Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

Lucyfer #2: Dzieci i Potwory


papier · komentarzy 5

dzieci i potwory

Jeśli mam być szczery to wolałbym, aby zamiast „Lucyfera” Egmont postawił raczej na „Baśnie”, no ale trudno, jest jak jest – nie można mieć wszystkiego. To tak tonem myśli przewodniej.

W tomie pierwszym – „Diable na progu”, Carey pokazał nam kilka elementów układanki i zarysował szkic większego knucia Lucyfera. Na drugi tom składają się dwa opowiadania: „Dom o komnatach bez okien” oraz tytułowe „Dzieci i potwory”. Dzięki pierwszej historii poszerzyłem swoją wiedzę o japońskich wyobrażeniach piekieł oraz na własne oczy przekonałem się, że Lucyfer nie ma penisa. Szokujące.

Opowiadanie drugie – „Dzieci i potwory” zbiera wątki z poprzednich historii w wielki finał, w którym blondwłosy bohater jak zwykle robi wszystkich w jajo. Którego sam nie ma. Ani jednego. Inni aniołowie również, ale nie przeszkadza to jednemu z nich posiadać dzieci, a zwłaszcza je rodzić. Słowem, gaimanowski standard, dla fanów gatunku. Carey pod tym względem jest niezłym naśladowcą.

dzieci i potwory

Nie do końca pasuje mi ten klimat, ale trudno odmówić „Lucyferowi” pewnego uroku. Główny bohater jest kawałem drania i to chyba całkiem dobrze, że nie wywołuje zbytniej sympatii. Trochę tylko mnie męczy tempo w jakim zmieniają się postacie drugoplanowe, jest ich multum, co chwila pojawiają się nowe, nie wiadomo skąd.

Jednakże cały urok historii jest skutecznie podminowywany przez zmieniających się co chwila rysowników. Apogeum niespójności jest trzeci rozdział „Dzieci i przetworów” gdzie artyści zmieniają się co kilka stron. Koszmar – zwłaszcza, że Gross z Kellym mają zupełnie inny styl niż Ormston. Masakra. W pierwszym tomie każda historia była rysowana przez kogoś innego i było to w porządku. Jasne, że wolę gdy jeden rysownik odpowiada za całą serię, no ale trudno. Jednakże gdy artyści zmieniają się co rozdział to już zaczyna się robić niemiło, ze szkodą dla komiksu.

Jak na razie „Lucyfer” to porządne, grube czytadło z dużą ilością nawiązań i aluzji, magii i czarów. Ja osobiście czytam go do poduszki, szybciej mi się zasypia.

komentarzy 5

  • Ja się osobiście na Lucyferze trochę zawiodłem. Postacie (główna w szczególności) są fajne jednak mam wrażenie, że ich potencjał nie został w pełni wykorzystany, a nawet trochę zmarnowany. Niektóre zostały tylko lekko napoczęte, jakby nie było czasu/sposobności się w nie trochę zagłębić.

    Brakuje mi w tym jakiejś większej spójności – wszystko to dzieje się na zasadzie kompletnego przypadku, nawet kiedy ujawnia się plan (finał planu?) Lucyfera, to mam wrażenie, że mu to wszystko wyszło przez kompletny przypadek, a nie przez jego spryt i chytrość (no ale może to tak ma wyglądać? albo tylko ja mam takie wrażenie?)

    No i ten motyw ze ‚złym dobrym aniołem’ jakoś taki trochę oklepany i mało oryginalny mi się wydaje.

    A to wszystko pewnie dlatego, że ja Gaimana bardzo lubię (czego, o ile pamiętam, ty kmh powiedzieć nie możesz ;]) i takie ‚naśladownictwo’ ma marne szanse żeby mi przypaść do gustu. IMO za blisko ‚gaiman-style’ i jednocześnie trochę za słabo, żeby mi się spodobało ;)

    Ale jest też możliwość, że nie wyłapałem tych wszystkich nawiązań i aluzji, a przez to przyjemność z czytania była mniejsza ;]

  • A mi właśnie postać Amenadiela przypadła do gustu. Bo co do sposobu realizacji planów Lucyfera, to mam wrażenie, że idzie mu to po prostu zbyt łatwo, praktycznie bez wysiłku.

    No i spójność – ni stąd ni zowąd pojawia się jakiś Sandalfon (chyba jego imie jest celowo śmieszne) ze swoim wielkim planem z którego po minucie nic nie zostaje.

  • Mi Amenadiel podobał się w I tomie – sługa boży mający własne zdanie. No i fajnie stół podpalił ;) W II już jakoś dla mnie stracił, chociaż trudno mi powiedzieć przez co konkretnie.

    Co do Sandalfona – właśnie wuguglałem na Wikipedii: „Mógł posiadać także funkcje anioła ptaków lub anioła kształtującego płody w łonach kobiet.” więc jakiś sens to ma ;) ale nie usprawiedliwia to upadku Wielkiego Planu w ciągu 2 min ;)

  • No cóż, z tymi rysunkami to taka sama zaraza, jak w Sandmanie. Pół biedy jeszcze, że się zmieniają, szkoda, że tak często i że tak potworny jest rozrzut poziomu ich prac.

  • „Lucyfer 2” jest tak długi, że w trakcie czytania minęła 2 w nocy i przysnąłem na chwilkę. Ale moim zdaniem to naprawdę niezła rzecz i Mike Carey nieźle się w tej opowieści sprawdza.
    Fajnie, że wydawane będzie cztery razy w roku (wtedy egmont skończy to wydawać w ciągu 3 lat, bo chyba 10 tomów tylko jest).
    Racja – „Baśnie” też mogli by częściej wydawać.

Dodaj komentarz