Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

Berlin. Miasto kamieni


papier · komentarzy 6

Berlin
Ciężko jest pisać o „Berlinie – Mieście kamieni” Jasona Lutesa. Nie wiedziałem dlaczego, ale podczas gdy zazwyczaj nie narzekamy na niedobór domorosłych recenzentów, „Berlin” został opisany póki co jedynie w „Przekroju”. Nie wiedziałem do dzisiaj. Siadając do tego tekstu, poczułem jak ciężko jest się zdecydować, od której strony „Berlin” ugryźć. Cóż, „Berlin” to ciężki kamień do zgryzienia.

Jason Lutes wprowadza nas na głębokie wody. Nie tylko porusza bardzo ważki historycznie, politycznie i społecznie temat, ale robi to z niepohamowanym rozmachem. Zostajemy wrzuceni w wir wydarzeń społecznych 1928r. – dla Republiki Weimarskiej jest to okres kończący „tłuste lata”. Jest to doskonały czas na powstanie przeróżnych napięć społecznych, bo mimo stabilności gospodarczej, ludzie czują niesprawiedliwość i mają chęć wzięcia spraw w swoje ręce. Wiedziałem o tym mniej więcej przed lekturą, czytałem to, co jest napisane z tyłu okładki, spodziewałem się „bomby” na początku opowieści, jak u Hitchcocka. Tymczasem na starcie Lutes serwuje nam spokojną opowieść, w której wprowadza bardzo zróżnicowane i barwne postaci, które mają tylko jednen wspólny mianownik – wszystkie mają swoje rozterki. Mamy Marthe – studentkę, która musi znaleźć się w nowym otoczeniu, oraz Severinga – zblazowanego dziennikarza, który szuka sposobu na opisanie panujących w społeczeństwie nastrojów oraz małżeństwo Braun, które dzieli się z powodu różnych sympatii politycznych. Obrazu dopełnia żydowska rodzina, berliński policjant, studenci i publicyści różnej maści – czerwonej i brunatnej. Możemy się spodziewać, że w takim tyglu Lutes dostrzegł wielki potencjał na wielopłaszczyznową opowieść.

Właśnie ta wielopłaszczyznowość przeraża na początku, gdy chce się coś konkretnego powiedzieć o „Berlinie”. Mogę śmiało powiedzieć, że dla mnie „Berlin” nie ma jakiegoś konkretnego lejtmotywu – i bardzo dobrze! Lutes w niezwykły sposób buduje klimat panujący na ulicach weimarskiego Berlina. Poprzez niepozorne rozmowy, ale też mocno zaakcentowane wydarzenia, odkrywamy, że mamy do czynienia z rozdartym społecznie miastem. Możemy „Berlin” czytać jako historię o miłości, obyczaj osadzony w trudnym czasie, ale przede wszystkim – parahistoryczny mariaż komiksu z socjologiczno – psychologicznymi zapędami Lutesa. Zapędy te mogliśmy już podziwiać w „Karuzeli głupców”, lecz tutaj rozkład, jakiego dokonuje Lutes, jest skonstruowany metodą małych kroczków, które prowadzą do bardzo wyrazistego obrazu końcowego.
Berlin

„Berlin” to komiks bardzo szczegółowy, fascynujący celnością spostrzeżeń i zachwycający drobiazgami. Lutes świetnie rysuje berlińską ulicę, ze zwinnością przeskakuje z prostego obrazowania mimiki do drobiazgowych elewacji budynków. Dzięki temu wprowadza nas między socjalistów i nacjonalistów z niespotykaną łatwością, opowiada historię w sposób, jakiego nie było nam dane doświadczyć na lekcjach. Tak jak pisałem, „Berlin” jest wielopłaszczyznowy, i dlatego Amerykanie uznali go za jeden z najlepszych komiksów. Bo można poznawać dzięki niemu historię, a można ją sobie dopełnić niemal namacalną atmosferą. Wrażenie, że ocierałeś się o robotniczy tłum pomaga łatwiej skojarzyć suche fakty i daty.

Mam jednak parę „ale”. Szkoda, że Lutes nie pociągnął dłużej wątku Wydziału Sztuk Pięknych, zdecydowanie odpowiadały mi leniwe rozmowy studentów na temat perspektywy. Kolejną rzeczą jest legenda „Berlina”, który jest nam przedstawiany jako arcydzieło – i tu pojawia się problem „wielkiego komiksu”. Bo tak jak mogę przyznać, że „Berlin” jest najlepszym komiksem wydanym do tej pory w 2008r., to nie mogę powiedzieć, że jest arcydziełem. Może powiem to po przeczytaniu następnych części – bo nie wiadomo co nam Lutes szykuje. Ostatnią rzeczą jest korekta komiksu. Został on wydany bardzo ładnie, już sama okładka robi wrażenie, natomiast w środku roi się od błędów interpunkcyjnych, zjedzonych ogonków i spacji.

Podsumowując – „Berlin” jest komiksem, który po prostu trzeba przeczytać, nie trzeba się nim zachwycać, ale po prostu warto poznać bogate środki wyrazu jakie zastosował Lutes. Nie wiem jak innym, ale „Berlin” wszedł mi do głowy na tyle mocno, że w noc przed napisaniem tych słów, przyśniła mi się moja nauczycielka historii, która zwykła mówić „Lepszy faszysta niż komunista”. Ech, komiksy by lepiej poczytała, a nie gadała takie głupoty…

komentarzy 6

  • recenzje „Berlina” były wczoraj w „Dzienniku” i dzisiaj w „Życiu Warszawy”.
    (P.S. odpowiedziałem na Twoją gildiową wiadomość)

  • Ła. To git, że recenzje się pojawiły. Przekłamanie wynikało z tego, że notkę zacząłem pisać wczoraj więc nie zdążyłem być up-to-date :).

  • o_O. Dotarłem właśnie do recenzji „Dziennika” i czuję się zdruzgotany słowem „mariaż”. A ja myślałem, że ja tylko taki oryginalny jestem :). Ten Rerak to chyba jakaś bratnia dusza ma. Acz Rerak myli się co do „Wszystkim tym ludziom przyszło żyć w burzliwych czasach ekonomicznej zapaści i szalejącego bezrobocia.” – nie dość, że dla Rep. Weimarskiej lata 24-29 były „tłustymi latami” to w ogóle tego nie widać w komiksie, że niby jest zapaść. Kto szuka pracy to jej znajduje, to nastroje społeczne są takie, a nie inne – że Żydzi mają więcej od zwykłych robotników, rolników itd. Ale pracę kto chce ten ma, Marthe, Gudrun znajdują ją bez problemu. Wszędzie widzimy ludzi pracujących.. więc Rerak coś pokićkał, bo bezrobocie i kryzys przyszły później.

  • karolkonw

    rerak nie pokickal a pojechal dalej
    lutes dziala tak mocno dlatego ze sie koajrzy
    kojarzy z tlustymi latami kiedy mialo sie lat 15 i pod koldra czytala Remarqa

    tak na koniec
    brerlin i karuzela głópców bija na głowe wydania oryginalne
    wg mnie
    oczywiście

  • pojechał dalej i niepotrzebnie..

Dodaj komentarz