
Spośród wielu moich słabości, dwie, które najczęściej chyba dają o sobie znać to dziwne poczucie humoru, oraz okresowa niezdolność wychwycenia, kiedy ktoś inny robi sobie jaja. Znaczy się, albo totalnie nie łapie dowcipów, albo zaczynam się zastanawiać, że może rzeczywiście coś ma być śmieszne, a ja nie zrozumiałem konwencji. I staram się pochylić nad problemem i zrozumieć.
Tak mam z „Hardkorporacją” jako taką. Pierwszy numer zniknął mi w powskowym nawale zakupów tak, że nie czułem większego sensu pisania o nim, bo nie było za bardzo o czym. Choć może to dlatego, że był po prostu słaby? Potem miałem jeszcze okazje czytać pocieszną wymianę zdań pomiędzy Pawłem Płóciennikiem a kilkoma czytelnikami i proszę, numer drugi. A ja powoli zaczynam dochodzić do wniosku, że z tym całym hardkorem i internetowo-papierową kreacją Szawła jako złowrogiego redaktora naczelnego to muszą być jakieś jaja.

Ale do rzeczy, fragment wstępniaka, pisownia oryginalna, dla walorów poznawczych:
Bach, bum, bęc! Pierwszy numer HK za nami, nie bez echa, nie bez piany – tak miało być. Dżoint numer dwa, dżointas mam wielką nadzieję lepszy od poprzednika. Wyciągamy wnioski. Masę krytycznych krytykantów odpulamy aż miło, garstkę konstruktywnych krytykantów słuchamy a jakże, nowych maniaków hardcoru komiksowego witamy, O!
Tak się zastanawiam, gdzie przebiega granica pomiędzy byciem konstruktywnym, a krytycznym krytykantem. Na tym czy napisało się coś pozytywnego o pierwszym numerze „Hardkorporacji” lub nie? I dalej, co jest wyznacznikiem konstruktywnej krytyki? To, że zamiast pisać o swoich wrażeniach, pisze się obszerny poradnik z sugestiami, co też autor powinien łaskawie zrobić?

Naprawdę mnie to ciekawi, poważnie.
Idąc dalej, o ile dobrze kojarzę, słówko ‘hardcore’ oznacza coś ekstremalnego, kogoś zatwardziałego w swoich postawach i działaniu itd. Jeżeli więc nazywamy zina „Hardkorporacją” to coś powinno za tym stać. Nie żebym wymagał od strony o nazwie Motyw Drogi omawiania technik motywacyjnych albo stanu nawierzchni we Wschodnio-mazurskim, ale przynajmniej my nie bredzimy o „komiksowym hardcorze”.
Bo inaczej jak bredzeniem nie można tego nazwać w sytuacji, gdy tym całym hardcorem okazują się ograne żarty o ciupcianiu (Szaweł i kumpel), kupie (Asu), pokraczne odrysowywanki z Otomo i cała reszta, utrzymana w krajowej zinowej średniej tematycznej.
Czyli jednak wychodzi na to, że po prostu Szaweł nie spał na zajęciach z marketingu i ten cały komiksowy hardkor to chwyt reklamowy i zin mógłby się równie dobrze nazywać „Saturatorporacja” lub „Makroporacja” albo też, najprościej, „Kopulacja”. Akurat śmieszne i długie słowo. Taki hardkor jak serwuje Szaweł to był w Produkcie, dziewięć lat temu.

Jak dla mnie, w obecnym kształcie „Hardkorporacja” to, cytując Masłowską piszącą o Dodzie, galopujące kuriozum. Z wierzchu fajna gładka okładka z idiotycznym napisem o braku cenzury i intrygującym doborze nazwisk wywalonych na przód. Potem jest głupawy wstępniak i wyliczenie wszystkich autorów, którzy popełnili coś dla HK. W sensie, we wszystkich dwóch numerach. Dalej mamy pacnięty od niechcenia felieton Sztybora o tym, że trzeba chodzić do roboty aby mieć kasę na życie, wynurzenia jakiegoś nieznanego mi hiphopowca o tym, że zgubił telefon i nagrał jakąś płytę oraz poradnik jak zarabiać na internetowych serwisach hazardowych. Słabo?
Może ja po prostu nie jestem targetem tego pisemka. Może to ma być jakiś taki komiksowy kaganek oświaty niesiony do hiphopowego środowiska. Tylko że jak biedaczki się nauczą, że to co im Szaweł serwuje to komiksowy hardkor, to co będzie jak przeczytają takich „Strażników”? Mózgi im eksplodują?
Żeby pokazać, że ja też znam się na rapie, tekst jest ilustrowany zdjęciami Popek oraz Popka. Zgadnijcie, kto jest kim.