Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

Pięć komiksów Shintaro Kago


internet · komentarze: 6

Shintaro Kago

Szczerze pisząc, miałem nieco oporów, czy w ogóle pisać tę notkę. Z jednej strony, wiadomo, skany to łamanie praw autorskich, bez względu na to, z jakiego języka są tłumaczone. Jednakże z drugiej, mimo wszystko zanim nauczyłbym się japońskiego w stopniu pozwalającym mi na zrozumienie tych komiksów, to najpewniej bym o nich zapomniał. Ściągam skany od wielkiego dzwonu, więc gdy tym razem linka pod nos dostałem podczas lektury zestawienia komiksów roku na The Comics Journal, pozwoliłem sobie zgrzeszyć. Wreszcie, te komiksy tak dają po głowie, że kolejnym grzechem nie byłoby zaprezentować ich dalej. A nóż ktoś się podejmie wydania ich w Polsce?

Może jestem zbyt przyzwyczajony do klasycznego ułożenia kadrów, może zbyt mało szukałem eksperymentów, ale to co robi Shintaro Kago z formą komiksu i kadrowaniem zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Wydaje mi się, że za motyw przewodni tych pięciu komiksów, można uznać powtarzalność. Do tego dochodzą jeszcze kłamstwa, przemoc, seks i ogóle poczucie zagubienia.

Shintaro Kago

Pierwsza w kolejności historia, Abstraction z miejsca pokazuje, że czytanie komiksów Kago na ekranie monitora może się troszkę mijać z celem. Jest to jednocześnie chyba najtrudniejsza do ogarnięcia opowieść z tego zbioru, głównie od strony wizualnej. Kiełbie we łbie.

W Blow Up jest sporo filozofowania się nad najmniejszymi cząsteczkami rzeczywistości. Mimo że można się domyślać końcowego efektu, to jego wykonanie tak czy siak robi wrażenie.

Multiplication jest z kolei fikołkiem na temat zgubnych skutków mutowania się wątków i rozmnażania kadrów. Przy okazji daje kilka złotych rad, na temat udanego życia seksualnego.

Shintaro Kago

The Memories Of Others jest moją ulubioną historią z tego zestawu. W świecie głównej bohaterki panuje dziwna choroba, nad wszystkimi wiszą kadry z ich poprzednimi czynnościami, przez co nie da sie ukryć zdrady, kłamstwa, złych zamiarów. Opadają maski codzienności i ludzie nie są w stanie sobie z tym poradzić. Z jednej strony mamy tu kwestie pamięci i przeszłości, i tego jak one mogą zaważyć na teraźniejszości, z drugiej, można to interpretować jako strach przed utratą anonimowości w dobie internetu. Okej, to mocno naciągane, ale wyobraźmy sobie te kadry, jako blogi, profile na serwisach społecznościowych, galerie zdjęć. Często wiemy mnóstwo o ludziach nie zamieniwszy z nimi ani słowa. Wystarczy, że spojrzymy do sieci.

Labyrinth chyba najpełniej podnosi kwestie ludzkiego zagubienia. Wszystko jest labiryntem, plątawiskiem. Bohaterka próbuje z tym walczyć, jednak ostatecznie poddaje się i zajmuje swoje miejsce w szeregu. Jednocześnie, chyba wszystkie labirynty przedstawione w tym komiksie da się w jakiś sposób przejść. Ale to znowu trzeba mieć papier i ołówek.

Miejscami obleśne, miejscami chore, ale wyobraźnia i pomysły Kago rozłożyły mnie na łopatki. Dziwności nad dziwnościami. Wiadomo, że prawa autorskie, prawami autorskimi, ale wychodzi na to, że globalizacja kultury nie bierze jeńców.

Niedziela 47


niedziela · komentarze: 8

wiadomosci

Macie już The Trial of Colonel Sweeto na papierze? Ja jeszcze nie, kiedyś się zbiorę do tego. Tymczasem, dla ciekawych, wywiad z twórcą PBF, Nicholasem Gurewitchem.

Norbert Rybarczyk udostępnił osiem stron swojego nowego komiksu. Bu!

A tutaj trochę materiałów koncepcyjnych do Persepolis z komentarzem Satrapi. Strasznie jestem ciekaw, jak do końca wyszedł im ten film, oraz, jak przyjmie się u nas. Obawiam, się, że może mieć spore problemy z poważnym traktowaniem, bo kreskówka, bo komiks i tak dalej.

A propos Satrapi, to Post ma wydać jej kolejny komiks. Kują żelazo póki gorące. I dobrze.

Wszyscy już i tak to wiedzą, ale dla kronikarskiego porządku trzeba napisać, że The Movie dobiło do setnego odcinka. Dla tych, którzy być może przeoczyli, kiedyś przeprowadziłem wywiad z Robertem. To tak dziwnie brzmi, mówić o Bele per „Robert”. Wzbudza szacunek. Niepokojące, niepokojące.

I na koniec, Nowy Jork na fotografiach z początku lat 80 zeszłego wieku.

Powoli kończą się zajęcia na uczelni, od przyszłego semestru będą już luzy, więc czas powysyłać CV to tu to tam.

- Doświadczenie zawodowe?
- Eeee prowadzę stronę o komiksach
- …
- …
- Wie Pan, zadzwonimy do Pana później

Tak mniej więcej to sobie wyobrażam.

DMZ #1 – On The Ground


import · komentarze: 10

dmz

Nazwa DMZ obijała mi się o oczy od dłuższego czasu. A to trafiłem gdzieś na jakąś recenzję, a to u buców z metra stał jakiś późniejszy tom. Ostatecznie do zakupu zachęcił mnie dziesiąty odcinek Shwinga, w którym Daniel Gizicki opowiadał o komiksie. Pierwszy tom był właśnie zawartością paczki, o której wspominałem parę dni temu.

Ogólne założenia są takie: w Ameryce od pięciu lat trwa wojna domowa. Nie wiadomo na razie czemu wybuchła, wiadomo tylko, że bunt wybuchł w środkowych stanach i zwrócił się przeciwko bogatym, liberalnym wybrzeżom. Skrót DMZ oznacza strefę zdemilitaryzowaną i odnosi się do obecnie funkcjonującej, potocznej nazwy Manhattanu. Wyspa leży pomiędzy terenami zajętymi przez obie strony konfliktu i żadna z nich nie jest w stanie przejąć nad nią pełnej kontroli.

Matthew Roth, młody stażysta w agencji informacyjnej zostaje wysłany jako asystent znanego reportera wojennego, który ma zrobić materiał o sytuacji na ziemi niczyjej. Wyprawa kończy się fiaskiem i chłopak, jako jedyny z ocalałych, musi radzić sobie sam w strefie wojny. Manhattan zmienił się nie do poznania. Zrujnowany przetaczającym się przez niego frontem pogrążył się w chaosie i anarchii, a jego mieszkańcy zorganizowali się w quasiplemienne grupy broniące własnego terenu.

Matthew postanawia zostać na miejscu i opisać to co dzieje się naokoło.

dmz

Na najbardziej widocznym poziomie „DMZ” jest krytyką wojny. Ukazuje jej brutalność, głupotę, cierpienia cywilów i tak dalej. Nieco niżej jednak, dla mnie ten komiks jest głównie pomnikiem wystawionym niezależności i odrębności mieszkańców Nowego Jorku. Scenarzysta, Brian Wood, sam od dłuższego czasu jest nowojorczykiem. Z jednej strony jest tu lęk przed zwariowanymi środkowymi stanami, z drugiej brak zaufania przed samym amerykańskim rządem. Mieszkańcy DMZ nie potrzebują niczyjej pomocy i radzą sobie sami.

Jest to też jednocześnie wyznanie wiary w potęgę wolnej prasy, która w dobie rewolucji amerykańskiej była jednym z czynników kształtujących świadomość mieszkańców przyszłych Stanów Zjednoczonych. Roth buntuje się swoim pracodawcom i chce robić reportaże na własną rękę, jak najbliżej prawdy.

Mimo że komiks ma sporo logicznych baboli, to nie przeszkadzają one zbytnio w chłonięciu atmosfery rozkładającego się miasta. Jeśli tak wygląda Manhattan, to jak może wyglądać reszta kraju? Podobna wizja była już Ucieczce z Nowego Jorku i nie jest to specjalnie odkrywczego. Jednakże Wood nawrzucał tam tyle różnych, ciekawych patentów i nawiązań, że całe danie jest świeże i smaczne. Fajny pomysłem jest na przykład przetykanie komiksu reportażami Matta lub doniesieniami prasowymi, które są utrzymane w innym graficznie stylu. Pierwsze pięć zeszytów, składających się na „On The Ground”, to zbiór widoczków z różnych stron „DMZ” i na razie nie ma tu jakiegoś wyraźnego, głównego wątku. Za jakiś czas sprawię sobie następny tom.

Na stronach Vertigo można przeczytać pierwszy zeszyt, a pasujący klimatem zwiastun „World in conflict” znajdziecie tutaj.

Anders loves Maria


internet · komentarze: 13

anders loves maria

Nadal żyję w nieutulonym bólu za porządną komedią romantyczną. Mój poprzedni strzał sprzed kilku miesięcy, „Scene Language”, okazał się niewypałem. Na dodatek komiks został zawieszony, bo autorka spodziewa się dziecka. Tymczasem, dramat dojrzewał w innym komiksie, który śledziłem od dłuższego czasu, ale był stosunkowo rzadko aktualizowany.

„Anders loves Maria” opowiada o perypetiach związku dwojga młodych Szwedów. Mieszkają w wielkim mieście, cieszą się życiem, pewnego dnia Anders dochodzi do wniosku, że chce już zostać ojcem. Maria jednak niekoniecznie pali się do zostania matką. Tak przynajmniej rysuje się wstępna sytuacja.

Wydaje mi się, że najważniejszą sprawą w tego typu komiksach są pierwszoplanowe postacie, które szybko polubimy i zainteresujemy się ich losem. Ich problemy mogą być nieco egzotyczne, ale sympatia to podstawa. Tytułowi bohaterowie są bardzo ludzcy i normalni. Popełniają błędy, zachowują się głupio i nierozsądnie, mimo okolic trzeciego krzyżyka na karku boją się dorosłości. Dodatkowo, co całkiem istotne dla komedii romantycznej, nie potrafią do końca się dogadać, a na dodatek stają się ofiarami kolejnych nieszczęśliwych zbiegów okoliczności.

anders loves maria

Gatunek ma swoje prawa. Chłopak pozna dziewczynę, straci ją, a potem postara się odzyskać. Uwielbiam ten schemat. I mimo kolejnych przeszkód jakie rzuca bohaterom pod nogi autorka, nie mam większych złudzeń jaki będzie finał komiksu. Tytuł mówi sam za siebie w końcu.

Jednocześnie, dzięki „AlM” mamy rzadką możliwość spojrzenia na dzisiejszą Szwecję. Jest to jednak punkt widzenia cudzoziemki, Engstrom przeprowadziła się do Skandynawii z Kanady kilka lat temu. Nie ma tu Ikei, ani moich ulubionych żelków – rybek, ale na przykład, gdy znajoma dowiaduje się o ciąży Marii, to jej pierwszą reakcją jest pytanie o aborcję. Nawet jeżeli rzuca to żartem. Rene jest całkiem bezpośrednia w swoim pisaniu. Bohaterowie gadają o seksie, bzykają się, upijają, ale nie jest przedstawione w licealno-studenckim stylu.

Polecam też do przeczytania jej 24 godzinny autobiograficzny komiks. Życie, przeprowadzka, obie ciąże. I erotyczne sny o Penny Arcade.

Ostatnio komiks zaczął być publikowany codziennie, dzięki czemu jest na co czekać i trzymać rękę na pulsie. Nie ma to jak czytanie o perypetiach innych ludzi i cieszenie się, że w swoim związku nie jest się takim głupkiem.

Poczta w Raszynie


varia · komentarze: 16

hejnal

Jak wiecie, mieszkam pod Warszawą. Nie za daleko, ale jednak pod. Urząd pocztowy który zarządza moim rejonem mieści się w Raszynie, akurat po drodze do miasta. Odległości nie są jakoś kosmicznie wielkie, ale to dobre kilka kilometrów, a pksy i autobusy podmiejskie jeżdżą nieco jak chcą. Tyle geografii, chodzi mi o to, żebyście mieli wstępne wyobrażenie, że w moim wypadku „wyskoczyć na pocztę” oznacza minimum półtoragodzinna wyprawę. Której większość pochłania czekanie na autobus.

Listonosz bywa u mnie raz w tygodniu, a co najgorsze, bywa około południa, gdy nikogo nie ma w domu. Tak też, jeśli tylko ma przyjść do mnie jakaś polecona przesyłka, to kończy się to awizo zostawiony w skrzynce. Listonosz się natarga na próżno, ja o kwicie dowiaduje się zazwyczaj gdy wrócę do domu, bo żaden z domowników nie pamięta aby mnie o nim powiadomić, żebym wysiadł po drodze, zamiast potem podejmować kolejną wyprawę. Słowem, sytuacja głupia, niewygodna i trudna do reformy.

Dodajmy do tego jeszcze, że na przestrzeni ostatnich kilku lat na terenie gminy zamieszkało mnóstwo nowych ludzi, a urząd nadal ogranicza się do dwóch okienek. Tak też możecie sobie wyobrazić kolejki.

Opisany wyżej stan rzeczy był czymś do czego, stękając i fukając, byłem przyzwyczajony. I gdy myślałem już, że znam zasady gry, poczta nagle stwierdziła w te święta, że nie daje sobie rady ze wzrostem obrotu paczkami.

Listonosza nie było u mnie miesiąc. Od początku grudnia czekałem na dwie paczki, potem doszła jeszcze trzecia, wobec której miałem cichą nadzieję, że dojdzie przed sylwestrem. Paczka ostatnia, nadana 23 grudnia trafiła do moich rąk w zeszły czwartek, tylko dlatego, że osoba odpowiedzialna za pocztę w pracy mojego ojca trafiła w urzędzie na znajome nazwisko i wzięła razem z resztą firmowej korespondencji.

Natomiast wczoraj, wracam do domu, wchodzę po klatce schodowej i proszę, coś się bieli w skrzynce. Patrzę, listy i co? Awizo dla mnie. Ucieszony, że kolejna paczka jest tuż tuż, przyglądam się bliżej kwitowi i okazuje się, że doręczający pocztę rozkoszniak wpisał, że awizo zostawił 19 grudnia. Dodam, że nie było szans, abym przez ten cały czas przeoczył cokolwiek w skrzynce.

Jadę dzisiaj do urzędu, a tam pandemonium. Listonosze na chorobowym, braki kadrowe, listy nie dostarczone, masa ludzi pokrzykuje próbując dowiedzieć się, gdzie są ich listy. Ok, odstaje godzinę w kolejce, daję awizo urzędniczce, mówię, że pojawiło się w skrzynce wczoraj. Babka na to, że nie mogło pojawić się wczoraj, bo ten listonosz jest od dwóch tygodni na zwolnieniu chorobowym. Zaciskam zęby, myślę sobie: „oookej, nie wnikajmy, po prostu chcę odebrać paczkę”. Oczywiście odnalezienie jej zajęło kwadrans, wreszcie, jest.

Biorę do ręki, patrzę, inny listonosz przyjemniaczek stwierdził, że awizował powtórnie tę paczkę również 27 grudnia. Bombowo, zwłaszcza, że raz, że wtedy ktoś ciągle był w domu, dwa, że nie zostawiono nam żadnego kwitu.

Mam jeszcze jedną paczkę do odebrania, z dwoma tomami Calvina i Hobbsa, ale tu coś się boję, że mnie wystawił sprzedawca z Allegro. Kolejny.

05-090 zgłoś się

Surreal Adventures of Edgar Allan Poo


internet · komentarze: 4

poo

Wstyd się przyznać, ale moja znajomość twórczości Edgara Allana Poe ogranicza się do jednego króciutkiego opowiadania. To jeden z tych autorów, obok Lovercrafta, którego ciągle zostawiam sobie na później, do spokojnego poznania i przeczytania. I tak od kilku lat, bez większych rezultatów.

Z tego względu czytanie Surrealistycznych Przygód Edgara Allana Poo przypomina nieco chodzenie po omacku, bo nie znając materiału podstawowego, nie jestem w stanie wychwycić większości nawiązań. Komiks jest jednak tak świetnie rysowany, że trudno się od niego oderwać. Ale po kolei.

Jakkolwiek nie brzmiałoby to trywialnie, pewnego dnia wewnętrzne Małe Ja Edgara Allana Poe wpada do toalety w wychodku twórcy. Szambo, jak to zwykle w tego typu sytuacjach, okazuje się bramą do innego świata. Jego przewodnikiem po tej krainie, nazywanej Terra Somnium, zostaje Irving, całkiem rezolutny szczur, który zwraca się do niego per Panie Poo. Całkiem nie bez przyczyny. Szybko okazuje się, że przybycie Edgara nie było przypadkowe i jest elementem rozgrywki sił rządzących Somnią z mrocznym Władcą Koszmarów.

Całkiem jak Kukuburi, nie?

poo

Równolegle do perypetii Poo, na powierzchni właściwy Edgar zmaga się ze wspomnieniami o swojej zmarłej żonie, Virginii. Wena go opuściła, duch małżonki nawiedza, słowem nic godnego pozazdroszczenia. Tylko co tu jest jawą? Co wytworem podświadomości pisarza? Jakie znaczenie dla jego psychicznej równowagi ma wędrówka Pana Poo po Terra Somnii?

Po prostu cudo. I mimo świadomości, że wiele aluzji i nawiązań mi umyka, czyta się świetnie. A co najważniejsze komiks zachęca do sięgnięcia do twórczości Poe. I tak, w scenie w lesie, stado czarnych kruków wznosi ten sam okrzyk: Nevermore! co w wierszu pod tytułem, jakżeby inaczej, Kruk. A to przecież jedynie czubek góry lodowej płynącej przez ocean tej mrocznej historii przygodowej.

Komiks trochę trudno się nawiguje, ponieważ pierwsza pieśń rozdziału pierwszego dostępna jest tutaj, druga natomiast tu. I jest ciągle aktualizowana. Pewną wadą jest rozmiar czcionki, czasami trudno się rozczytać. Komiks jest też dostępny na papierze, ukazał się w sierpniu nakładem Image Comics. Skoro autorzy publikują go w sieci, to pewnie nie sprzedał się najlepiej.

Niedziela czterdzieści sześć


niedziela · komentarze: 9

wiadomosci

KRL przeprowadził modernizację swojego bloga. Teraz będzie więcej około komiksowych tekstów i przepyt. To takie wielkie przepytki.

Kolejny polski komiks internetowy przesiadł się na WordPressa z wtyczką Comicpress, tym razem jest to The Movie.

A Egmont zapowiedział, że w lutym będzie nowy Usagi. Fajnie, jesteśmy całkiem na bieżąco.

Śledziu zaanonsował wreszcie wydanie zbiorcze Osiedla Swoboda, które, bez większej niespodzianki, ma mu urodzić Kultura Gniewu. W tej samej notce mgliście przedstawia swój następny projekt pod tytułem „Wartości Rodzinne”. Przy okazji rzuca też żartem:

„Widzę to, jako regularną serię zeszytową, kolorek, milutki papier itp.”

Brzmi ciekawie.

Na Alei ukazał się wywiad z Maciejem Pietrasikiem z Taurusa. Po wstępnych głodnych kawałkach o historii wydawnictwa, nastąpiły konkrety, czyli piąte Żywe Trupy na WSKa, Najgorsza Kapela Świata w styczniu, najpierw dwa komiksy co dwa miesiące, a potem dwa tytuły na miesiąc i wieczna szczęśliwość. Pewną grozę budzi zdanie:

„No cóż, nie ta branża, nie te pieniądze żeby inwestować w kampanie reklamowe”

Bo wychodzi na to, że Taurus nie uczy się na własnych błędach i liczy, że klient sam go znajdzie. W każdych warunkach jest możliwa jakaś promocja, zwłaszcza gdy mamy pod ręką internet i kogoś z pomysłem na zarządzanie stroną wydawnictwa. No chyba, że nie mamy. Tak czy siak, jakkolwiek cieszy mnie pohukiwanie o następnym tomie For Queen and Country, to uwierzę, jak zobaczę na sklepowej półce.

Jakiś czas temu na blogu filmowych Strażników ukazał się tekst Davida Gibbonsa, całkiem pozytywnie wyrażający się o produkcji. A teraz proszę, Moore wycofuje swoje nazwisko z czołówki filmu i przestaje się nim więcej interesować.

Jest zimno.

Fishtown


internet · komentarz: 1

fishtown

Nie pisałem wcześniej o „Black Hole”, bo niezbyt lubię uzewnętrzniać się na temat rzeczy, które mi nie podeszły. Poza tym, bałem się spalenia na stosie. Od strony graficznej komiks jest naprawdę imponujący, jednakże jeśli chodzi o warstwę tekstową, to Burnes mnie nie przekonał. Bohaterowie nie wywoływali u mnie żadnych większych emocji, a historia wlekła się zamulając mnie do tego stopnia, że każda następna próba ponownego jej przeczytania kończyła się wcześniej niż poprzednia. No ale okej, może dla kogoś jest to komiks wielki i poruszający.

O „Black Hole” przypomniałem sobie przy okazji „Fishtown”. Z komiksem Kevina Coldena miałem ten problem, że ma na razie dopiero trzy rozdziały z sześciu, więc nie do końca wiadomo, jak historia się rozwinie. Z tego punktu widzenia porównywanie go do 300 stronicowej cegły Burnsa jest dosyć karkołomne. Jednakże pozwolę sobie na to, ze względu na całkiem zbliżoną tematykę.

Tytułowe Fishtown jest dosyć parszywym rejonem Filadelfii. Grupa dojrzewających nastolatków z dolnych rejestrów klasy średniej, nuda, brak perspektyw, narkotyki, wreszcie zbrodnia. Historię poznajemy na komisariacie, podczas kolejnych przesłuchań głównych bohaterów dramatów. Dzięki retrospektywom dowiadujemy się, co doprowadziło ich do morderstwa, poznajemy historię z kilku perspektyw.

fishtown

Ktoś, już nie pamiętam kto, napisał, że dla niego „Black Hole” jest komiksem o miłości. Dla mnie jest raczej opowieścią o nastoletnim nihilizmie. I na tej płaszczyźnie ta koncepcja ładnie mi się styka z „Fishtown”. U Coldena wyobcowanie nastolatków jest widoczne bez odwoływania się do abstrakcyjnej zarazy młodości. Dzieciaki są przerażające przez to co myślą, mówią i robią, przez to, że nie są w stanie wyobrazić sobie innej drogi.

Podobno „Fishtown” oparte jest na prawdziwej historii. Colden natrafił na nią przypadkiem, potem zaczął śledzić doniesienia prasowe, dotarł nawet do dokumentów sądowych. Nie znając szczegółów trudno ocenić, ile jest w tej opowieści rekonstrukcji a ile interpretacji. Im bliżej ta historia jest bliższa prawdziwym wydarzeniom tym staje się bardziej uniwersalna, o tego typu dramatach dowiadujemy się też i z naszych nieubłaganych mediów. Ale „Fishtown” nie jest dla mnie komiksem o tym, że ktoś zabił kogoś, próbuje raczej przedstawić, czemu do tego doszło.

Tonem podsumowań


varia · komentarze: 6

Wszystko jest oczywiście kwestią osobistych odczuć, ale wydaje mi się, że miniony rok był całkiem niezły pod względem komiksów. Wyszło jakoś więcej tytułów, których zakupu nie żałowałem, było kilka momentów, kiedy musiałem się zastanowić, co kupić najpierw, bo nie starczało środków na wszystko na raz.

I nawet fakt, że część polskich wydawców tak się miota i traktuje czytelników jak stado baranów, nie jest w stanie popsuć tego ogólnego, całkiem pozytywnego wrażenia.

Pewnych rzeczy, jak niskiego poziomu czytelnictwa komiksów, nie da się przeskoczyć od razu, więc cóż, pozostaje mieć nadzieję, że będzie lepiej. Kiedyś.

Czego bym sobie, a przy okazji wam na nowy rok życzył? Oczywiście wszystkiego najlepszego, ale już precyzując do naszego poletka, to żeby polscy webkomiksiarze zaczęli czytać więcej komiksów. Więcej lepszych komiksów, coby ich to skłoniło to pracy nad sobą. Żeby polscy wydawcy zaczęli traktować czytelników jak klientów i zaczęli prowadzić choć szczątkowy PR. Żeby każdy znalazł jakiś komiks dla siebie. I żeby ekranizacja Strażników okazała się jak najmniejszą kupą.

Zief. Zaraz jedziemy na dworzec przez wymarłe miasto. Nie cierpię pierwszego stycznia. Nadal.

Enter Shikari – Sorry, you are not a Winner. Klask Klask.