Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

NAWLZ


internet · komentarze: 8

N A W L Z

Zdecydowana większość komiksów, które umownie nazywamy internetowymi w żaden sposób nie wykorzystuje możliwości jakie dają multimedia. Są oczywiście wyjątki takie jak „I am a rocket builder” czy „Exit music” Keana Soo, jednakże w większości ekran monitora jest traktowany jako substytut papieru.

Czym może to być spowodowane? Wydaje mi się, że głównie przywiązaniem do tradycyjnego wyglądu komiksu, gdzieś tam w tle dochodzi jeszcze brak odpowiednich umiejętności programistycznych oraz nierówny dostęp do szerokopasmowego internetu. To się oczywiście zmienia i „Nawlz” jest jednym z najodważniejszych eksperymentów z formą multimedialnego komiksu jaką dotychczas spotkałem. Może nie tyle najodważniejszą, co najbardziej udaną.

Bliżej niesprecyzowana przyszłość. Harley, młody chłopak, stara wyśnić pewien konkretny sen, w którym spaceruje po plaży. Wędruje po tytułowym mieście, ma mętlik w głowie. Reszta jest cyberpunkową jazdą, która strasznie powoli układa się w jakąś sensowną fabułę.

N A W L Z

Podstawowe pytanie: czy Nawlz jest jeszcze komiksem? Czy też może wraz z przystosowywaniem do nowego medium zmienia się także definicja samego pojęcia?

Sceny ułożone są w sekwencje, za każdym razem musimy nacisnąć jakiś przycisk, aby zobaczyć dalszy ciąg. Jednakże wszystko jest dynamiczne, kadry pojawiają się to z lewa, to z prawa, z góry, z dołu, przenikają się tło migoce, neony świecą, czasami możemy przybliżyć obraz aby zobaczyć nowe szczegóły. Do tego dochodzi muzyka, która zmienia się w zależności od toku akcji. Całość prezentuje się mistrzowsko.

Różne czcionki, różne efekty jak „bla bla bla” unoszące się z ust robotnika, zwidy, haluny, wszystko to ma nas wprowadzić w świat widziany oczami Harleya. Świetny klimat, zwłaszcza przy trybie pełnoekranowym. Tego się już nie da przełożyć na normalny papier.

Taka technika ma jednak swoje minusy. Przede wszystkim, na starszych, słabszych pecetach może zamulać. Ba, wystarczy, że przeglądarka będzie miała zainstalowaną starą wersję Flasha, a już nici z czytania. Jeżeli komputer ma problemy z odtwarzaniem dźwięków to również klimat siada. Niemniej, jakkolwiek może być to bolesne dla miłośników optymalizacji, nikt nie powiedział, że każdy komputer musi być do wszystkiego. Zresztą, moc obliczeniowa pecetów stale wzrasta. Przepustowość sieci również.

Aż strach pomyśleć jakby mogłaby wyglądać multimedialna adaptacja „Ghost in the shell”.

Sala prób


papier · komentarze: 17

sala prob

Przy okazji opisywania „Bendu” wspominałem o moim niespełnieniu jako muzyk. Od tego czasu niewiele się zmieniło, no może poza faktem, że sprawiłem sobie Guitar Hero. Nadal podczas słuchania niektórych piosenek wyobrażam sobie, że to ja jestem na scenie, ostatnio najczęściej przy okazji Wolfmother. Nadal też lubię czytać obyczajowe historie o zespołach garażowych.

„Sala Prób” opowiada o takim zespole założonym przez czterech kumpli. Stefano, Alex, Giuliano i Alberto mają około dwudziestu lat i powoli wchodzą w dorosłość. Dzięki sali prób urządzonej w szopie należącej do ojca Giuliana mają szanse zrobić coś prawdziwie swojego, odreagować codzienność i po prostu się wyszaleć. Gdzieś na horyzoncie majaczy moment, w którym będą musieli się zdecydować, na ile ważny w ich życiu jest zespół i ile będą w stanie dla niego zrobić.

sala prob

Strasznie mi się spodobał klimat „Sali Prób”. Leniwe letnie popołudnia, gdy jest nadal widno i ciepło, tym bardziej, że akcja toczy się we Włoszech. Każdy z bohaterów jest inny, choć niestety nie wszystkim poświęcono tyle samo miejsca, choćby Alberto. Mamy więc dorastanie, dziwaczne momentami relacje i układy z rodzicami oraz naukę odpowiedzialności. Strasznie ciepła opowieść o przyjaźni i dojrzewaniu. No i miłości do muzyki, choć niekoniecznie tak na pierwszym planie.

Na dodatek tak narysowane, że hooo. I HOOOOO. Niby od niechcenia, niby szkicowo, ale kolory, klimat, sylwetki chłopaków podczas grania. Strasznie lubię taki styl rysowania jaki reprezentuje Gipi. No tylko przejrzyjcie jego bloga. Rzadko kiedy jakoś specjalnie się podniecam warstwą graficzną komiksów, ale w przypadku „Sali Prób”, nawet jeżeli ktoś nie lubi obyczajówek, to powinien ją przeczytać, dla samych rysunków. Takie są świetne.

Trochę szkoda, że Gipi nie pociągnął przez cały album zabawy z hasłami na podkoszulkach Stefano. Jestem absolutnie urzeczony. Do tego dochodzi jeszcze jakość wydania ze świetnym, ziarnistym papierem, a nie jakąś błyszczącą kredą.

Nie mogę sobie darować, że nie kupiłem badzika z chłopakami na WSKa.

A teraz powłócząc nogami wracam do Guitar Hero. Snif.

Akordzik Łukasza: Właśnie! „Snif„! W „Sali Prób” Gipi wprowadza multum wszechobecnych dźwięków tła, zabawnych onomatopej, których nie sposób nie zauważyć. Mamy przebogaty repertuar od „Sbreng” poprzez „Broooom” – to dźwięk fal, aż do „Tin tlin” – dźwięk sztućców przy kolacji. Bardzo spodobał mi się ten zabieg, bo praktycznie na każdej stronie znajdziemy takie smaczki jak odgłos wciąganych spodni, popukiwań czy taśmy klejącej (tu genialne „Frip„). Gipi te onomatopeje mimochodem wkomponowuje w swoją kreskę, w dymek z papierosa – jeszcze nigdy tło komiksu tak mnie nie rozbawiło i nie zafascynowało. Bliblitulululureh! To był dźwięk mnie cieszącego się z tego pozytywu.

Pirat #1


papier · komentarze: 37

pirat logo

Pisząc szczerze, główną rzeczą, która zwróciła moją uwagę na „Pirata” był fakt, że redaktorem naczelnym jest Mikołaj Spionek, a ja jestem strasznie ciekaw jego komiksów. Jak się okazało, pierwszy numer nowego zina było warto kupić z innych względów.

Pierwszym plusem „Pirata” jest to, że zamiast sięgać do znanego z innych pisemek zestawu autorów, Spionek skrzyknął znajomych zza granicy i dzięki temu mamy możliwość przeczytania komiksów z całego świata. Oraz Polski, oczywiście.

Drugi plus jest taki, że w większości są to naprawdę fajne historyjki. Przez to, że nie śledzę dość dokładnie dig i dev artów ogromnym zaskoczeniem były dla mnie oba komiksy rysowane przez Karola Barskiego, z którego pracami ostatni raz miałem do czynienia w Tforze. Cztery lata temu. Ciekawie wyszła też „Małpa w kosmosie„, „Zawsze jest ten pierwszy raz„, „Poduszka dla ciebie, poduszki dla mnie, żadnej kawy dla nas” oraz „Listonosz, wiśnie i sikorki„. Zarówno graficznie jak i treściowo. Choć widać, że przy doborze komiksów chodziło raczej o efektowny rysunek niż historię.

pirat

Trzeci to szczegóły takie jak świetna okładka i logo, grzbiecik i całkiem niezły wydruk, w porównaniu z konkurencją.

Z minusów mamy brak numeracji stron i spis treści, który jednakowoż się do niej odwołuje. Zastanawia mnie też sens publikowania takich rzeczy jak „Chicagua„, które są odcinkiem jakiejś większej całości. Nikt nie będzie czekał na dalszy ciąg.

Generalnie, wyszło całkiem nieźle. Ciekaw jestem, czy w następnych numerach będzie można przeczytać komiksy tych samych autorów, czy też może głównym pomysłem na „Pirata” jest pokazywanie nowych ludzi spoza kraju. I tak, i tak może być interesująco.

Jeżeli ktoś nie miał okazji kupić pierwszego numeru, to ma jeszcze możliwość naprawić swój błąd na Allegro. Ostatnie egzemplarze.

Tako rzecze Łukasz: Zinów na ogół nie kupuję, bo po prostu parę razy się zawiodłem, po „Pirata” sięgnąłem i mam mieszane uczucia, a wolałbym wstrząśnięte. Na stan owych uczuć złożyły się takie rzeczy:
1. W „Piracie” zaskoczyły mnie rysunki. Spionek rysuje naprawdę świetnie, nie odstępują mu na krok Gousis z „Pizzą” oraz Klos z „Listonoszem”. Reszta rysunków poprawna.
2. Ale czy tylko Sztybor wie co to scenariusz? Bo reszta komiksów to dla mnie takie lepienie motywów, czasem głupio, czasem nieskładnie. Spionek poległ na całej linii, bo jego dialogi są drewniane (bohaterzy klną na siebie i mówią co raz „czarnuchu” by potem użyć słowa „chryja”). Historie takie jak „Dom” czy „Music Box” całkowicie do mnie nie przemawiają.
3. Kolejna rzecz – korekta! Błędy przeróżnego charakteru pojawiają się w każdym z zastosowanych języków, trzeba mimo wszystko zwracać uwagę na szczegóły.
4. „Pirat” jest bardzo ładnie wydany – to duży plus, ale z drugiej strony mamy takie niedociągnięcie jak w „Say Uncle” – nie dało się mniejszej czcionki?

Podsumowując – gdybym „Pirata” zakupił pewnie bym żałował. Ponieważ czytałem egzemplarz kolegi – nie żałuję, bo przeczytać warto, ze względu na rysunki i parę fajnych pomysłów.

Najgorsza Kapela Świata


papier · komentarze: 8

Kapela
„Najgorsza Kapela Świata” kokietuje nas już tytułem, aż prosi by napisać „nie taka najgorsza ta kapela”, albo „faktycznie mogłaby być lepsza” – ale nie ze mną te numery Bruner, znaczy José Carlos Fernandes!

„Najgorsza Kapela Świata” opowiada o pewnym mieście i jego mieszkańcach, gdzie próby ma tytułowa najgorsza kapela. Komiks składa się z sześćdziesięciu krótkich, dwuplanszowych historii, które klimatem przypominają etiudki muzyczne. Trzeba też „Kapelę” pochwalić za niebanalną retro-atmosferę, z tymi rysunkami w sepii i patefonami w tle. Każda z tych nowelek kończy się (bądź w zamierzeniu miała) przewrotną pointą, zabawnym mottem lub quazi-filozoficznym refleksyjnym stwierdzeniem. Uniwersum stworzone przez Fernandesa daje dużo możliwości do tego typu zabaw, ponieważ stworzył on nierealne miasto pełne dziwaków, którzy są uczestnikami tworzonych przez siebie spektakli absurdów. Mamy plejadę zabawnych bądź zatroskanych postaci pracujących w niedorzecznych, czasem paranoidalnych instytucjach. Bo spodziewać się możemy, że gdy Fernandes wprowadza Państwowe Muzeum Zbędnego i Nieistotnego czy Kolekcjonera Zbiegów Okoliczności może być zabawnie. I jest, nie tak często jak bym chciał, ale jest. Bo muszę powiedzieć, że jako niepoprawny fan Pythonów zostałem zachęcony do przeczytania „Kapeli” przez to stwierdzenie reklamujące komiks:

Komiks jest przesycony absurdalnym humorem jakiego nie powstydziliby się członkowie słynnej grupy Monty Python.

Gdybym tego humoru nie znalazł, to na komiksie nie pozostawiłbym suchej nitki, a do Taurusa pomaszerowałbym moim najgłupszym krokiem i żądał zwrotu kasy. Pomijam oczywiście fakt, że nie ma czegoś takiego jak „grupa Monty Python”.

Po „Kapelę” sięgnąłem także z paru innych przyczyn. Pierwszą było to, że komiks zapowiedziano już na październik 2007, a 27. września ukazała się recenzja w „Przekroju” (pięć miesięcy przed premierą!). To wzbudziło moją ciekawość. Wzmożył ją fakt, że autorem jest Portugalczyk, a z portugalską kulturą mam tyle wspólnego, że obejrzałem parę meczów Euro 2004, coś tam słyszałem o Saramago i nawet nie znam żadnej ładnej, portugalskiej aktorki! Ostatnim czynnikiem, który przeważył szalę było to, że brakowało mi komiksu o dość specyficznym klimacie, a „Kapela” na taki komiks mi wyglądała, nie potrafię tego klimatu nazwać, potrafię zobrazować przykładami, ale o tym za chwilę. Bottom line mojej ciekawości – wydanych pieniędzy nie żałuję.
Kapela

Klimat panujący w „Najgorszej Kapeli Świata” budzi skojarzenia z paroma tytułami rodzimych twórców. Przede wszystkim z „Mikropolis” – z powodu konstrukcji komiksu, krótkich, spuentowanych historyjek i samego dziwacznego miasteczka. „Mikropolis” jest bardziej urocze niż „Kapela”, ale bohaterzy podobnie komunikują się z czytelnikiem – w kapeli czasem wręcz mówią „do kamery”. Następnym komiksem jest „Esencja”, „Kapela” ją przypomina ze względu na nietypowy świat, w którym niedorzeczne staje się całkowicie normalne – w „Kapeli” występuje nawet Kondensator Książek. Ostatnim komiksem, który niejako kołatał mi się po głowie przy lekturze był „Blaki”. Chyba chodziło o celność i tę quazi-filozoficzność niektórych point. Chodzi mi właśnie o to, że „Kapela” budzi we mnie podobną sympatię jak ww. komiksy. Dziwnym trafem skojarzenia budują się również na poziomie rysunku – dokładniej kolorowania. Fernandes maluje akwarelami, podobnie jak Skutnik i Gawronkiewicz, pewnie – ich techniki się różnią, Gawron np. używa flamastrów akwarelowych, ale nie mogłem uniknąć tych powiązań.

Zachęcając do przeczytania komiksu przytoczę parę opinii, przewrotnie, nie-takich-dobrych. Ktoś napomknął, że „komiks ten jest pretensjonalny” – to prawda. Fernandes zasypuje nas masą nawiązań, których nie sposób ogarnąć, a świadczyć mają o jego erudycji. Plusem jest to, że gdy te nawiązania się odnajdzie, komiks staje się np. śmieszniejszy (mnie się bardzo spodobała Amy Johnson), no i możemy bez problemu komiks czytać raz następny. Gonzo powiedział, że ogólnie „nie lubi komiksów obyczajowych”. Cóż, jeżeli nie lubicie obyczajówek pokroju „Mikropolis” czy „Esencji” to faktycznie nie siadajcie do „Kapeli”. Konrad rzekł zaś, że „w pewnym momencie potrzebował indeksu wszystkich postaci występujących w komiksie” – sęk w tym, że to komiks jest właśnie takim kalejdoskopem/zbiorem/listą dziwaków. Czytając go drugi raz, indeks nie jest potrzebny, a ma się nie mniej frajdy niż za pierwszym razem. A zresztą, nie czytajcie tego komiksu, będę mógł wtedy powiedzieć tak jak jeden z bohaterów „Kapeli” po wiecu swojej partii:

Kiepsko mi dzisiaj poszło, jeden głupek chciał się przyłączyć. Na całe szczęście udało mi się go od tego odwieść.

Lwy z Bagdadu


papier · komentarze: 3

lwy
To raczej nie są TE lwy, ale to jest TO zoo. Autor.

Pamiętacie scenę z „Underground” Emira Kusturicy, w której w ruinach zoo siedział lew z gęsią? Życie często wychodzi na przeciw fikcji i tak, w 2003 podczas amerykańskiej inwazji na Irak, bagdadzki ogród zoologiczny zostaje zbombardowany. Zwierzęta wszelkiego rodzaju wybiegają w miasto, pośród nich znajduje się czwórka lwów, które zostają zastrzelone przez Amerykanów. Ta autentyczna historia jest punktem wyjścia dla „Lwów z Bagdadu„.

Mamy więc cztery lwy: młodą samicę, starą samice, młodego samce i małe lwiątko płci męskiej. Ta pierwsza, Noor, marzy o odzyskaniu wolności i kombinuje, jak się uwolnić. Stara, Safa, najlepiej pamięta życie na sawannie, jednakże przyzwyczaiła się do życia w zamknięciu. Zill, samiec, jest w gruncie rzeczy zadowolony z obecnego stanu rzeczy. Natomiast mały Ali urodził się w zamknięciu i dopiero uczy się świata, co jest spory problemem dla pozostałej trójki, no bo jak tu wytłumaczyć mu, co to jest horyzont?

Gdy na zoo spadają bomby otwiera się przed nimi droga do wolności. Tylko na jaką wolność mogą liczyć zależne od człowieka zwierzęta w samym sercu ogarniętego wojną miasta?

„Lwy z Bagdadu” to dla mnie gorzka historia o pragnieniu wolności, o bezradności jednostki wobec bezlitosnych mechanizmów rządzących światem. Wreszcie, jest to też opowieść o rodzinie. Można też oczywiście się bawić w szukanie politycznych podtekstów. Gonzo na przykład stwierdził, że „„Lwy z Bagdadu” okazały się być takim lewackim „Królem Lwem”„, uznając stado za metaforę Irakijczyków. No i to jest najprostsza interpretacja.

Generalnie w tym miejscu osoby, które jeszcze nie przeczytały „Lwów”, a chcą sobie zostawić przyjemność pierwszego czytania bez narzuconych interpretacji, powinny skończyć lekturę tego tekstu.

Jednakże, zawsze można pokombinować. I wiecie co?

lwy

Lwy to Amerykanie.

Symbolizują idealistyczne wyobrażenie o Amerykanach i Ameryce, ojczyźnie demokracji i wolności. Królowie zwierząt, królowie świata żyją złudzeniami, a swoją władzę sprawują jedynie w obrębie sztucznego świata za kratami, bo tak naprawdę są rządzeni przez dozorców, czyli rząd, którego postępowania nie rozumieją. Opowiadają o wolności, jednakże gdy ta już im się trafia, nie wiedzą co z nią zrobić i ostatecznie przegrywają. Są symbolem, który narodził się w XVIII wieku i był aktualny przez większą część wieku XX.

Niedźwiedź, mimo że pozornie mógłby personifikować Rosję, zwłaszcza w kontekście zdania o zmianie ustroju, symbolizuje jednak chaos i bezwzględność reguł rządzących światem w XXI wieku. Gdy mówi do Zilla:

„Wiesz, gdybyście po prostu zostali tam, gdzie wasze miejsce, mógłbym was ochronić. Ale wy musieliście pchać się gdzie nie trzeba.”

ten odpowiada „Taka już nasza natura„, i jako wojownik o wolność, rzuca się do ostatniego ataku. Chaos, ostatkiem sił zostaje pokonany, jednakże jak się potem okazuje, pozornie. Lwy zostają zabite przez amerykańskich żołnierzy, najjaskrawszy przejaw imperializmu i polityki sprzeciwiającej się wolności.

Ale polityka nie jest zbyt istotna w tej historii, tak naprawdę.

I to jest najfajniejsze w „Lwach z Bagdadu”. Że nie jest to wcale taki prosty komiks z dydaktyczną historyjką i oklepanymi dialogami. Że pod świetnymi rysunkami słodziutkich lwów kryję się całkiem sprytna opowieść, z którą można kombinować. Może nie od razu godna ustawiania w jednym rzędzie ze „Strażnikami” czy „Mausem”, ale zawsze warto przeczytać.

Niedziela 56


niedziela · komentarze: 7

wiadomosci

And now… Konrad:
Okej, właśnie wróciłem z dworca.

Ja chyba po prostu nie nadaję się na tego typu co WSK imprezy. Niby spotykam mnóstwo znajomych, ale przez to, że wszystkich na raz, to natężenie jest zbyt duże i z nikim nie mogę tak naprawdę pogadać. Byłem tylko na jednym spotkaniu, z autorami Odmieńca, i trwało minimalnie za długo. Na dodatek laptop nie działał, Marta w sumie słusznie zauważyła, że w takiej formie to nieco nie ma sensu, może lepiej byłoby robić zbiorcze spotkania z kilkoma autorami, którzy mają w planach zbliżone tematycznie komiksy? Bo tak, nie ma za bardzo o co pytać, zwłaszcza ludzi, którzy stworzyli góra dwa – trzy albumy. No bo prosić ich aby opowiedzieli o nadchodzącym komiksie, który ukaże się i tak za pół roku? Przecież nie chcą zdradzać jego fabuły.

Fajną rzeczą była możliwość złożenia życzeń Januszowi Chriście i dostanie przy tej okazji badzików z Kajkiem i Kokoszem. Bardzo miło, że wreszcie wszyscy wydawcy i sprzedawcy byli w jednej sali. Mniej miło, że była słabo wentylowana. Generalnie, byliśmy góra z półtora godziny, kupiliśmy to co mieliśmy kupić i poszliśmy sobie. Na plus można zapisać to, że było sporo młodzieży.

Porobiliśmy nieco fotek, więc jak się z nimi ogarniemy, a ja znajdę jakaś sensowną wtyczkę do WP, to je opublikujemy w zgrabnej galerii. Okej, przejrzałem, nie za wiele nadaje się do publikacji, więc zamiast tego zajrzyjcie na polterową fotorelację.

No i akcja z Blipem nie wypaliła, może za rok zostanę dłużej, więc będę miał co tam wrzucać.

A i jeszcze, założyłem na Last.fm grupę dla Motywu Drogi, jak ktoś ma ochotę, to zapraszam.

And now.. it’s Łukasz: W przeciwieństwie do Konrada byłem troszkę dłużej, ale to nie oznacza, że mam dużo więcej do powiedzenia. Pierwszym spotkaniem, na którym byłem było spotkanie z KG, Egmontem, Postem, Muchą i Timofem. Ok, dowiedziałem się trochę o planach, o których wydawcy nie pisali w internecie, ale to wszystko co wyniosłem. Prowadzący był nieprzygotowany, nie wiedział z kim rozmawia (myślał, że Tomasz Kołodziejczak ma na nazwisko Kołodziej) i zadawał na koniec dyletanckie pytania – rozwaliło mnie pytanie do przedstawicielki Muchy, czy cokolwiek wie o polskim rynku. Litości.

Następnym spotkaniem, na które się udałem było spotkanie z autorami „Odmieńca” i Konrad ten temat wyczerpał. Dalej długo, długo nic, bo szczerze – po prostu nie interesowało mnie spotkanie z Jaromirem czy Fernandesem. Pochodziłem za to po giełdzie – było duszno i biednie, oprócz wydawnictw było niewiele niezależnych stoisk. Zrobiłem zakupy – głównie dla kolegów, a sam zakupiłem tylko „Salę Prób”. Resztę zakupów zrobię w tygodniu, bo po cóż mi tachać to wszystko jak mam CK prawie pod nosem.

Później urządziliśmy sobie pogawędkę z Danielem Chmielewskim, z którym zawsze ciekawie się rozmawia o jego niecodziennych wizjach komiksu, Daniel ma zapędy komiksologiczne – i w sumie fajnie. Trzeba dodać, że na pogawędkę z Danielem przeszliśmy ze znajomymi od Truścińskiego, który chyba niezbyt poważnie podchodził do sprawy – wiem, luz swoją drogą, ale z drugiej strony ta blaza mnie nie zachęciła do pozostania. Spotkanie o „Kajtku i Kokoszu” było naprawdę ciekawe, dowiedziałem się wielu fajnych rzeczy, prowadzący pokazali parę „smaczków”. Konkurs wiedzy komiksowej się nie odbył, bo ww. spotkanie się przeciągnęło. Szkoda, bo czekałem na niego. O całym WSK w dwóch słowach mogę powiedzieć – bywało lepiej.

WSK08 na blipie


imprezy · komentarze: 7

wsk08 on da blip

Pamiętacie, jakiś czas temu pisałem o czymś takim jak Blip. Do dzisiaj nie korzystam z niego zbyt intensywnie, ale postanowiłem dać mu szansę. Tak też, jeżeli ktoś się nie wybiera na WSK, a chciałby podczas leniwej soboty przed kompem być na bieżąco informowany o tym, co się dzieje na konwencie, niech śledzi kanał dla tagu wsk08. Będziemy na niego wrzucali wiadomości oraz sprośne cytaty. Prosto z Da Łowicka Center.

Generalnie, każdy kto ma konto na Blipie i skonfigurował je ze swoją komórką może się po drodze dołączyć do relacji. Zapraszamy.

Motro


internet · komentarze: 3

motro

„Motro” to kolejny, obok „Fishtown”, komiks pochodzący z nieznających przerwy kuźni kolektywu Act-I-Vate. Nie jestem w stanie ustalić prawdziwego imienia i nazwiska jego autora, więc musi mi wystarczyć jego pseudonim artystyczny – New Universe.

Gdzieś na lodowym pustkowiu młody chłopiec walczy z kwadratowym lwem. Mimo że ledwo uchodzi z życiem, w swojej wiosce zostaje uznany za Motro, wybrańca o którym mówią legendy plemienia. Wybraniec, jak to wybraniec, ma obowiązek wyruszenia z heroiczną misją. Tym razem chodzi o zakończenie wiecznej zimy.

Jak to zwykle w takich historiach bywa, przed chłopcem stoją liczne próby i przeszkody, stwory i potwory. Jednakże „Motro” ma w sobie niesamowity urok i klimat, który sprawia, że totalnie zapominam, że to kolejna wariacja na stary, uklepany temat.

motro

Ash’ruhh, kraina w której rozgrywa się akcja komiksu pod swoją powierzchnią przechowuje szczątki cywilizacji łudząco podobnej do naszej. Stare koparki, ciężarówki, ruiny domów, wszystko to jest skryte śniegiem i kojarzy mi się nieco z plemiennymi klimatami drugiego „Fallouta”. Do tego jeszcze dochodzą fantastyczne postacie jak Długonogi, Los oraz Duch Jeziora. I kwadratowe lwy.

Osobną kwestią są same rysunki, cała wizja plastyczna „Motro”. Biała pustka, zwaliste postacie, szczegóły i jeden cholernie długi kadr. Bombeczka. A główny bohater przypomina mi nieco Hugo z Zagubionych. Przynajmniej fryzurą.

„Motro” ma aktualnie ponad czterdzieści stron, ciągle jest aktualizowany, a koniec historii jeszcze przed nami. Warto śledzić.

Wyczytane na temat Poszukiwania


komiksy · komentarze: 26

poszukiwania

Mamy więc rok 2008. Szesnaście lat temu Maus Arta Spiegelmana dostał nagrodę Pulitzera, siedem lat temu ukazało się jego polskie wydanie nakładem Postu. Jakiś czas później ukazał się mniej znany Josel oraz Achtung Zelig. A teraz w Wyborczej możemy przeczytać tekst na temat Poszukiwania, holenderskiego komiksu edukacyjnego opowiadające o Holocauście, który został przetłumaczony na polski i pokazany w kilku szkołach jako materiał dydaktyczny.

Szczerze mówiąc, zupełnie mnie nie dziwią wypowiedzi nauczyciela, że komiks u nas „to był raczej Hans Kloss do tej pory, a nie Holocaust„, albo, że gimnazjalistom zgrzyta fakt, że komiks opowiadający o obozach może być kolorowy. Albo uwagi autora, ze Maus i komiksy o Powstaniu Warszawskim to jedynie uliczne strzelaniny. Nie czytają komiksów, traktują je jako rozgrywkę dla przygłupów, do Holocaustu podchodzą z wyuczonym szacunkiem, rozumiem to doskonale.

I byłby to kolejny tekst z cyklu „jak to Polacy nie traktują komiksu jako poważne medium” nad którym bym się za bardzo nie wzruszył, bo natury ludzkiej się nie przeskoczy i komiks w Polsce ma się jak się ma i tyle. Trudno, nie ma tematu. Jednakże jest coś w tym artykule, co mnie po prostu wpienia.

Coś co nie dotyczy traktowania komiksu jako medium w Polsce, ale polityki historycznej.

Pada na początku rozdzierające serce pytanie:

„Dlaczego mamy dowiedzieć się czegoś o Oświęcimiu na przykładzie holenderskich doświadczeń?”

I sam nie wiem. Może dlatego, że nikt nie chciał sfinansować czegoś takiego? Nie wpadł na pomysł?

Potem jest już tylko lepiej. Robert Kowalik cytuje wypowiedź jednego z organizatorów całego przedsięwzięcia, który opowiada o tym na jakich zasadach komiks jest wdrażany do szkół. Że są wyznaczone klasy, czytają komiks i zgłaszają swoje uwagi. No i w porządku. I nagle jeb, ni stąd ni zowąd Robert Kowalik rzuca, jakby od niechcenia:

„Wydaje się, że będzie co zmieniać.”

Czaicie? W polskiej szkole ukazuje się holenderski komiks, który opowiada o Holokauście nie wspominając przy tym o wszystkich rekwizytach naszej pamięci narodowej dotyczącej drugiej wojny światowej jak getta, Żegota, stosunek okupantów do okupowanych, polska nazwa Auschwitz oraz Władysław Bartoszewski. Więc trzeba będzie to zmienić!

Bo istnieje tylko jeden właściwy sposób opowiadania o Holokauście. Polski oczywiście.

Zastanawiam się, jak Robert Kowalik to sobie wyobraża. Holenderscy autorzy dorysują dodatkowe kadry na potrzeby polskiego odbiorcy? Doda się do niego posłowie, w którym polski uczeń przeczyta to co i tak już wie na temat obozów? Paradne!

Berlin. Miasto kamieni


papier · komentarze: 6

Berlin
Ciężko jest pisać o „Berlinie – Mieście kamieni” Jasona Lutesa. Nie wiedziałem dlaczego, ale podczas gdy zazwyczaj nie narzekamy na niedobór domorosłych recenzentów, „Berlin” został opisany póki co jedynie w „Przekroju”. Nie wiedziałem do dzisiaj. Siadając do tego tekstu, poczułem jak ciężko jest się zdecydować, od której strony „Berlin” ugryźć. Cóż, „Berlin” to ciężki kamień do zgryzienia.

Jason Lutes wprowadza nas na głębokie wody. Nie tylko porusza bardzo ważki historycznie, politycznie i społecznie temat, ale robi to z niepohamowanym rozmachem. Zostajemy wrzuceni w wir wydarzeń społecznych 1928r. – dla Republiki Weimarskiej jest to okres kończący „tłuste lata”. Jest to doskonały czas na powstanie przeróżnych napięć społecznych, bo mimo stabilności gospodarczej, ludzie czują niesprawiedliwość i mają chęć wzięcia spraw w swoje ręce. Wiedziałem o tym mniej więcej przed lekturą, czytałem to, co jest napisane z tyłu okładki, spodziewałem się „bomby” na początku opowieści, jak u Hitchcocka. Tymczasem na starcie Lutes serwuje nam spokojną opowieść, w której wprowadza bardzo zróżnicowane i barwne postaci, które mają tylko jednen wspólny mianownik – wszystkie mają swoje rozterki. Mamy Marthe – studentkę, która musi znaleźć się w nowym otoczeniu, oraz Severinga – zblazowanego dziennikarza, który szuka sposobu na opisanie panujących w społeczeństwie nastrojów oraz małżeństwo Braun, które dzieli się z powodu różnych sympatii politycznych. Obrazu dopełnia żydowska rodzina, berliński policjant, studenci i publicyści różnej maści – czerwonej i brunatnej. Możemy się spodziewać, że w takim tyglu Lutes dostrzegł wielki potencjał na wielopłaszczyznową opowieść.

Właśnie ta wielopłaszczyznowość przeraża na początku, gdy chce się coś konkretnego powiedzieć o „Berlinie”. Mogę śmiało powiedzieć, że dla mnie „Berlin” nie ma jakiegoś konkretnego lejtmotywu – i bardzo dobrze! Lutes w niezwykły sposób buduje klimat panujący na ulicach weimarskiego Berlina. Poprzez niepozorne rozmowy, ale też mocno zaakcentowane wydarzenia, odkrywamy, że mamy do czynienia z rozdartym społecznie miastem. Możemy „Berlin” czytać jako historię o miłości, obyczaj osadzony w trudnym czasie, ale przede wszystkim – parahistoryczny mariaż komiksu z socjologiczno – psychologicznymi zapędami Lutesa. Zapędy te mogliśmy już podziwiać w „Karuzeli głupców”, lecz tutaj rozkład, jakiego dokonuje Lutes, jest skonstruowany metodą małych kroczków, które prowadzą do bardzo wyrazistego obrazu końcowego.
Berlin

„Berlin” to komiks bardzo szczegółowy, fascynujący celnością spostrzeżeń i zachwycający drobiazgami. Lutes świetnie rysuje berlińską ulicę, ze zwinnością przeskakuje z prostego obrazowania mimiki do drobiazgowych elewacji budynków. Dzięki temu wprowadza nas między socjalistów i nacjonalistów z niespotykaną łatwością, opowiada historię w sposób, jakiego nie było nam dane doświadczyć na lekcjach. Tak jak pisałem, „Berlin” jest wielopłaszczyznowy, i dlatego Amerykanie uznali go za jeden z najlepszych komiksów. Bo można poznawać dzięki niemu historię, a można ją sobie dopełnić niemal namacalną atmosferą. Wrażenie, że ocierałeś się o robotniczy tłum pomaga łatwiej skojarzyć suche fakty i daty.

Mam jednak parę „ale”. Szkoda, że Lutes nie pociągnął dłużej wątku Wydziału Sztuk Pięknych, zdecydowanie odpowiadały mi leniwe rozmowy studentów na temat perspektywy. Kolejną rzeczą jest legenda „Berlina”, który jest nam przedstawiany jako arcydzieło – i tu pojawia się problem „wielkiego komiksu”. Bo tak jak mogę przyznać, że „Berlin” jest najlepszym komiksem wydanym do tej pory w 2008r., to nie mogę powiedzieć, że jest arcydziełem. Może powiem to po przeczytaniu następnych części – bo nie wiadomo co nam Lutes szykuje. Ostatnią rzeczą jest korekta komiksu. Został on wydany bardzo ładnie, już sama okładka robi wrażenie, natomiast w środku roi się od błędów interpunkcyjnych, zjedzonych ogonków i spacji.

Podsumowując – „Berlin” jest komiksem, który po prostu trzeba przeczytać, nie trzeba się nim zachwycać, ale po prostu warto poznać bogate środki wyrazu jakie zastosował Lutes. Nie wiem jak innym, ale „Berlin” wszedł mi do głowy na tyle mocno, że w noc przed napisaniem tych słów, przyśniła mi się moja nauczycielka historii, która zwykła mówić „Lepszy faszysta niż komunista”. Ech, komiksy by lepiej poczytała, a nie gadała takie głupoty…