Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

Niedziela siedemdziesiąta trzecia


niedziela · komentarze: 21

niedziela

Konrad z otchłani:
* Byliśmy wczoraj z Martą na „Hancocku”. Taki raczej disneyowski film z dziwaczną, zbyt dosłowną momentami muzyką, nieco jak w „Magdzie M.”. Smith gra Washingtonem.

* „Multiplex” ma już trzy lata, to całkiem dobra okazje, aby sobie do niego zajrzeć, bo ten komiks ma niezłe momenty. Czasem.

* Ostatnie siedem odcinków „Penny Arcade” zostało poświęcone historii „Paint The Line 2″, opowiadającej o znaczeniu ping ponga u schyłku Zimnej Wojny. Wyborne, świetny klimat ala Rocky IV. Ci goście są mistrzami, cóż poradzić.

* I notka z rozwoju osobistego: konferencje prasowe w modnych klubach mają obsuwy podobne do tych z pankowych koncertów. Choć ciasta są lepsze.

Tymczasem u Łukasza:
# Czasem forum Gildii zrodzi ciekawą dyskusję. Czasem. To czasem, jest takie, że jak już jest, to warto o tym powiedzieć. Dzisiaj pytanie „Czy komiks jest sztuką?” w wydaniu terminologicznym. Wyprzedzając – oczywiście nie myślę tak o tej dyskusji, tak sobie pozeruję.

# And now… świat filmu w telegraficznym skrócie. „The Dark Knight” wchodzi na ekrany kin, rozbuchana akcja marketingowa chyli się ku końcowi. Na deser ośmiominutowy filmik z behind the scenes. Prócz tego do obejrzenia: kolejny TV spot „Hellboy II”, czwarty video journal „Watchmen” i hardcore’owy (czyli nie dla niepełnoletnich Amerykanów) trailer oczekiwanego przeze mnie „Choke”. Aha, i „Zbira” mają nakręcić. Animkę.

# W 1973. wyszedł film o Jamesie Bondzie „Żyj i pozwól umrzeć”. Jest to jeden z moich ulubionych filmów o 007, także ze względu na tę piosenkę:

Cowboys and Aliens


internet · komentarze: 5

cowboys and aliens

Dziś, podczas porannej prasówki siedząca ze mną łokieć w łokieć koleżanka, Weronika, zapytała się, czy znam taki komiks jak „Cowboys and Aliens”. Zgodnie z prawdą odpowiedziałem, że nie i mając w pamięci jej wcześniejsze słowa, że nie czyta komiksów spytałem się, skąd w ogóle pytanie. Na co Weronika rzuciła mi tym linkiem.

Robert Downey Jr negocjujący występ w ekranizacji komiksu. Ciekawe. Tylko jakiego? – Do Googlemobilu! – jak zwykłem ostatnio mawiać. Serio. Hej redaktorzy polskich serwisów komiksowych, właśnie zapaliła Wam sie czerwona kontrolka podpisana jako „ekranizacja komiksu”.

No i okazało się, że istnieje taki komiks jak „Cowboys and Aliens”. Ba jest nawet dostępny do przeczytania w internecie! I powiem wam, że nawet jak na moją zwiększoną tolerancje na pulpę, to lektura tych 100 stron komiksu byłą ciężkim przeżyciem. Ale po kolei.

cowboys and aliens

Punkt wyjścia jest całkiem ciekawy: autorzy postanowili zestawić kolonizację Ameryki przez białego człowieka z podbojem ziemi przez kosmitów. Tak też mamy Dziki Zachód, kowboje walczą z Indianami, pif paf, bang bang i nagle z nieba spada latający spodek z bandą uzbrojonych bo zęby obcych. Fabuła przypomina typowy hollywoodzki film sportowy, czyli dobra drużyna dostaje na początku bęcki, aby potem wziąć się w garść i w ostatniej minucie wygrać. Po drodze mamy Indian, którzy łukami wygrywają starcie ze strzelającymi laserami kosmitami, zdradę gościa, który od początku nie zasługiwał na zaufanie, oraz kanion pełen lawy w zamkniętej peryferyjnej kopalni srebra. Słowem, dla miłośników rozrywki klasy B.

Z fajnych zabiegów formalnych na plus można zaliczyć obcych, którzy przez cały komiks wygłaszają kwestie w niezrozumiałym języku. Klimatem przypominało mi to nieco „Authority”. Tyle, że z bardziej średnimi rysunkami.

I Downey Jr. w czymś takim? Chyba nie w roli tytułowej. Zastanawiam się, po co firma wielkości Dream Worksa wykupuje prawa do takiego scenariusza, skoro i tak przepuści go potem przez warsztat swoich własnych scenarzystów. No halo, pomysł na obcych podczas Wojny Secesyjnej był już choćby w drugim Predatorze.

Penn & Teller: Bullshit!


telewizja · komentarze: 12

Penn & Teller: Bullshit!

„Penn & Teller: Bullshit!” jest moim ulubionym TV-Show, który nie jest serialem. Właśnie wystartował szósty sezon tego bezkompromisowego programu i myślę, że warto powiedzieć o nim parę słów. Będziecie mieć też dużo oglądania, zachęcam.

Penn Jillette i Teller zdobyli sławę w Las Vegas jako profesjonalni magicy, żonglerzy i komicy (próbki tego co robią – 1, 2, 3, 4, 5). Swoją sławę wykorzystują w przeróżny sposób, lecz najbardziej rozpoznawalni są teraz dzięki „Bullshit!”. Aha, Teller naprawdę nazywa się tylko Teller, zmienił imię i nazwisko na „Teller” i jest jednym z niewielu Amerykanów, których tożsamość opisywana jest przez jedno słowo. Penn i Teller są duetem od kilkudziesięciu lat i wciąż pokazują triki w Las Vegas. Opracowali pewną rutynę – Penn gada ile wlezie, Teller nie mówi nic. Nic. Przez ponad pięć sezonów „Bullshit!” nie powiedział ani słowa, tak samo jest na scenie. Jego głos usłyszałem dopiero po dokładnym przejrzeniu youtube’a. Ich sposób bycia został wypracowany jeszcze zanim się poznali, Penn by przyciągnąć uwagę publiki przekrzykiwał ją, Teller milkł. Tak zostało do dziś, Penn gada i krzyczy (albo robi tak), Teller robi w tym czasie sztuczki i posługuje się mimiką.

„Bullshit!” jest programem sceptycznym. Penn i Teller są nastawieni sceptycznie do wszystkiego: religii, rządu, wszelkiego new age, nadprzyrodzonych zdarzeń i organizacji, które wciskają ludziom kit. Można powiedzieć, że podobnie jak „Pogromcy mitów” obalają co się da. Różnica polega na tym, że Penn i Teller atakują całe społeczności, systemy, przekonania, a nie jak Adam i Jamie, urban legends.

„Penn and Teller: Bullshit!” jest więc o wszechobecnym kicie, wciskanym nam przez kulturę, rząd, organizacje, prywatne osoby, które na ludzkiej naiwności chcą zbić kasę. Penn i Teller podchodząc do tematu spotykają się z ludźmi z obu stron barykady, z właścicielami firm, naukowcami, psychologami, przedstawicielami organizacji i politykami. Temu co ci ludzie mówią towarzyszy dosadna narracja Penna, który z tymi, którzy są w opozycji do niego, robi głupków oraz bezkompromisowo miesza ich poglądy z błotem. Ich zresztą też. Oto przykłady określeń z losowego odcinka: asshole (najczęściej używane określenie), sickfuck, motherfucker, power-junkie. Penn i Teller naśmiewają się nawet z ludzi, którzy trzymają ich stronę. Umiejętnie edytują materiał, humorystycznie komentują ich wypowiedzi, śmieją się z ich ubioru. Twórcy „Bullshit!” sami się przyznają do tego, że są dupkami.

Penn & Teller: Bullshit!

Nic dziwnego, że „Bullshit!” jest emitowany przez Showtime. Jest kontrowersyjny, obrazoburczy, antybushowski, antyestablishmentowy, ateistyczny i bardzo dosłowny. To program, w którym zobaczysz jak facet rozciąga sobie napletek, gdy jest mowa o obrzezaniu. Zobaczysz jak ludzie depilują sobie strefy bikini, gdy odcinek traktuje o histerii na temat włosów. Inne rzeczy przekraczające granice to np. lewatywa, kolonoskopia Penna i gwiazdy porno. Zresztą, Penn i Teller lubią kląć i pokazywać nagie ciała. Czasem na ekranie pojawiają się cycki, tylko po to, żeby przyciągnąć ludzi do telewizora, albo żeby pokazać, że mogą bez skrępowania je pokazać. Odcinek „Breast Hysteria” zaczyna się od widoku pięknych, piegowatych piersi, głosu Penna tłumaczącego o czym jest odcinek i takiego tekstu:

Yep! Boobs, tits, knockers and junks. Fuck! Is this the best show on TV or what?! In your face „Dancing with the stars”!

Ale najfajniej jest jak Penn i Teller robią ludzi w konia. Zbierają podpisy od hippisów(sic!) by zbanować wodę, wciskają ludziom bezsensowne leczące gadżety i najnormalniej oszukują. Teksty w stylu „Good job, lesbians!” miażdżą.

Ciężko jest opisać z czym dokładnie je się „Bullshit!”, to trzeba obejrzeć. To jest taki sceptyczny, komediowy paradokument ze sztuczkami magicznymi w tle. Najlepiej jak obejrzycie parę odcinków. Na szczęście są na youtube. Odcinek „Profanity”, w trzech częściach: 1, 2, 3. Odcinek „Detoxing” (polecam!): 1, 2, 3. Odcinek o jodze, tarocie i tantrycznym seksie też jest świetny: 1, 2, 3.

„Bullshit!” nigdy nie zostanie wyemitowane w Polsce. Jest zbyt wulgarne, zbyt obrazoburcze i przede wszystkim, zbyt amerykańskie. Penn i Teller poruszają się czasem w tematach, które nie zainteresują widza spoza Usa, jak Wallmart albo Mt. Rushmore. Niemniej, naprawdę warto się wciągnąć w ten TV-Show. W programie goszczą interesujący ludzie, sławni – Chomsky, James Randi (pogramoca Uri Gellera), nobliści; wykonujący niecodzienne zawody – astronauci, prostytutki; i wszystkie świry twierdzące, że porwało ich ufo, że potrafią czytać w umyśle, że umieją rozmawiać ze zwierzętami. „Penn and Teller: Bullshit!” dostarcza wielu radości, wątpliwości i jest rajem dla sceptyka oraz libertarianina.

niedziela 72


niedziela · komentarze: 9

niedziela
Knrd:
* Może zabrzmi to jak bluźnierstwo, ale wolę „Futuramę” od „Simpsonów”. Jednak zupełnie nie znam pełnometrażowych odcinków, warte oglądania? Pod linkiem sporo fajnych materiałów promocyjnych z „The Beast with a Billion Backs”.

* Dodawany do drugiej części „Half Life” „Portal”, poza kilkoma bajerami z fizyką, przede wszystkim podobał mi się za momentami bardzo ciężki laboratoryjny klimat, który sprawiał, że nie byłem w stanie grać zbyt długo w jednym ciągu. Dla osób, które chcą na własnej skórze poczuć coś z tego podczas jazdy samochodem jest dostępny zestaw do GPS w którym nawigator ma głos Glados – komputera, który w grze zarządzał laboratorium. Kripi.

* W tym tygodniku Skutnik odświeżył dwie kolejne gry: łapanie za jajka oraz przeskakiwanie z czaszki na czaszkę. Łukasz w tej pierwszej osiągnął jakiś bimiliard punktów.

* W czwartek byłem gościem ludzi rozpoznawalnych jako Sienicki i Okoński i gadaliśmy sobie od rzeczy w ich audycji. Dla fanów gatunku.

* A „World of Warcraft” jest całkiem fajny, mimo że ludzie porozumiewają się wyłącznie skrótami, do których trzeba mieć słownik. LFM dps 2mRFC i tak dalej. I pomyśleć, że gram na serwerze „rpg”.

Lksh:
# Już jakiś czas temu, wesołe miasteczko Six Flags otworzyło The Dark Knight Coaster. Przejażdżka ma dawać nam wrażenie prześladowania przez Jockera. Oto promo video i relacja z otwarcia.

# Śledziu realizuje ambitne plany. Nie dość, że zamierza zacząć znów aktualizować blog Bears of War, to otworzył trzy nowe. O serii „8bit”, „Fido&Mel”, oraz trylogii „Na Szybko Spisane”. Duża część obecnie wiszącego materiału jest znana, ale są też całkiem nowe rzeczy, jak kompendium 8bitowe. A to nie wszystko! W planach podobne twory o „Osiedlu Swoboda”, „Produkcie” (Yeah! Będzie coś o forum?) i martwych seriach. Powodzenia.
EDIT: Jeszcze się niedziela nie skończyła, a Śledziu otworzył blog martwych serii. Naćpał się czegoś i ADHD załapał pewnikiem.

# Jeszcze w blogowych tematach będąc. Radek Czyż zamieścił u siebie duży wywiad z KRLem, pomimo wielu niedociągnięć stylistycznych (no widać, że to luźna rozmowa na gg) to jest ok. Dennis Wojda, od dłuższego już czasu, regularnie wrzuca na swojego bloga prace tworzone do czasopism, plakaty itp. Nie wiem dlaczego nie napisaliśmy o tym wcześniej.

# Obrodziło w TV spoty! Trzy z „Hellboya II”: 1, 2, 3. Tyleż samo z „The Dark Knight”: 1, 2, 3. No i jest ten plakat. Delightful!

# Gdyby w 1972. David Bowie nie zaczął ery glam rocka, nie byłoby parę lat później glam metalu. Wtedy nie powstałaby niezastąpiona piosenka, przy której tańczy G.O.B.:

Kurczak z musztardą


varia · komentarze: 10

I całkiem nieźle się rusza!
Nigella prawdę Wam powie.

Dziś będzie kulinarnie. Gdy gotuję, robię to zupełnie intuicyjnie, nie czytam przepisów, nie mierzę, nie zastanawiam się dużo. Robię tak, żeby mi ładnie pachniało. Z tego powodu jedno danie potrafię katować parę dni, aż osiągnę najbardziej zadowalający mnie efekt. Gotowanie to alchemia. Tak było też ostatnio. Zakupiłem parę piersi z kurczaka i moją potrawę przyrządzałem, aż mi się skończyły. Nie wiem, może poniższy przepis już gdzieś jest. Tak czy siak, wyszło mi coś dobrego, szybkiego i łatwego.

Dlaczego „kurczak z musztardą”, a nie „kurczak musztardowy”? Bo nie musztarda jest tutaj naważniejsza.

Składniki na porcję dla jednej osoby:

  • około 400g piersi z kurczaka
  • porządna łyżeczka musztardy sarepskiej
  • ząbek czosnku
  • garść nasion słonecznika
  • przyprawy i zioła wedle uznania, u mnie: pieprz, sos sojowy, majeranek, standardowa czerwona przyprawa do kurczaka
  • 2-3 łyżeczki soku z cytryny
  • kapka mleka
  • olej

Dalej się można domyślić, ale dla wszelkiego napiszę co i jak. Mięso umyć i pokroić wedle preferencji, ja wolę małe kawałki. Wrzucamy je do miseczki i polewamy sosem sojowym. Następnie dorzucamy musztardę, słonecznik, posiekany czosnek, pieprz (dużo), majeranek (duża szczypta), przyprawę do kurczaka (malutko). W tym momencie dobrze jest to wszystko wymieszać. Dolewamy kapkę mleka – mięso jest wtedy bardziej miękkie i łatwiej przechodzi przyprawami. Pamiętajmy, że taka potrawa jest niekoszerna. Cytrynę dodajemy na końcu, zawsze. Im dłużej kurczak leży w cytrynie, tym bardziej jest kwaśny. Kurczak nie musi się długo przegryzać, dwadzieścia minut spokojnie wystarczy. W tym czasie można wstawić ryż itp. Smażyć, jak to kurczaka, z 7 minut.

Propozycje modyfikacji i rady
Tę potrawę urozmaicałem przy pomocy curry, czerwonej papryki i posiekanej cebuli (gdzieś tak 1/3) – efekt również jest dobry, ale wtedy dobrze jest zrezygnować z cytryny. W ogóle jest to dobra baza do wszelkich eksperymentów. Składnikiem, który też by pasował jest imbir, lecz nie miałem go akurat pod ręką. Nie lubię solić mięsa, więc jeżeli mielibyście zrezygnować z sosu sojowego, to mam inny myk. Słonecznik prażycie na patelni z olejem i solą, zdejmujecie go, smażycie kurczaka w tym słonym oleju, słonecznik dorzucacie już na talerz. Ilość soli powinna być wystarczająca, a prażony słonecznik smakuje świetnie. Mleka można jeszcze dodać przy smażeniu. Gdybyście z nim przesadzili, z pomocą przyjdzie mąka, zbijając to wszystko, a kurczaka elegancko oblepiając.

Można siadać i zajadać, a później przeczytać jakiś komiks. O taki na przykład! Smacznego.

Ponieważ są wakacje, możecie się czasem spodziewać jakichś przepisów ode mnie i Konrada, serio.

Samotny Wilk i Szczenię #7 Chmury i smok, wiatr i tygrys


papier · komentarze: 12

chmura smoka wiatr tygrysa

Tak się złożyło, że do tej pory na Motywie nie pisałem w ogóle o „Samotnym Wilku i Szczenięciu”, a przecież strasznie lubię tę serię. Teraz Mandragora, w jakimś ślepym widzie, wydała wreszcie siódmy tomik, co jest całkiem dobrą okazją, żeby nadrobić to zaniedbanie.

Jeżeli ktoś, jakimś cudem, nie wie o czym opowiada „Samotny Wilk i Szczenię” to szybkie streszczenie: Ogami Itto, pracujący na zlecenie szoguna, kat i mistrz miecza, w wyniku spisku traci dobre imię i pozycję. Jako ronin* wyrusza w wędrówkę po Japonii zarabiając na życie jako płatny zabójca. Tyle Wilk. Szczenięciem jest jego małoletni syn, Daigoro, towarzyszący swojemu ojcu w wędrówkach, zazwyczaj wożony przez niego w wózku.

Powstała w latach 1970 – 76 manga liczy 28 tomików, które są zbiorem krótkich, niekoniecznie powiązanych ze sobą historii, opowiadających o kolejnych zleceniach jakie przyjmuje Itto. Czasami zlecenia są proste, czasami do ich wykonania należy opracować naprawdę zwariowany i brawurowy plan. Ja osobiście najbardziej lubię te drugie, jak choćby „Czerwony Kur” z tomiku drugiego. Z czasem, dowiadujemy się coraz więcej szczegółów o przeszłości Ogamiego, Daigoro stopniowo dorasta, a ludzie odpowiedzialni za wygnanie głównych bohaterów nie przestają w próbach ich wyeliminowania.

chmura smoka wiatr tygrysa

Jednym z powodów dla których lubię „Samotnego Wilka” jest sposób, w jaki uzupełnia moje wyobrażenie o feudalnej Japonii, jakie sobie wyrobiłem podczas lektury przygód Usagiego. Tam gdzie Sakai, nawiązujący zresztą często do twórczości Koike i Kojimy, zmiękcza obraz przez szlachetność Usagiego i ogólną zwierzaczkowatość jego przygód, tak jego poprzednicy pokazują bezwzględność, wyrachowanie i fruwające na prawo i lewo flaki. Itto nie jest ani dobry, ani zły. Jest zabójcą, który pomimo przywiązania do bushido nie waha się użyć wszelkich środków do osiągnięcia swoich celów. No i przy okazji uczy się, jak być ojcem.

Warstwa graficzna „Samotnego Wilka”, czasami niezbyt czytelna ze względu na mały format wydania, strasznie mi się podoba. Choć Kojima rysuje wszystkie kobiety niemal na jedno kopyto i czasami postacie można rozróżnić jedynie przez wzory na ich strojach. Sam format, mały, kieszonkowy wręcz, bardzo mi się podoba.

„Chmury i smok, wiatr i tygrys” nie odstaje poziomem od poprzednich tomów serii. Jeżeli nie czytaliście wcześniejszych odcinków, to możecie spokojnie sięgnąć po niego i zobaczyć, czy klimat Wam pasuje. Do końca serii zostało jeszcze 21 tomów i jakoś średnio wierzę, że Mandragorze uda się to dociągnąć. W obecnym tempie powinno im to zająć jeszcze osiem lat. Aktualnie mogą być już pewne problemy z dostaniem pierwszego tomiku, ale myślę, że warto pokombinować i poszukać.

Ciekawostka dla miłośników przeliczania cen komiksów w Polsce i w Stanach. Na Amazonie tomik kosztuje 10 dolców, Mandragora wydała komiks za 20 zeta. Piasek w tryby, Polska trzecią Japonią, Egmont zdrajcą panka.

*nie wkurzało Was, że w Usagim za każdym razem wyjaśniano, co to znaczy?