jeśli ma trafić do szerokiej publiki, musi być zrozumiały. Nawet odnoszący się do realiów polskich, a co mówić o amerykańskich! Gratuluję też samopoczucia, pozwalającego ocenić podejście tłumacza do czytelnika na podstawie jednego komiksu. Zachęcam do przeczytania kilku książek, albo obejrzenia paru filmów, które tłumaczyłem. Wtedy będziemy mieli płaszczyznę wspólnej komunikacji.

Konrad: Ale to nie jest trochę tak, że patrzycie na tego gościa głównie przez pryzmat głupot jakie wypisuje w komentarzach na Alei Kopistów?

No właśnie… w zasadzie to nie wiem, co powiedzieć na takie bzdury.

Ja: to jest MOCNE przypuszczenie. Zawsze się mogę mylić.

Owszem, myli się Pan. Nie tylko w tej kwestii, jak to wykazałem powyżej, choć nie sądzę, bym Pana przekonał.

Trafił Pan w sedno.

Ja: A spójrz na Y Str. 30, kadr 2, 5 sekund, powinno być 4

Oczywiście, że powinno być 4. Tylko czego to dowodzi? Wg mnie niedopatrzenia korekty. Ale CO Z TEGO? Dyskredytuje Pan tłumacza, opierając się na JEDNEJ cyferce? Proszę wziąć do ręki byle książkę. Średnia liczba błędów i błędzików wynosi mniej więcej 2 na STRONĘ.

Nie dyskredytuję z tego powodu, to był taki przykładzik.

Ja: Inna beczka – matka Yoricka jest w Kongresie reprezentantką, a tłumacz podobno tłumaczy “senator”. A tam czarno na białym “representative”.

To jest właśnie przykład granicy, do której niebezpiecznie się Pan zbliża. Zamiast pisać nieprawdę, proponuję sięgnąć jednak po wydanie Manzoku (jakoś nie wierzę, że Pan go nie ma). Przekona się Pan, że idiotyzm, o którym Pan pisze, nie występuje w moim przekładzie.

Tu się przyznaję. Powiedział mi o tym kolega, który wydanie Manzoku ma, a ja po prostu przekręciłem. Dzisiaj sprawdziłem w Matrasie i fakt, akurat ten idiotyzm nie występuje.

Ja: Nie wie, że są dwie izby (co w komiksie jest zaznaczone)? A w przypisach tłumaczy jak to częściowo działa system USA. No kurdesz!

No kurdesz! Co prawda jestem anglistą, ale proszę sobie wyobrazić, że wiem jak wygląda system rządów w USA. Sugerowanie czegoś przeciwnego jest poniżej wszelkiej krytyki.

Moje domysły opierały się na tych samych informacjach, co zdanie powyżej. Gdy byłem w Matrasie to również to sprawdziłem, Pan napisał „reprezentantka Kongresu” czy jakoś tak. Poniekąd cofam.

Tak samo, jak ogólny poziom „wymiany” poglądów na forum. Ja rozumiem, że Panowie muszą przelewać swe wynurzenia na stronach kolegów, bo przecież ktoś musi się potem odwdzięczyć. Takie towarzystwo wzajemnej adoracji. Rozumiem też, że powyższa sytuacja jest psychologicznie uwarunkowana (jako mąż pani psycholog wiem, o czym piszę). Mimo to jednak prosiłbym jeszcze raz o umiar w wycieczkach osobistych. Stały dostęp do Internetu nie gwarantuje, jak widać, przyswajania dobrych manier i obyczajów.

Mój dziadek był rzeźnikiem, czy przez to mogę nazywać ludzi świniami kiedy mi się podoba? Bo przecież wiem coś o tym. Rozumiem, że zapoznał się Pan z całym materiałem na Motywie Drogi, skoro stawia Pan tezy o odwdzięczaniu i adoracji. Bo jako mąż pani psycholog powinien Pan wiedzieć, że zanim się postawi analizę, należy dogłębnie poznać zjawisko.
Y

Przyszedł również drugi mail:

Myślałem, że na jednym mailu zakończę korespondencję z Panem, ale jak widzę, chęć zaistnienia na forum jest dla niektórych nie do odparcia. Uzupełniam więc wątek „kulturalnych” komentarzy:

timof: co do str. 30 facet wali do niej “pani kongresmen” – w dymku zmienia się w “przepraszam, pani brown”.

No cóż, pozostaje mi pogratulować oryginalnego podejścia do tłumaczeń. Pozwoli Pan jednak, że pozostanę przy swoim. W ogóle, niech każdy robi to, co potrafi. Niektórzy wydają komiksy, inni je tłumaczą i niech tak lepiej zostanie. „Pani kongresmen”? Przy kolejnej rozmowie z prof. Bralczykiem nie omieszkam podsunąć mu tego kuriozum językowego.

timof: z “cipą” mamy dalej znów problem. s. 111 – pojechanie “pizdą”, a potem na następnej stronie gadki o “cipie”, we wspominanym już temacie.

Oczywiście, bezsprzeczny błąd redakcji. Na str. 111 powinna być „cipa”, skoro już wszędzie takiego słowa użyto.

kłania się w przypisach jeszcze jedno: przypis 26 – tłumacz przyznaje się do robienia w chuja ludzi w tłumaczeniu fablesów i przy okazji odrobienia lekcji z dyskusji na gildii. choć teraz wyłania się groteska: mockingbird=cook robin=drozd.

Pominę formę, w jakiej udziela się Pan na publicznym forum, chociaż pozwolę sobie zauważyć, że od człowieka, który ma wpływ na kulturę (nawet, jeśli jest to tylko pop-kultura), oczekiwałbym więcej. Wyjaśnię więc tylko, że nikogo w nic nie robię przy tłumaczeniu „Baśni”. Powody, dla których Cock Robin to Drozd, są trzy: akcja dzieje się w USA, gdzie „robin” to właśnie polski „drozd”, a dwa – nawet przy założeniu, że Cock Robin jest imigrantem (co faktycznie jest prawdą), używanie terminu zoologicznego „rudzik” jest nieco sprzeczne z ideą, która przyświeca tłumaczowi i wydawcy. By może nawet połowa czytelników wie, że rudzik to taki ptaszek, ale i tak drozd brzmi bardziej swojsko, co – i tu po trzecie – pobrzmiewa echem w opowiastkach dla dzieci o droździe, zadziobanym przez inne ptaszki. Zauważę przy okazji, że o izainteresowaniu moimi tłumaczeniami dowiedziałem się stosunkowo niedawno od jednego ze znajomych czytelników, kótry podesłał mi kilka linków do Alei Komiksów. Stąd nie bardzo rozumiem, co ma Pan na myśłi mówiąc o „odrabianiu lekcji”. Nie rozumiem zresztą wielu komentarzy, stąd swojej ignorancji w tej kwestii się nie dziwię. Mówiąc szczerze, nie sądziłem, by kogokolwiek interesowało, kto i co tłumaczy. Z drugiej strony to jednak ciekawe, że takie rzeczy wzbudzają emocje. Dobrze, że te pozytywne przeważają. No i na koniec „groteska”: cóż tak groteskowego widzi Pan w tytule powieści „To Kill a Mockingbird”? To, że tłumacz przełożył go na „Zabić drozda”, a nie „Zabić przedrzeźniacza”? Tłumacz tej książki zrezygnował z „przedrzeźniacza” dokładnie z tych samych powodów, dla których ja zrezygnowałem z „rudzika”. Może wystosuje Pan protest do pana Szymańskiego za to, że także zrobił z czytelników to i owo?

I żeby rozwiać rodzące się natychmiast podejrzenia: Ni ejestem użytkownikiem forum o pseudonimie „kas”. Fakt, że jego argumentacja pokrywa się z moją, uznaję jednak za światełko w tunelu niezrozumienia zasad, jakimi kieruje się praca tłumacza.

Niniejszym kończę i jeszcze raz pozdrawiam. Jako cżłowiek dość mocno zajęty, nie będę więcej komentował żadnych wypowiedzi/recenzji/artykułów. Z tej prostej przyczyny, że – o ile znów ktoś nie podeśle mi do nich linka – nie będę nawet o nich wiedział. Jednocześnie zachęcam wszelkich krytyków do końtaktu bezpośredniego. Zawsze chętnie rozwieję wszelkie wątpliwości.

Pana Krzysztofa trzymam za słowo i na tym zakończę tę telenowelę. Do następnego odcinka „Y” ten temat nie powinien powrócić na Motyw Drogi.

komentarze 124

  • szkoda czasu

  • to sobie pozwolę na komentarz, skoro jest czytany.
    jak już pan będzie kręcił koło nś69, to proszę zajrzeć i tu: http://gender.i3.edu.pl/pl/GS/intro
    tak a propos stron 30 i 31.

    co do słowa „cipa” – jakby go nie użyto, to wywód byłby bez sensu.

    co do żonglerki faktami – to jedyne badania jakie kojarzę na dużą skalę w świecie z umiejętności czytania, to badania pisa (2000, 2003 i 2006). w żadnych z tych badań nie byliśmy jednak na przedostatnim miejscu. a nawet niech pan sobie zaktualizuje zbiór takich faktów o to, że w 2006 byliśmy na 9 miejscu (na 57 państw)! najgorzej wypadliśmy w 2000 – 30 na 32 (nie przedostatni!). więc nie jest tak źle i nie ma co wyrywać włosów z rozpaczy i ksiąg z przypisami do każdego słowa pisać.

    i postuluję o sensowniejsze wyjaśnienie culper ring w następnych tomach, jak i tego drugiego;d

  • Gdyby to nie było na mojej własnej stronie, w życiu nie dotrwałbym do końca. Jestem tak wymęczony przez te wszystkie formy grzecznościowe, że chyba sobie sprawię lepszy słownik.

  • Muszę przyznać że źle oceniłem pana tłumacza. Wziąłem go za zwykłego debila, a rację jednak miał Gonzo. Uliszewski po prostu uważa czytelników za debili, co nie raz podkreślił w swojej ripoście.

    No cóż, kłania się dyskusja o nowelach graficznych. Komiksy po prostu są dla idiotów! LOL

  • wow. przeczytałem… wcześniejszy wpis ominąłem i trochę teraz żałuję.

    przypisy mi nie przeszkadzają, ale nie wiem czy są zasadne. nie podoba mi się bardzo jedna rzecz w rozumieniu pana Uliszewskiego.

    zakłada Pan, że różni ludzie czytają i że niektóre osobniki (30% maturzyści) mogą traktować komiks hermetycznie.

    to co oni tylko komiksy czytają (o ile w ogóle czytają cokolwiek oprócz ulotek)? jeżeli można takimi dokładnymi przypisami opatrzyć komiks to co z książkami? taki King np. powinien mieć przepisy co akapit, bo przecież facet w książkach odwołuje się non-stop do życia codziennego i pop-kultury. strach pomyśleć ile miałby ponad 1400 stronicowy „Bastion” z przepisami na modłę tych z „igreka”.

    wydaje mi się, że pewne rzeczy należy zostawić czytelnikowi. o ile tłumacz ma prawo decydować o pewnych zmianach (żartów, powiedzonek), stosować bardziej pasujące słowo, nazwę, o tyle edukowanie czytelnika niech zostawi samemu autorowi.
    nie chce mi się wierzyć, że istnieje osoba, która kupi komiks, przeczyta i stwierdzi że jej się nie podoba bo ona nie wie o co chodzi z żartemu u Lei i Luku albo nie wyjaśniono kto to jest Tori Amos.

  • >O tym było wyżej. Jeśli Pan mi nie wierzy, proszę poczytać statystki. Ludzie naprawdę tego nie wiedzą.

    Proszę o przedstawienie tych statystyk dotyczących rozpoznawalności Joplin, Houdiniego i Amos w społeczeństwie. Rozumiem, że jednocześnie z tych statystyk wynika szeroka rozpoznawalność Scully, Elvisa i Lennona.

    > Pan Rob niech zwróci się w tej sprawie do: a) osoby, która wprowadza tekst w dymki, b) korektora.

    Ten błąd nie zdarzył się w tekście wprowadzonym w dymku, zaś błędy ortograficzne popełnione w nazwiskach obciążają w równym stopniu zarówno tego co je popełnił jak i korektora.

  • Oczywiście przepraszam wszystkich za długość tego wszystkiego (Konrada w szczególności). Uwierzcie, że mnie to też niesamowicie zmęczyło.

  • Chciałbym niektórym przypomnieć że, w Polsce, poza 15/20 osobami, które dyskutuje ze sobą na różnych forach i blogach, jest jeszcze około 1000 osób, które komiksy kupują, nie wdając się w jałowe, często wulgarne, spory.

    Czytając ‚Y’ faktycznie uśmiechałem się widząc przypisy przy tylu nazwiskach, ale też znam wiele osób, którym, gdyby tylko czytały komiksy, byłyby wielce pomocne. Jest całkiem sporo ludzi, którym nazwiska J.Joplin, T.Amos nie mówią nic! (To że tylu naszych rodaków jest w UK, również nie znaczy że T.Blair jest bardziej rozpoznawalny) Także nie generalizujcie, że wszyscy widzieli Gwiezdne Wojny, a jak nie to będą chcieli to zrobić w przyszłości. A wydawnictwo chcąc zarobić musi przygotować treść dla jak największej liczby potencjalnych klientów. Zawsze da się lepiej ale ja nie uważam tego za najgorszą metodę.

    Z listy błędów tłumaczenia, największy jest ten z imieniem. Jednakże nie dlatego, że posiada w sobie podwójne ‚y’, lecz zdrobnienie, które pojawia się później (zdaję się na słowa lukaszb ;) Szkoda, że tego Pan Uliszewski nie skomentował.

    I wolałbym, jako czytelnik, aby artykuły, każdego rodzaju, nie były pisane w amoku :)

  • (niesforny kolega PJP mode ON)
    Zostałem bohaterem drugoplanowym artykułu ma MD! Robię sobie screena na pamiątkę!
    (niesforny kolega PJP mode OFF)

    Panie Tłumaczu.
    Mój tok rozumowania wygląda tak: wyjaśnienie kim jest Tony Blair nie jest konieczne dla zrozumienia sensu wypowiedzi o tym, że Tony Blair zamierza przyjąć 5000 uchodźców. Można się domyślić, że raczej u siebie w kraju, bo nie w domu. Wobec tego musi być jakimś przywódcą państwa. Jakim – nieistotne. Tyle wynika z logiki myślenia. A jeśli ktoś chce wiedzieć dokładnie – google.pl

    Na drugi zarzut nie odpowiem, bo jakże tak na zaczepkę?

    Łukasz, nadal jesteście blogasskiem kmh, którzy czytają wasi koledzy, a nie wortalem\magazynem o komiksach. Przykro mi. :)

    Napiszę o wszystkim u siebie, żeby cementować blogosferę, czyli potwierdzić, że jesteśmy ziomami, rękę rękę myje itp. :) Bo przecież musimy przelewać swe wynurzenia na stronach kolegów, bo przecież ktoś musi się potem odwdzięczyć. Takie towarzystwo wzajemnej adoracji.
    Czyli dowolna grupa dyskutujących to towarzystwo wzajemnej adoracji…

    Ciekawe kto z Alei doniósł Panu U. i jaki miał w tym cel… Tak, nie ma jak teoria spiskowa przed snem.

  • Przy fragmencie, w którym w zaparte idziesz w dysputę o kapucynce wymiękłem. Facet ma swoje przyzwyczajenia i jakiś tam warsztat którego się trzyma i tyle. To ,że martwi się o kretynów którzy sięgają po komiksy, a nie o czytelników którzy wolą ściągać oryginały, świadczy raczej o marginalnym traktowaniu komiksu w Polsce, nie o chęci robienia z czytelnika idioty.

  • ej!
    kto to jest ten Elvis?

  • Dojechałem do połowy. Dalej nie dam rady czytać. Może w ciągu dnia się uda. W każdym razie…
    POWNED
    Miażdżysz Łukasz. Jedziesz dalej Jo!

  • Odnosze wrazenie, ze wiele osob lepiej by sie czulo, gdyby zamiast strony z przypisami, byla strona z reklamami…
    Przypisy sa i tyle – dla jednych przydate, dla innych nie ale po co szaty rozdzierac?
    Kto nie potrzebuje niech nie zaglada – w czym problem nie rozumiem? Usagiego tez nalezy olac bo srednio co opowiadanie trafia sie ‚Ronin*’ albo ‚Ri*’?

  • Chyba masz rację, lepiej bym reklamy przyjął. A w „Usagim” akurat mnie to wkurza. Tylko w „Usagim” należy wziąć poprawkę, że każdy tom można sobie spokojnie przeczytać oddzielnie, więc taki przypis jest potrzebny dla potencjalnego czytelnika zapoznającego się z nim pierwszy raz.
    Oczywiście, że przypisy jednym się przydadzą innym nie, ale wystarczy spojrzeć na istotę tych przypisów, na to, jakie są głupie. No w „Authority” jest przypis co to jest zimna wojna. Z krzesła spadłem prawie.

  • Wlasnousznie mialem do czynienia z ludzmi (sadzac z glosu mlodymi), ktorzy kozystajac z komputera nie wiedzieli np. co to ‚Spacja’ zatem bez trudu moge uwierzyc, ze ktos potrzebuje wyjasnienia na ‚Tori Amos’ albo ‚Zimna wojne’ – nie wiem czy taki ktos siegnie wogole po komiks (czy tez cokolwiek do czytania), ale jesliby siegnal to dla niego przypis bedzie na miejscu a Ty nie masz przeciez obowiazku go czytac.

    PS. Ale przeciez kazdy wie co to ‚Ronin’… : )

  • Ale ja nie rozumiem – czemu Amerykanie takich przypisów nie potrzebują? Kto to Blair, Amos czy co to zimna wojna? Są mądrzejsi, bardziej obyci? Nie. Tak samo jak my nie jesteśmy. To różnica podejść do czytelnika. Jak Radek c.z. zauważył – tu chodzi o traktowanie komiksu jako takiego. Znowu powracamy zatem do dyskusji komiks vs. powieść graficzna i odprysków…

  • Amerykanie nie potrzebują, bo u nich jest masa komiksu kierowanego do targetu „matura na 30%”. U nas jest większa szansa, że ktoś taki sięgnie prędzej po program telewizyjny niż po komiks (książki jako takie w ogóle pomijam), ale jeśli już po ten komiks sięgnie to przypisy bardzo mu życie ułatwią, ba! Może nawet trochę poszerzą wiedzę o świecie. Zatem z jednej strony rozumiem decyzje Manzoku (bo to raczej sprawa wydawnictwa niż tłumacza, co się w komiksie ma znaleźć) o zamieszczeniu tak obszernych przypisów, z drugiej zaś totalnie mi to wisi, bo i tak sięgnę prędzej po amerykańskie wydania.

  • co do tego testu na obycie, to nawet przy założeniu że taki był wynik jak bez podparcia wspominał pan U, to przypominam – tak naprawdę licealiści u nas komiksu prawie nie czytają. więc nie widzę sensu.

    Dwa – tak pan U dawał Łukaszowi po łapkach za złośliwość i wycieczki osobiste, ale sam się ich już ustrzec nie mógł. Ba – rykoszetem i mnie się dostało. Nawiasem mówiąc jak już się ‚moje dzieło’ ukaże, to na Alei, z którą powiązane jest przecież Manzoku, akurat na pozytywny tekst nie liczę. Za ‚aleję kopistów’ chociażby. za wyróżnienie uznam jeśli ktoś tekst na temat mojego dzieła napisze samodzielnie. Nie ważne, na razie ‚moje dzieło’ wisi sobie gdzieś tam w nieokreślonej przyszłości, dziękuję za pamięć.

    Co do ‚uczynnego’ – to na pewno czytelnik z Alei, a nie któryś redaktor albo wydawca?

    po czwarte – jezusicku, ciężkie toto. ledwo dobrnąłem do końca. Jak na typa który ma mało czasu itd to się pan U spiął…

  • sorenito

    Rozpieprzają mnie te pseudonaukowe wywody.
    Panie Ulatowski, słaby z pana tłumacz.
    Łukasz, fajnie, że chcesz naprawiać świat, ale mon, czasem wystarczy krótkie: spierdalaj.

  • JAPONfan

    A ja sie odniose do mojej osoby. Harrison byl nie tylko gitarzysta w zespole ale równiez spiewal, pisal teskty i muzykę i to będąc członkiem The Beatles. Miejsca nie bylo na wiecej tekstow przypisow? To zawsze mozna o nim nie napisac.
    Ew. zrobic strone tylko z linkami do odpowiednich stron w internecie lub encyklopedii.
    O tym jak powinien wyglac dobry przypis napisalem nizej, dajac przykład „Ghost World”.
    Jak powinno wygladac dobre tłumaczenie pisałem na forum gildii ale tu też sie powtórzę: Robert Stiller.

  • „Co do ‘uczynnego’ – to na pewno czytelnik z Alei, a nie któryś redaktor albo wydawca?”

    Spiski, spiski, spiski! The truth is out there… ;-)

  • no tak to zwykle bywa że ‚podszeptywacze’ rzadko kiedy nie są zainteresowanymi.

  • A ja się u śmiałem też dojechałem do środka bo się zmęczyłem i jednym jegomościem i drugim. Dla mnie to kpina tracić tyle siły na spór odnośnie imienia głównego bohatera, gdzie jak dla mnie jakby było śmieszniej imię Yoryk brzmi o wiele lepiej, ale po co dyskutować o przypisach boszzze ludzie wyluzujcie, możecie to czytać lub nie jak wiecie o co chodzi to tam nie zaglądacie chyba nie ? Jak dla mnie to oczywiste.

  • Wiem, że to męczące było, sorry. Jak dla mnie to imię jest po prostu bardzo ważne. Dlatego tracę tyle siły. Chciałbym czasem powiedzieć „spierdalaj”, jak mi tu doradził soren, ale nie potrafię. Takie dyskusje mnie pochłaniają niestety.

  • Hej, mialem dwa podejscia i ostatecznie fragmenty opuszczalem (glownie te przy czarnych paskach bo poza grzecznosciami tresci bylo pa jednym zdaniu w kazdym akapicie).

    Mam takie pytanko do posiadaczy oryginalu, czy po angielsku agentka 355 tez nie chce sie poruszac po Bostonie, Massachusetts za dnia bo przeciez sa na poludniu?
    Pozyczylem swoj egzemplaz szefowej (mam nadzieje, ze poradzi sobie z nagromadzeniem odwolan pop-kulturowych) wiec nie sprawdze w ktorym miejscu dokladnie, ale to moj ulubiony fragment.

  • jest southie, a co to znaczy to każdy może sprawdzić.

  • Chciałbym się dowiedzieć przed zakupem polskiego Y czy są tam jakieś poważne błędy tłumaczenia gdyż kłócenie się o imię bohatera czy ilość przypisów w moim odczuciu są bzdurne i bezcelowe. Uważa Pan, że poprzez danie tak dużej ilości przypisów tłumacz traktuje czytelników jak idiotów gdyż tłumaczy oczywistą oczywistość, niech mi Pan uwierzy na słowo są tacy ludzie, którzy nie oglądali Gwiezdnych Wojen i oglądać nie zamierzają, takie nazwiska jak Tori Amos czy Janis Joplin poza tym, że ledwie obiły mi się o uszy nie kojarzę, ale czy to czyni mnie ignorantem, który nie ogarnia pop kultury. Albo inaczej czy gdyby w komiksie były odniesienia do takich postaci jak HBK, HHH czy SCSA, które w Ameryce są rozpoznawalne od 20 lat a tłumacz dałby przypis to miałbym mieć pretensje gdyż w Polsce te skróty są rozpoznawalne dla mniej niż 1000 osób?

  • Mi trudno jest cokolwiek powiedzieć o polskim wydaniu Y, bo jak udowodnił już anglofil/adwesarz/Pan Uliszewski Krzysztof przczytałem je tylko daltego, że nie lubię zaglądać do słownika. A jako, że nie lubię, to tłumaczenie owe było dla mnie niczym manna z nieba, pierwiosnek po burzy i tak dalej.

    A kłócenie się o imię byłoby znacznie bardziej interesujące, gdyby tłumacz odniósł się do pytania, jak w następnych tomach zamierza skracać Yoryka.

    Może per Ryś?

  • mr. b – a proszę przedstaw mi komiks, w głównym nurcie, który rzuca hasłami o wrestlerskich operach mydlanych na prawo i lewo. i to jeszcze z taką formą hhh, a nie bardziej znaną triple h.
    i mylisz się, znawców i miłośników udawanych naparzanek jest znacznie więcej niż te 1000 członków jakiegoś mikroklubiku. cena rządzi!

  • Chętnie usłysze zdrobnienie od doskonałego Yorik.

  • Myślę, że najdoskonalsze jest po prostu nietłumaczone Yorick – Rick.

  • littleninja- ale czy Twoim zdaniem taka dyskusja niczemu nie służy? Przecież tylu rzeczy można się z niej dowiedzieć. A kwestie tłumaczeniowe są otwarte- oczywiście, jest sporo stałych reguł, ale na ogół trzeba je dostosowywać do tłumaczonego tytułu. Kwestia przypisów jest trudna, podobnie jak kwestia tłumaczenia imion. Tak naprawdę każdy tłumacz robi jak uważa. Potem mozna konstruktywnie krytykować. Tutaj wyszło dosyć dyskusyjne krytykowanie, ale i tak dobrze się bawiłem czytając tę szermierkę słowną.
    pzdr888

  • Tylko po co bylo w takim razie w jednym akapicie wspominać o skrócie i podawac 4 rożne formy, które mają tą sama wadę, jako lepsze ?

    Choć to akurat nie do Ciebie zarzut.

    A ponieważ nie czytałem po angielsku, to czy ktoś mi może wyjaśnić o co będzie chodziło z tym zdrobnieniem – jesli sie da bez spoilera. Jakaś laska krzyknie do niego Yo Rick ? Bo skoro jest taki dym, to na pewno jakaś wazna dla historii sprawa.

  • Gdyby w tych dalszych tomach była sytuacja z wołaniem „Yo Rick!”, to ja proponuje przetłumaczenie imienia głównego bohatera na Henryk, wtedy mozna byłoby to przetłumaczyć na „Hej! Ryk!” i ten misterny żart autora zachowałby się między słowami.

    Nie mówiąc już o tym, że w Henryku mamy tylko jedną literę Y więc symbolizm jest zachowany. Poza tym, Henryk to też bardzo szekspirowskie imię.

    Wilk syty, a owca cała.

  • A ja mam wrażenie, że „30% maturzysta” to nie czyta komiksów.

    Nie sądzę, żeby taki cep wydawał kilkadziesiąt złotych jakąś rozrywkę dla jajogłowych pedałów. Raczej pójdzie na piwo i dżagi.

    Ale ja jestem tylko głupim chujem, który kiedyś tam spędził dwa lata swojego życia ucząc w liceum i nie wiem nawet, na którym miejscu jesteśmy pod względem czytania komiksów, a co dopiero bycia debilami. Wiem jednak z obserwacji empirycznej, że odkąd rzuciłem nauczanie, to poziom dna się mocno obniżył. Albo mi poziom tolerancji się zmienił.

    Ogólnie wesoło.

  • Widać, że sezon ogórkowy w pełni:) Dwa zajebiście długie teksty na temat przełożenia imienia bohatera komiksu i ilości głupich przypisów. No ale spoko, rozumiem pasję. Ja np. bardzo nie lubię jak komuś metka wystaje z ciuchów. Zawsze mam ochotę podejść i schować. Każdy ma jakiegoś bzika:)

  • A ja wiem czy wesoło? Ogólnie całym zamieszaniem jestem trochę zniesmaczony. Może wiecej luzu w odbiorze komiksów? To nie jest encyklopedia zoologiczna, żeby przepychać się odnośnie kapucynki… Swoją drogą zarówno robienie do niej przypisu, jak i późniejsze go czytanie (no przecież jest ona nawet na okładce:)) jest …
    Skąd ta niechęć między Wami Panowie, skoro niby się nie znacie? Macie wspólnego znajomego, który dla jednego jest przyjacielem a dla drugiego wrogiem, czy co? Oba teksty zawierają przecież wycieczki osobiste. Taki jest mój odbiór tego wpisu. I proszę, nie każcie mi przytaczać przykładów owych wycieczek, bo szkoda mi czasu na ponowne czytanie tych przydługich ciętych ripost… A propos ciętych ripost, to przypomniał mi się pewien dowcip ;)

  • Sezon ogórkowy w tej branży to mit. I w dzisiejszej kulturze jako takiej. W zeszłym tygodniu na MD ukazało się 6 tekstów z czego dwa były poświęcone tłumaczeniu Y.

    Czy warto o tym rozmawiać? Jasne, że warto, bo tłumaczenia to zawsze fajny temat. A tutaj mamy aż dwa wątki: to czy warto i w jaki sposób należy tłumaczyć imiona bohaterów, oraz ile i do czego należy stosować przypisów.

    To już jest jednak sprawa pomiędzy Łukaszem a Uliszewskim, że wybrali taki sposób, a nie inny. Trochę szkoda.

  • @timof: dzieki, Twoj przypis wyjasnil mi to czego nie moglem zrozumiec :)

  • JAPONfan

    Moja była dziewczyna tez nie widziala zadnej czesci gwiezdnych wojen. Ale wiedziala kim jest darth vader jaki ma zwiazek z Lukiem, kim jest dla nich Leia. Ba, wiedziala ile bylo gwiazd smierci. Skąd? Bo widziala tryliard programów gdzie przewijaly sie te informacje. Programy na Mtv o wielkich momentach w kinie. Filmy gdzie byly odwolania (chocby „Clerks”). W simpsonach kurde to było. Da sie nie obejrzeć filmu i wiedziec „o co cho”.

  • Konrad, jak mawia Janek Pospieszalski „warto rozmawiać” na każdy temat:) Tylko w moim odczuciu problem rozrósł się do rozmiarów, których nawet Łukasz pierwotnie nie przewidział pisząc swój tekst. Ale ja broń boże nie narzekam z tego powodu. Musi być przecież jakieś życie na osiedlu.

  • no cóż, trzepanye kapucynky

  • a jeszcze wrócę do wrestlyngu na chwylę – jest taky pan hulk hogan, co za użytkowanye hulka co roku wpłacał marvelowy 200 tys. dolarów. tak z cyekawostek.

  • Timof, czy pisanie „y” zamiast „i” to maniera czy też zepsuta klawiatura?

  • testuję język polsky bez „i”, tak jak bez mężczyzn. coś w tym jest…

  • Drogi Tymofie, jeżeli już testujesz, to konsekwentnie!

  • coś jak ‚nuż w bżuhu’. jakby.

  • z innej beki, tak mi dziś przyszło do głowy – a może pan U jest niewyżytym belfrem? To by sporo tłumaczyło. ktoś coś wie?

  • Pan U sam z siebie sporo tłumaczy.

  • 1 . nierozumiem dlaczego ktos kto nigdy nie siegnal po gwiezdne wojny mialby siegnac po ten komiks , chyba tylko przez przypadek , na wyprzedazy ksiazek we wladyslawowie jak kolonie stana sie juz naprawde nudne
    2. bardzo lubie czytac i wogole przezywac kwestie dotyczace tlumaczenia, to jest troche tak ,ze jak na czyms sie nie znamy to lykamy wszystko co sie nam podaje, czy to przy okazji tlumaczen ksiazek/filmow czy nawet informacji prasowych , a w momencie kiedy te informacje dotycza dziedziny , na ktorej sie dobrze znamy i jestesmy w stanie je zweryfikowac , to bardzo czesto okazuja sie bublem , robionym na szybko przez kogos kto ani nie ma odpowiedniej wiedzy ,ani serca zeby sobie to odpuscic , albo sie douczyc, przyklad kapucynki , zdrobnienia imienia w nastepnych czesciach i mozliwosci spojlowania gw sa wlasnei takimi rzeczami , ktore uwielbiam sam znajdowac . super tekst

  • Ba, poza tym dzięki takim sytuacjom, dowiadujemy się, do jakiego rzędu i rodziny należą właściwie kapucynki!

  • kończąc już klepanie w tym wątku ze swojej strony dodam tylko, że tydzień hejtera znakomicie by pasował gdyby rozpoczął się 21 lipca czyli wg. kalendarza wilqa w międzynarodowy dzień wkurwienia

    pzdr888

  • Mi bardziej pasuje nazwa „tydzień nienawiści”, ale już trudno, poszło w las!

  • no prosz, a kiedyś to Łukasz był purystą językowym.

  • Z całą sympatią dla autorów tego bloga, nie podoba mi się ten cały wątek. Krytyka tłumacza jest grubo przesadzona. Yoryk brzmi dużo lepiej – ewentualnie można było zostawić oryginał. Jeśli Ty Łukasz wymawiasz „jorik” to masz ten śmieszny słowiański akcent, ale zabawne jest, że potraktowałeś go jako wyznacznik :D

    Nie obraź się, ale znowu postanowiłeś pochwalić się swoją erudycją i ok, ale nie trzeba było jeździć po tłumaczu „jak po starej babie” (uh!) i do tego personalnie co pięć kroków.

    Elvis jest znany każdemu, a Tori – nie. To fakt. Pomnik Waszyngtona (ha! przez „w” i „y” :) ) na pewno niewielki odsetek rozpozna. Gwiezdnych Wojen nie oglądali wszyscy – zapewniam Cię! Moja dziewczyna nie kojarzyła tytułu „Blade Runner”. Oczywiście mógłbym się z niej śmiać: „Ha ha ha, przecież każdy to zna!” Otóż nie każdy i nic w tym zdrożnego!

    OK, było parę błędów i parę rzeczy dyskusyjnych, ale krytyka była kiepska, a asekuracja „nie czuję się krytykiem” zabawna. Prowadzisz najbardziej znanego bloga o komiksach w kraju, recenzujesz komiks i nie czujesz się krytykiem. Tu nie ma się co czuć – jesteś nim – to jest fakt.

    Odpowiedź tłumacza (nawet jeśli nie zgadzam się z nim w kilku sprawach) zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie. Po pierwsze potraktował krytyczny tekst i jego autora bardzo poważnie i kulturalnie (aż miło się czytało). Niestety w tym wpisie Łukasz, kontynuujesz Swój „lekki styl”, który sprawia, że wyważone zdania Uliszewskiego wręcz świecą przykładem.

  • A tak w ogóle, to skoro spolszczamy wymowę na twarde „y”, to czemu nie zrobić z tego Joryk?

    Bo teraz, to brzmi jak Woyciech. Albo jak Woysko Polskie.

    A wtedy, tadam, Łukaszu, miałbyś jedno Y ;)

  • Jarek – wtedy będzie najbardziej słowiańsko

  • @godai: no miałbym. Ale nie z Y na początku ;).

    @klos: cieszę się, że darzysz nas sympatią i masz pełne prawo do takiej opinii, coś ją wyraził. Ale parę spraw krótko wyjaśnię.

    Waszyngton – ja tylko podążyłem za linią wyznaczoną przez pana Uliszewskiego (patrz przypisy) ;).

    Nie napisałem, że nie czuję się krytykiem, lecz recenzentem. A jeżeli idziemy dalej w znaczenie tych słów to od razu wyjaśniam – krytykiem, owszem, jestem, w sensie negatywnych ocen, nie recenzenckich analiz. I wielokrotnie tutaj pisałem, że nie chcę być rozpatrywany przez pryzmat recenzenta, także to nie jest jakaś dupna asekuracja. Zawsze to mówiłem, jak np. linkuję gdzieś notki to linkuję jako np. „o Hellblazerze”, a nie „recenzja Hellblazera” itd. Bo popatrz na przykład – czy ostatni tekst Konrada o „Zonie” to recenzja? To, że to jest taki a nie inny blog, nie ma znaczenia. Ja się recenzentem po prostu nie czuję. Gdyby ktoś mi dał lukratywną propozycję napisania recenzji do jakiegoś pisma, to bym jej pewnie nie przyjął. Bo tutaj to uprawiam tę swoją pisaninę i sam mogę wyznaczyć ramy i powiedzieć głośno – nie czuję się recenzentem, tam niestety byłbym właśnie rozpatrywany przez taki pryzmat. To chyba tyle. A wymawiany przeze mnie „Yorik” jest bardzo zblizony do „Yorick”, dziękuję, nie narzekam ;).

  • No i to nie jest „najbardziej znany” ale „jedyny znany” hyhy

  • Hehe, od Yoricka jest jeszcze bliżej do Yoryka. W tym Hamlecie, którego ostatnio trzymałem w łapach – też była ta wersja. Barańczak nie jest świętym. Stare tłumaczenia Szekspira były ocenzurowane, a ich język stał się zbyt archaiczny do grania na scenie. Jednak czytając nowe i stare przekłady – wcale nie jestem przekonany, że nowsze jest zawsze lepsze.

    Krytyk pisze recenzje (może być i recenzent). Tak, uważam tekst o „Zonie” za recenzję pełną gębą. To, że brak Ci śmiałości by pisać do gazety to Twoje prawo, ale nic to nie zmienia – jeśli opisujesz wrażenia z filmu to jest to „recenzja filmowa”, co najwyżej „amatorska”. Jeśli chcesz to jakoś rozgraniczać.

    Każdy może mieć swoje zdanie, ale trzeba uważać z ustalaniem co jest „oczywiste”.

    Tłumaczowi oberwało się zanadto. IMHO

  • Też mi się tak wydaje, choć podstawowe pytanie jest takie, czy obowiązkiem tłumacza jest tłumaczenie tekstu czy też całego kontekstu.

    W innym tłumaczonym ostatnio przez Uliszewskiego komiksie jest przypis do Zimnej Wojny i Ukladu Warszawskiego.

    Jeżeli przypisydotyczace tych zagadnień były w wersji oryginalnej, to nie ma problemu, fajnie, że zostały przetłumaczone.

    Ale na serio, po co okraszać takimi przypisami? Tłumacz czuje misje edukacji? I pytam się raczej z ciekawości niż żądzy zakazu, intrygują mnie motywy. No i wiesz, czytelnicy chcą być traktowani poważnie, a gdy im się zaczyna tłumaczyć, kim był Tony Blair, to zachodzą podejrzenia, że tłumacz ma ich za idiotów :)

  • Konrad, jesteś za stary. Ty wiesz, co to UW, ja wiem, „podrzędny bloger” Łubiel wie, co to zimna wojna.

    Ale „30% maturzysta” nie, bo mógł to jedynie znać z lekcji historii, z jakąś starą pierdołą, które: a) przespał, b)przegram na GBA, c) przewagrował.

    Układ Warszawski właśnie się rozkładał, kiedy tegoroczny maturzysta uczył się wydawać okrzyki oznaczające, że się zmoczył. Zimną wojnę może znać z filmów o Bondzie. Najwyżej. Tu Uliszewski ma sporo racji.

    Aczkolwiek ja powtórzę: to nie jest target komiksu. Chyba, że takiego jak Batman i syn…

  • Jak najwyżej? Z setek filmów, jak już 50 lat historii nowożytnej przespał (to mozliwe?).
    Ech, nieważne… dzisiaj dostałem kolejnego maila od pana Uliszewskiego, ale nie miałem siły go przeczytać całego… po prostu nie miałem. Może jutro to zrobię. Obiecałem, że temat nie powinien tu już powrócić, a pan Uliszewski obiecał, że więcej się odzywać nie będzie. Także nie wiem co z tym mailem zrobię. Ale są tam takie kwiatki:
    „Panie Łukaszu, jakość Pana wywodów jest ŻADNA, ZEROWA, i tylko dlatego zdecydowałem się w ogóle Panu odpisać. Pańskie zarzuty przypominają mi argumenty przedszkolaków w piaskownicy: „Jesteś ‘be’, bo nie umiesz kolorować obrazków”. Na takim poziomie jest Pańska argumentacja.”

    czy

    „Dlatego właśnie wznoszę się ponad takie pseudo-recenzencko-babielowe brednie i – jak to napisał na jakimś forum jeden ze znajomych rysowników: „Oczywiście, rozumiem wszelkiej maści frustratów, którzy, sami nie potrafiąc, czerpią chęć do życia, wypisując rozmaite „recenzje”, ale z takich osobników śmieję się całą drogę do banku”. To wystarczy za cały komentarz. Będę śmiał się w głos, Panie Łukaszu, za każdym razem, idąc do banku po wypłatę kolejnego honorarium za moje tłumaczenie. Może nawet podeślę Panu co jakiś czas jakiś tomik. Z dedykacją. Oczywiście nie z egzemplarzy autorskich. Kupię za swoje.”

    Jeżeli miałbym streścić w trzech słowach, to co mówi do mnie powyżej pan Uliszewski, to będzie to bardzo znana w internecie fraza „żal mi ciebie”. A taki poziom to już chyba se daruję.

    Ogólnie nie rozumiem dwóch rzeczy – skoro jestem taki mierny, a on się wznosi, to czemu wciąż do mnie pisze skoro obiecał tego nie robić? Odpowiedź – obsesja. Druga sprawa – w tym mailu on pisze tak jakby to miało iść znów w publikę (ba! znowu się odnosi do poszczególnych komentarzy), dlaczego nie umieści komentarza pod notką tylko wysyła mi kobyłę na maila. Odpowiedź – obsesja. Bo przecież ja w panelu IP widzę, czy coś. Ech…
    Tak jakby info w nagłówku maila nie było.

  • Łukasz – ty podpaliłeś. Potem dolałeś oliwy. To co miało wyjść? Lody owocowe? :D

    A co do samych przypisów: Ja też nie lubię nadmiaru przypisów. I zgadzam się z dużą częścią argumentów tylko nie z formułą frontalnego ataku. Ale już nie ma co drążyć.
    Ciekawe czy tych przypisów nie wymógł wydawca – czasem to się zdarza.

    Na rozładowanie atmosfery. Nie wiem czy ktoś pamięta podręcznik licealny „Romantyzm” z lat 90tych. I przy wierszu „W Weronie” Norwida:

    Nad Kapuletich i Montekich domem,
    Spłukane deszczem, poruszone gromem,
    Łagodne oko błękitu*.

    * Księżyc.

    To był najbardziej mistrzowsko spieprzony przypis jaki widziałem w życiu. :D

  • a ja powiem jedno nienawidzę gwiezdnych wojen heh :D

  • @klos – zabiłeś mnie. Po prostu to zrobiłeś. Looooooool. :D :D

  • no to ście sie pozabijali
    qba ..no wiesz ja tam za dużej szermierki to właśnie nie zauważyłem…

  • Prawdą jednak jest wszechobecność popkultury. Moja żona obejrzała GW raz, przesypiając średnio 80% każdego filmu.

    ja: Słuchaj, kojarzysz, co łączyło Luke’a i Leię?
    Żona: To ci z tych Gwiezdnych Wojen?
    ja: Tak.
    Żona: Leia to ta z tymi barankami z włosów?
    ja: Tak.
    Żona: No… To oni rodzeństwem byli. Znaczy, na początku coś tam romantycznie, ale się potem dowiedzieli.
    ja: Brawo.
    Żona: Ale ja tego nie pamiętam z filmu, tylko z tego, że mi to opowiadałeś przy paru okazjach.

    Jednym słowem, no cóż, większy ze mnie fan ST:NG, więc nie ma co zwalać na okoliczności, ale skoro nawet Żona wie, że Luke i Leia, to jutro w ramach badań zapytam Matkę. Bo Koledzy z Pracy to się chwalą, który gdzie była na polskiej premierze, której części, więc się nie liczą.

    Tak na marginesie, podkusił mnie ten, co to do banku nie chodzi, do takich małych badań statystycznych.

    @klos: dziękuję za przypomnienie tego fragmentu. Kojarzy mi się z dawnym mym przyjacielem, który dorobił do niego inny rym. Umiliłeś mi wieczór :)

  • @godai – hehe ;). Ale to w gruncie rzeczy ciekawy temat jest. Ile trzeba znać filmów by sprawnie się w popkulturze obracać, co jest grzechem nie znać, ile trzeba znać słów by się sprawnie komunikować ;). Takie tam zabawne ;).
    A ten co do banku chodzi – niech mu będzie. W sumie to taka dość oczywista opinia, asekuracyjna. Ale to też takie „Ja potrafię rysować, oni są zawistnymi frustratami”, czyli zamykanie ust ludziom przy krytyce. Bo też z drugiej strony – ciężko jest się czasem niektórym pogodzić z tym, że im nie wychodzi. Bo się nie oszukujmy, temu co do banku chodzi nie zawsze wychodzi ;).

  • http://www.forum.gildia.pl/index.php/topic,13232.msg764756.html#msg764756

    cytat za ostatnim postem. A topik zamknął ówczesny moder Gil :) Stare dobre czasy.

  • Taa. Znalazłem sobie wcześniej ;).

  • Wiesz łukasz z Tomkiem Kontnym już jakiś czas się wlecze taki projekt komiksu który robimy razem i on oparty jest tylko i wyłącznie na porównaniach z popkultury i naprawdę nie da się wszystkiego widzieć wiedzieć sam musiałem odgrzać kilka filmów żeby lepiej to w komiksie poszło. W pierwszych 4 stronach np leci upadek z daglasem podziemny krąg,taksówkarz z deniro i nie chodzi o to, że to jakieś strasznie wyszukane, w żadnym bądź razie, tylko że każdy ma prawo czegoś tam nie znać zapomnieć itp, ja mam kumpla który matrixa nie widział a inny rocznie ogląda 2 filmy..piję do przypisów abstrachując od formy, na tego typu forach to wszyscy zjadacze popkultury są ale wyjdziesz do szerszej publiczności i zaczynają się jaja i kwestia nie tego że ktoś tam ułomny jest, tylko spędza swój wolny czas w zupełnie inny sposób…cholera bedę musiał z Tomkiem pogadać o przypisach bo właśnie mnie olśniło, że na każdej stronie będziemy musieli walnąć co najmniej jeden 0_o heh

  • Ok, to robię comming out: nie oglądałem „Pulp Fiction”. Nie lubię Tarantino. A większością kultowych cytatów z tego filmu zostałem i tak nafaszerowany przez kumpli ;->

  • ja mam to z GW :P

  • problem tylko polega na tym że nie wszystko jest aż tak nośne żeby skumać tak czy siak

  • Pozostaje za to pytanie czy każdą aluzję trzeba znać by utwór czytać? Często jeśli przypis jest do jakiejś aluzji, której nie znałem to ignoruję ją – nie rusza mnie. Po prostu aluzje są dla tych, którzy je potrafią rozpoznać. Innym są do szczęścia zbędne bardzo często. Chyba, że jest to kwestia kluczowa – np. jeśli ktoś nie wiedziałby na kim swoim strojem i maską wzoruje się V z „V for Vendetta” to straciłby moim zdaniem niebezpiecznie dużo. Ale praktyka dowodzi, że nie znając kontekstu i np. życiorysu Szekspira – ciągle można czytać „Hamleta” czy „Romeo i Julia” z frajdą. Tak mi się wydaje.

  • Nie, pytanie jest inne: czy tłumacz, lub autor, ma ułatwiać czytelnikowi życie i tłumaczyć wszystkie aluzje? Nikt nie powinien objaśniać własnych żartów.

    Skoro Paweł z Tomkiem robią pełen popkulturowych odniesień komiks, to na cholerę to tłumaczyć? Wyobraźmy sobie, ze to angielski komiks i Uliszewski, lub jakikolwiek inny tłumacz z podobnym nastawieniem, potem go tłumaczy na polski, w dobrej wierze okraszając dziesiątkami przypisów.

    A gdyby taki tłumacz miał przełożyć na polski „48 stron”? Już widzę te przypisy:

    *Obcy – bohater filmu „Obcy – ósmy pasażer Nostromo”

    Dla mnie samą frajdą jest szukanie dzieł do których jest aluzja czy nawiązanie, i świadomość, że sam, wreszcie, po jakimś czasie, skumałem żart.

  • Czasem bez zrozumienia jakiejś aluzji traci się za dużo by zrozumieć historię (jak w przykładzie V4V – główny bohater i historia „wyrasta” z aluzji).

  • no to jest na rozmowę przy piwsku anie na forum bo każdy z nas idzie swoim tropem :)
    maciej ma rację czas zakończyć …

  • Konrad tu dał bardzo dobry przykład – „48 stron”. Tam jest tego od groma. I jakoś nie było trzeba przypisywać. Bo sęk jest w tym, że nawet taki kumpel co ogląda 2 filmy rocznie, jak sięgnie do „48 stron” 6 lat później to już zapewne więcej zroumie. I tak dalej…

  • tylko że Czesi bodajże na 48 stronach się już nie poznali, wiesz to komiks odpowiedni do odpowiedniego targetu i co do tego kolesia z 2 filmami rocznie to nie poznałby się na połowie a może i nawet w 70% na tym komiksie a poza tym nie lubi komiksów uważa że są złe więc szkoda gadać, to specyficzny chłop :D..chooopaki proponuję obgadać to przy piwie język żywy bardziej atrakcyjny :P. podchodzimy pod setkę z postami :)

  • Zgadzam się z Pawłem ;). Piwo i pitu-pitu. Rozwiązanie dobre.

  • Powiedział ten co mieszka najbliżej ;-)

    48 stron jest komiksem z gatunku „hermetycznych”. A „V4V” to literatura, którą świetnie się czyta i u nas – przy czym podejrzewam, że większość czytelników dopiero z tej pozycji dowiedziało się o czymś takim jak „Guy Fawkes Day”. Dobry przypis nie jest zły.

    A, właśnie – jest rozwiązanie pośrednie: umieścić przypisy na końcu. Nie rozprasza przy czytaniu, a zajrzy ten kto ma ochotę. W komiksach rzadko stosowane, ale się chwalebnie zdarza.

  • Zdarzyło się w „Y” i w sumie OK, że na końcu. Ale te czerwone cyferki z indeksem górnym… zgrzyt.

  • we wrześniu wracam do kraju już na stałe więc luuz mogę się kopsnąć do łodzi zresztą w zeszłym roku specjalnie przyleciałem więc nie widzę problemu tee klos :)

    klos..no gwiazdka powinna być
    lukasz… hehe

  • Nie rozumiem, czemu niby nie można o tym rozmawiać w internecie?

  • ech bo klepanie po klawiszach i tłumaczenie czy rozmawienie na różnych płaszczyznach cię nie męczy ? a tak przy żywej rozmowie pach pach i już wiesz na czym stoisz ktoś łapie twoją wizję popartą przykładem i tyle, a tak poza tym myślę że temat w tym wątku nieco się już wytarł, nie uważasz ?:)

  • Nie, nie uważam, właściwie odnoszę wrażenie, że dopiero teraz są jakieś konkrety zamiast wyliczania, ile procent czego wie o czym i dlaczego.

  • co do powyższego że nie każdy jest zjadaczem popkultury. Po pierwsze nie zapominajmy co oznacza pop. Popularna (to odnośnie wpisu Godaiego). Po drugie – jak ktoś nie żywi się popkulturą, to nie sądzę, że sięgnie po Y. I w ten sposób przypisy pozostają jako popis oświecenia tłumacza.

    Mistrzowskie to było w V4V wspominanej. Idzie jakiś wiersz czy poemat, nie pamiętam co, sympathy for the devil stonesów? chyba nie, może faust? e nie, coś anglojęzycznego. a tak, faust. tłumacz zamiast chropowato strugać tłumaczenie czy coś, zdecydował się na bodajże pana twardowskiego, czy coś w ten deseń. Panią twardowską. Przeniesienie kontekstu na inne realia kulturowe z zachowaniem znaczenia. bez mądrzenia się wykładania prostaczkom kawy na ławę. To ja wolę w ten sposób.

  • No ale to prowadzi do sytuacji jak w „Shreku” czy „Asteriksie”, kiedy tłumacz wymyśla połowę żartów po polsku. I gdzie tu wtedy obcowanie z zagraniczną kulturą?

    Pełna globalizacja śmiechu.

  • no ale ja mówię o przypisach ogólnie, nie odnośnie tego tematu, to co miałem to powiedziałem w pierwszym poście w tym wątku… ja spadam :)

  • @konradh: ja wolę polskiego Szreka. Bez kitu. Oczywiście, oryginalny jest fajny, ale ja nie kupuję Batmana po to, żeby obcować z amerykańskimi realiami, tylko żeby czytać komiks o kolesiu w płaszczu.

    Jeżeli coś jest osadzone w jakimś kontekście, to trzeba to dostosować. W filmie nie machniesz przypisów, więc trzeba zmieniać kontekst. Tylko dlatego, że w komiksie można dodać cyferki w dymkach – to nie uzasadnienie.

    Przykładem Azyl Arkham – rozumiem, że niektórzy nie skumali, że „My, naród…” to deklaracja taka czy owaka, ale już wyjaśnienia, że jakieś zdanie pochodzi z jakiejś piosenki jakiejś kapeli, w której grał scenarzysta… Chuja mnie to obchodzi, że on tam grał? Ten przypis jest tak samo zbędny, jak to jego nawiązanie do własnej innej twórczości. Nawet, gdybym nie wiedział, jak facet się nazywa, to by nie wpłynęło na odbiór dzieła – a tak zostawiło posmak megalomanii i/lub ograniczenia twórcy.

    I z tymi przypisami podobnie – połowę można spuścić w kiblu bez żadnej szkody dla niczego.

  • kamaSUTRA

    przeczytałam ten topik z ciekawości. Poprzedni olałam, bo komiksy czytam rzadko, ale skoro pojawił się #2, to myślę – a co tam, luknę. Szkoda, ze tak pozno. łapki mnie swedziały, coby wpisać się od razu, ale wolałam skoczyć do matrasa i kupic ten komiks. teraz jestem gotowa. Łukasz, wielkie sory, ale leżysz na dechach i kwiczysz. Przyczytałam #1 i #2, i nie obraź się, ale takiego popisu megalomanii nie widzaialm juz dawno. Co prawda ktos juz ci to wytknał, ale nie moge się powstrzymać. Jessu, ostrzegasz ludzi przed tłumaczem, a nie krytykujesz jego tłumaczenia, tylko znajomość biologi, ewentualnie przywiazanie do Hamleta sprzed 100 lat, i w ogole jego samego. Jakby to byl twoj osobisty wrog, ktory zamordowal ci kotka. Zamiast mnie odstraszyc, swoim tekstem zacheciles mnie do kupna komiksu, ktorego bym nigdy nie kupila ;) i wielkei dzieki, bo fajny jest. taka sexmisja 2. Mnie tez zdraznily debilne numerki w tekscie, ale sory – zeby z tego powodu otrzegac kogos przed tlumaczem? No stary…
    Poczytalałam pare wpisow na ten temat na waszym blogu. wiekoszosc to żenada, ale te o przypisach sa ciekawe. Dawac czy nie? ja nie wiem, mi połowa nie była potrzebna, bo do rozumenia akcji nic nie wnosi. Ale z drugiej strony fajnie sie dowiedziec, co chodzi w tej czy innej kwestii. Samej nie chcialo by mi się sprawdzać. a, i nie wierz, ze wszyscy znają stare GW. Gownazeria oglada klony i reszte tych nowych gniotow, a nie poczciwe, stare GW z hamillem i fordem.
    Gdybyś może nie atakował gościa personalnie, to by cię zignorował, a tak… masakra, zgnoił cie. W #2 wijesz sie i kręcisz, traggicznie to wygląda. Zebyś jeszcze chociaż odniósł się do tego, o co ludzie pytali, czyli o bledy w tekscie. Ja nie mam oryginalu wiec nie moge nic na ten temat powiedziec, ale skoro milczysz, to rpzyznajesz sie, ze dales cialka.

  • Myślę, że skoro dyskusja na tyle Cię zachęciła, że kupiłaś sobie ten komiks, to super. Wręcz świetnie!

  • kamaSUTRA

    wiesz, musz eprzyznac, ze tez sie ciesze. Sporo moich kumpli czyta, ale mnie jakos nie krecily (no z wyjatkami). Jak ktos dal, to poczytalam ;) Ale ten Ostatnie z facetó ;) jest calkiem calkiem. Pytalam w księgarni kiedy nastepny, ale na razie nikt nie wie.

    i wolalabym ze by zachecala mnie fajna recenzja, jak np te wasze newsy o filmach, a nie takie podjazdy personalne. Chociaz, z punktu widzenia biznesu to wszytko jedno ;) No, ale teraz poczytam wasze info o komiksach, moze jeszcze cos dzieki temu kupie

  • Wiesz no, ostatecznie to nie był tekst na temat komiksu, a jedynie o jego tłumaczeniu :)

  • @kamaSUTRA – chyba nie do końca do Ciebie dotarło, kto tu się wił i kręcił w tym pojedynku.

    To trochę tak jak swego czasu „Wprost” utrzymywał, że Gołota stoczył równy pojedynek z Tysonem.

  • kamaSUTRA: nikt nie wie, kiedy drugi tom Ygreka, bo wydawca, delikatnie pisząc, jest nieprzewidywalny. ;)

  • @kamaSUTRA: Wiesz, ja się nie odzywam, bo tak jak Konrad jakiś czas temu, wsiąkłem w robotę i muszę znaleźć rytm ;). Rzadko ciałka daję, a jeszcze rzadziej się do tego przyznaję. W sumie – to, co tutaj robimy to hobby, a nie robota.

    Co do Twoich odczuć – jak tam sobie chcesz, Twoja wola. Zauważ, że nie przestrzegałem stricte przed tłumaczeniem, a pracą Uliszewskiego (pierwszy akapit #1), czytaj uważniej. A jak zapewne zauważyłaś skupiłem się na konkretnych rzeczach – imieniu, podtytule, przypisach. O samym tłumaczeniu nie napisałem praktycznie NIC, bo go nie znam, bo komiksu po polsku nie mam. Za to, co napisałem, a okazało się, że poprzekręcałem z przekazów tych, co komiks po polsku mają – przeprosiłem.

    Nie czuję się zmasakrowany, wręcz przeciwnie po ostatnim mailu od pana U. (którego wciąż nie przeczytałem). Fragmenty, które udało mi się przeczytać świadczą, że nie ja tu mam obsesję. No i ja dotrzymuję słowa – temat tutaj nie powróci do czasu ukazania się drugiego tomu Y.

    Cieszę się, że sięgnęłaś po komiks i mam nadzieję, że sięgniejsz jeszcze nie po jeden.

    No i na koniec – ta dyskusja jest już na tyle wyświechtana, że ja jestem w stanie się z każdym po kolei spotkać i przy piwie to obgadać. Byle nie stukać w klawisze ;). Z Tobą też, przy okazji poznam sekret Twojego nicka. Tylko nie zrozum mnie źle, bo przecież masz tyle lat ile masz ;).

  • sekret jest taki, że ma na imię Kamila.

  • kamaSUTRA

    hm… wlasnie sie zarumienilam. NAjpierw paru facetow na mnie krzyczy, a potem wlasciciel blgasa mnie podrywa ;)
    Ale teges, spoko, zerknelam na pierwszy tekst i zwracam honor. Faktycznie czepiasz sie tych trzech rzeczy. Soraski.
    Na temat obsesji sie nie wypowiadam, chociaz biorac pod uwage objetosc #2 to cos mi sie zdaje, ze ty tez lubisz poszukac dziury w calym, hehe ;)
    Po komiksy na bank siegne, wlasnie przeczytalam wasze niusy o Queen & country, Autority i XIII. NA razie pozycze ;) jak będa OK to kupie sobie. Chociaz wole dobry filmik, przyznam uczciwie.
    Dobra, czas spac. Poczytalam jeszcze raz ta wasza klotnie i mimo wszystko – sorki, ale dales cialka ;)
    PS. Piffka nie pijam, ale dobrego drinka…? Kto wie? Wlasnie dobijam do Wawki, wy chyba tez w stolicy jestescie.
    A ten mój nick… ;) ;) ;) TAJEMNICA!

  • kamaSUTRA

    nie no… i juz po tajemnicy. Bleee ;)

  • spandau

    @rob – heh, no nie wiem. wdziałem nie jedną jatkę na gildii albo na alei, ale tak spunktowanych konkretnymi argumentami zarzutów jeszcze nie widziałem. Sam byłem ciekaw, czemu yoryk a nie yorik, teraz już wiem. Zarzuty dot. małpy albo tego Jacobsa to w ogóle jakaś paranoja. Generalnie brakuje mi tylko odpowiedzi na pytanie o zdrobnienie. Tutaj gościu niestety podpadł. Poza tym rozwalił Lukasza na amen.

    @Jarek – co fakt, to fakt. Manzoku leci sobie w kulki za każdym razem. Po jakiego grzyba zapowiadać wydania, a potem zlewać czytelnika? Pewnie powód jakiś jest, ale ich milczenie w tej materii mnie wkurza

  • A na nazwisko Sutra?

  • kamila: to ja jestem właścicielem, nie on!

    spandau: ano, owszem, paranoja.

  • @spandau: zwróć uwagę, że wiedza czemu „Yoryk” nie równa się temu, że to najlepsze rozwiązanie. Co do spunktowania – chyba czytałeś zbyt pobieżnie. Na przykład „Zarazę” spunktował? Śmiem wątpić.

    No i inna sprawa – jeżeli ktoś twierdzi, że zostałem rozłożony na łopatki to jednocześnie może mówić, że jestem debilem. Bo przecież wrzuciłem odpowiedzi pana U (rozkładające mnie na łopatki) z własnej nieprzymuszonej woli. Przecież nie musiałem. Przecież gdybym uznał, że faktycznie zostałem rozłożony, to bym jego odpowiedzi nie wrzucał, takie miałem prawo gdy odpisał mi na priv, a nie w komentarzach do #1. Uznałem tak jak Rob, że pan U kręci. Także z szacunku do mojej inteligencji, przeczytajcie raz jeszcze co on tam napisał, może zerkniecie pod innym kątem.

    No i na koniec – gdybym chciał to bym z pana U zrobił infantylnego paranoika gdybym wrzucił tu jego ostatni mail (z którym dalej się do końca nie zapoznałem). Ale tego nie robię. Nie tyle z szacunku do niego, co do czytelników. Przeżyję, że parę osób uzna, że dałem ciała. No cóż, takiego bohatera potrzebuje Gotham.

  • nie no, stary, szacun dla ciebie że wrzuciłeś jego reply. Nikt ci tego nie odbiera. Ale i dla niego szacun, że ci odpisał. To, że nie na forum, jest dla mnie oczywiste. Sorry, ale jednak nasze blogaski nie są traktowane przez „poważnych” ludzi zbyt poważnie. Mi chodzi tylko o to, że facio potraktował cię bardzo poważnie, i poważnie odpowiedział na twoje zarzuty. Odpowiedział w sposób, który mnie, i nie tylko, jak widzę teraz na forum, przekonał. To czy yoryk jest lepszy od yorika czy nie, jest tak subiektywne, że w ogóle nie ma co gadać, a ci co mieli to w dupie, przyjmują do wiadomości, dlaczego kolo tak to napisał. Generalnie zresztą, myślę, że publika ma gdzieś całą tą jatkę ;) A to, że kolo ci odpisuje świadczy imho o tym, że jednak na czymś mu zależy i nie zlewa opinii na swój temat. Jak czytam posty o Egmoncie, Manzoku, Mandrze, to sorki, ale tamci goście mają nas gdzieś. chętnie bym poczytał takie właśnie polemiki na jakimś forum (no, może bez sypania złośliwościami). To byłoby zajebiaszcze.

  • kamaSUTRA

    rob – nie SUTRA, ale blisko, bliiissssko! ;) No to jak z dym drinkiem? chyba nie wymiękacie, co? ;)

  • Kamila, przestań zarumieniasz nas

    Spandau, na którym forum?

  • Ano.. tego pan U też nie rozumie. Tutaj to nie forum, to komentarze!

    Kama: nikt nie wymięka. A, że właśnie skończyłem robotę to możemy pójść, spoko. Tylko zadzwoń do mnie to się umówimy. Telefon znajdziesz w googlach wpisując odpowiednią frazę. Jeżeli nie znajdziesz, coż – Twoja strata ;)

  • JAPONfan

    Oj bo bede musial wbic szpile. To wbijam. Jest Harrison right? nie ma Lennona right? I teraz, Czy tam jest tez Starr i McCartney? Jesli tak to powinno pisac o Beatlesach a nie o Harrisonie. Jesli jest tam tylko Lennon i Harrison to Harrison nie jest tam z powodu bycia gitarzysta w wyzej wymienionym zespole.

  • kamaSUTRA

    jezu skonczcie juz z tym harisonem i wogle.
    Lukasz – jak ten tel znaleźć? Qurde musze jechać wieczorem do Otwocka na cały tydzien ale w przyszly łykent wnow bede w stolycy

  • osobiscie nie wydaje mi sie, zeby zamieszczanie tutaj prywatnej rozmowy bylo przykladem/dowodem ;) debilizmu-mozna to po prostu potraktowac jako rozwiniecie wczesniej rozpoczetego tematu. polemika cenna rzecz i fajnie przeczytac jak operuje jakis tlumacz [chcialam kiedys takowym zostac i interesuja mnie jakieś-takieś lingwistyczne zabawy], bez wzgledu na ocene jego pracy-nie zapoznalam sie z nia i dlatego nie bede jej komentowac. wydaje mi sie jednak, ze -wylacznie subiektywna opinia osoby baaaardzo pobieznie zorientowanej w temacie- byloby fajniej, gdyby obie strony darowaly sobie wycieczki osobiste…
    howgh

  • Łukasz – nie mieszaj mi tu Gotham do sprawy.

    Ktoś mówił o wyjściu na piwo? Ja chętny jestem.

  • piwo, piwo… ej, a może by tak kiedyś do Powsina? 15 minut spacerkiem z metra kabaty. Ostępy leśne, piwo, w siatkówkę można zagrać, w boule, kiełbe z grila zjeśc. Inna sprawa że uderzam na urlop i pewnie odpadam z pomysłu

  • @godai: Ale to prawda! ;)

    @kama: Normalnie. Znajdź jak się nazywam, wpisz to w google razem z wyrazem kluczem i włala!

  • Hm, do Powsina, to bym mógł rowerem podjechać. To praktycznie na moim przedmieściu. Jak zresztą cała Warszafka.

  • Łukasz, jakiś ty niedostępny :D

    „Znajdź sobie mój telefon w google’ach i zadzwoń!”

    Ale to musiałaby być laska, żeby mi się chciało taką „spławkę” przeskakiwać :D

    Dziś o 21.00 będę w Gotham (Kinoteka) i powiem wam czy kogoś tam nie brakuje ;-)

  • Dziś o 20.00 ja będę w Cyklozie na veganrapie jakbyś szukał rozgrzewki, to niedaleko Kinoteki.

  • kamaSUTRA

    jessu, jaka wiocha! nigdzie zasiegu nie ma! szkoda ze nic z tego nie wjdzie. smacznego piffka. ja sie bede nudzic na smierc.
    @lukaszb – lipa, bo net mi prawie nie dziala. jak wroce chaty to lukne ;)

  • jaszczu króluje z komentami, as olłejs. Karol – żenada. Secenary piszesz niezłe, ale komenty na forach poniżej krytyki. To samo Pała. Boshe. Asdf – w pełn się zgadzam, tak samo jak z klosem. Ten tekścior o Y to po prostu dno dna. Aż dziw, że że znalazł się na tym całkiem spoko blogsie.

Dodaj komentarz