Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

Six Feet Under


telewizja · komentarzy 8

Six feet under
Stało się – obejrzałem drugi raz całość „Sześciu stóp pod ziemią” i drugi raz poryczałem się przy zakończeniu. „Six feet under” to porządna dawka serialu, 5 serii – 63 odcinki, co daje ponad 50 godzin oglądania. Zdobył 9 nagród Emmy, 3 Złote Globy i uznanie widzów w czterdziestu krajach. Umiera w nim ok. sto osób. Liczba śmierci wyjątkowo duża jak na serial obyczajowy – nie w tym przypadku. „Six feet under” to serial niezwykły, oryginalny i genialny w prostocie zamysłu. Alan Ball (scen. American Beauty) pomyślał: „Hej, skoro były już seriale o lekarzach, policjantach, ratownikach, prawnikach, agentach i pastorze z dużą rodziną, to czemu nie pójść w stronę przedsiębiorców pogrzebowych?”. Jak się okazało, trafił w sedno.

„Sześć stóp pod ziemią” to, jak już powiedziałem, serial obyczajowy, który utrzymany jest w konwencji czarnej komedii. Opowiada o życiu w przygnębiającym domu pogrzebowym w Los Angeles, tłem perypetii rodziny Fisherów są śmierci ich klientów, albo lepiej powiedzieć – śmierci bliskich ich klientów. Praktycznie każdy odcinek zaczyna się od zgonu – a jak to z nimi bywa, jedne są ciekawsze, drugie zwyczajniejsze. Dlatego mamy piękny przekrój śmierci: od naturalnych, poprzez morderstwa, wypadki z udziałem zwierząt, po te zasługujące na nagrodę Darwina. Zadaniem zakładu Fisherów jest nadanie denatowi jak najbardziej naturalnego wyglądu i przeprowadzenie pożegnalnej ceremonii. To z kolei nie jest takie proste, gdy chce się jednocześnie mieć trochę czasu dla siebie, a klienci są markotni.

„Six feet under” tworzy kupę wyrazistych, sympatycznych postaci, które razem tworzą swoisty kalejdoskop. Mamy Davida – syna założyciela domu pogrzebowego Fisherów, który najbardziej poczuwa się do obowiązku sprawowania pieczy nad interesem, gdy jego ojciec nie jest już w stanie tego robić. David jest porządnym facetem i jest gejem. Genialna kreacja Michaela C. Halla (o którym jeszcze wspomnę gdy będę pisał o serialu „Dexter” – gdzie Hall gra tytułową rolę) – chodzi o to, że ja mu kompletnie wierzę. Czasem oglądając, szczególnie polskie seriale, dochodzę do wniosku, że ci aktorzy nie do końca wierzą w to co robią, a jak mawiał mój instruktor teatralny, pierwszym pytaniem jakie trzeba sobie zadać wychodząc na scenę jest „Co ja tu robię?” – Michael C. Hall z pewnością to robi. Mamy Nate’a (Peter Krause – znany z „The Lost Room”) – brata Davida, raczej buntownika, który nie do końca jest pewien co ma robić w życiu, przez co zdarza mu się miotać w te i we wte. Claire (Lauren Ambrose) – uroczą rudowłosą siostrę ww. o duszy artystki, dziewczynę popapraną, antybushowską konsumpcjonistkę, która zdolna jest wykraść stopę poćwiartowanego trupa, by zwrócić na siebię uwagę. Nathaniela (Richard Jenkins) – ojca powyższej trójki, który, nie będę tego dalej ukrywał, umiera w pilocie, a na ekranie pojawia gdy jego bliscy go sobie wyobrażają. Jest przedłużeniem ich emocji, jego ustami wyrażane są czasem najbardziej skrywane myśli. Postać ta jest najbardziej cyniczną i ironiczną, jaką do tej pory spotkałem w świecie seriali. Mamy inteligentną Brendę (Rachel Griffiths), która da się poznać zarówno jako nimfomanka, jak i kochająca mama, Ruth (Frances Conroy) – niepozorną głowę rodziny Fisherów, czy psychicznie chorego brata Brendy – Billy’ego (Jeremy Sisto). To tylko początek.
Six feet under
Co mnie urzekło w „Six feet under”? Po pierwsze – estetyka. Zaczynając od niepokojącej wejściówki napakowanej symboliką, całe to poprawianie śmierci, make-upowanie truposzy, robienie z nich manekinów jak na wystawie. Następnie – minimalistyczne wnętrza, wyposażenie domu Fisherów rodem z lat 60. tworzy tę ni to żałosną, ni komiczną całość. Po drugie – chwytliwość, tak jak grywalność w Diablo. Chce się więcej i więcej, dlatego przy lepszych momentach 2. czy 4. serii potrafiłem obejrzeć 7-8 odcinków pod rząd. „SFU” przedstawia pewne problemy bez skrupułów, które jeszcze do niedawna były nagminnym grzechem telewizji. W bardzo wiarygodny sposób obrazuje seksualność człowieka i nie mówię tu o wszędobylskim seksie, który ma przyciągać masy – bo nie o to chodzi. To jak ten serial pokazuje homoseksualistów, ich uczucia i problemy, czy potrzeby pięćdziesięciokilkuletniej kobiety skłania mnie ku refleksji, że może nie jesteśmy skazani na „Sex w wielkim mieście” jeżeli chodzi o przełamywanie wstydu. Dalej – duży dystans do śmierci. Jest ona prezentowana jako coś normalnego, czasami zabawnego, odnawiającego zdrowe podejście do życia osób, które się z nią zetknęły. Serial pozwala się zrelaksować, podejść do życia bardziej na luzie. Problemy bohaterów nie są wydumane – przynajmniej do 3. serii, która była chyba najgorszą, ze względu na raczej nieudane epizody z Lisą. Autorzy „Six feet under” bardzo mądrze prowadzą każdy odcinek, gdzie początkowa śmierć antycypuje pewne wydarzenia związane z głównymi bohaterami, lecz nie do tego stopnia by zostać znudzonym biegiem opowieści. Metafora dopełnia się dopiero przy zderzeniu uczuć wywoływanych przez danego klienta w Davidzie czy Nate’cie ze stanem uznanym za ustalony. Reszta otoczenia jest „zarażana” przez osoby, które bezpośrednio uczestniczą w obsłudze. Nie wiem dlaczego, ale kojarzy mi się to trochę z „Czerwoną Różą” Stephena Kinga, albo „Lśnieniem”. Cała otoczka związana z pogrzebami, szczególnie gdy trzeba na nią patrzeć z przymrużeniem oka, jest podobnie niepokojąca, tak jakby to dom był ośrodkiem przenoszenia pewnego stanu mentalnego. No i te postaci, z którymi się najnormalniej zżyłem. Czuję, że w przeciągu paru lat kolejny raz przyjdzie mi posiedzieć przy ich perypetiach.

„Six feet under” jest czasem rozczulające, zabawne, smutne oraz mądre. W tym serialu każdy znajdzie coś dla siebie – czy to romantyk, ktoś nastawiony na przełamywanie tabu bądź lubiący mocne akcenty i zwroty fabularne. Na tle wielu seriali obyczajowych ten jest godzien polecenia, szczególnie do oglądania z bliską osobą. Jeżeli masz kilkadziesiąt wolnych wieczorów – zobacz to koniecznie.

komentarzy 8

  • ghettosoldier

    Lubię seriale, ale jak dla mnie 99% to jednoszczałowce, oglądasz raz- zapominasz.
    W tym przypadku jest inaczej. Jest to jedyny serial który posiadam na DVD i wracam do niego regularnie.

  • Ja widziałem pierwszą serię, gdybym miał kasę to z chęcią kupiłbym całość na dvd.
    Niesamowity nastrój ma ten serial.

  • JAPONfan

    Hmm, nie wiem co sie wam tak podoba w tym serialu. Pierwszy sezon byl fajny te widzenia zmarlych, potypane zycie psychiczne Nate’a problemy z seksualnosci Davida i reszta. A potem serial troche zelżał.
    Ale ja wiem jak sie skonczy LOST wiec…

  • Ostatnio też całość przemieliliśmy (w około 1,5 miesiąca). Z tym że na świeżo – po raz pierwszy.

  • KAROLKONW

    to nic tylko się brać za anioły w ameryce jak się aż tak podobało
    dla mnie stopy to tak naprawde 5 zestawów płyt z genialnymi obyczajami z których 90% można by ubrać spokojnie w kinową wersję długometrażową zaraz za soprano the best one
    jedyny z tym serialem problem ze peirwsyz sezon jest nei do kupienia:/

  • Zgadzam się, trzecia seria była najsłabsza, postać Lisy koszmarnie drażniąca (i to mimo, że od czasów Arizona dream wprost niepoprawnie lubię Lili Taylor).
    Najbardziej podobał mi się chyba drugi season:)

  • To najpiękniejszy serial jaki w życiu widziałem . Jego estetyka jest wspaniała – przenosimy się do innego wymiaru. Odkąd go obejrzałem moim największym marzeniem jest zamieszkać w LA i obserwować przez okno te obłędne palmy plus widoki na ocean. Można powiedzieć, że jak słyszę dźwięki polskich seriali to mi się robi niedobrze. Z nielicznymi wyjątkami jak kultowe Daleko od szosy :) Pozdrawiam autora

  • Najpiękniejszy – jeżeli mówisz o estetyce to się zgodzę. Choć na równi jest Nip/Tuck czasem. Ale to już inna forma…

Dodaj komentarz