Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

Wstydzę się rozmawiać o komiksach


komiksy · komentarze: 23

badzi badzik

W przeciwieństwie do Łukasza nie mam oporów przed czytaniem wszelkiego rodzaju komiksów w miejsach publicznych. W metrze, w swetrze, w autobusie, czekając na zajęcia, nie ma problemu. Jedynym ograniczeniem jest format komiksu i tłok wokół mnie. Jednakże gdy dochodzi do sytuacji gdy ktoś, o kim nie mam pojęcia co sądzi na temat komiksów, zagaduje mnie o nie, to zaczynam się motać i zacinać.

Dziś w pracy koleżanka pochyliła się nad moimi badzikami i powiedziała: „Kultura Gniewu, a wyglądasz na takiego spokojnego”. Na co ja, już lekko spięty, bo to drugi dzień w nowej robocie, zacząłem tłumaczyć, że Kultura Gniewu to jedno z wydawnictw komiksowych w Polsce, a The Fight to znajomy zespół. Na co koleżanka, zupełnie spokojnym i konwersacyjnym tonem: „Aha, czyli czytasz komiksy”. Na co ja: „Eeee, nom, czytam”.

I w gruncie rzeczy, nie jest to pierwsza tego typu sytuacja.

Po tylu latach, pomimo faktu, że rozmawiam o rynku komiksowym z moimi dziadkami, poważnie, mimo że w życiu nie spotkała mnie żadna przykrość związana z faktem, że czytam komiksy (nawet znalazłem sobie dziewczynę!), to gdy mam rozmawiać z kimś nowo poznanym na ten temat to się spinam.

Za każdym razem gdzieś tam włącza mi się tryb ewangelisty i mam ochotę, w obronie własnej, rozpoczynać tyradę, że komiksy to już nie tylko dla dzieci, że „Maus”, że „Strażnicy”, że są komiksy takie i owakie. Jakby moi rozmówcy zarzucali mi zdziecinnienie, a ja muszę występować w obronie czci którejś tam muzy. Już nie pamiętam, który numer odpowiada za komiksy.

Mam gdzieś w głowie zakodowany stereotyp komiksiarza w swetrze, gościa, który nie zajmuje się niczym innym jak tylko komiksami, gościa, o którym mówi się, że jest „fanem komiksu„. A ja do cholery nie jestem fanem komiksu, ja je tylko czytam, tak samo jak oglądam filmy, słucham muzyki czy jem żelki. Mając ten obraz przed oczami, ciągle boję się, że inni mnie do niego przypasowują.

I tak się zastanawiam, skoro komiksów u nas jest tak mało, że zostały zepchnięte na głęboki margines kultury popularnej, to czy te stereotypy w ogóle jeszcze żyją?

A i jeśli inni czytający ten tekst wydawcy chcieliby, abym obnosił się z ich badzikami, to niech je sobie wyrobią, z chęcią kupię kilka.

Niedziela 65


niedziela · komentarze: 25

wiadomosci
@ Przypominamy o konkursie na logo i możliwości posiadania avatarów w komentarzach.

@ Jeżeli jesteście zainteresowani dalszymi losami Warszawskich Spotkań Komiksowych, to zajrzyjcie na spotkanie organizowane przez Daniela Chmielewskiego w najbliższy czwartek.

Konrad blabs:
* Od jakiegoś czasu znajduję się pod urokiem komiksów Kate Beaton. Czy może być więc coś lepszego niż Kate Beaton w komiksowej bitwie z Johnem Cambellem?

* Znany z kilku komiksów internetowych, Tomek Drabik, od dłuższego czasu realizuje się zawodowo jako recenzent gier. I popełnił najlepszą recenzję Guitar Hero 3 na świecie. Brawa za odwagę.

* Castle Crashers zostali wreszcie ukończeni! Teraz jeszcze testy i inne duperele… i pewnie wyjdą na święta. Plask.

* Pierwsze osoby widziały już skończoną drugą część „Na szybko spisane” i im się podobało. Ale ich nie lubimy. Konkretnie jednej osoby.

Porcja od Łukasza:
# Też nie lubię tej jednej osoby, bo drugą jak już gdzieś napisałem – kocham. Szyłak miał rację. Ale z drugiej strony i tak nie lubię czytać komiksów z monitora. A ta druga osoba dalej szaleje, moja Marta mówi, że trochę kościelne na początku. Ale wporzo.

# Aleja nareszcie ogłosiła oficjalne wyniki plebiscytu. Do Śledzia zabrakło nam osiemnastu głosów. Wszystkim głosującym dziękujemy, obiecujemy pisać częściej, a tych osiemnastu złapiemy na następnym konwencie i będziemy torturować komiksami Belego.

# Endo oprócz bloga i strony założyła portfolio na flickrze – a nie zapominajmy kto trendy wyznaczał kiedyś. Tamże 22 strony jej komiksu „Projekt: Człowiek”, co razem z planszami na stronie KG, daje ich 26. Ponad pół komiksu do przeczytania za darmo! Szkoda, że nie pół komiksu bez dziur.

# Ukazała się dość niedawno para ciekawych wywiadów. Przekrojowy wywiad ze Stanem Sakai, okraszony całkiem przyjemnym zdjęciem, oraz gonzowy wywiad z Adlerem. Ponieważ Stan ostatnio u nas gościł, a tydzień temu zakupiłem (w końcu) „Status 7 – Breakoff”, są to dla mnie wywiady na czasie.

# Niemal co tydzień spece od marketingu „The Dark Knight” dostarczają nam czegoś nowego, tym razem padło na trzy spoty telewizyjne. Hit me!

# W poniedziałek szykują się poważne zakupy komiksowe, do zakupienia pakiety KG („Bajabongo” i „Kobiety”) i Egmontu (m.in. nowy „Calvin i Hobbes” i Moebius z Mistrzów Komiksu). No cóż, zacisnąć zęby, bajabongo i do przodu.

# W niedawno wydanym „GTA IV” pojawił się zabawny filmik z Basem Ruttenem. Fanem gry nie jestem, ale chyba zacznę być fanem Basa. Zwróćcie uwagę na genialne efekty dźwiękowe.

Konrad i Paul: Big Dick


papier · komentarze: 10

Konrad i Paul

Homoseksualizm to jeden z tych tematów, zaraz obok kary śmierci czy aborcji, które zawsze skutkują zażartymi dyskusjami. Dlatego też, w ostatnich latach, można było zobaczyć jak ten temat zawładnął popkulturą. Dla przykładu wystaczy wymienić „Tajemnicę Brokeback Mountain”, „Six Feet Under”, czy wydane ostatnio w Polsce „Lubiewo” Michała Witkowskiego. Mimo że komiks gejowski, czy homoseksualny, ma już swoje miejsce w świecie od jakiegoś czasu, to w Polsce nikt jeszcze nie odważył się wydać tego typu rzeczy. Do dziś, bo wydawnictwo Abiekt.pl wypuściło komiks „Konrad i Paul: Big Dick” Ralfa Königa.

Dwójka tytułowych bohaterów żyje w stałym związku partnerkim od dziesięciu lat. Na kartach komiksu przedstawiają nam historię swojego pożycia, która w tomie „Big Dick” składa się z kilkudziesięciu zabawnych opowieści. Konrad i Paul przedstawiają nam pokrótce siebie, oraz to jak się poznali, by później zabawić nas barwnymi opowieściami – głównie związanymi z ich życiem seksualnym.
A życie seksualne Konrad i Paul mają ciekawe. Konrad odkrył swój homoseksualizm w momencie poznania Paula, jest raczej taki wyważony i spokojny, jak sam mówi, ze względu na tradycyjne wychowanie czasem jest sztywny i konserwatywny. Z kolei Paul jest tym typem bardziej szalonym, twardym gejem, który kobiet po prostu nie lubi. Lubi za to bezpruderyjne podejście do życia, zabawy BDSM i rżnąć Konrada. No, i chłopaki się po prostu kochają.

Komiks ma dwa duże plusy. Pierwszy – zabawnie pokazuje życie ludzi świadomych swojej seksualności. Nawet nie chodzi o to, że bohaterowie są gejami, przypuszczam, że równie dobry komiks można by zrobić o heteryckich swingersach. Tak czy siak – Konrad i Paul mieli wiele pedalskich przygód, czy to związanych ze specyficznymi homoseksualnymi imprezami, czy z własnego łóżka. I mówiąc „pedalski” nie mam nic złego na myśli, autor sam tak mówi o swoim komiksie. Bo komiks jest iście pedalski. Nie brakuje tam żartów ejakulacją podszytych czy sterczących penisów, którymi już na pewno ktoś się zainteresuje. A wszystko to podane z naprawdę dobrym humorem. Oczywiście, nie jest to w większości humor wysokich lotów – przy lekturze „Konrada i Paula” trzeba być po prostu nastawionym na tego typu klimaty i nie wstydzić się przed samym sobą. Bo ci, którzy dość łatwo się oburzają, a temat seksu jest dla nich tabu, nie będą się dobrze bawić. Oprócz całej „pedalskości” jest też wiele zwykłych, zabawnych małżeńskich momentów, jak na przykład kłótnia nad wyższością Nutelli nad Schokocreme – miód!
Konrad i Paul
Drugą sprawą jest wprowadzenie w niemiecki świat gejów, który w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych nie wyglądał zbyt ciekawie. To za sprawą paragrafu 175, histerii AIDS czy paru innych rzeczy. Dlatego Ralf König zasypuje nas ciekawostkami związanymi z gejowskim stylem życia, ale także wprowadza w to, jak niemieccy geje radzili sobie w tamtych latach. Tutaj należy się duży plus za przypisy na końcu komiksu, które wyjaśniały niektóre nazwiska (np. aktorów porno) czy terminologię (dildo, złoty deszcz). Akurat z terminologią nie miałem problemów, ale widzę, czemu to może być przydatne. Spodobały mi się ciekawostki zamieszczone na stronie wydawcy, szczególnie grafika Andy’ego Warhola wykorzystana w komiksie, bo poza jego Marylin i puszką pomidorówy kojarzę niewiele.

Z minusów – rysunki nie są powalające. Ot, luźno pociągnięta kreska, jak w Wilq – bo nie rysunki są tu najważniejsze. Kolejny minus to cena. Komiks kosztuje 30 złotych za 100 stron – to zdecydowanie za dużo jak na takie wydanie. Dla porównania, bardzo podobnie wydany (format, rysunki czarno-białe) „Calvin i Hobbes” ma 128 stron, lepszą okładkę, a kosztuje 24,90zł. Powiedzmy, że przeboleję, bo przy komiksie ubawiłem się po pachy. Aż głupio mi było parskać śmiechem w autobusie – tak, tym razem się nie wstydziłem – takie hetero gay pride. Wiem, że po części komiks jest adresowany do środowisk homoseksualnych i mimo że raczej nie jestem z nimi zaznajomiony, mam pewność, że się tam dobrze przyjmie, ale polecam „Konrada i Paula” każdemu, bo jest to po prostu śmieszny i prawdziwy komiks.

Ćwiczenie mięśnia popkulturowego


varia · komentarze: 12

skytvad

Strasznie lubię pixel art, fascynuje mnie sam fakt, że w sytuacji, gdy gry komputerowe ciągle starają się osiągnąć świętego Gralla fotorealizmu, część grafików powróciła do lat 90. Na pewno każdy z was musiał chociaż raz w życiu trafić na Wieże Pana Wonga, lub jakiś komiks internetowy tworzony w oparciu o stare sprity. Polecam też Nitrome, producentów naprawdę stylowych gierek we flashu.

Znacie też być może rysunek z popularnymi serwisami internetowymi oraz kultową już chyba reklamówkę Virigin Digital, na której trzeba było znaleźć jak najwięcej zespołów muzycznych. Ostatnio trafiłem na cykl nieco mniej rozbuchanych w formie, ale za to pixel artowych reklam telewizji SKY, gdzie w miejski krajobraz poutykano bohaterów wielu filmów i kilka innych postaci. Jako, że telewizji tej i tak nie ma w Polsce, to możemy w spokoju się pobawić, bez ryzyka, że ktoś nas namówi do czegokolwiek płatnego.

Miłego szukania, lista tego to co udało mi się rozpoznać poniżej:

więcej…

Reedycja Armady – Ogień i Popiół, Kolekcjoner


papier · komentarze: 27

Ogień i Popiół

Gdy w 2000 roku Egmont wydał pierwszy album „Armady” była to szesnasta pozycja w jego ofercie, a okres nazywany roboczo „drugim boomem komiksowym” dopiero powoli się rozkręcał. Wkrótce jednak komiksów na sklepowych półkach było tyle, że musiałem z paru tytułów zrezygnować. Postanowiłem wtedy kupować „Lanfeusta”, co okazało się wyborem nietrafionym, bo seria znudziła mi się po pięciu albumach. Potem jakoś ciągle nie mogłem się zebrać do nadrobienia „Armady”, raz próbowałem ją dorwać na Allegro, ale sprzedawca mnie wyrolował, a teraz proszę, Egmont po ośmiu latach postanowił wypuścić dodruki pierwszych dwóch albumów.

Główną bohaterką cyklu jest Navis, jedyna przedstawicielka rodzaju ludzkiego w tej części galaktyki. Pewnego dnia, na jej porośniętą bujną dżunglą planecie, ląduje przedstawiciel rasy Hotów, jednej z wielu należących do tytułowej Armady. Czym jest Armada? Jest to swego rodzaju kosmiczny konwój-państwo, złożony z niezliczonej ilości statków należących do najróżniejszych ras, które razem podróżują przez galaktykę. Pierwszy album, „Ogień i popiół” opowiada o pierwszym spotkaniu Navis z kosmitami, a „Kolekcjoner” o jej przystosowywaniu się do życia w Armadzie.

Kolekcjoner

Na pierwszy rzut oka, gdy popatrzymy na szatę graficzną, przygody Navis mogą się wydawać nieco cukierkowe. Jednak gdy już zaczniemy czytać, okazuje się, że przy ferii kolorów i nieco dobrotliwie wyglądających kosmitach, „Armada” potrafi też być momentami bardzo gorzkim komiksem. To świetny rozrywkowy tytuł tak zwanego środka, dla fanów kantyny z Mos Eisley i nie tylko.

Egmont wydał u nas na razie dziesięć albumów, więc jeśli chodzi o główną serię, to jesteśmy na bieżąco. Na zachodzie ukazały się także dwie poboczne serie, co daje jakiś obraz popularności cyklu.

Zastanawiam się, czy ponowne wydanie tych albumów nie jest szansą na powtórzenie procesu jaki zaszedł kilka lat temu. Być może Egmont ponownie, dzięki „Armadzie”, zachęci do kupowania komiksów nową grupę czytelników. Byłoby fajnie, ja mam jeszcze przed sobą uzupełnienie reszty serii.

Pétanque


gry · komentarze: 22

Petanque
Widzieliście kiedyś na skwerku dziadka, który rzucał kulami, ale nie wiedzieliście co dokładnie robi? Albo grupkę znajomych na pasie zieleni, która robiąc to samo, dobrze się bawiła? Najprawdopodobniej grali w pétanque – francuską grę towarzyską. Przyszło lato i jest to najlepszy czas na grę w petankę (bądź boule, jak kto woli). A ponieważ od pewnego czasu trenuję sobie za akademikiem, postanowiłem zachęcić Was do spróbowania tego sportu. Zanim spiszecie ten wpis na straty (bo się nie interesujecie), wiedzcie, że będzie w pewnym momencie o komiksach.

Petanka ma właściwie same zalety, dlatego postaram się mądrze je opisać w następnych akapitach. Przede wszystkim – gra ma bardzo proste zasady. Gra się boulami o określonej wadze i średnicy, a wygrywa ten, kto umieści swoje boule bliżej drewnianej kulki (tzw. świnki). I tyle. Serio. Oglądaliście pewnie curling. Więc, nie zagłębiając się w szczegółowe zasady, pétanque polega na tym samym, tylko zamiast kamieni mamy boule, odpowiednikiem kółka (domu) jest świnka, a zamiast na lodzie, gramy na trawie, żwirku, piasku bądź innym podłożu. Jeżeli mówimy o grze rekreacyjnej, oczywiście. Dokładne zasady gry – naprawdę banalne – są tutaj.

Boule są świetną grą towarzyską, można grać drużynowo, oraz sam na sam. Jeżeli nie macie z kim grać, możecie potrenować sami i nie przejmować się brakiem przeciwnika. Ponieważ gra polega na precyzji, strategii, ale najzwyklej mówiąc – na rzucaniu, nie dyskryminuje ze względu na wiek czy płeć. Grać mogą wszyscy, którzy są w stanie kucać, stać i rzucać kulę ważącą ok. 650-800 gramów na odległość 6-10 metrów. W trakcie gry używa się głównie trzech rodzajów rzutów, więc technika jest prosta w opanowaniu, a pic polega tylko na jej szlifowaniu.
Petanque
Gra jest również bardzo tania, bo nie potrzebujemy spejalistycznego sprzętu, a kawałek skwerku znajdzie się wszędzie, nawet w wybetonowanej Warszawie. Boule rekreacyjne, takie, którymi spokojnie pogramy sobie w dwie osoby, kosztują ok. 50zł.

Petanka to idealna gra na piknik, na wyjście do parku z rodziną i na leniwe popołudnie. Pewnie, jest to trochę gra dla starych dziadków i nie jest super emocjonująca. Ale za to pobudza koncentrację, precyzyjne rzuty potrafią dać dużo satysfakcji, a gdy zacznie grać się bardziej poważnie, zauważy się, że strategia ma także bardzo duże znaczenie. Jest to więc gra zręcznościowo-strategiczna i jeżeli nie lubisz męczyć się przy sporcie, ale chciałbyś w te ciepłe dni porobić coś fajnego, petanka jest właśnie dla Ciebie.

Garść linków:
Flashowa gra w boule – by załapać ogólne zasady
Posąg gracza gdzieś w Wielkiej Brytanii
Klip pokazujący profesjonalną rozgrywkę
I jeszcze jeden, bo chłopaki rzucają cudnie
W końcu – zapowiadany akcent. Snoopy gra w Boule.

Niedziela 2^6 w poniedziałek


niedziela · komentarze: 34

wiadomosci

Halo, żyjemy!

Powód awarii jest nieco tajemniczy i równie nieznany, jednakże po dwóch dniach dział techniczny Superhostu wreszcie rozwiązał problem. O trzeciej w nocy. Dziękuję.
Muszę przyznać, że to były pod tym względem dwa dziwne dni, tak bez działającej strony.

Ogłoszenia parafialne
@ Przypominamy o konkursie na logo Motywu Drogi, nagrody czekają.

@ Jeżeli ktoś zarejestrował się w Gravatarze (o którym pisaliśmy tydzień temu) i wybrał obrazek, a dalej nie widzi swojego avataru to znaczy, że go nie zatwierdził. Trzeba po prostu nań kliknąć i zrobić „confirm” – dopiero wtedy będzie widoczny np. u nas w komentarzach.

A teraz do niedzieli:
* Gdyby ktoś był ciekawy wrażeń Stana Sakai z minionej wizyty w Polsce, to niech zajrzy tutaj. Piętnaście wywiadów? W tym telewizyjne? Widział to ktoś?

* I wychodzi na to, że chyba byłem złym krukiem, bo o to Śledziu pisze, że robota nad drugim „NSS” skończona. Nawet plansze zaprezentował. Przepraszam za zwątpienie, to przez zniecierpliwienie. Rym.

* Banksy cały czas nie wychodzi z mody. Zerknijcie więc na zdjęcia z The Cans Festival. Także tutaj jest jeszcze kilka. A tu skany programu imprezy. Czy też katalogu. Bombastyczne.

* Tyle lat, znaczy się dwa, Bele naśmiewał się z Jerzego Szyłaka na forum PCWKa no i się doigrał: Szyłak obrzuca go Pawłem Szarlotą i odradza kupowanie jego przyszłych albumów. W sensie albumów Bele, nie Szyłaka. To jest ten moment, w którym na ekranie pojawia się ociekający krwią napis „Fatality”..

* Z blogogalerioportfolio ruszył Arkadiusz Klimek, wspominany tu i ówdzie.

* Okazuje się, że w Chinach są już agencje reklamowe, które na dodatek wymyślają reklamy. Na przykład proszku do prania. Zastanawiające. Chiny chyba nigdy nie przestaną mnie zadziwiać

* Jeżeli ktoś miałby ochotę uratować Aleję Komiksu, to niech zajrzy tutaj, ogłosili nabór do „redakcji”. Choć nadal nie rozwiązali plebiscytu.

* Taka mała ciekawostka, strona Timofa i Cichych Wspólników, autorstwa Mrrau.net została podana jako inspiracja do walki z nudnym, czystym, webdwazerowym wystrojem stron internetowych.

* I jeszcze All x Ages – galeria niezłych zdjęć z koncertów kapel, których w większości nie ogarniam.

Trukasz, Łukasz!
# Już w czwartek rozpoczynają się 53. Międzynarodowe Targi Książki. Wydawnictwo MUZA przygotowało spotkania z komiksiarzami. W piątek na ich stoisku (nr 408, sektor D) o godzinie 12. Przemysław Polch i Władysław Krupka, w sobotę o tej samej godzinie Stanisław Mikulski. Jeżeli chodzi o komiksowe klimaty, można będzie również spotkać: Sławomira Mrożka, Edwarda Lutczyna, Bohdana Butenkę i Andrzeja Mleczkę. Prócz tego, jak zawsze – książki, autografy, możliwość spotkania m.in. z takimi autorami jak Dukaj, Bartoszewski, Bralczyk. Dokładne kalendarium imprez MTK tutaj (uwaga – PDF). Co ciekawe, pierwszy raz od wielu lat na Targach nie będzie Egmontu. Ciekawe dlaczego.

# Na Targach będzie można również przedpremierowo zakupić pierwszy w Polsce komiks gejowski – „Konrad i Paul” Ralfa Koniga. Podobno na stoisku wydawnictwa Latarnik (nr 124, sektor A). Komiks będzie miał oficjalną premierę 1. czerwca na Festiwalu Równości, czy jak kto woli Paradzie Gejów (to dla wyszukiwarek, chociaż mógłbym napisać „seks”).

# Jeżeli komuś do gustu przypadł „Lucyfer” bądź „Nigdziebądź”, to może spróbować przeczytać książkę „Mój własny diabeł” scenarzysty ww. komiksów. Autorem jest oczywiście Mike Carey, wydawcą Mag, tłumaczy Paulina Braiter.

# Kolejny wideoblog filmu „Strażnicy”! I to jaki. Tym razem mamy wgląd w kostiumy i powiem, że opadła mi szczena przy niektórych momentach.

# Komikslandia otworzyła program lojalnościowy. Za każde wydane 10zł dostaje się punkt, a za punkty nagrody. Dla przykładu artbook „Usagiego” kosztuje 400 punktów, a „Pragnienie” 100. Komiksy są z autografami, co nie zmienia faktu, że dobre sobie.

# Jeżeli ktoś czyta „Przekrój”, a zapomniał kupić w zeszły czwartek, to śpieszę z wiadomością, że obok recenzji „5″ ukazała się taka informacja:

Dla czytelników „Przekroju”, którzy uważają, że na łamach naszego tygodnika jest za mało tekstów o komiksie, mamy złą i dobrą wiadomość. Zła – na papierze nie będzie ich więcej. Dobra – będzie ich więcej w sieci. Na stronie www.przekroj.pl pojawił się właśnie link do „Przekroju pod chmurką”, czyli bloga poświęconego historiom obrazkowym. W menu recenzje, wywiady i newsy, a z okazji oficjalnej inauguracji – konkurs. Do wygrania komiks „Alois Nebel” z autografem rysownika! Blog dostępny również bezpośrednio pod adresem www.podchmurka.blogspot.com.

Na początku się przestraszyłem bo zrozumiałem, że JUŻ nie będzie recenzji komiksów w „Przekroju” – „Ha, więcej już nie będzie!”. Dopiero później zrozumiałem, że nie będzie ich w większej ilości. Sebastianie, jeżeli Ty pisałeś tę kolumienkę to wiedz, że zawału mało nie dostałem. Zacząłem się też zastanawiać czy to nie efekt plebiscytu Alei, gdzie „Przekrój” zajął trzecie miejsce (za „Esensją” i „Nową Fantastyką”).

# Nie wiem czy będzie to stały element moich niedziel, ale fajnie jest wrzucić coś kojarzącego się z numerem obecnej niedzieli. Padło na liczbę 64, której nie mogłem jako informatyk po prostu pominąć. Dzisiaj linkuję klasyk Beatlesów, a embeduję klasyk YT:

Beaver, this milk is off!


internet · skomentuj

baskonkurs

Jakiś czas temu pisałem o konkursie na komiks gościnny ogłoszonym przez Johna Allisona ze „Scary Go Round”. Nie doczekał się jeszcze oficjalnego rozstrzygnięcia, a tymczasem nieco podobna zabawa odbyła się na „Beaver and Steve”.

James Turner miał nawał roboty i potrzebował kogoś, kto narysuje dla niego z 4 -5 odcinków przygód Bobra i Stefana. Komiks aktualizowany jest raz w tygodniu, więc w grę wchodził miesiąc laby. Warunek był jednak taki, że gościnne odcinki miały być narysowane do przygotowanego wcześniej przez Turnera scenariusza, oczywiście nie trzeba było się go jakoś kurczowo trzymać.

Każdy chcący wziąć udział w zabawie musiał narysować swoją wersję pierwszego odcinka z konkursowego cyklu. Nagrodą, poza oczywiście wieczną sławą i chwałą, były również papierowe wydanie „Beaver and Steve”.

Swoje prace nadesłało ponad pięćdziesiąt osób, a rozrzut stylistyczny był spory. Od wiernego naśladownictwa kreski Turnera bo bardziej twórcze interpretacje, jak na przykład wersja pikselowa czy z udziałem ludzkich postaci w kostiumach. Część osób nadsyłających prace chyba jednak nie zrozumiała zasad konkursu i po prostu pokolorowała lub przemontowała materiał wyjściowy.

Styl zwycięzcy, Daniela Woodhouse’a jest w porządku.

Fajna akcja, choć czytanie w takim nadmiarze tego samego odcinka, na dodatek opartego na pomyśle z podwójnym bobrem daje nie niezamierzony efekt dnia świstaka. To jest bobra. Ale z moim mlekiem chyba wszystko w porządku.

Six Feet Under


telewizja · komentarze: 8

Six feet under
Stało się – obejrzałem drugi raz całość „Sześciu stóp pod ziemią” i drugi raz poryczałem się przy zakończeniu. „Six feet under” to porządna dawka serialu, 5 serii – 63 odcinki, co daje ponad 50 godzin oglądania. Zdobył 9 nagród Emmy, 3 Złote Globy i uznanie widzów w czterdziestu krajach. Umiera w nim ok. sto osób. Liczba śmierci wyjątkowo duża jak na serial obyczajowy – nie w tym przypadku. „Six feet under” to serial niezwykły, oryginalny i genialny w prostocie zamysłu. Alan Ball (scen. American Beauty) pomyślał: „Hej, skoro były już seriale o lekarzach, policjantach, ratownikach, prawnikach, agentach i pastorze z dużą rodziną, to czemu nie pójść w stronę przedsiębiorców pogrzebowych?”. Jak się okazało, trafił w sedno.

„Sześć stóp pod ziemią” to, jak już powiedziałem, serial obyczajowy, który utrzymany jest w konwencji czarnej komedii. Opowiada o życiu w przygnębiającym domu pogrzebowym w Los Angeles, tłem perypetii rodziny Fisherów są śmierci ich klientów, albo lepiej powiedzieć – śmierci bliskich ich klientów. Praktycznie każdy odcinek zaczyna się od zgonu – a jak to z nimi bywa, jedne są ciekawsze, drugie zwyczajniejsze. Dlatego mamy piękny przekrój śmierci: od naturalnych, poprzez morderstwa, wypadki z udziałem zwierząt, po te zasługujące na nagrodę Darwina. Zadaniem zakładu Fisherów jest nadanie denatowi jak najbardziej naturalnego wyglądu i przeprowadzenie pożegnalnej ceremonii. To z kolei nie jest takie proste, gdy chce się jednocześnie mieć trochę czasu dla siebie, a klienci są markotni.

„Six feet under” tworzy kupę wyrazistych, sympatycznych postaci, które razem tworzą swoisty kalejdoskop. Mamy Davida – syna założyciela domu pogrzebowego Fisherów, który najbardziej poczuwa się do obowiązku sprawowania pieczy nad interesem, gdy jego ojciec nie jest już w stanie tego robić. David jest porządnym facetem i jest gejem. Genialna kreacja Michaela C. Halla (o którym jeszcze wspomnę gdy będę pisał o serialu „Dexter” – gdzie Hall gra tytułową rolę) – chodzi o to, że ja mu kompletnie wierzę. Czasem oglądając, szczególnie polskie seriale, dochodzę do wniosku, że ci aktorzy nie do końca wierzą w to co robią, a jak mawiał mój instruktor teatralny, pierwszym pytaniem jakie trzeba sobie zadać wychodząc na scenę jest „Co ja tu robię?” – Michael C. Hall z pewnością to robi. Mamy Nate’a (Peter Krause – znany z „The Lost Room”) – brata Davida, raczej buntownika, który nie do końca jest pewien co ma robić w życiu, przez co zdarza mu się miotać w te i we wte. Claire (Lauren Ambrose) – uroczą rudowłosą siostrę ww. o duszy artystki, dziewczynę popapraną, antybushowską konsumpcjonistkę, która zdolna jest wykraść stopę poćwiartowanego trupa, by zwrócić na siebię uwagę. Nathaniela (Richard Jenkins) – ojca powyższej trójki, który, nie będę tego dalej ukrywał, umiera w pilocie, a na ekranie pojawia gdy jego bliscy go sobie wyobrażają. Jest przedłużeniem ich emocji, jego ustami wyrażane są czasem najbardziej skrywane myśli. Postać ta jest najbardziej cyniczną i ironiczną, jaką do tej pory spotkałem w świecie seriali. Mamy inteligentną Brendę (Rachel Griffiths), która da się poznać zarówno jako nimfomanka, jak i kochająca mama, Ruth (Frances Conroy) – niepozorną głowę rodziny Fisherów, czy psychicznie chorego brata Brendy – Billy’ego (Jeremy Sisto). To tylko początek.
Six feet under
Co mnie urzekło w „Six feet under”? Po pierwsze – estetyka. Zaczynając od niepokojącej wejściówki napakowanej symboliką, całe to poprawianie śmierci, make-upowanie truposzy, robienie z nich manekinów jak na wystawie. Następnie – minimalistyczne wnętrza, wyposażenie domu Fisherów rodem z lat 60. tworzy tę ni to żałosną, ni komiczną całość. Po drugie – chwytliwość, tak jak grywalność w Diablo. Chce się więcej i więcej, dlatego przy lepszych momentach 2. czy 4. serii potrafiłem obejrzeć 7-8 odcinków pod rząd. „SFU” przedstawia pewne problemy bez skrupułów, które jeszcze do niedawna były nagminnym grzechem telewizji. W bardzo wiarygodny sposób obrazuje seksualność człowieka i nie mówię tu o wszędobylskim seksie, który ma przyciągać masy – bo nie o to chodzi. To jak ten serial pokazuje homoseksualistów, ich uczucia i problemy, czy potrzeby pięćdziesięciokilkuletniej kobiety skłania mnie ku refleksji, że może nie jesteśmy skazani na „Sex w wielkim mieście” jeżeli chodzi o przełamywanie wstydu. Dalej – duży dystans do śmierci. Jest ona prezentowana jako coś normalnego, czasami zabawnego, odnawiającego zdrowe podejście do życia osób, które się z nią zetknęły. Serial pozwala się zrelaksować, podejść do życia bardziej na luzie. Problemy bohaterów nie są wydumane – przynajmniej do 3. serii, która była chyba najgorszą, ze względu na raczej nieudane epizody z Lisą. Autorzy „Six feet under” bardzo mądrze prowadzą każdy odcinek, gdzie początkowa śmierć antycypuje pewne wydarzenia związane z głównymi bohaterami, lecz nie do tego stopnia by zostać znudzonym biegiem opowieści. Metafora dopełnia się dopiero przy zderzeniu uczuć wywoływanych przez danego klienta w Davidzie czy Nate’cie ze stanem uznanym za ustalony. Reszta otoczenia jest „zarażana” przez osoby, które bezpośrednio uczestniczą w obsłudze. Nie wiem dlaczego, ale kojarzy mi się to trochę z „Czerwoną Różą” Stephena Kinga, albo „Lśnieniem”. Cała otoczka związana z pogrzebami, szczególnie gdy trzeba na nią patrzeć z przymrużeniem oka, jest podobnie niepokojąca, tak jakby to dom był ośrodkiem przenoszenia pewnego stanu mentalnego. No i te postaci, z którymi się najnormalniej zżyłem. Czuję, że w przeciągu paru lat kolejny raz przyjdzie mi posiedzieć przy ich perypetiach.

„Six feet under” jest czasem rozczulające, zabawne, smutne oraz mądre. W tym serialu każdy znajdzie coś dla siebie – czy to romantyk, ktoś nastawiony na przełamywanie tabu bądź lubiący mocne akcenty i zwroty fabularne. Na tle wielu seriali obyczajowych ten jest godzien polecenia, szczególnie do oglądania z bliską osobą. Jeżeli masz kilkadziesiąt wolnych wieczorów – zobacz to koniecznie.