Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

Alma


papier · skomentuj

Alma
Jak można się dowiedzieć z nieco nadętego wstępu, pierwsze odcinki Almy ukazywały się w nieistniejącym już magazynie KKK. W czasach gdy pismo się ukazywało, albo nie miałem o nim pojęcia, albo wolałem czytać Produkt na ten przykład, więc nie znam tych wcześniejszych historii. Nie mniej, w maju, nakładem wydawnictwa Atropos ukazał się pełnowymiarowy album z premierowym materiałem. Dopiero teraz miałem możliwość nabycia egzemplarza. Swoją drogą, myślałem, że Atropos zdążył już wcześniej paść.

Alma opowiada o poszukiwaniach tytułowego stwora przez grupę naukowców. Badacze, kierowani pogłoskami, udają się na Syberię. Tam zostają wywiedzeni w pole przez lokalnych bandytów, jednakże koniec końców, udaje im się Almę spotkać. Stwór, nazywany przez tubylców Kotem, jest dosyć muskularnym jegomościem wyglądającym jak członek Gangu Mutantów z Powrotu Mrocznego Rycerza Millera. Naukowcy oddają się badaniom, jednakże bandyci, pod wodzą niebywale złowrogiego Dziadka raczej nie odpuszczą.

Jak uczyłem się czytać, jednymi z pierwszych książek, które przeczytałem samodzielnie w całości, były kolejne części cyklu przygód Tomka Wilmowskiego autorstwa Alfreda Szklarskiego. Akcja Almy rozgrywa się w zbliżonym przedziale czasowym i też ma podobny klimat wyprawy w nieznane. Tomek w końcu sam był na tropach Yeti. Jednakże Almę czytałem już te kilkanaście lat później, w dodatku skażony kilkoma latami studiów historycznych. Nie mam pojęcia, jak teraz odbierałbym książki Szklarskiego, ale realia historyczne w komiksie Gałka i Zabdyra wydały mi się momentami nieco naciągane.

Alma

Oczywiście trudno jednoznacznie ocenić, co autor miał na myśli. Czy osadzenie akcji na Syberii lat 20 XX wieku, czy też w czymś podobnym do Syberii lat 20 XX wieku. Skoro i tak komiks opowiada o mutancie, to po co przejmować się realiami? No niby, ale choćby Clarence w Josephine, pomimo tajemniczych talizmanów i mocy, stworzył naprawdę świetny i namacalny klimat Anglii początku XX wieku.

Po prostu jakoś nie mogę sobie wyobrazić międzynarodowej ekspedycji naukowej przemierzającej sowiecką Rosję w 1925 roku. Też mi jakoś zgrzyta, że żyjący w leśnej głuszy wieśniacy chcą od naukowców kasy za nocleg i wyżywienie. No bo na co im ona? Nie mówiąc już o bandytach, którzy chcą słać depesze z żądaniami okupu do Europy. I czekać dwa miesiące na odpowiedź? Przy tym wszystkim, nie zdziwiłem się nawet, że w środku zimy, pracujący przy wyrębie drzew Alma wyjął zza pazuchy sierp i młot, aby rozprawić się z bandziorami. Wiadomo, mutant.

Tam gdzie nawala scenariusz i drętwe dialogi, komiks ratują rysunki. Powstawały dwa lata, więc są nieco nierówne, ale zwłaszcza w scenach akcji, Zabdyr pokazuje, że rysować potrafi. Ino robi to w komiksie, który mnie znudził.

Alma została wydana świetnie, jednakże mam wrażenie, że aż za dobrze. Bo w połączeniu z najpewniej dosyć niskim nakładem, daje to cenę 40 zeta za album. Dosyć drogo, jak dla mnie.

Los Campesinos!


muzyka · komentarze: 7

Los Campesinos

Raz na jakiś czas, w ramach wyrównania za te wszystkie potępieńcze, hardkorowe krzyki jakich słucham na co dzień, trafiam na zespół skrajnie inny. Tak było dwa lata temu z Clap Your Hands Say Yeah, tak też jest i teraz z Los Campesinos! Słodziutkie, bezpretensjonalne, super fajne.

Na CYHSY trafiłem dzięki Questionable Content, a LS! wyłowiłem dwa tygodnie temu z bloga Johna Allisona, twórcy Scary Go Round.

Wczoraj już słyszeliśmy z Marta ich kawałek na Trójce, więc śpieszcie się słuchać zespołów, tak szybko stają się popularne.

Jericho


telewizja · komentarze: 9

Jericho

Dzięki uprzejmości Bele obejrzeliśmy wreszcie z Martą pierwszy sezon Jericho. O serialu przeczytałem pod koniec zeszłego roku w Wyborczej. Od początku mnie zainteresował, ale jako, że nie mam kablówki, szybko o nim zapomniałem. Ostatnio okazało się, że znajoma Marty jest gorącą fanką Jericho i podarowała nam płytę z wypalonymi odcinkami. Która okazała się porysowana i udało nam się obejrzeć jedynie dwa odcinki, co tylko zaostrzyło nam apetyty. W końcu, w oparach dymu i siarki, w błyszczącej zbroi, ukazał się Bele z działającymi płytami.
więcej…

niedziela24


niedziela · komentarze: 4

wiadomosci

Zabawne, akurat kiedy wyjechałem z miasta, to drugi tom Authority się pojawia. Oczywiście nie jest to informacja, jaką można byłoby dostać z oficjalnej strony wydawnictwa. No bo po co.

O Żywych Trupach 4 ani słychu, ani widu. Tia.

W ogóle. Podobnie jak Szymon Holcman stękam nad marnością Gildii Komiksu i faktu, że głównie informuje o ekranizacjach komiksów. Odkryłem jednak, że jeżeli jakaś ekranizacja mnie interesuje, to nius o niej jest całkiem przydatny. Tak też, po raz pierwszy od dłuższego czasu, pojawiło się na Gildii coś, co mnie zainteresowało: plakat z Whiteout oraz link do oficjalnej strony ekranizacji Strażników. Wow.

Questionable Content ma już cztery lata.

Osiedle Marty ma jeden poważny mankament: kościół pod oknami z psychopatycznym księdzem, który rozpaczliwie stara sie przypomnieć o istnieniu świątyni poprzez pięciominutowe walenie w dzwony na msze. Nieszczęście polega na tym, że okna pokoju wychodzą bezpośrednio na ten przybytek, więc nie ma się gdzie schować przed gniewem bożego jazgotu.

The Tall Ships wyszły jakieś dziwne. Są ładne statki, ludu kupa, a dokoła stoiska z popcornem, żelkami, piwem plus zdezelowane wesołe miasteczko. Dziś ma wystąpić Gosia Andrzejewicz. To daje pewien obraz całej imprezy. Gofry były dobre. Postrzelaliśmy sobie lansiarskie foty ze statkami w tle. Że niby one są nasze. Te statki. Bo stoimy przed nimi, oczywiście.

Wczoraj oglądaliśmy z Martą relację na żywo z występu Schizmy na Przystanku Woodstock. Tak jak tego zespołu nie słucham, tak zagrali i zaprezentowali się całkiem zgrabnie. To było śmieszne uczucie, oglądać hardkorowy zespół na żywo. W sumie to samo było podczas Live Earth z AFI.

Death Proof


film · komentarze: 5

<br />
	Mary Elizabeth Winstead <3

Jest kilka rzeczy, których nie lubię. Nie lubię na przykład zbyt dużej ilości bluzgów. Nie lubię też widoku pijących i palących dziewczyn. No ale poszedłem na Death Proof. Zwariowałem? Po prostu nie wiedziałem czego się spodziewać za bardzo. Oczekiwałem zwariowanego filmu o Kurcie Russellu zabijającym babki. No i nowy film Tarantino jest mniej więcej taki jak zakładałem, nie przypuszczałem tylko, że jego połowa będzie się toczyć w barze. Z samym reżyserem w roli barmana zresztą.

Kurt Russell wciela się w Kaskadera Mika, psychopatę, którego głównym celem w życiu jest zabijanie kobiet. Robi to przy użyciu swojego, specjalnie wzmocnionego, śmierciooodpornego, samochodu. W poszukiwaniu swoich ofiar krąży po spalonych słońcem stanach południowego zachodu, pewnego razu upatruje sobie trójkę mieszkanek Austin.

Dialogi kręcą się dokoła picia, ćpania i seksu. Z tą różnicą, że rozmawiają ze sobą babki. Tłumacze popuścili sobie wodze fantazji, i bluzgi są nadzwyczaj urozmaicone, miejscami wydają się bogatsze niż w oryginale. Po angielsku bohaterka krzyczy do Russella „bitch!”, a pod tym widać napis „cipku!”.

Death Proof

Death Proof opowiada o zmierzchu dotychczasowego podziału ról. Kaskader Mike należy do wymierającego gatunku macho. Jest na tyle zagubiony w dzisiejszym świecie, że jedyne co jest w stanie go zaspokoić, to fizyczna przemoc wobec kobiet. A nowoczesne kobiety w gruncie rzeczy nie potrzebują już takich mężczyzn. Same potrafią o siebie zadbać, wystarczy im własne towarzystwo. W celu podkreślenia swojej niezależności powielają zachowania macho, a wszelkie wątpliwości znieczulają alkoholem. W tym świecie mężczyzna może tylko błagać i dopraszać się o seks, a jedyną jego szansą jest podpicie kobiety aby stała się mniej czujna i dopuściła go do swoich majtek.

Ostatni Newsweek łączy to wszystko z Dodą i Patrycją Markowską. Ta.

Nie mniej, Death Proof jest zgrabnie zrealizowanym i wystylizowanym filmem. Choć żaden dialog nie utkwił mi na dłużej w pamięci. Jest za to świetna scena finałowego pościgu. Gdybym znał więcej filmów, do których tutaj nawiązuje Tarantino, to pewnie bawiłbym się o wiele lepiej. A tak wyszedłem z nieco mieszanymi uczuciami. Może przez to durne kino, które zbyt głośno ustawiło muzykę, co sprawiło, że film, pełen ryku silników, był nieco męczący. Plus pierwszy akapit.

whatever however.

ok, to pamiętam.

Eekeemoo


internet · komentarze: 5

eekeemoo

Okej, język angielski jest nowym francuskim, który kiedyś był nową łaciną. Bez angielskiego ani rusz w dzisiejszym świecie i dotyczy to również komiksów w internecie. Tylko co począć, gdy się nie zna ani tego, ani żadnego innego języka obcego?

Można poczytać sobie Eekeemoo na ten przykład.

Komiks Willy’ego MJ opowiada o przygodach tytułowego bohatera. Eskimosowaty jegomość, wraz ze swoim zwalistym przyjacielem, wędrują po tajemniczych jaskiniach w poszukiwaniu, równie tajemniczych, śpiewających kamieni. Co nimi kieruje, nie wiadomo. Cały bajer polega na tym, że jeśli nasi bohaterowie już się odezwą, to w języku przypominającym ten, jakim poslugiwali się bohaterowie Alieena.

eekeemoo

Alieen był przypowieścią o samotności i strachu, a Eekeemoo jest czystą przygodą przypominająca mi nieco Tomb Ridera. Głównie przez te grobowce i jaskinie. Tajemnicze stwory, nieco magii, wszystko to daje całkiem przyjemny klimat, który znakomicie uzupełniają rysunki Willy’ego. Choć można dyskutować, czy to ciągłe przewijanie komiksu w pionie jest najszczęśliwszym spobem prezentacji. Na jesieni pierwszy epizod ma się ukazać drukiem, ciekaw jestem jak to zostanie rozwiązane.

Wczoraj ruszył epizod drugi, i jest to zdecydowanie jeden z tych komiksów w sieci, które lepiej poznawać w większych partiach. Pozostaje tylko zapytać się dziennikarzy, czy taki komiks się czyta, czy ogląda. Tududududuuu

Nowy szeryf w mieście


kapitan komiks · komentarze: 16

Kapitan Komiks

Nie myślałem, że kiedykolwiek to napiszę, ale… kliknijcie w nagłówek tego wpisu!

Prawda jest taka, że czytanie komiksów w Empiku śmierdzi. Dosłownie. Jeszcze nie tak dawno temu, gdy w warszawskim Juniorze komiksy zajmowały bez mała dziesięć regałów, dział ten był opanowany przez różnej maści czytaczy. W większości o dosyć jabolpunkowo-szkolnym pochodzeniu. Wszyscy znamy te obrazki. Nie można przecisnąć się między półkami, bo wąskie przejście zajmuje rozwalony na ziemi śmierdziel ze stertą komiksów pod ręką. Jeszcze warszawskie Empiki mają to do siebie, że oszczędzają na wentylacji. Wiosna, lato, jesień, zima, w środku panuje wiecznie ta sama, sprzyjająca fermentacji temperatura.

Czytacz ściąga sobie z półki kilka komiksów, przeczyta, czasem, jak ma dobry humor, nie zapomni odłożyć na właściwe miejsce. Komiksy się gniotą, okładki przecierają, w dramatyczniejszych sytuacjach totalnie rozklejają. Parę lat temu chciałem kupić Marcie na gwiazdkę komplet Strażników. Niemożliwością było skompletowanie wszystkich trzech tomów w stanie nadającym się na prezent.

Teoretycznie, nie ma problemu: taka jest polityka Empików, że towar na półkach można przejrzeć dowolnie i bez problemu, nie ma lady ani krytycznego wzroku ekspedienta. Można czytać gazety, książki, słuchać muzyki, to czemu akurat czytanie komiksów jest słabe?

No bo z komiksami jest inaczej.

Większości dostępnych książek nie przeczytasz na jednym posiedzeniu. Są oczywiście tacy zapaleńcy, ale ograniczają się zazwyczaj do działu z fantastyką. Na przeczytanie komiksu potrzeba zazwyczaj mniej czasu, podobnie jak gazety czy magazynu. Tylko, że dział z prasą nie ma miękkiej, zapraszającej do siądnięcia wykładziny. Komiksy, w porównaniu z książkami czy magazynami mają dosyć niskie nakłady, więc każdy pogięty egzemplarz to klient mniej. A przecież empikowy czytacz nie będzie czytał wymiętego egzemplarza, woli sięgnąć po nowy. Liczba zniszczonych sztuk rośnie i nadają się jedynie do zwrotu wydawcy. Nie wszystkie komiksy są foliowane, a szkoda, bo wydaje się, że pozostawienie jednego otwartego egzemplarza pomaga w dziale z prasą komputerową. Jeden idzie na przemiał, reszta w spokoju czeka na klienta.

Czym się różni czytanie w Empiku od pożyczenia komiksu od kumpla? Tym, że w drugim przypadku ktoś ten komiks kupił. To, że można przeczytać za darmo, nie oznacza, że należy tak robić. Sam kiedyś, przyznaje, byłem czytaczem. I mimo że kupiłem potem sporą część wcześniej przeczytanych komiksów, to mam wyrzuty sumienia. Gdyby wszyscy ci, którzy przeczytali jakiś tytuł w Empiku potem go kupili, mielibyśmy o wiele lepszą sytuację na rynku.

Nie czytajcie komiksów w Empikach. Przejrzyjcie je. Kupcie, lub nie, ale nie miętolcie ich, odłóżcie na półkę. Nie wszyscy mają tą luksusową sytuację, że po drugiej stronie ulicy mają Buców z Metra.

Albo przyjdzie po was Kapitan Komiks…

Sam bohater powstał w naszych głowach parę miesięcy temu, jednakże dopiero teraz Bartek znalazł czas, aby narysować pierwszy odcinek. Kapitan będzie tu wpadał co jakiś czas i ratował rynek z opresji.