Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

Powstanie ’44 w komiksie


imprezy, warszawa · komentarzy 10

Komiks 44
Wręczenie nagród w konkursie na komiks o tematyce powstańczej odbyło się wczoraj. Zwycięzców pewnie już wszyscy znają, ponieważ serwisy zdążyły newsa przemielić. Niestety, w tych newsach zabrakło jednej, najważniejszej dla potencjalnego zjadacza komiksów, rzeczy: jakichś plansz z konkursu. Have no fear! Od czego jest Motyw Drogi? Dzisiaj prezentuję kilka plansz, które, mam nadzieję, powiedzą coś o poziomie konkursu, a także dorzucam parę słów od siebie o samej uroczystości.

więcej…

Batman – Sratman


film, gry, komiksy, varia · komentarzy 35

batmansratman

Tak się złożyło, że dopiero w minioną sobotę miałem okazję obejrzeć w kinie zwiastun „The Dark Knight”. Wcześniej oglądałem na kompie kilka różnych, ale to nigdy nie jest to samo co na ekranie. I zwiastun się skończył, popatrzyłem na Martę, ona na mnie i wzruszyliśmy tylko ramionami.

Być może mam pierwsze objawy zmęczenia kampania reklamową, która chyba wraz z premierą w Stanach dotarła do punktu krytycznego, ale jest to już prędzej zmęczenie tym ciągłym podniecaniem się poszczególnymi plakatami, różnicami w zwiastunach czy wreszcie, udostępnionym przez producenta kilkuminutowym fragmentem filmu.

Bo okej, można obejrzeć jeden zwiastun, czasem drugi, zanotować, ze film wyjdzie wkrótce, a potem zostawić sobie całą resztę do premiery w kinie. Po prostu nie czaję za bardzo pędu do poznania wszystkich szczegółów na temat filmu przed pójściem do kina. „Mroczny Rycerz” jest tu w sumie tylko przykładem.

Przy okazji, dziś w pracy padł taki dialog:

koleżanka: Widzieliście plakat z „Mrocznego Rycerza”?
ja: Który?
koleżanka: No ten z Jokerem.

Wracając, to nieco tak, jak z publikowaniem materiałów z planu „Strażników”. Bardzo lubię takie rzeczy, ale w pewnym momencie stwierdziłem, że nie mam ochoty ich oglądać. Po co obdzierać swoje pierwsze spotkanie z filmem z całej magii? Im więcej wiem o filmie, to potem podczas seansu jedynie odhaczam na swojej liście kolejne sceny i motywy, zamiast przeżywać się i wczuwać. Materiały z planu i komentarze reżyserskie mogę sobie pooglądać już na DVD, po wszystkim.

batmansratman

Zastanawiam się, skąd to się bierze, bo mam wrażenie, że ten pęd ku wiedzy jest obecny również, znacznie zresztą silniej, w branży gier komputerowych. Ludzie chcą wiedzieć o danej grze lub filmie jak najwięcej, żeby mieć pewność, że nie marnują kasy na bilet? Czy taka jawność i dostarczanie licznych materiałów przez gości od promocji i reklamy to odwrotność guerilla marketingu, która i tak na końcu ma zagnać ludzi do kina? Jaki jest sens w oglądaniu sześciominutowych fragmentów filmu?

Podobnie miałem z GTA4, a teraz mam nieco z trzecim Falloutem. Zresztą jest tak teraz z każdą grą produkowaną przez duże studio, które stać na rozpętanie odpowiedniego cyrku. Zalew informacji przy niektórych tytułach jest tak duży, że mam wrażenie, że wszyscy uczestniczymy w otwartej becie. Każdy screen, każdy kolejny zwiastun GTA4 był rozkładany na czynniki pierwsze tak, że w pewnym momencie stwierdziłem, że mam dość, że chcę poznać ten tytuł grając w niego, nie z lektury forum dyskusyjnego.

Teraz przy okazji Fallouta za każdym razem wałkowana jest sprawa z miasteczkiem Megaton, które można, w zależności od chęci, zrównać z ziemią. Nie czaję za bardzo, jaki jest sens ciągłego opowiadania o każdym możliwym sposobie przejścia tego zadania. Hm, nie. Może nie tyle gadania, co czytania i słuchania o tym. Po co wiedzieć tyle o grze, w którą chce się potem zagrać? Po co się ograbiać z procesu poznawczego i eksploracji?

Dla zaoszczędzenia kilkudziesięciu zeta jeżeli ostatecznie uznamy, ze tytułu nie warto kupować lub iść do kina?

To w sumie nieco tak, jak przeczytać poradnik dla iluzjonistów i wiedzieć, że tak czy siak, ta piła nie jest prawdziwa, a łańcuch ma jedno słabsze ogniwo.

U: ostatni z tłumaczy


papier · komentarze 72

Y: the last man
Mamy tydzień hejtera, jak to Konrad stwierdził. On wczoraj o „Hardkorporacji”, ja dzisiaj o „Y: the last man” w podobnym tonie. O samym komiksie napiszę w swoim czasie, teraz mogę powiedzieć, że mi się bardzo podoba. Tutaj chciałem wytłumaczyć dlaczego nie kupiłem polskiej wersji, wydanej przez Manzoku jako „Y: ostatni z mężczyzn” i przestrzec szanownych czytelników przed pracą Krzysztofa Uliszewskiego. Ostatniego z tłumaczy, z którym chcę mieć teraz do czynienia.
więcej…

Hardkorporaco?


papier · komentarze 33

Hardkorporacja #2

Spośród wielu moich słabości, dwie, które najczęściej chyba dają o sobie znać to dziwne poczucie humoru, oraz okresowa niezdolność wychwycenia, kiedy ktoś inny robi sobie jaja. Znaczy się, albo totalnie nie łapie dowcipów, albo zaczynam się zastanawiać, że może rzeczywiście coś ma być śmieszne, a ja nie zrozumiałem konwencji. I staram się pochylić nad problemem i zrozumieć.

Tak mam z „Hardkorporacją” jako taką. Pierwszy numer zniknął mi w powskowym nawale zakupów tak, że nie czułem większego sensu pisania o nim, bo nie było za bardzo o czym. Choć może to dlatego, że był po prostu słaby? Potem miałem jeszcze okazje czytać pocieszną wymianę zdań pomiędzy Pawłem Płóciennikiem a kilkoma czytelnikami i proszę, numer drugi. A ja powoli zaczynam dochodzić do wniosku, że z tym całym hardkorem i internetowo-papierową kreacją Szawła jako złowrogiego redaktora naczelnego to muszą być jakieś jaja.

Hardkorporacja #2

Ale do rzeczy, fragment wstępniaka, pisownia oryginalna, dla walorów poznawczych:

Bach, bum, bęc! Pierwszy numer HK za nami, nie bez echa, nie bez piany – tak miało być. Dżoint numer dwa, dżointas mam wielką nadzieję lepszy od poprzednika. Wyciągamy wnioski. Masę krytycznych krytykantów odpulamy aż miło, garstkę konstruktywnych krytykantów słuchamy a jakże, nowych maniaków hardcoru komiksowego witamy, O!

Tak się zastanawiam, gdzie przebiega granica pomiędzy byciem konstruktywnym, a krytycznym krytykantem. Na tym czy napisało się coś pozytywnego o pierwszym numerze „Hardkorporacji” lub nie? I dalej, co jest wyznacznikiem konstruktywnej krytyki? To, że zamiast pisać o swoich wrażeniach, pisze się obszerny poradnik z sugestiami, co też autor powinien łaskawie zrobić?

Hardkorporacja #2

Naprawdę mnie to ciekawi, poważnie.

Idąc dalej, o ile dobrze kojarzę, słówko ‚hardcore’ oznacza coś ekstremalnego, kogoś zatwardziałego w swoich postawach i działaniu itd. Jeżeli więc nazywamy zina „Hardkorporacją” to coś powinno za tym stać. Nie żebym wymagał od strony o nazwie Motyw Drogi omawiania technik motywacyjnych albo stanu nawierzchni we Wschodnio-mazurskim, ale przynajmniej my nie bredzimy o „komiksowym hardcorze”.

Bo inaczej jak bredzeniem nie można tego nazwać w sytuacji, gdy tym całym hardcorem okazują się ograne żarty o ciupcianiu (Szaweł i kumpel), kupie (Asu), pokraczne odrysowywanki z Otomo i cała reszta, utrzymana w krajowej zinowej średniej tematycznej.

Czyli jednak wychodzi na to, że po prostu Szaweł nie spał na zajęciach z marketingu i ten cały komiksowy hardkor to chwyt reklamowy i zin mógłby się równie dobrze nazywać „Saturatorporacja” lub „Makroporacja” albo też, najprościej, „Kopulacja”. Akurat śmieszne i długie słowo. Taki hardkor jak serwuje Szaweł to był w Produkcie, dziewięć lat temu.

Hardkorporacja #2

Jak dla mnie, w obecnym kształcie „Hardkorporacja” to, cytując Masłowską piszącą o Dodzie, galopujące kuriozum. Z wierzchu fajna gładka okładka z idiotycznym napisem o braku cenzury i intrygującym doborze nazwisk wywalonych na przód. Potem jest głupawy wstępniak i wyliczenie wszystkich autorów, którzy popełnili coś dla HK. W sensie, we wszystkich dwóch numerach. Dalej mamy pacnięty od niechcenia felieton Sztybora o tym, że trzeba chodzić do roboty aby mieć kasę na życie, wynurzenia jakiegoś nieznanego mi hiphopowca o tym, że zgubił telefon i nagrał jakąś płytę oraz poradnik jak zarabiać na internetowych serwisach hazardowych. Słabo?

Może ja po prostu nie jestem targetem tego pisemka. Może to ma być jakiś taki komiksowy kaganek oświaty niesiony do hiphopowego środowiska. Tylko że jak biedaczki się nauczą, że to co im Szaweł serwuje to komiksowy hardkor, to co będzie jak przeczytają takich „Strażników”? Mózgi im eksplodują?

Żeby pokazać, że ja też znam się na rapie, tekst jest ilustrowany zdjęciami Popek oraz Popka. Zgadnijcie, kto jest kim.

Niedziela 75


niedziela · komentarzy 14

Niedziela
Konrad wyjechał i jest gdzieś w Bydgoszczy, do Warszawy wróci dzisiaj i nie wiem, czy wrzuci coś od siebie. Musicie zatem zadowolić się poniższymi ochłapami ode mnie.

# Na początku sierpnia wydawnictwo timof i cisi wspólnicy wypuści pakiet z dwoma komiksami. Pierwszym będzie zapowiadany jakiś czas temu „That Salty Air”, u nas zostanie wydany pod tytułem „Morskie powietrze” (25zł za 116 stron). Drugim komiksem będzie „Odwrócenie” (11zł za 28 stron) debiutanta – Radosława Bolkowskiego. Z okazji drugiego Polskiego Dnia Darmowego Komiksu wyjdzie komiks zagraniczny, jaki dokładnie – wydawnictwo milczy.

# Kiedyś pisałem o nominacjach do Nagród Eisnera. Właśnie je wręczono. Wygrani, którzy powinni zainteresować polskiego czytelnika: „Mr. Wonderful” – Dan Clowes; „Y: The Last Man” – Brian K. Vaughan, Pia Guerra; „Exit Wounds” – Rutu Modan; „I Killed Adolf Hitler” – Jason; „The Goon” – Eric Powell. Prócz tego jeszcze „Laika” Nicka Abadzisa, albo “The Trial of Colonel Sweeto” Nicholasa Gurewitcha, o którym pisałem tutaj.

# Reklama dźwignią handlu. Po trailerze „Strażników”, który jest teraz wyświetlany przed „The Dark Knight”, sprzedaż komiksu podskoczyła tak, że DC zamówiło dwieście tysięcy egzemplarzy dodruku. To pewnie tyle, ile u nas drukuje się wszystkich albumów przez osiem-dziewięć miesięcy.

# Ostatnio spodobały mi się dwie gierki. Pierwsza z cyklu point and click Grzegorza Kozakiewicza – „Pencil Rebel”, za świetne kolory, tapety i stylistykę, jest miejscami taka komiksowa. Druga gierka – „Magic Pen” – jest po prostu świetna, przechodzę ją już kolejny raz, za każdym razem wymyślam bardziej zawiłe konstrukcje i za każdym razem mnie to bawi.

# Trzy dni temu paru polskich webkomiksiarzy dostało maila z zaproszeniem na stronę www.kmg.blog.pl. Szumne i dumne rozwinięcie skrótu – Komiksowy Magiel Gówna. Dwóch kolesi miało nietuzinkowo i bezpardonowo zjeżdżać polskie webkomiksy. Wyszło beznadziejnie i grafomańsko. Strona została zdjęta w przeciągu doby, po tym jak w komentarzach wyśmiałem ich za tekst „graficznie to to Garth Ennis nie jest”, a Gonzo uznał, że grafomania i chyba to jednak pisze jedna osoba. Internet jest bez litości.

# Dzisiejsze odkrycie – strona z pluszakami Giantmicrobes. Już same nazwy pluszaków miażdżą, moimi faworytami są: wrzód żołądka, grzybica stóp, wścieklizna, polio i złowrogi świerzb. Wyobrażacie sobie miny innych rodziców, gdy Wasz dzieciak opowiada o swoich ulubionych zabawkach? „Moim ulubionym pluszakiem jest nieświeży oddech, mam go zawsze przy sobie.”.

# W 1975. roku Queen zatrząsł rynkiem albumem „A Night at the Opera” z kultową piosenką „Bohemian Rhapsody”, którą wielu uważa za najlepszy twór muzyki rozrywkowej. W ilu to miejscach już się dało to usłyszeć nie pomnę, mama mia!

The Arrival


papier · komentarze 23

The Arrival
W najnowszym „Przekroju”, jak zawsze świetny Marek Raczkowski zamieścił taki rysunek, był to dla mnie znak, że pora napisać o „The Arrival” Shauna Tana. O tym tytule pisałem mimochodem w paru miejscach – na przykład okraszając grafikami zeń ten wpis. „The Arrival” wyjść ma w Polsce nakładem Kultury Gniewu, w jeszcze nieogłoszonym terminie, ale podobno trwają starania, by wyrobić się do końca tego roku. Jaką będzie miał cenę i czy zostanie przechrzczony na „Przyjazd” (patrz tydzień 22.), nie wiem.

„The Arrival” opowiada o mężczyźnie, który w poszukiwaniu lepszego świata opuszcza rodzinę i udaje się w nieznane. Sytuacja w jego kraju nie jest najlepsza, co wnioskujemy po górujących nad głowami mieszkańców czarnych mackach bliżej niezidentyfikowanego monstrum. Kraina docelowa pełna jest dziwnych zwierząt, owoców, przedmiotów i, co dla naszego biednego bohatera najważniejsze, jest całkowicie niezrozumiała i magiczna. Towarzyszymy mu w próbach znalezienia dla siebie własnego miejsca, w tej nieodgadnionej i obcej przestrzeni. Na swojej drodze spotyka wielu pomocnych ludzi, także imigrantów, z których każdy ma swoją własną historię ucieczki.

W tym komiksie zachwyca rozmach, z jakim fabuła została opowiedziana. Nie chodzi tylko o wspaniałe rysunki Tana, ale też wszelkie surrealistyczne motywy. Plansze „The Arrival” są inspirujące, piękne, zabawne, ale też mroczne zarazem. W gruncie rzeczy, nie ma co za bardzo pisać o stylu Tana, wystarczy spojrzeć na jego stronę i powiedzieć „wow!”. Humor zaserwowany w „The Arrival” jest subtelny, nienatarczywy i opiera się na gagach sytuacyjnych, które wynikają np. z nieznajomości języka przez bohatera. Dzięki prostym zabiegom, jakie stosuje Tan, w trakcie lektury uciec można w świat dziecięcych fantazji, które zawierają np. latającą windę i śmieszne stworki. „The Arrival” to zdecydowanie pozycja zarówno dla dzieci, jak i dorosłych.
The Arrival
To, co stworzył Shaun Tan, pod płaszczykiem niesamowitej, bajecznej opowieści skrzy się od nawiązań i alegorii. Można od razu zadać sobie pytanie, czy opowieść ta jest pochwałą, czy krytyką imigracji i idei ziemi obiecanej. Co symbolizują poszczególne elementy? Czy kraina, do której trafia bohater, jest odpowiednikiem Stanów Zjednoczonych? Znajome są nam przecież sceny przyjazu imigrantów (daleko nie szukając – „Ojciec Chrzestny II”). W Stanach przybywających statkiem witała Statua Wolności, tutaj witają dwaj inni kolosi. Idąc dalej – jakie prawdziwe kraje kryją się za ikonicznymi krainami strawionymi wojną, zarazą, nienawiścią czy wyzyskiem? Czy to właśnie symbolizują, czy są to tylko i wyłącznie moje skojarzenia? Siła „The Arrival” tkwi w tym, że te pytania można mnożyć i mnożyć, zapewniając sobie godziny rozmyślań.

„The Arrival” miejscami denerwowało mnie za cukierkowatość wizji obczyzny. Wszyscy są uśmiechnięci, wszyscy pomocni i sympatyczni, pracę znaleźć jest dość łatwo. To oczywiście w idealny sposób koresponduje z ogólnym przesłaniem oraz bardzo sympatycznym zakończeniem, co nie zmienia faktu, że miejscami czułem przesyt tej zaczarowanej atmosfery i byłem wdzięczny za niezbyt optymistyczne przerywniki, jakimi są historie imigrantów. Wydanie, które trzymam w ręku, jest wysokiej klasy, bardzo podoba mi się wypukła grafika na okładce oraz wewnętrzna jej strona, na której są rysunki kilkudziesięciu twarzy imigrantów. A każdy z nich ma pewnie swoją własną opowieść…

Wanted & Astrópía


film · komentarzy 19

Astropia

Dzisiaj będzie krótko o dwóch filmach. W niedzielę przeczytałem tę notkę i przypomniałem sobie, że za chwilę skończą grać „Wanted”. Czym prędzej się zebrałem i wylądowałem w kinie. O czym jest „Wanted” opowiadać chyba nie będę, bo i tak pewnie wszyscy tu obecni z filmem są zaznajomieni. Podzielę się jedynie moimi wrażeniami, a w skrócie można je nazwać pozytywnymi.

W „Wanted” trzeba wciągnąć się w tę konwencję, tę samą, która z „Tylko strzelaj” robi film wyśmienity i tę samą, która nieumiejętnie poprowadzona zarżnęła „Transportera”. Nie przeszkadzały mi wobec tego podkręcone kule, ani ich się zderzanie. Mythbustersi udowodnili zresztą, że zderzenie kul, a nawet ich fuzja, nie jest tak nieprawdopodobna jak by się mogło wydawać. Przypuszam, że w swoim czasie Adam i Jamie spróbują podkręcić kule… ale wracając do „Wanted”. Dwie rzeczy, które mi w filmie nie pasowały to krosno przeznaczenia oraz jedna z pierwszych akcji, gdy Mr. X wyskakuje z budynku. Cóż, dobrze, że nie było więcej takich potencjalnych zarzynaczy.

Należy docenić soundtrack, a szczególnie ten utwór. Nie wiem jak Wam, ale mi się podoba. „Wanted” nie jest pozbawione humoru, którym parę razy mnie zaskoczono („Przeeeepraaaszam”, „Jedź szybciej, czy nie rozumiesz, że troszczę się o swoje życie”). Dorzućmy do tego parę naprawdę świetnych ujęć w kanionie, czy podążanie za podkręconą kulą w slomo, no i mamy dobry rozrywkowy film.

Jedna drobnostka w „Wanted” mnie wkurzała, a były to bez przerwy nasuwające się skojarzenia z innymi filmami. Najbardziej nachalnymi były te z „Gwiezdnymi wojnami” („I’m your father”), „Fight clubem” (nastrój biura, „Zrób coś k**** ze swoim życiem”) i „Matrixem” (wybraniec, zbieżność fabuły). No i końcowa scena z Fox, która wiedziała o wkręcaniu Wesley’a od początku, a dopiero na koniec zareagowała jak zareagowała. Trochę to się nie trzyma kupy. Ale cóż, można to jej wybaczyć, za pokazanie… pupy.

Wanted

„Astrópíę” widziałem we wtorek z Olą i Gonzem, który już zdążył napisać parę słów na temat tej islandzkiej produkcji. Moje wrażenia są zbieżne z jego, więc odsyłam do tego tekstu, a sam w telegraficznym skrócie dorzucę trzy grosze.

Plakat zdecydowanie nie zachęca, co zresztą ma potwierdzenie w mojej osobie. O filmie dowiedziałem się wczoraj, tytułu wcześniej nie słyszałem, a przed tym jak Gonzo zaczął mnie namawiać, widziałem ów nieszczęsny plakat. Długo się dlatego zastanawiałem czy film zobaczyć, niepotrzebnie. „Astrópía” okazała się być świetną satyrą na środowisko freaków i fanbojów, a w kinie czułem się tak jakbym po raz kolejny oglądał teledysk „Weird Ala” Yankovica – „White & Nerdy”. Było się z czego pośmiać, w sensie z siebie. Przecież na pierwszy rzut oka widać, że w tym teledysku w równaniu Schrödingera jest błąd!

W „Astrópíi” (odmieniam jak entropię) spodobało mi się to drugie dno, o którym pisze Gonzo. Oprócz motywów, które on opisał, utkwił mi w pamięci napis na sklepie – „Dla klientów w kostiumach zniżka 20%”, komiks „The Matrix” w tle (bo tego samego dnia sprzedałem taki na Allegro), LARP oraz zakładanie gaci na głowę à la Maska. Świetnie się bawiłem i prawie nie przeszkadzały mi słabe obyczajowe sceny. Na deser, trzy trailery: 1, 2, 3. Islandzki lepszy od US.

Niedziela siedemdziesiatcztery


niedziela · komentarzy 21

niedziela
Dada od Konrada:
* Ok, nius tygodnia, czyli Robert Adler sugeruje, że pracuje nad jakimś komiksem. A przykładowa strona wygląda naprawdę klawo.

* Igor Wolski uruchomił internetowe portfolio, jeżeli ktoś nie przeglądał wcześniej jego konta na Deviantarcie, to ma na co popatrzeć.

* Taki koncert jest w Radiu Luksemburg we wtorek: Hard To Breath, Fed On Lies i Deathrow. Kolejność odwrotna do alfabetycznej.

* A i podobno wyszedł drugi numer Hardkorporacji. Ktokolwiek czytał, ktokolwiek wie? Na okładce nadal widać hasło „Bez cenzury”. Czasami dobrze jest przypomnieć wszystkim oczywisty fakt, nie?

* Gdyby jakaś dobra, znająca się na CSSie i WordPressie dusza zechciała nam pomóc przy lekkiej modernizacji wystroju Motywu, bylibyśmy wdzięczni.

Pasza od Łukasza:
# No i stało się. Wraz z wejściem do kin „The Dark Knight” (A widzieliście te 6 minut filmu!?) zaczęto puszczać trailer „Strażników”, tutaj w paru jakościach. Jedni mówią, że kiczowaty i plastikowy, inni że boski. Ja wiem jedno, gdy go oglądałem włosy na rękach stanęły mi dęba jak Jonathanowi Ostermanowi. Innymi słowy, czekam ze zniecierpliwieniem. Ciekawostka – zapauzujcie trailer na 1:33, koleś zamiast pistoletu trzyma w ręku walkie-talkie. Dlaczego?
Aha… dla wszystkich, którzy się martwią o zachowanie wizji komiksu, tfu, noweli graficznej – takie porównania. Eat this!

# Buce z Metra rekrutują. Właśnie rozpaczliwie poszukuję roboty, łapiąc się różnych dziwnych zajęć (np. ostatnio testowałem symulator wózka widłowego, a niedługo wsadzą mnie do wirówki dla pilotów i sprawdzą kiedy się porzygam) i tak się zastanawiam – może tam pójdę? Później będę miał co tutaj pisać, a pierwszą notkę po dostaniu pracy zatytułuję „Jak zostałem Bucem z Metra”.

# Dom aukcyjny Profiles in History pod koniec lipca przeprowadzi sprzedaż hollywoodzkich gadżetów. Ceny szacowane są powalające, co nie przeszkodziło mi się rozmarzyć. Moimi faworytami są: siekiera z „Lśnienia” (5000$), latająca deskorolka Marty’ego McFly’a (30000$) i maska królika z „Donny Darko” (10000$). Każdy znajdzie coś dla siebie, są m.in. bronie (z „Terminatora”, „Teksańskiej Masakry…”), stroje i maski („Batman”, „300”, „Daredevil”) oraz figurki, modele i makiety (T.I.E. Fighter z „Gwiezdnych Wojen”, dinozaury z „Jurrasic Park”). Pełen katalog aukcji do ściągnięcia stąd, tutaj krótki opis na polskim portalu.

# W 1974. „Ojciec chrzestny II” zdobył 6 Oscarów (dwa razy więcej niż jedynka), na tę cześć główny motyw z serii, w wykonaniu Slasha:

Pssst!


papier · komentarze 3

pssst!

„Pssst!” należy do licznego grona komiksów, o których istnieniu dowiedziałem się dopiero, gdy zostały wydane w Polsce. Kupując go, wiedziałem tylko tyle, że ma być zabawny i niemy, a wiedzę tę wyciągnąłem z TOK FM, na antenie którego wpadłem na audycję z udziałem timofa, który opowiadał o „Pssycie!” i twórczości Jasona.
więcej…

Dlaczego kupuję za granicą?


import · komentarze 24

Komiksowe eldorado

Rozmowę o powyższym tytule miałem przeprowadzić z Gonzem, ale jakoś pomysł uleciał i ciężko nam się zebrać. Powody, które wymienię nie będą zapewne odkrywcze, ale liczę na to, że ciekawszym punktem tego wpisu, będzie dyskusja. I po raz kolejny, to nie jest wpis sponsorowany.

Powód najważniejszy: kasa
Dla nikogo nie będzie zaskoczeniem, że przy obecnym kursie dolara, kupno oryginalnych TPB się po prostu opłaca. Pierwszy z brzegu przykład – drugi tom „Ligi niezwykłych dżentelmenów”, najlepsza polska cena w sklepie internetowym to 30zł za 160 stron. Cena ze sklepu amerykańskiego to 23zł za 228 stron, koszty przesyłki są porównywalne. Albo „From Hell”, które ma być u nas wydane w październiku – w CK ze zniżką kupię wersję SC za ok. 85zł, zza granicy ściągnę obecnie za 60zł. Pomijam fakt, że trzeba być niesamowitym językowym wymiataczem by czytać „From Hell” w oryginale, więc to już inna bajka. Sęk w tym, że większość TPB bez problemu przeczyta ktoś ze średnią znajomością języka, a i pewnie się czegoś nauczy.

Język
Jest parę plusów czytania w oryginale. Przede wszystkim chodzi o wymiar edukacyjny. Dla mnie kontakt z językiem pisanym jest potrzebny, ponieważ ostatnio angielski towarzyszy mi tylko w formie słuchanej podczas oglądania kolejnych TV shows. Jest też kwestia lost in translation, niektóre rzeczy są nieprzetłumaczalne, na przykład stylizacja. No i omijamy niekompetentnych tłumaczy, których pochłania rutyna. Przykład z ostatniej lektury – w ostatnio wydanym „Hellblazerze” słowo philistine zostało przetłumaczone jako filistyn, czyli członek pewnego biblijnego ludu. W taki sposób tłumacz okazał się filistrem, człowiekiem o ograniczonych horyzontach. O ironio.

Wydanie
Wątpię, że Egmont wyda „Hard Boiled” w oryginalnym wymiarze, raczej polecą standardowym mistrzowskim wydaniem. Co więcej, nawet polskie mistrzowskie wydanie nie może konkurować z niektórymi HC, weźmy „Fables: 1001 Nights of Snowfall”. Jestem ciekaw czy Egmont zrobi obwolutę, tłoczenia itd. Śmiem wątpić. A jeżeli już, ciekawym ile to będzie kosztować, 89zł? No i inna rzecz – popatrzcie na „Sześć stóp pod spluwą”. Po co mam sobie kupować jakieś dziwne polskie wydanie HC, które odstaje od pozostałych, skoro za połowę ceny mogę mieć standardowy TPB?

Dostępność

  • Możemy kupić komiksy, których dostępność jest u nas zerowa („Azyl Arkham”, „Kingdom Come”).
  • Możemy kupić komiksy, które nigdy się u nas nie ukażą, albo ukażą się w niewiadomej przyszłości. Z autopsji – „Black Dossier”, albo „Troubled souls” i „Heartland” mojego ulubionego scenarzysty, Ennisa.
  • To samo tyczy się zawieszonych serii. Po co czekać, aż ktoś wznowi „Straceńców”? Oryginały są na wyciągnięcie ręki.

Obsługa
Na Amazonie są promocje, których u nas nie uświadczycie. Prócz tego cechuje go proklienckie nastawienie – nie ma problemów z reklamacjami, upustami w razie uszkodzenia przesyłki etc. Byłem miło zaskoczony, gdy po uszkodzeniu jednego komiksu wysłali mi ten sam tytuł ponownie, bez żądania zwrotu uszkodzonego egzemplarza.

Kupowanie za granicą ma oczywiście minusy. Na przesyłkę trzeba trochę dłużej poczekać, a Amazon nie zawsze dobrze zabezpiecza przesyłki. Prócz tego trzeba mieć kartę kredytową bądź inną uprawniającą do zakupów przez internet. Nie są to jednak czynniki przeważające powyżej wymienione plusy. Także, miłych zakupów.