Blacksad: Czerwona Dusza

Wbrew pozorom, żyjemy.
Jakkolwiek pierwsza połowa meczu ja kontra historia nowożytna zakończyła się remisem 1:1, to druga, lipcowa, ma przynieść decydujące rozstrzygnięcie. Przynajmniej wg moich planów.
Blacksad jest jedna z ulubionych serii Marty. Podejrzewam, że ze względu na to, że główny bohater jest kotem. W gruncie rzeczy więc, opisuje swoje wrażenia z prezentu dla niej. Ale prędzej czy później, i tak będziemy mieć tą wspólnotę majątkową.
Czerwona Dusza opowiada o kolejnych perypetiach detektywa w Ameryce przełomu lat 40 i 50. Tym, którzy z serią nie mieli wcześniej do czynienia śpieszę z wyjaśnieniem. Świat przedstawiony w Blacksadzie jest wariacją na temat czarnych kryminałów z połowy minionego wieku. Z tymże, że bohaterami są antropomorfizowane postacie. Główny bohater, John Blacksad, jest czarnym kotem, komisarz policji Smirnov jest owczarkiem niemieckim i tak dalej. Tym razem, John zostaje wplątany w polowanie na komunistycznych szpiegów w powojennych Stanach. Starając się pomóc dawnemu przyjacielowi, odkrywa kilka sekretów, o których raczej wolałby nie wiedzieć.

Epoka McCarthego nie jest zbyt często poruszonym tematem w kulturze popularnej. Niedawne Good Night And Good Luck nie było do końca tym na co liczyłem. Choć film miał oczywiście swój nieodparty urok. Dla mnie narodziny amerykańskiego antykomunizmu wydają się dosyć ciekawą sprawą, więc gdy usłyszałem, że właśnie w tych klimatach ma być Czerwona Dusza z jeszcze większą niecierpliwością czekałem na premierę albumu w kraju. Która była zresztą kilka razy przesuwana, no cóż.
Nie mniej, ku mojemu rozczarowaniu, okazało się, że makkartyzm jest jedynie tłem dla głównej historii. Są szpiedzy i żądny krwi senator, ale mimo wszystko, to nie jest to, na co liczyłem. Jest to nadal świetny komiks, ale kilka świetnych wątków nie zostało rozwiniętych, choćby konflikt Liebber – Herzl, który sam w sobie byłby tematem na świetną historię. Nie czuć zbytnio atomowej gorączki, nie ma też znanej z pierwszego albumu ciężkiej atmosfery kryminału. Jest nieco inaczej, i chyba nadal moją ulubioną częścią pozostaje druga, W Śnieżnej Bieli
.

Strona graficzna, jak zwykle, jest obłędna. Zwierzaki są o wiele bardziej ludzkie niż choćby w Usagim Yojimbo. Mimika, spojrzenia, sylwetki. Każda postać jest niesamowicie charakterystyczna. Zdarzają się też zabawne szczegóły, jak choćby zgraja lemingów wymachująca transparentami „Koniec jest bliski, chodźcie z nami!”. Do tego jeszcze dochodzi świetna jakośś wydania samego w sobie.
W 2001 Siedmioróg wydał pierwszego Blacksada w cenie 20 zeta. Drugi ukazał się w 2003 już za 30. Teraz Egmont karze płacić 35 zeta. Za ten stan rzeczy odpowiadam po części również ja, bo zamiast kupić komiksy od razu, sprezentowałem je parę lat później Marcie. Na wyprzedaży, kiedy Siedmioróg zwijał swój komiksowy pion. Ciekawe, jakie są nakłady.









