in telewizja

The Lost Room

lost_room.jpg
Czytaliście „Nigdziebądź” Gaimana? Mówię oczywiście o książce, komiks zniechęcił mnie okładką i ceną. Jeżeli tak, to na pewno pamiętacie dziewczynkę o imieniu Drzwi. Drzwi posiadała pewną ciekawą zdolność – potrafiła otworzyć każde… drzwi. Pomyślcie, że macie taką moc, a nawet większą. Miniserial „The Lost Room” zaczyna się właśnie w mniej więcej taki sposób – detektyw Joe Miller, grany przez znanego z „Six Feet Under” Petera Krause, staje się posiadaczem tajemniczego motelowego klucza. Klucz ten pasuje do każdych drzwi, a każde drzwi otwarte tym kluczem prowadzą w jedne miejsce – do zawieszonego w czasie i rzeczywistości pokoju motelowego z 1961r., z którego możemy się dostać do każdego miejsca na Ziemi. Zły los sprawia, że córka Joe, w okolicznościach związanych z owym pokojem motelowym, znika. Oczywistą oczywistością jest, że Joe będzie chciał ją odnaleźć.

Serial składa się z trzech półtoragodzinnych odcinków i reprezentuje styl modern fantasy. Nie mogłem uniknąć skojarzeń z prozą Gaimana, bo tutaj też okazuje się, że jest jakiś drugi, magiczny świat, o którym nie śniło się zwykłym ludziom. Ten świat tworzą Obiekty, takie jak Klucz, wszystkie pochodzą z pokoju motelowego i mają niesamowite właściwości. By nie zdradzać za dużo, ale wzbudzić ciekawość, powiem, że Obiekty mają całkiem bezużyteczne właściwości – jak Zegarek, który gotuje jajka, ale także całkiem przydatne – jak Okulary, które przeciwdziałają zapłonowi w promieniu pięciu metrów. Obiekty są pożądane przez wszystkich, którzy wiedzą o ich istnieniu, co sprawia, że detektyw Joe nie będzie miał łatwego zadania.

lost1.JPG
„The Lost Room” spodobał mi się z paru przyczyn. Pierwszą jest przemyślane uniwersum, w którym m.in. tworzą się grupy – kabały, walczące między sobą o Obiekty. Jest zatem Zakon Ponownego Zjednoczenia, który wierzy, że Obiekty są częścią Boga; jest Legion, który chce by Obiekty były zapomniane i nieużywane; i na końcu – są prywatni kolekcjonerzy, którzy Obiektów używają dla własnych celów. Drugą przyczyną jest wielorakość postaci. Są zagrane z głową, a każda wprowadza do serialu coś nowego – jak Wally (Peter Jacobson) – świetna komediowa rola, albo Ruber (Dennis Christopher) – nieprzewidywalny policyjny laborant. Postaci drugoplanowe dopełniają całego obrazu, co sprawia, że historia jest opowiedziana z niezwykłą swadą, a serial ogląda się świetnie. Trzecią rzeczą – może i najważniejszą jest to, że serial pobudza wyobraźnię. Taką najlepszą, najbardziej naiwną jej część – marzeń. Bo co byście zrobili posiadając Klucz? Albo Parasol, który noszony przez was sprawia, że ludziom wydaje się, że was znają?

Musicie mi wybaczyć, że o tym serialu opowiadam w dość lakoniczny sposób, lecz ciągle w nim coś się dzieje, jest akcja, intryga, tajemnica i tak na zmianę – trudno jest po prostu nie spojlować. Jeżeli jest coś, co miałbym polecić na jeden (jeszcze) zimowy wieczór – to oprócz kakao i „Strażników”, byłby to właśnie „The Lost Room”. W Polsce serial został wyemitowany przez TVP1 i AXN jako „Zagubiony pokój”.

Skomentuj

Comment

  1. Miałem przyjemność obejrzeć jeden z odcinków… i owszem cały świat jest ciekawy i niepokojący… chociaż jak dla mnie tego typu amerykańskie produkcje mnie już nie przekonują (Lost, Heros, itp.). Jednak jeżeli to co napisał Łukasz że jest jedynie 3 odcinkowe to można z przyjemnością obejrzeć całość… nie znoszę przeciąganych filmów.

  2. Zachęcam, 3 odcinki tworzą zwięzłą całość – jak powiedziałem mini-series.

  3. dobry mini-serial.
    miłe jest to, że całkiem nieźle zamyka wątek głównego bohatera, a przy tym pozostawia w cholere dużo miejsca na własne domysły.
    dla mnie to świetny materiał do rozbudowy, chętnie bym sobie pograł w przygodówkę typu point&click kontynuującą wątki. z drugiej jednak strony szkoda byłoby gdyby spartaczyć to o udało się stworzyć twórcom.
    o ile dobrze pamiętam to wyprodukował to sci-fi channel. na tle filmów-gniotów które wytwarza „The Lost Room” jest arcydziełem normalnie. również polecam.

  4. Dopsz, dopisuje do długiej listy „do obejrzenia”. Ale skoro to tylko trzy odcinki, to nie powinno być tak źle :)

  5. 3? a nie cztery? Mialem problem obejrzec to kiedy lecialo „raz na tydzien” i dopiero „day by day” zmobilizowalo mnie do obejrzenia calosci. Swietny pomysl i realizacja i to ze historia jest taka „srodkowa” czyli nie ma wyjasnionego poczatku ani konca. Po prostu facet znajduje sie w jakims juz biegu wydarzen konczy go dl sbie i tyle.

  6. Zainteresował mnie ten miniserial i muszę powiedzieć że obejrzałem z prawdziwą przyjemnością( całość za jednym razem O_O)i mimo tego czuję mały niedosyt, chociaż wiem że gdyby pociągnęli serię i wyjaśnili część rzeczy, to mogli by zepsuć dobre wrażenie jakie wywołał u mnie serial:)