Opublikowano o 5 maja 2008
autor: Łukasz Babiel

Komentarze: 10

Iron Man
Postać Iron Mana znałem tylko z Mega Marvela wydanego dziesięć lat temu. Nie jest to najbardziej popularny bohater Stana Lee, co widać po rodzimych publikacjach. Dlatego na film szedłem bez konkretnych oczekiwań – nie spodziewałem się adaptacji i bardzo dobrze, że jej nie dostałem.

Pokrótce – Tony Stark jest multimilionerem prowadzącym firmę sprzedającą broń. Nie ma problemów moralnych z tym co robi, na co dzień dobrze się bawi, pławi w luksusie, pije oraz bzyka modelki i dziennikarki. W pewnym momencie jego spokojne życie zamienia się w koszmar, a on po wyjściu z niego zaczyna wątpić w to co robi. Nie chce już być handlarzem śmiercią, chce pomagać i coś zmienić – chce być Iron Manem.

Praktycznie połowa filmu składa się z historii o tym, jak doszło do tego, że Tony Stark został Iron Manem. Ten origin jest dobrze poprowadzony, nie przegadany i pasujący do dzisiejszych realiów (bądź realiów w niedalekiej przyszłości). Kolejna połowa filmu to klasyczna rozpierducha – czyli to, po co się przyszło do kina. Wybuchy, fajne efekty specjalne, parę zabawnych momentów – „Iron Man” to dobry popcorniak i nic dziwnego, że staje się blockbusterem (o ile już się nie stał).
Iron Man

Film stoi świetną kreacją Roberta Downeya Jr. którego ostatnio widziałem w „Zodiaku”. Potrafi dobrze zagrać zblazowanego, niestroniącego od alkoholu kobieciarza, do tego z ciętym dowcipem. Oprócz tego mamy Jeffa Bridgesa, Gwyneth Paltrow, a w pewnym momencie pojawia się nawet Samuel L. Jackson (zostańcie po napisach) – jednym słowem gwiazdorska obsada.

To co w filmie podobało mi się, oprócz wybuchów i rozpierduchy, to bardzo mała ilość krwi. Mimo że film jest nastawiony na rozwałkę to nie jest brutalny. Twórcy umieli także nie epatować seksem, nie wprowadzać niepotrzebnych romantycznych wątków oraz pokazać, że Stark swoje superbohaterstwo zawdzięcza pieniądzom, do których doszedł dzięki inżynierskiemu umysłowi. Dzięki temu mimo że „Iron Man” trwa dwie godziny, nie nudzi i jest spójny.

Zachęcam do pójścia do kina, bo zdecydowanie jest to film do zobaczenia na dużym ekranie. Dobra ścieżka dźwiękowa, nie porażające, ale przyzwoite efekty specjalne. Dla kogoś kto superbohaterskie i komiksowe klimaty lubi – must see, bo z ostatnich takich filmów „Iron Man” jest naprawdę najlepszy. Cieszy mnie również fakt, że polski dystrybutor nie nazwał filmu „Człowiek z żelaza” bądź „Człowiek Żelazko”.

Linki:
Obowiązkowo „Iron Man” Black Sabbath
I wersja Kukiza
Oficjalna strona filmu
By być tak ‘extreme’ jak Iron Man śmiertelnik może spróbować Extreme Ironing

Opublikowano o 5 maja 2008
autor: Konrad Hildebrand

Skomentuj

KRAKADOOOM

Wczoraj, w niedzielę 4 maja „Player Vs Player” Scotta Kurtza obchodziło 10 urodziny. Szmat czasu, zwłaszcza w internecie. Co wy robiliście w sieci dziesięć lat temu?
Ja niewiele, szukałem porad do pierwszej części „Diablo” i pisałem jeden mail miesięcznie ze słownikiem poprawnej polszczyzny w ręku. A Kurtz miał już swój komiks internetowy. Niesamowite.

Czy dla kogoś, kto nie czytał nigdy wcześniej „PvP”, jest sens przekopywania się przez tak monstrualne archiwum? Wydaje mi się, że tak – głównie dla celów poznawczych. Choć śmiechu też będzie trochę.

W 1998 „PvP” zaczynało jako komiks dla graczy, można dzięki niemu poznać spory kawałek historii branży. Potem popłynął w stronę gier RPG, komiksów i innych popkulturowych rzeczy dla nerdów jak kultowe seriale, czekanie w kolejkach na premierę Gwiezdnych Wojen i tak dalej. Z czasem gry zeszły na totalny margines, a przeszłość komiksu stała się jednym z tematów wewnętrznych żartów w stylu „no to może powiemy coś o grach?„. Na pierwszy plan wskoczyły bardziej obyczajowe tematy, jak rozwód, ślub, dzieci. Podane oczywiście w komediowej formie.

Brent vs Cole

Problem z „PvP” jest taki, że jest cholernie nierówne. Zdarzają się świetne historie, dialogi, które ni stąd ni zowąd są przeplatane żartami o pierdzeniu i gadającymi zwierzakami. Drugi problem to rozmiar archiwum. Sam przeczytałem je w całości dwa razy, ale trafienie na konkretne wątki jest praktycznie niemożliwe. Kurtz podjął pewien wysiłek i wyszczególnił kilka historii, jednakże do funkcjonalności archiwum „Least I Could Do” sporo mu brakuje.

Kurtz był w przeszłości wielokrotnie oskarżany o tworzenie pasków za pomocą metody kopiuj-wklej. Siłą rzeczy dla mnie nie jest to żaden zarzut, prawda leży gdzieś po środku, bo teraz widać, że każdy odcinek rysowany jest od początku. Czy Maciej Pałka podczas swojego złowrogiego maratonu miał takie same wory pod oczami? Przez lata kreska Kurtza ewoluowała, on sam zaczął coraz częściej eksperymentować i widać, że ma sporo w łapie. W gębie też, bo wielokrotnie rozpoczynał flejmy, które wstrząsały tamtejszym webkomiksowym światkiem. Z których często zresztą wychodził rakiem. Ostatnio się uspokoił.

Bez względu jednak na zmienną formę Kurtza „PvP” stanowi punkt odniesienia dla komiksów internetowych jako takich. A przynajmniej dla ich twórców, którzy chcieliby z prowadzenia komiksu w sieci uczynić główne źródło swojego utrzymania. Kurtzowi się udało, a wydawanie „PvP” na papierze przez Image jest właściwie zwieńczeniem dzieła.

Choć w sumie tym zwieńczeniem jest książka „How To Make Webcomics”, bo przecież najlepiej się zarabia na poradach jak zarabiać.

Kurtz twierdzi, że jeszcze nie jest zmęczony, że jeszcze się nie znudził. Od jakiegoś czasu podejmuje eksperymenty z kreskówkową adaptacją swojego komiksu. Z okazji dziesięciolecia życzy sobie następnych dziesięciu lat. Czemu nie.