Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

Rice Boy


internet · komentarze 2

rice boy

Czasami zastanawiam się, jaki wpływ na moje podejście do opowiada historii, jako czytelnika, mógł mieć fakt, że „Hobbit” i „Władca pierścieni” były jednymi z pierwszych książek jakie przeczytałem w pełni samodzielnie. W sumie czytać uczyłem się na przygodach Tomka Wilmowskiego. Gdzieś przez to została mi chyba podskórnie zakodowana miłość do historii opowiadających o podróżach w nieznane i niesamowite. Najlepiej w celu ratowania świata.

Wiem, że powoływanie się na Tolkiena jest nieco ryzykowane, ale spośród wszystkich opisywanych przeze mnie na Motywie znalezionych w sieci komiksów podpadających pod ten gatunek, „Rice Boy” jest chyba najlepszy. A przynajmniej urzekł mnie swoim rozmachem i wizją świata.

Nie chciałbym wzbudzić u Was zbyt dużych oczekiwań. W „Rice Boyu” nie znajdziecie elfów, orków ani epickich bitew, jednakże jeżeli macie ochotę na wyprawę w nieznane do zakręconego świata, to zapraszam. W sumie mam lekkie wrażenie, że ten komiks jest gdzieś w połowie drogi pomiędzy Tolkienem, a C.S. Lewisem.

rice boy

Nie zaskoczę Was chyba zbytnio, jeżeli powiem, że tytułowy bohater ma do spełnienia starożytne proroctwo spisane przez pustelnika. Misja została mu zlecona przez niejakiego T-O-E, który od kilku tysiącleci szuka śmiałka do jej wypełnienia. Rice Boy jest nieco nieporadny i absolutnie nie wygląda na bohatera zdolnego do śmiałych czynów. W swojej wędrówce przemierzy wiele dziwnych krain i spotka wiele jeszcze dziwniejszych stworzeń.

To co mnie najbardziej urzekło w „Rice Boyu” to rozmach historii oraz zakręcony świat i bohaterowie. T-O-E zamiast twarzy ma ekran, na którym pokazują się kadry ze starych filmów, Rice Boy wygląda jak pacynka, a głównymi bandziorami są żaby. W jakiś sposób cała ta menażeria, jak i grafika, nieco skojarzyła mi się z „Alieenem”.

rice boy

„Rice Boy” to całkiem epicka cegła – ponad 430 stron. Przyznam szczerze, że to było moje drugie podejście do tego tytułu. Za pierwszym razem przeczytałem pierwsze kilka stron i jakoś pomyślałem, że to kolejny komiks o dziwacznych gadkach w dziwacznym barze. Dopiero teraz, być może przez chęć odreagowania przygotowań do egzaminu z historii społecznej, przeczytałem wszystko z marszu. W gruncie rzeczy, nie mogłem się oderwać. Akcja toczy się na pozór niespiesznie, niby powoli wprowadza w świat, jednak wciąga jak odkurzacz, zwłaszcza pod koniec, gdy akcja nabiera niezłego tempa i główne wątki znajdują swoje rozwiązanie.

Żeby nie było, „Rice Boy” pod względem fabularnym nie jest tytanikiem oryginalności. Jego autor, Evan Dahm, po prostu sprawnie układa znane nam wszystkie klocki. Z pozoru warstwa graficzna może odrzucić miłośników dynamicznych plansz i wizualnych fajerwerków, ale taka dziecinność, umowność, buduje klimat. Bo zamiast pokazywać krwawe flaki orków, autor pokazuje historię, a główny bohater, mimo że jego mimika jest dość ograniczona, świetnie sprawdził się w roli „nie chcę ale muszę i nie wiem czemu ja”.

Warto też zwrócić uwagę na encyklopedię jaką przygotował Dahm. Można w niej znaleźć mapę krainy oraz słownik postaci i lokacji. Świetna rzecz, do ogarnięcia już po lekturze komiksu.

komentarze 2

Dodaj komentarz