Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

DMZ #2 – Body of a Journalist


import · komentarzy 10

D M Z

O czym opowiada DMZ przedstawiłem po przy okazji pierwszego tomu. Tak też, szybkie przypomnienie: w Stanach Zjednoczonych trwa wojna domowa, do Nowego Jorku, który leży bezpośrednio na linii frontu przybywa młody fotoreporter, Matthew Roth, który ma za zadanie przygotowywać reportaże dla dużego koncernu informacyjnego. Jako jedyny przedstawiciel mediów na wyspie Manhattan, Matt musi zachowywać równowagę w kontaktach ze wszystkimi stronami: rządem, powstańcami oraz mieszkańcami miasta.

W tomie drugim, zawierającym w sobie zeszyty od 6 do 12, Matt występuje w roli posłańca w negocjacjach dotyczących uwolnienia pewnego jeńca. Mamy też krótką historię, rysowaną przez Kristiana Donaldsona, ukazującą wcześniejsze losy sanitariuszki Zee oraz dłuższy reportaż Matta z codzienności Manhattanu. Słowem główne danie pcha fabułę do przodu, a przystawki poszerzają wątki poboczne i naszą wiedzę o świecie komiksu.

Poprzednim razem wspominałem o logicznych babolach, i choć „Body of a Journalist” wyjaśnia kilka rzeczy, to ogólna wizja wydarzeń, jak też i zachowań bohaterów, serwowana przez Wooda jest strasznie dziurawa. Nie wiem, może to kwestia nastawienia. Jak oglądam Gwiezdne Wojny czy czytam Władcę Pierścieni, to nie czepiam się szczegółów, bo wiem, że to fantastyka i bajka i realizm nie jest najważniejszy. Tylko miecze świetlne.

Z DMZ popełniłem ten błąd, że na początku przypisałem je sobie do political fiction i oczekiwałem wiarygodnego i logicznego przedstawienia konfliktu. Tymczasem Wood bardziej niż faktami operuje emocjami. Żołnierze są źli, miasto jest zrujnowane, losowy zamach terrorystyczny dobrze wygląda. Ten komiks to niestety bajka i tak należy go traktować. Z drugiej strony, jak czytam 100 Naboi, to Azzarello jest na tyle sugestywny, że jestem w stanie uwierzyć, że przy odpowiednim spisku wszystko może ujść na sucho. W przypadku Wooda, gdy czytam o scenie muzycznej i modnych knajpkach w zdewastowanym mieście to zgrzytam zębami. Lekko.

Co nie zmienia faktu, że komiks czyta się świetnie. Muszę chyba po prostu ostatecznie zmienić nastawienie.

komentarzy 10

  • DMZ to dobra rozrywka. Jak usiadlem kiedys wiecorem to tak mnie wciagnelo, ze przeczytalem pierwszych 16 zeszytow bez odchodzenia od kompa. Ale tez nie mialem zadnych oczekiwan co do tego komiksu i nic o nim nie wiedzialem poza tym ze kuzyn mi polecil i ze kumalem co to jest tytulowa DMZ. dobre, wciagajace czytadlo. co do logicznych baboli to sczerze musze przyznac, ze jak sie czyta 10 zeszyt z rzedu to jest sie troche jakby mniej uwaznym :-)

    pzdr

  • No może, jak dokupię trzeci tom, to przeczytam wszystko na raz i zobaczę :)

  • turucorp

    Tak gwoli scislosci (i wiarygodnosci), skoro w Gettcie Warszawskim mogly istniec „modne knajpki” (nie musisz gleboko szukac, w „Korczaku” i „Pianiscie” mozna zobaczyc jak to wygladalo), a piosenki z Powstania Warszawskiego (ze tak sie do Lao Che odwolam)? Nie widze logicznych przeciwskazan, zeby takie rzeczy nie mialy miejsca w DMZ.

  • Niby tak, też się nad tym zastanawiałem, porównując sytuacje z jakimś innym frontowym miastem jak Stalingrad czy Wrocław, ale stwierdzałem, że jednak skala konfliktu nie ta.

    Po prostu brakuje mi u Wooda jakiegoś koronnego argumentu, który przekonałby mnie, że te 400 tysięcy osób, jakie zamieszkuje teraz DMZ, naprawdę nie ma możliwości ucieczki.

    W sytuacji jeśli okej, naprawdę nowojorczycy muszą zostać na wyspie i organizować sobie na nowo życie, to okej, jestem w stanie wyobrazić sobie rozwój lokalnej społeczności. Tak jak w zamkniętym Gettcie.

    Choć piosenki powstańcze to jednak coś innego niż zespół Klunin grający „terrifying death metal wiith operatic Sandinavian overtones” :)

  • turucorp

    Knajpki istnieja zawsze, nawet jesli serwuje sie w nich tylko bimber, smazone szczury i golebie.
    A muzyka? No coz, myslisz, ze czego sluchali np. kolesie w czasie rozpadu Jugoslawi? Jakie czasy taka muza (myslisz, ze amerykanom bardziej podszedlby Wysocki albo „Marsylianka”?)

  • Nie chodzi mi o gatunek czy rodzaj muzyki, ale o sytuacje w których jest wykonywana i powody dla których powstała. Nie wiemy o czym śpiewa Klunin, więc pytanie, czy jego piosenki też spełniają taką funkcje jak piosenki powstańcze? Zagrzewają do boju i opowiadają o jakiś konkretnych wydarzeniach z walk?

    Tego nie wiemy, a o właśnie tę różnicę mi chodzi, mam nadzieję, że w miarę naświetliłem, o co mi chodzi.

  • turucorp

    Ja rozumiem o co ci chodzi, stwierdzam jednak, ze „wiarygodnosc” jest pojeciem wzglednym. Dla wieznia obozu koncentracyjnego szczytem marzen moze byc mecz pilki noznej, dla mlodej iranki wysluchanie plyty Sex Pistols, a dla ludzi siedzacych w zamknietej strefie Manhattanu wieczor w knajpce przy dzwiekach deathmetalowej kapeli.
    Takie rzeczy sie zdazaja i to czyni je wiarygodnymi.

  • A jeszcze wiarygodniej będzie w kolejnych zeszytach, kiedy to sytuacja w DMZ się „normuje” i mamy do czynienia nie tyle ze stanem konfliktu, co okupacji. I nawiązania do Iraku są bardziej widoczne…

  • To może jeszcze zdradź, kto jest jego matką, albo czy ginie w ostatnim rozdziale :)

  • Myślałem, że w ten sposób zaostrzę tylko twój apetyt ;) Zresztą już po tych dwóch pierwszych TPB widać, że jakiś większy rozdział się skończył i teraz czeka nas coś innego. To stąd pewnie przerywniki w postaci opowieści o Zee i „pseudozinu”. A matką Matty’ego jest ten zarośnięty kolo z armii Wolnych Stanów.

Dodaj komentarz