Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

niedziela 71


niedziela · komentarze 34

niedziela

Kakaka:
* Wiecie, że jutro jest setna rocznica Wydarzenia Tunguskiego? Nie wiem czy w związku z tym, ale kilka dni temu jedna z już-czytelniczek zapytała się mnie o komiksy z tym motywem. Na szybko przypomniałem sobie jedynie o „Stanie Woyennym” i coś mi majaczyło w głowie, że pewnie w „Lidze Niezwykłych Dżentelmenów” również coś było. Kojarzy ktoś coś więcej?

* Jeżeli ktoś był ciekaw, to tutaj można znaleźć listę komiksów, jakie powstały na podstawie gier. Sporo tego. Via Polygamia.

* No i się pochwale: udało mi się samodzielnie skonfigurować w nowym mieszkaniu sieć! Internet działa! Co najśmieszniejsze, z kompem musiałem się męczyć, natomiast konsolę wystarczyło podłączyć do gniazdka. A skoro mam konsolę podpiętą do internetu..

Civilization Revolution (demo): Nie jestem z tych, którzy uważają przenoszenie sprawdzonych hitów z pecetów na konsole za jakąś aberracje. Swoją przygodę z Civilization zakończyłem na części trzeciej, bo na czwartą miałem za słaby sprzęt i szczerze powiedziawszy jestem wyznawcą wersji 2.5, czyli FreeCiv. Konsolowa rewolucja ma wszystko to, za co lubię cywilizacje, nie jest zbytnio zautomatyzowana, jednakże wszystko jest wielkie. Wielkie przyciski, wielkie jednostki, przez co niewiele widać na ekranie. Demo zakończyło się jakoś koło renesansu, myślę, że będzie można to sprawdzić na spokojnie za jakiś czas.

Battlefield Bad Company (demo): składająca się z dwóch misji próbka przypomniała mi boskie Operation Flashpoint, rozwalanie budynków granatem robi wrażenie, ale to co mi niezbyt pasowało, to wrzucenie w to wszystko humoru z „M.A.S.H.a”. Jak dla mnie, gdyby zrezygnowano z tego rubasznego humoru a zostawiono znane z „OF” jęki i krzyki przerażenia, byłoby znacznie lepiej. A tak, biegam po pagórkach i mam wrażenie jakbym grał w sitcomie.

Z pełnych wersji to mam wreszcie GTA4, więc sami wiecie…

My name is Luka:
# Fundacja FOR ogłosiła konkurs na komiks o tematyce ekonomicznej. Do zgarnięcia jest niemała kwota i, w przeciwieństwie do Krla, nie uważam, że to aż tak głupi pomysł. W jury zasiadają m.in. twórcy „Jeża Jerzego” i Balcerowicz. Konkurs musi zostać!

# Co słychać u Batmana? Tyle, że już się przestałem w tym łapać. Najciekawsze rzeczy to Gotham Cable News, gdzie są świetne reportaże, o taki na przykład. Nie zapomnijcie przeczytać „The Gotham Times” oraz obejrzeć nowych TV spotów, tutaj zebrane wszystkie.

# Jak niektórzy mają za dużo jedzenia to robią takie cuda. Efekty doprawdy smakowite.

# Na Allegro można sobie wylicytować występ w „Jeżu Jerzym” bądź w komiksie Marvano. Licytuje między innymi Sztybor. Ach ten lans!

# Kiedyś pisałem, że Blizzard wykupił domenę Diablo3.com. Teraz zobaczcie m.in. gameplay video. Co tu komentować? Szatan!

# Dwie sprawy wewnątrzmotywowe. Konrad jest zbyt skromny by napisać, że w tym tygodniu stuknęło nam (no bardziej jemu) 400 postów. Oprócz tego, mniej więcej od lutego, Akismet wyłapał 1000 spamowych komentarzy. Pretty wow, huh? Druga sprawa – wykombinowałem nowe aliasy dla naszej strony – www.motywdrogi.blox.pl i www.motywdrogi.blog.pl. Przekierowania zrobione, teraz tylko pozmieniać wygląd, zrobić ładny ekran powitalno-przeniesieniowy i jakoś to wszystko wykorzystać w Horrendalnej Idei Opanowania Blogosfery (operacja HIOB). Wszelkie sugestie mile widziane.

# Nie widziałem jeszcze głupszej gry, która sprawiałaby tyle radości. Fridge Magnets polega na tym, że macie na planszy literki, z którymi możecie zrobić co Wam się żywnie podoba. Oprócz tego są inni gracze, którzy najczęściej przeszkadzają w czymkolwiek. Niesamowicie rozrywkowy bezsens.

# Martwią mnie niektóre aktualizacje. Znaczy ich brak na PBF i blogu Człowieka Paroovki. Nikomu nic nie zwiastuję, bo taki Karol udowodnił, że można powstać z grobu i napisać po miesiącu, drugą część zapowiadanego przez siebie „cyklu”. Także Nicholasie i Marku, jeżeli to czytacie, to do roboty, trzymam kciuki!

# 1971 to rok, w którym odeszli Jim Morrison i Louis Armstrong, nie embeduję, a tylko linkuję ich charakterystyczne kawałki. Czemu? Bo mi diablo szatan w łeb wszedł. Myślę, że Krlowi (gdzie aktualizacja Bad Signala?) się spodoba:

Ja cię plurkuję!


varia · komentarzy 10

plurk

Gdy roku temu opisywałem polskiego Blipa nie do końca byłem przekonany do idei takiego mikroblogowania. Wychodziłem z założenia, że programik sprawdza się wtedy, gdy zaprosimy grupę znajomych. W międzyczasie Blip się rozwijał, zdobywał coraz liczniejszą bazę użytkowników, jednocześnie coraz bardziej dryfował w stronę narzędzia dla grupy osób skupionych wokół tak zwanej „polskiej blogosfery”, czyli tych kilku blogów piszących o internecie i innych blogach. Słowem, nudy na pudy.

Od czasu do czasu próbowałem coś na Blipie napisać, ale bez większego przekonania, podczepiłem się też pod kanał Kamila Śmiałkowskiego, który na bieżąco informuje o filmach/serialach/komiksach z którymi się zapoznał. Ale nadal to nie było coś, co sprawiałoby, abym miał ochotę akurat na Blipie pisać, że mnie boli noga.

Aż któregoś dnia przez znajomego z pracy odkryłem Plurka, czyli kolejną amerykańską mutację popularnego Twittera. I rany, wkręciłem się w to pisanie o niczym. Nawet jeżeli pisanie po angielsku wygląda nieco pretensjonalnie. Stwierdziłem w sumie, że dzięki temu może podszkolę swój aktywny angielski.

Wydaje mi się, że to po części dlatego, że Motyw, wraz z przyjściem Łukasza, przestał być dla mnie wygodną tubą do mówienia o tym, że akurat jestem śpiący. W sumie nigdy nie był, ale jakoś tak wraz z jego „sprofesjonalizowaniem” zacząłem mocniej oddzielać te dwie sfery.

Drugim czynnikiem jest chyba to, że od razu udało mi się na Plurka ściągnąć jedną koleżankę i Martę, więc plurkowaliśmy pomiędzy sobą, ostatnio pojawił się również Janek Kłosowski oraz Sick, więc atmosfera się zagęszcza i mam do kogo pisać. W sumie bawię się w tę pierdółkę od trzech tygodni.

Trzecim powodem, wreszcie, jest sam sposón konstrukcji Plurka. On jest po prostu zabawny. Nie udaje narzędzia do komunikacji, nie daje hekatyliona różnych opcji, po prostu w przystępny sposób pozwala podzielić się ze światem tym co akurat nas uwiera. Mi się zwłaszcza podoba poziomy, niezbyt praktyczny, sposób prezentowania wpisów, który wymusza koncentrowanie się na najnowszych wpisach, jednocześnie czytelnie pokazując, co się dzieje u innych osób. Do tego dodajmy jeszcze system karmy, który nagradza aktywność dodatkowymi emotikonami i bajerami.

Serwis dopiero kilka tygodni temu wyszedł z zamkniętej bety, ciągle pojawiają się nowe możliwości i usprawnienia. Od kilku dni można pisać także po polsku. Wiecie jak mnie znaleźć.

Rice Boy


internet · komentarze 2

rice boy

Czasami zastanawiam się, jaki wpływ na moje podejście do opowiada historii, jako czytelnika, mógł mieć fakt, że „Hobbit” i „Władca pierścieni” były jednymi z pierwszych książek jakie przeczytałem w pełni samodzielnie. W sumie czytać uczyłem się na przygodach Tomka Wilmowskiego. Gdzieś przez to została mi chyba podskórnie zakodowana miłość do historii opowiadających o podróżach w nieznane i niesamowite. Najlepiej w celu ratowania świata.

Wiem, że powoływanie się na Tolkiena jest nieco ryzykowane, ale spośród wszystkich opisywanych przeze mnie na Motywie znalezionych w sieci komiksów podpadających pod ten gatunek, „Rice Boy” jest chyba najlepszy. A przynajmniej urzekł mnie swoim rozmachem i wizją świata.

Nie chciałbym wzbudzić u Was zbyt dużych oczekiwań. W „Rice Boyu” nie znajdziecie elfów, orków ani epickich bitew, jednakże jeżeli macie ochotę na wyprawę w nieznane do zakręconego świata, to zapraszam. W sumie mam lekkie wrażenie, że ten komiks jest gdzieś w połowie drogi pomiędzy Tolkienem, a C.S. Lewisem.

rice boy

Nie zaskoczę Was chyba zbytnio, jeżeli powiem, że tytułowy bohater ma do spełnienia starożytne proroctwo spisane przez pustelnika. Misja została mu zlecona przez niejakiego T-O-E, który od kilku tysiącleci szuka śmiałka do jej wypełnienia. Rice Boy jest nieco nieporadny i absolutnie nie wygląda na bohatera zdolnego do śmiałych czynów. W swojej wędrówce przemierzy wiele dziwnych krain i spotka wiele jeszcze dziwniejszych stworzeń.

To co mnie najbardziej urzekło w „Rice Boyu” to rozmach historii oraz zakręcony świat i bohaterowie. T-O-E zamiast twarzy ma ekran, na którym pokazują się kadry ze starych filmów, Rice Boy wygląda jak pacynka, a głównymi bandziorami są żaby. W jakiś sposób cała ta menażeria, jak i grafika, nieco skojarzyła mi się z „Alieenem”.

rice boy

„Rice Boy” to całkiem epicka cegła – ponad 430 stron. Przyznam szczerze, że to było moje drugie podejście do tego tytułu. Za pierwszym razem przeczytałem pierwsze kilka stron i jakoś pomyślałem, że to kolejny komiks o dziwacznych gadkach w dziwacznym barze. Dopiero teraz, być może przez chęć odreagowania przygotowań do egzaminu z historii społecznej, przeczytałem wszystko z marszu. W gruncie rzeczy, nie mogłem się oderwać. Akcja toczy się na pozór niespiesznie, niby powoli wprowadza w świat, jednak wciąga jak odkurzacz, zwłaszcza pod koniec, gdy akcja nabiera niezłego tempa i główne wątki znajdują swoje rozwiązanie.

Żeby nie było, „Rice Boy” pod względem fabularnym nie jest tytanikiem oryginalności. Jego autor, Evan Dahm, po prostu sprawnie układa znane nam wszystkie klocki. Z pozoru warstwa graficzna może odrzucić miłośników dynamicznych plansz i wizualnych fajerwerków, ale taka dziecinność, umowność, buduje klimat. Bo zamiast pokazywać krwawe flaki orków, autor pokazuje historię, a główny bohater, mimo że jego mimika jest dość ograniczona, świetnie sprawdził się w roli „nie chcę ale muszę i nie wiem czemu ja”.

Warto też zwrócić uwagę na encyklopedię jaką przygotował Dahm. Można w niej znaleźć mapę krainy oraz słownik postaci i lokacji. Świetna rzecz, do ogarnięcia już po lekturze komiksu.

Numer 73304-23-4153-6-96-8


papier · komentarzy 14

Numer 73304-23-4153-6-96-8

Dawno nie pisałem o niemych komiksach, czas to nadrobić. Tym razem w kontekście ostatniego komiksu Thomasa Otta, wydanym przez Kulturę Gniewu w czerwcu, wraz z „NSS 1990-2000”.

Z „Exitem” i „Cinema Panopticum” miałem do czynienia gdy te wchodziły na rynek. Nie kupiłem ich wtedy – to był mój błąd, który naprawiłem niedawno. Wymagało to ode mnie trochę wysiłku w poszukiwaniach, oraz większych nakładów finansowych w przypadku „Exita”. Te dwa lata temu Ott nie zachwycił mnie też do tego stopnia, by zakupić te albumy, czytałem egzemplarze kolegi. Co się zmieniło od tego czasu? Byłem na slajdowisku „Cinema Panopticum” stworzonym przez Dada Kombinat. Pozwoliło mi ono na nowo odkryć Otta. Muzyka akompaniująca komiksowi była świetnie dobrana, co zaowocowało fascynacją Ottem, a z „Numeru 73304-23-4153-6-96-8” uczyniło najbardziej przeze mnie wyczekiwaną premierę czerwca.

Tytułowy, zagadkowy ciąg cyfr zapisany jest na skrawku papieru, który zostaje znaleziony przez pewnego kata. Ten w pewnym momencie zauważa, że ten numer kieruje jego życiem. Liczby, które spotyka, numer telefonu pod który dzwoni, linia autobusu – wszystko jest częścią 73304-23-4153-6-96-8. „Skoro numer kieruje moim życiem, to czemu nie pokierować życiem tak, by mieć z tego korzyści?” – myśli sobie bohater. I w tym momencie, jak zawsze gdy bohaterowie Otta przejmują inicjatywę, zaczyna się robić niedobrze…

Historia jest zbudowana w typowy dla Otta sposób. Bohater zachowuje się tak, że od jego działań nie ma odwrotu, a czytelnik wie, że coś złego na pewno się stanie. Zmierza się do nieuniknionego. „Numer 73304-23-4153-6-96-8” jest fabularnie bardzo zbliżony do historii z walizką pieniędzy z „Exita”, co jest trochę zabójcze dla komiksu. Mimo sprawnie poprowadzonego opowiadania, dość dużej dawki humoru (także czarnego) i paru ciekawych twistów, czytelnik może czuć dyskomfort związany z tym, że w pewnym momencie da się dopowiedzieć to, co się stanie. Z drugiej strony – czyż Ott nie tak właśnie buduje atmosferę i relację z czytelnikami? Pomimo prostoty i tej potencjalnej przewidywalności, w komiks trzeba się zaangażować, bezwiednie tworząc w wyobraźni alternatywne wątki. Dzięki elementom, które pozornie są wadami, komiks najnormalniej w świecie wciąga.

Prostota historii wcale nie oznacza, że nie jest zastanawiająca. W trakcie lektury nasuwa się parę dość oczywistych, ale dających duże pole do rozmyślań, skojarzeń. Przede wszystkim chodzi tu o, charakterystyczną dla Otta, nietzscheańską (lub pitagorejską jak kto woli) koncepcję wielkiego powrotu. Wszystko jest zamkniętym cyklem, tak jak świat skupiony wokół obiektów-fetyszów. Kolejnymi moimi skojarzeniami są filmy: „Numer 23” z Jimem Carreyem i „Pi” Darrena Aronofsky’ego. Oba traktują o obsesyjnej numerologii, o liczbach, którym jest podporządkowane życie. Po przeczytaniu „Numeru” myśli wędrują w dwóch kierunkach, pierwszy jest magiczny, dopuszczający sytuację, która jest opisana w komiksie. Drugi jest wyrażony w taki sposób, pod adresem genialnego matematyka, przez jednego z bohaterów „Pi”:

Posłuchaj siebie! [..] Jeśli będziesz chciał znaleźć liczbę 216 w otaczającym cię świecie, znajdziesz ją wszędzie. 216 kroków od rogu ulicy do drzwi twojego bloku, 216 sekund które spędzasz jadąc windą… Jeżeli obsesyjnie czegoś szukasz, twój mózg przefiltruje rzeczywistość w taki sposób, że odnajdziesz to gdziekolwiek. Nieważne jaka liczbę wybierzesz: 22, 34, 315… ty wybrałeś 216 i teraz doszukujesz się jej wszędzie! Max, jeżeli odrzucisz metody naukowe przestaniesz być matematykiem, staniesz się numerologiem!

W kontekście tych skojarzeń i samego komiksu, tutaj pojawiają się rozważania o zewnątrz- i wewnątrzsterowności, zawodności ludzkiego umysłu, skłonności do mitologizacji. To tylko początek, bo te myśli są sprawnie obudowywane nowymi koncepcjami, przy kolejnym zapoznaniu się z komiksem. Ale, tak jak mówiłem, to wymaga zaangażowania czytelnika.

Numer 73304-23-4153-6-96-8

Sam nie wiem, czy jest potrzeba, by mówić o grafice Thomasa Otta. Idealnie oddaje ona ciężki i gęsty klimat komiksu. Sekwencja z rozdziału VII, w której są przedstawione wyobrażenia bohatera, jest nie do przebicia. A jeżeli ktoś nie wie czym jest scratchboard odsyłam do Wikipedii i scratchboardowego tutoriala. O „wydrapywaczach” Marek Turek zechciał napisać na swoim blogu.

Do samego Otta mam dwa zastrzeżenia, które dotyczą właśnie rysunków. Pogubił się gdy rysował celę. Ott daje do zrozumienia, że cele ze stron 9, 17 i 133 są tą samą, lub mają przynajmniej identyczny plan. Ta ze strony siedemnastej różni się od pozostałych tym, że widoczna jest część drzwi na samym dole. Raczej niedociągnięcie, póki co, nie znalazłem wytłumaczenia, że mógł to być celowy zabieg. Drugą sprawą jest coś, co wpisuje się w „grzęźnięcie w stylu”, o którym pisał Turek. Bohater „Numeru” wygląda praktycznie tak samo jak bohater opowieści „Prorok” z „Cinema Panopticum”, mają nawet ten sam kapelusz! Najlepiej zestawić stronę 83. „CP” i okładkowy kadr „Numeru”. Różnice są doprawdy minimalne.

W przypadku „Numeru 73304-23-4153-6-96-8” należy zwrócić szczególną uwagę na jakość wydania. Tak samo, jak przy poprzednich komiksach Otta, okładka jest twarda, strony grube i wręcz ociekające tuszem. Nowością jest materiałowy grzbiet z tłoczonym tytułem, tak jak w wydaniu zagranicznym.

Na koniec zachęcam do zakupu „Numeru”, który jest dla mnie najlepszą rzeczą, jaką czytałem w ciągu ostatnich paru miesięcy. Aha! I jeżeli okaże się, że Wasz PIN jest zawarty w tytule, to nie zmieniajcie go szaleńczo, jak jeden facet z tego artykułu.

Na Szybko Spisane 1990 – 2000


papier · komentarze 32

Na Szybko Spisane Dwa

Pierwszy tom „Na Szybko Spisane” podobał mi się z dwóch głównych powodów: był czymś z pozoru zupełnie nowym w twórczości Śledzia, oraz przywoływał pewien zbiór wspólnych dla całego pokolenia wspomnień jak gra w noże, pierwsze komputery osobiste czy kasety VHS. Drugi tom, siłą rzeczy, nie mógł być już takim zaskoczeniem, jednakże byłem ogromnie ciekaw, co też z lat 90. wrzuci do środka autor. To w sumie było to, na co najbardziej liczyłem.

I okazało się, że Śledziu mnie jednak zaskoczył i nieco zawiódł.

Widać, jak wraz z zakończeniem pierwszego rozdziału, zmieniła się koncepcja na cały komiks. „Pazłotka” pod względem narracji są bardzo podobne do „1980 – 1990”, stanowią jego bezpośrednie przedłużenie. Przypominają o wielu rzeczach z lat 90. i nagle w drugim rozdziale ten okres, historyczne tło, schodzi na plan dalszy, wysuwając na front głównego bohatera.

Gdy na sobotnim spotkaniu zapytałem o to Śledzia, ten odparł, że to przez to, że w latach 90. tyle się działo, że w sumie wszystko zlało mu się w jedną całość. I przy całym moim jęku zawodu, stanowi to potwierdzenie tezy, że nikt, poza Jarosławem Kaczyńskim, nie jest w stanie powiedzieć, co się właściwie w poprzedniej dekadzie działo. Czarna narodowa dziura!

Na Szybko Spisane Dwa

Z tego też względu, skoro wspomnienia schodzą na dalszy plan, na czoło wychodzi główny bohater. I nagle okazuje się, że pomimo tego, ze jest na pierwszym planie, to w komiksie jest na niego za mało miejsca. Śledziu więc pędzi. Rach ciach, pierwszy alkohol, pierwszy papieros, pierwsza impreza, pierwszy seks, matura, studia, bam! Koniec komiksu! Opowiedziane z dużym wdziękiem, ale mimo wszystko, dla mnie to za szybko, jak na historię, która miałaby mówić o tak kluczowej dla dojrzewającego dzieciaka dekadzie.

Czekam na komiks, który będzie głosem wychowanego w latach 90. pokolenia. Przypomni mu w jednym spójnym rzucie o różnych ważnych dla wspólnej pamięci sprawach, z punktu widzenia nie kilkulatka, ale właśnie nastolatka. Może innym razem, cóż poradzić.

Szczerze pisząc, to trochę nie wierzyłem, że ten album ujrzy światło dziennie. Wychodziłem z założenia, że Śledziowi się pomysł znudzi w trakcie tworzenia i rzuci go w cholerę. A tu proszę, po ośmiu miesiącach obsuwy, jest. Trzeci to już na pewno się nie ukaże!

Na razie jednak uważam, ze w tej trylogii „Nowa nadzieja” jest lepsza od „Imperium kontratakuje”.

O wyższości komiksów niemych nad komiksami z tekstem


papier · komentarzy 78

Arrival

„O wyższości komiksów niemych nad komiksami z tekstem” jest artykułem Marka Turka z najnowszego „Ziniola”. Największe nadzieje wiązałem właśnie z tym artykułem, gdy zobaczyłem jakiś czas temu spis treści. Niestety, zawiodłem się. Zamiast artykułu eksperta od niemych komiksów, otrzymałem nietrafioną wyliczankę. W tej notce przytaczam całość artykułu autora „Bajabongo”, polemizując z jego „argumentami”. Mam nadzieję, że wydawca i Marek wybaczą mi splugawienie tekstu i przepisanie go tutaj.

Przede wszystkim, sama teza, będąca tytułem artykułu, mnie zaintrygowała. Po prostu nie uważam, że jakakolwiek „wyższość” istnieje. Uważałem, że Marek Turek uświadomi mnie, że jednak tak. Ogólnie, nie lubię gdy ktoś wprowadza dodatkowe podziały – to jest lepsze, to gorsze, to dla myślących, inne dla leniwych. Ale najważniejsze – czytanie komiksu niemego jest zupełnie odmiennym doświadczeniem niż komiksu klasycznego, stąd udowadnianie jakiejkolwiek „wyższości” nie ma sensu. Bo komiksy nieme uwielbiam, Otta czytam na okrągło, do „Bajabongo” wróciłem z siedem razy w przeciągu pół miesiąca i ciągle mi się podoba! Bo jest coś niezwykłego i mistycznego w tym, co się przeżywa, gdy zostajemy wrzuceni w wir narracji komiksu niemego. To jak Marek Turek chce dowieść wyższości historii niemych? Tekst zdobią kadry z „The Arrival” Shauna Tana, wytłuszczenia w tekście artykułu są moją sprawką.

więcej…

Niedziela 70


niedziela · komentarzy 15

niedziela

Konrad, the pant tent man:
* W przyszłą sobotę, 28 czerwca, w CDQ odbędzie się koncert z okazji piętnastych urodzin Refuse Records. Siedem zespołów, całość zapowiada się obiecująco, choć dla mnie to też swego rodzaju urodzinowa impreza: pięć lat wcześniej, koncert z okazji X urodzin RR był moim „pierwszym świadomym” koncertem hc.

* A skoro jesteśmy przy muzyce, to sprawdźcie warszawskie Snakes Parade, nie jest to do końca mój hardkor, ale na ścieżkę dźwiękową do nowego „Mad Maxa” nadaje się idealnie.

* I jeszcze z ciekawostek muzycznych, Roody podrzucił mi linka do profilu Tine Melk, zespołu, o którym opowiadał Mawil w „Bendzie”.

* Odnoszę wrażenie, że informowanie o kolejnych grach Mateusza Skutnika jest starym informowaniem o ekranizacjach komiksów. Ale cóż poradzić, gdy się okazuje, że Skutnik jest większym twórcą gier niż komiksów? Tak czy siak, tym razem prosta flashówka o pływaniu statkiem, zatapianiu łodzi podwodnych i zestrzeliwaniem samolotów.

* Człowiek zwany Robertem Sienickim, oraz ten, którego uważa się za Konrada Okońskiego, popełnili kolejny odcinek swojej audycji Schwing. Jak zwykle się śmieją ze swoich własnych żartów. Przy okazji, Motyw Drogi jest już tak renomowany, że CZRS ma go na swoim słynnym „szybkim wybieraniu”. Cokolwiek to znaczy.

* Okej, był nius o nowej grze Skutnika, więc czas na jakaś adaptację komiksu. Tym razem padło na opisywany przeze mnie jakiś czas temu „Last Call”. W rolach głównych Kasia Figura i Bogusław Linda, reżyseria Andrzej Wajda.

* No i tak: wyszedł pierwszy numer odmienionego „Ziniola”, na razie tylko przekartkowałem w sklepie, kupię później.

* Natomiast w lipcu Taurus ma się szarpnąć i wypuścić zbiorcze wydanie z trzema tomami „Queen & Country”. Nie mogę się doczekać, pewnie cena będzie nieco sroga, ale myślę, że warto, bo to fajna seria jest.

Łukasz, the one with nazi look:
# Ogłoszono nominacje do nagród Harveya, część pokrywa się z nominacjami do nagród Eisnera. Może coś więcej o tym napomkniemy.

# Z cyklu „viral marketing nowego Batmana”. Założono myspace’owy profil Dark Knighta, więc można mieć Batmana w znajomych! Możecie zagrać także w zupełnie bezsensowną gierkę, albo wrzucić ten świetny, jokerowy poster na tapetę.

# Na blogu filmu „Jeż Jerzy” wysyp informacji. Całkiem przyzwoity trailer i wywiady z twórcami i podkładającymi głosy. W roli wywiadującego niezawodny w byciu cool, Alex Kłoś. Chłodno.

# A tu przyjemne, mówiące plakaty z „The Spirit”. „Do I look like a good girl” faworytką mą.

# Zaczynając tutaj pisać, przyrzekłem sobie, że nie będę reklamował swoich aukcji internetowych. W tym tygodniu spotkała mnie dość miła sytuacja gdy kupujący, który zamówił dość pokaźny zestaw komiksów, zapytał mnie czy przypadkiem nie piszę na Motywie Drogi. Dlatego pozdrawiam wszystkich czytelników, z którymi robiłem interesy, a nie wiedziałem, że są tutejszymi bywalcami. Jakby co, na hasło „Motyw Drogi”, możecie liczyć na jakieś bonusiki.

# Na koniec siedemdziesiątej niedzieli na Motywie Drogi, energetyczna nuta od pana, któremu w 1970 odeszło się było.

Po spotkaniu ze Śledziem


imprezy · komentarzy 76

profil

Jak na pierwszy raz, kiedy miałem okazję brać udział w tego typu wydarzeniu, na dodatek jeszcze współprowadząc, to jestem całkiem zadowolony. Mam nadzieję, że garstce zgromadzonych podobało się i się nie wynudzili, ani nie mieli uczucia niedosytu, ja w trakcie i tak miałem wrażenie, że przeciągneliśmy.

Parę luźnych uwag do zanotowania na przyszłość:
– jeżeli dwie osoby mają zadawać pytania, to warto zadbać aby była odpowiednia ilość mikrofonów
– przydałby się jakiś dyskretny minutnik w kieszeni
– przydałyby się też spodnie, w których siedząc nie wyglądam jakbym miał wzwód
– Szymon wspomniał, że w sumie zabrakło pytania o datę wydania następnej części, nie zadałem, bo uznałem, że Śledziu i tak wspomniał w trakcie, że jest obłożony robotą. Poza tym wszyscy wiemy, że to i tak będzie parę razy przekładane.
Chłodna 25 to bardzo fajne miejsce
– pamiętać, aby wydębić torbę od KG

Łukasz został na spotkaniu dłużej, więc potem doda swoje grosze, na bieżąco będę też dodawał tutaj linki do jakichś zdjęć, o ile się pojawią.

A o „Na Szybko Spisane 1990 – 2000” w poniedziałek.

Mały edit od Łukasza:
Póki co ogłaszam konkurs, w którym nagrodą jest egzemplarz „Na Szybko Spisane 1990 – 2000” z autografem Śledzia. Zasady: zabrania się floodowania – czyli pisania paru odpowiedzi pod rząd. Pytanie, na które należy odpowiedzieć w komentarzach:
Jakiego patrona na bierzmowaniu wybrał sobie Śledziu?

O spotkaniu napisali:

Zapraszamy na spotkanie ze Śledziem


imprezy, warszawa · komentarzy 39

Spotkanie ze Śledziem
Na Wraku, u Śledzia oraz w Schwingu wydało się już, że mistrzami ceremonii w trakcie spotkania z bożyszczem polskich fanów komiksu, ulubieńcem tłumów, ojcem poniedziałkowej publicystyki (ten żart mamy już za sobą), Michałem „Śledziem” Śledzińskim, będą dwie szare duszyczki prowadzące ten blogo-magazyn. Głupio by było nie zaprosić.

W imieniu swoim, wydawcy i Śledzia oficjalnie zapraszamy. Przybywajcie na Chłodną 25, dokładnie tutaj, w najbliższą sobotę o godzinie 13.00. W ramach spotkania: oczywiście tradycyjna (ale mamy nadzieję, że nie aż taka sztampowa) pogadanka, możliwość zakupu „Na szybko spisane 1990-2000” i zdobycia nań autografu Śledzia. Będzie też wydawca, który zapewne zadba o komiksową atmosferę i jakieś małe niespodzianki. Lokal jest bardzo przyjemny i everything-friendly więc nie krępujcie się przebrać za miśka, przyjść topless czy przyprowadzić swojego halibuta Eryka. Parę fanek i fanów obiecało postąpić w myśl tej piosenki.

Zapraszamy wszystkich czytelników razem wziętych i każdego z osobna, rozpuśćcie wici, zabawmy się dobrze w sobotę. Tak sobie pomyślałem, że po spotkaniu, kiedy kurz opadnie, możemy sobie przy soku czy piwku pyknąć w boule, bo dużo osób wyrażało taką chęć. Odzew w tej sprawie mile widziany. W każdej innej też.

Banksy: Wall and Piece


książki · komentarzy 7

Palec pod budkę

Czy jest sens bym tłumaczył kim jest Banksy? Każdy, kto codziennie porusza się po internecie, powinien znać tego partyzanta. Co jakiś czas czyta się wiadomości o tym, co nowego Banksy wymyślił, bądź jak wygląda. Sam Banksy jest porównywany do Warhola, a wielu artystów do Banksy’ego. Nieważne czy słusznie. Ważne, że Banksy stał się ikoną popkultury, nieważne czy kłóci się to z jego manifestem. Ważne by manifesty wygłaszać, we wszelkiej formie, także opisywanego przeze mnie albumu.

Czy jest sens zaopatrywania się w „Wall and Piece”, skoro wiele prac Banksy’ego można sobie zobaczyć w internecie? Niektórzy szczęśliwcy mogą się nawet do nich przejść. Oczywiście pytanie jest retoryczne, bo inaczej zadawałbym sobie je w kontekście wydawania czegokolwiek na papierze.

Album jest bardzo mądrze skrojony, są w nim nie tylko najbardziej znane prace Banksy’ego, ale również parę cykli, z którymi nie miałem wcześniej styczności. Ta pozycja świetnie pokazuje jak Banksy lubi podróżować, jakie ma ulubione miejsca (jak na przykład Shoreditch Bridge, na który wracał kilkunastokrotnie w przeciągu paru lat) oraz, że w swoim fachu jest multiinstrumentalny jak Piotr Rubik.

Bo siła Banksy’ego tkwi w tym, że nie stoi on w miejscu. Nie ogranicza się do street artu, wiesza swoje olejne obrazy w muzeach, podmienia część nakładu płyty Paris Hilton, zakłada blokady na koła figury pod Big Benem, tworzy vlepki i podrzuca żuka do Natural History Museum w Nowym Jorku.

Banksy

Oczywiście „Wall and Piece” to nie tylko zdjęcia i grafiki, ale również kilka tekstów. Banksy opowiada parę ciekawych historii, m.in. o tym jak wskakiwał do klatek w zoo, przytacza rozmowy spod muru palestyńskiego (- Pomalowałeś mur, sprawiłeś, że wygląda pięknie; – Dzięki; – Nie chcemy by wyglądał pięknie, nienawidzimy tego muru, idź do domu) i przychodzące do niego maile. Pod grafikami znajdują się też podpisy jak długo zajęło Banksy’emu namalowanie danej rzeczy (dla przykładu: 15 minut, 18 minut, 4 minuty), bądź ile jego dzieła zajmowały dane miejsce w muzeum (2 godziny, 8 dni). „Wall and Piece”, oprócz świetnej jakości grafik, jest pełen ciekawostek, jest zabawny i czasem zastanawiający. Co najważniejsze – Banksy nie nudzi, co mogłoby się zdarzyć przy takiej wszędobylskości i pewnym stopniu ogrania tego autora.

Banksy tym albumem udowadnia, że lubi kpić z angielskich świętości, wzbudzać kontrowersje i grać na nosie policji. Jak prawidzwy przestępca, zawsze wraca na miejsce zbrodni, tylko po to by popełnić jeszcze raz i napawać się szerzoną anarchią. Anarchią, której częścią możesz być i Ty.