Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

The Arrival


papier · komentarze 23

The Arrival
W najnowszym „Przekroju”, jak zawsze świetny Marek Raczkowski zamieścił taki rysunek, był to dla mnie znak, że pora napisać o „The Arrival” Shauna Tana. O tym tytule pisałem mimochodem w paru miejscach – na przykład okraszając grafikami zeń ten wpis. „The Arrival” wyjść ma w Polsce nakładem Kultury Gniewu, w jeszcze nieogłoszonym terminie, ale podobno trwają starania, by wyrobić się do końca tego roku. Jaką będzie miał cenę i czy zostanie przechrzczony na „Przyjazd” (patrz tydzień 22.), nie wiem.

„The Arrival” opowiada o mężczyźnie, który w poszukiwaniu lepszego świata opuszcza rodzinę i udaje się w nieznane. Sytuacja w jego kraju nie jest najlepsza, co wnioskujemy po górujących nad głowami mieszkańców czarnych mackach bliżej niezidentyfikowanego monstrum. Kraina docelowa pełna jest dziwnych zwierząt, owoców, przedmiotów i, co dla naszego biednego bohatera najważniejsze, jest całkowicie niezrozumiała i magiczna. Towarzyszymy mu w próbach znalezienia dla siebie własnego miejsca, w tej nieodgadnionej i obcej przestrzeni. Na swojej drodze spotyka wielu pomocnych ludzi, także imigrantów, z których każdy ma swoją własną historię ucieczki.

W tym komiksie zachwyca rozmach, z jakim fabuła została opowiedziana. Nie chodzi tylko o wspaniałe rysunki Tana, ale też wszelkie surrealistyczne motywy. Plansze „The Arrival” są inspirujące, piękne, zabawne, ale też mroczne zarazem. W gruncie rzeczy, nie ma co za bardzo pisać o stylu Tana, wystarczy spojrzeć na jego stronę i powiedzieć „wow!”. Humor zaserwowany w „The Arrival” jest subtelny, nienatarczywy i opiera się na gagach sytuacyjnych, które wynikają np. z nieznajomości języka przez bohatera. Dzięki prostym zabiegom, jakie stosuje Tan, w trakcie lektury uciec można w świat dziecięcych fantazji, które zawierają np. latającą windę i śmieszne stworki. „The Arrival” to zdecydowanie pozycja zarówno dla dzieci, jak i dorosłych.
The Arrival
To, co stworzył Shaun Tan, pod płaszczykiem niesamowitej, bajecznej opowieści skrzy się od nawiązań i alegorii. Można od razu zadać sobie pytanie, czy opowieść ta jest pochwałą, czy krytyką imigracji i idei ziemi obiecanej. Co symbolizują poszczególne elementy? Czy kraina, do której trafia bohater, jest odpowiednikiem Stanów Zjednoczonych? Znajome są nam przecież sceny przyjazu imigrantów (daleko nie szukając – „Ojciec Chrzestny II”). W Stanach przybywających statkiem witała Statua Wolności, tutaj witają dwaj inni kolosi. Idąc dalej – jakie prawdziwe kraje kryją się za ikonicznymi krainami strawionymi wojną, zarazą, nienawiścią czy wyzyskiem? Czy to właśnie symbolizują, czy są to tylko i wyłącznie moje skojarzenia? Siła „The Arrival” tkwi w tym, że te pytania można mnożyć i mnożyć, zapewniając sobie godziny rozmyślań.

„The Arrival” miejscami denerwowało mnie za cukierkowatość wizji obczyzny. Wszyscy są uśmiechnięci, wszyscy pomocni i sympatyczni, pracę znaleźć jest dość łatwo. To oczywiście w idealny sposób koresponduje z ogólnym przesłaniem oraz bardzo sympatycznym zakończeniem, co nie zmienia faktu, że miejscami czułem przesyt tej zaczarowanej atmosfery i byłem wdzięczny za niezbyt optymistyczne przerywniki, jakimi są historie imigrantów. Wydanie, które trzymam w ręku, jest wysokiej klasy, bardzo podoba mi się wypukła grafika na okładce oraz wewnętrzna jej strona, na której są rysunki kilkudziesięciu twarzy imigrantów. A każdy z nich ma pewnie swoją własną opowieść…

komentarze 23

  • He. A już myślałem że zdążę klepnąć o tym komiksie u siebie zanim Ty to zrobisz. Zacne dzieło, nie ma co. Debeściak, i narracyjnie, i wizualnie, i wydawniczo. A-Must-Have.

  • Z Astropią mnie wyprzedziłeś, to się wyrównało ;). Ale myślę, że o „The Arrival” można jeszcze wiele wiele napisać bez powtarzania się.

  • a to inna rzecz.

  • dobra recenzja świetnego komiksu.

  • Dzięki, niebawem wyjdzie po polsku jako „Przybysz”, więc może któryś z chłopaków przypomni ten tytuł nowym spojrzeniem.

  • Nie wiem czy do konca z ta cukierkowatoscia masz racje – po pierwsze, obcosc nowego kraju znacznie przewyzsza jego cukierkowatosc. Po drugie, generalnie pozytywne przedstawienie nowego kraju jest w pewnym sensie wynikiem tego jak widzi go swiezo przybyly imigrant – kiedy przybywa sie z systemu opresywnego (a trzy ojczyzny trojga postaci przedstawione w powiesci takie wlasnie sa) to nowy kraj wydaje sie wlasnie niemal idealny pod wieloma wzgledami, napakowany pozytywnymi oczekiwaniami a swiezo przybyly zwraca przede wszystkim uwage na brak tego wszystkiego co razilo/ranilo/bolalo go w kraju z ktorego przyjechal. Niemal automatycznie wyklucza to tez – przynajmniej w pierwszym okresie pobytu, ktory moze trwac nawet kilka lat – krytyczne spogladanie na nowa ojczyzne.

  • Masz w tym trochę racji – ale musisz też zauważyć, że w „Przybyszu” (jak mogę już nazywać ten komiks) wszyscy w obczyźnie są życzliwi, źli ludzie nie istnieją, wszystko się w końcu udaje i wszystko dobrze się kończy. Nie jest to jakaś wielka wada, bo historia jest bardzo spójna, a wszystko to przeplatane jest gorzkimi retrospekcjami. Więc też trzeba zadać sobie pytanie – czy owo idealizowanie to tylko idealizowanie dokonywane przez bohatera, którego śledzimy, czy przez autora, który widzi tylko taką, pozytywną wizję nowej ojczyzny. Naturalnie obcość jest tutaj przeważająca, ale też w tym wszystkim bohater znajduje się bardzo łatwo. Aż za łatwo.

    Dla mnie historia związana z migracją zawsze związana jest z jakąś goryczą – w wypadku „Przybysza” za gorycz robią historie innych, nie naszego głównego bohatera (chociaż oczywiście na początku nastrój jest wiadomy). Może po prostu się przyzwyczaiłem do innych historii, na przykład Cassidy’ego („Kaznodzieja”) spotkała kradzież walizki na samym początku pobytu w nowym kraju ;).

    Zupełnie nie zmienia to wszystko faktu, że „Przybysz” jest drugim albo trzecim najlepszym wydanym do tej pory komiksem w 2009 roku.

  • Blacksad

    „Przybysza” „czytałem” jeszcze jako „The Arrival” (dużo tych cudzysłowów). I miałem takie ciągłe poczucie zagrożenia. Nie wierzyłem, że balonik z rodzinką wylądował bezpiecznie, właśnie też po historii Cassidy’ego spodziewałem się gorzkiej, rozczarowującej pointy. Oszukają ich, zabiją, ukradną ostatnie 50 złotych… A tu happy endzik.
    Turu wysnuł teorię, że to krytyka podboju Ameryki i zagłady Indian – jakoś tego nie widzę, a sam Turu na wiadomym forum nie odpisał, skąd ten wniosek. Dla mnie to historia o „przyzwyczajaniu się”. I nawet do nowego osiedla to można odnieść.

  • Krytyka podboju Ameryki i zagłady Indian? Czy ja wiem. Sam Tan jest dzieckiem chińskich emigrantów, urodzonym w Australii, kraju który mocno do imigracji jednak zachęca. Toteż równie dobrze ziemia obiecana mogłaby być metaforą anglosaskiej Australia, która dla chińskich rodziców Shauna mogłaby się jawić jako kulturowo-językowe dziwadło.

    Jasne, sam początek przyjazdu wybitnie kojarzy się z Ameryką – mnie np. z drugą częścią „Ojca Chrzestnego”.

  • O boże, teraz ponownie przeczytałem wpis Łukasza i zauważyłem, że on też o Ojcu Chrzestnym napomknął.

  • „Sam Tan jest dzieckiem chińskich emigrantów…”

    Malezyjskich z tego co się orientuję.

  • „Sam Tan jest dzieckiem chińskich emigrantów, urodzonym w Australii, kraju który mocno do imigracji jednak zachęca.”

    Ten problem jest nieco bardziej zlozony – Australia do niedawna (jakies dwie-trzy dekady temu) byla krajem generalnie BARDZO nieprzyjaznym dla nie-bialych imigrantow(jak i swoich wlasnych rdzennych Aborygenow). Wielki program imigracyjny po II wojnie swiatowej obejmowal przede wszystkich bialych obywateli Brytyjskiej Wspolnoty Narodow.

    Tan urodzil sie natomiast w 1974 – w swiadomosci wszystkich nie-bialych imigrantow w tamtym okresie Australia jawi sie wciaz jako kraj ktory nie jest zbyt przyjazny – przynajmniej dla niektorych kategorii przybyszow.

    O podboju Ameryki to chyba nie ma mowy w tym przypadku – bo ani z naszego imigranta zaden konkwistador ani tez w zastanym przez niego porzadku trudno sie dopatrywac sladow zniszczenia jakiejs wczesniejszej cywilizacji. A sam „Ojciec chrzestny” to strasznie pozny obraz – w amerykanskim kontekscie takich scen byly wczesniej setki – zarowno w literaturze jak i filmie.

  • >Malezyjskich z tego co się orientuję.

    Możliwe, bazowałem na Wiki, która nie zawsze jest rzetelnym źródłem.

  • Odsyłam tutaj między innymi.

    Ojciec Tana jest Chińczykiem, który przybył do Australii z Malezji. Matka pochodzi z Australii i tam się poznali jego rodzice. Sam Tan mówi, że jest pół-Chińczykiem. Także obaj się myliliście, ale obu coś świtało :P.

  • Juz sie tlumacze z tej „krytyki podboju etc.”.
    Zobaczcie co wita emigrantow w porcie (nie jest to bynajmniej Statua Wolnosci, a wydzwiek tej „powitalnej rzezby” jest calkowicie inny), obecnosc indian jest zasygnalizowana, ale ich samych wlasciwie nie widac, nie ma gangow, gett, podzialow rasowych, dzielnic dla bialych, czarnych, wlochow i irlandczykow itd., nie ma „starych” i „nowych” emigrantow, wszyscy koegzytuja, w dodatku za przyzwoleniem rdzennych mieszkancow, ktorzy stoja z boku.
    Jak dla mnie Tan bardzo wyraznie sygnalizuje: „zobaczcie jak moglaby wygladac Ameryka, ile zniszczylicie nie zyskuja wlasciwie nic w zamian”.

  • Mysle, ze to jest wyrazna nadinterpretacja – wedlug tej zasady obraz kazdego miejsca gdzie nie ma podzialow mozna by uznac za krytyke USA czy jakiekolwiek innego panstwa, w ktorym istnieja nierownosci. A to chyba juz gruba przesada. A zamiast tego Tan uzywa po prostu konwencji utopijnje, jesli w ogole. I dlaczego wciaz Ameryki – rowniez dobrze i biorac pod uwage jego i jego rodziny zyciorys Australia jest najbardziej oczywistym referentem.

    No i gdzie widzisz ta zasygnalizowana obecnosc Indian?

  • jak rozumiem sugerujesz, ze te wszechobecne „namioty” to jaskinie aborygenow a nie indianskie tipi?
    i ze te dwie monumetalne postacie w porcie maja zastapic budynek opery w Sydney?

  • Zle rozumiesz. Absolutnie nie sugeruje takich rzeczy. Statua Wolnosci jest tak uniwersalnym symbolem emigranckim, ze jej inwokowanie jest symbolem emigracji w ogole (i o tym ze The Arrival jest o emigracji w ogole sam Tan chyba nawet gdzies wspominal). Co wiecej nawet jesli jest to odniesienie do Ameryki, to nie musi od razu oznaczac konkretnie i wasko krytyki USA.

    A ze „namioty” to od razu odniesienie do Indian to grube naciagniecie – wedlug tej samej zasady pismo nowego kraju mogloby byc jakims komentarzem na temat arabskosci/orientalizmu zas rury, tuby i urzadzenia w pokoju w ktorym zamieszakuje nasz przybysz sa zywcem wyjete z obrazow futuryzmu wloskiego. Tego rodzaju odczytania nigdzie nas nie zaprowadza.

    Poza tym – jak juz wspomnialem – sam Tan ma az nadto powodow ku temu aby jego krytyka (jesli w ogole o takiej mozna mowic) byla wymierzona w Australie – w latach 1960-tych i 1970-tych polityka imigracyjna Australii byla o wiele bardziej drakonska niz amerykanska zas niechec do imigrantow azjatyckich byla – i w jakims stopniu wciaz jest – gleboko zakorzeniona w swiadomosci bialych Australijczykow, a to z kolei prowadzi do takiego a nie innego traktowania.

  • Fajnie, tyle, ze jest kilka kwestii, ktore mi tu koliduja z Twoja interpretacja:
    -indianie praktycznie nie emigruja (a juz napewno nie masowo), skad wiec wszechobecne tipi w Australii?
    -miasto, do ktorego przybywa glowny bohater jednoznacznie kojarzy sie z Nowym Jorkiem (gdyby Tan chcial zasugerowac „uniwersalnosc” miejsca to po co dawal tak jednoznaczna sugestie?)
    -Australia to byla kolonia karna, praktycznie na starcie podporzadkowujaca rdzenna ludnosc wladzy „rasy wyzszej”, a nie „nowy swiat”, do ktorego ludzie uciekali z nadzieja na nowy poczatek i w ktorym relacje miejscowi-przyjezdni nie zostaly tak jednoznacznie zalatwione w krotkim czasie.
    -do drugiej wojny swiatowej 90% emigrantow w Australii to biali (a pelne otwarcie na emigracje nastapilo po 1973), skad wiec ta mieszanka kulturowo-etniczna w komiksie, tak oczywista w przypadku USA?

  • Generalnie rzecz biorac wydaje mi sie ze wszystko bierzesz zbyt doslownie i probujesz przylepic do poszczegolnych elementow jednoznaczne interpretacje – a w przypadku dosyc fantasmagorycznej opowiesci jest to zabieg dosyc karkolomny.

    „indianie praktycznie nie emigruja (a juz napewno nie masowo), skad wiec wszechobecne tipi w Australii?”

    tylko jesli zalozysz ze to na pewno tipi a nie jeszcze jeden z wielu typow obco wygladajacych konstrukcji. Stozek pojawia sie w naturze nie tylko w tipi.

    „-miasto, do ktorego przybywa glowny bohater jednoznacznie kojarzy sie z Nowym Jorkiem (gdyby Tan chcial zasugerowac „uniwersalnosc” miejsca to po co dawal tak jednoznaczna sugestie?)”

    Tobie sie tak kojarzy. A mi miasto kojarzy sie przede wszystkim z duza zachodnia metropolia. Jedyne bardzo konkretne odniesienie to te pomniki a la Statua – ale o niej napisalem ze jest ona rowniez uniwersalnym symbolem imigracji w ogole.

    „Australia to byla kolonia karna, praktycznie na starcie podporzadkowujaca rdzenna ludnosc wladzy „rasy wyzszej”, a nie „nowy swiat”, do ktorego ludzie uciekali z nadzieja na nowy poczatek i w ktorym relacje miejscowi-przyjezdni nie zostaly tak jednoznacznie zalatwione w krotkim czasie.”

    Kolonia karna byla na samym poczatku (notabene sprawdz sobie kto to byli „indentured servants” w Ameryce i jak wielu ich bylo w okresie kolonialnym Ameryki Polnocnej a moze okazac sie ze roznice nie byly az tak duze) a my mowimy chyba jednak przede wszystkim o wieku XX, w ktorym wszelkie stosunki sa o wiele bardziej zlozone. Zdecydowanie tez upraszczasz postrzeganie Ameryki jako nowego swiata. Nie rozumiem tez co masz na mysli z tym zalatwieniem jednoznacznie w krotkim czasie – stosunek bialych do Aborygenow i Indian na obydwu kontynentow nie roznil sie zbytnio.

    „do drugiej wojny swiatowej 90% emigrantow w Australii to biali (a pelne otwarcie na emigracje nastapilo po 1973), skad wiec ta mieszanka kulturowo-etniczna w komiksie, tak oczywista w przypadku USA?”

    Now wlasnie wedlug Twojego rozumowania ze powiesc to krytyka, taka mieszanka bylaby odwrotnoscia (a sugerowales ze to ta odwrotnosc rzekomej Ameryki jest zrodlem owej krytyki) dominujacej w Australii bialosci. Ale tez ja wcale nie mowie, ze The Arrival jest krytyka Australii – napisalem ze gdyby byl to Tan nie musialby sie uciekac do metafory Ameryki.

    Poza tym bezustannie zwracasz uwage na elementy „krajobrazu” a ta powiesc wydaje sie byc przede wszystkim o czlowieku i jego poczuciu wyobcowania i niezrozumienia – nawet przy tak idealnym spoleczenstwie jakim sie wydaje byc ten nowy kraj. A takie odczucie jest odczuciem kazdego imigranta w kazdym kraju na swiecie.

  • Ja nie interpretuje jednoznacznie, a jedynie wyjasniam fragment mojej wypowiedzi z forum gildii, ktory tutaj zostal przywolany.
    Zgadzam sie, ze „Przybysz” jest proba uniwersalnej opowiesci o emigracji, bez konkretyzowania miejsca i czasu. Niemniej zarowno „sygnaly graficzne” jak i same wyjasnienia autora (wspieral sie min. zdjeciami z archiwum Muzeum Imigracyjnego na Elis Island w NY) moim zdaniem wskazuja na USA jako glowny punkt odniesienia, co daje pole do szerszej interpretacji wlasnie w tym kierunku.
    Niemniej jest to oczywiscie wylacznie moja, subiektywna interpretacja, ktora mozesz sie kompletnie nie przejmowac, szczegolnie w kontekscie takiego komiksu, pozwalajacego na bardzo zindywidualizowany odbior i odczytanie tego „co autor mial na mysli”.

  • „moim zdaniem wskazuja na USA jako glowny punkt odniesienia” – i z tym sie moge zgodzic (w odroznieniu od odczytywania „Przybysza” jako krytyki USA) – bo tez amerykanskie doswiadczenie imigracyjne jest i najbardziej rozpoznawalne dla ludzi na calym swiecie ze wzgledu na swoje ikony (Ellis Island, Statua etc) i tez najbardziej uniwersalne – wsrod mas migrujacych do USA znalezc mozna kazda odmiane imigracyjnego doswiadczenia.

Dodaj komentarz