Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

niedziela dziesiąta


niedziela · komentarze 2

waidomosci

O tygodniu ów!

Kolejny autor wcześniej publikujący w Produkcie uruchomił bloga. Tym razem jest to Kamil Kochański, czyli Kurt. Do pełenego zestawu brakuje już chyba tylko Clarenca.

A tymczasem bloga zamknął Robert Adler. Powody pozostają bliżej nieokreślone. Jak ten czas leci, dwa lata minęły jak szast prast. Gdy piszę te słowa liczba żałobnych komentarzy dobiła już do 200. Mój ulubiony to „ABW go zwinęło”. Tak czy siak szkoda, pozostaje mieć nadzieję, że może pojawi się jakiś nowy, konkretniejszy projekt.

Na pocieszenie, jest już nowy odcinek Platinum Grit. A tam ni stąd ni zowąd, masturbująca się Nils. Dziwne.

No i hej, Superman jest Serbem!

No i jednak jest jakaś sensowna fotka z występu Hundred Inch Shadow. Kto zgadnie gdzie jest Wally wygrywa uścisk mojej dłoni na koncercie Hatebreeda pod koniec czerwca w Warszawie. Hatebreed to jedna z tych nudnych kapel, która brzmi ciągle tak samo, jest słuchana przez tłumy pozerów, a i tak jest fajna.

W piątek była na Polsacie ekranizacja From Hell Moora z Johnym Deepem, niestety na tyle późno, że usnąłem w połowie. Marta dotrwała do końca, i bardzo jej się podobało.

Długi weekend spędzam u Marty w Szczecinie, z raczej ograniczonym czasem przed kompem, tak też, do zobaczenia w piątek – sobotę. Rock on.

Międzywojenne Powiśle


warszawa · komentarzy 6

Modernizm

Dziś, w ramach innych zajęć niż w zeszłym semestrze, chodziliśmy po bliskich okolicach UW w poszukiwaniu modernistycznej architektury między wojennej. Moja wiedza z historii architektury ogranicza się do jako takiego rozróżniania kolumny jońskiej od doryckiej, więc fakt, że wszystkie przedstawione na tych zdjęciach budynki pochodzą sprzed wojny, był dużym zaskoczeniem.

Przed 39 rokiem mieszkała w nich dobrze zarabiająca elita, teraz większość z nich jest nieco zapuszczona i nie robi zbyt nowoczesnego wrażenia. Ale, jeśli wierzyć doktorowi Brzostkowi, modernizm wraca teraz w architekturze osiedli mieszkaniowych. Może kiedyś, jak wpadnę na szalony pomysł wzięcia 50 letniego kredytu, to się o tym przekonam.

więcej…

Bossi & Bosso – Przygoda Interplanetarna


internet · komentarzy 13

Bossi i Bosso Przygoda Interplanetarna

Obiecałem sobie, że nie napiszę o żadnym polskim komiksie internetowym, dopóki Przygoda Interplanetarna Bossiego i Bosso się nie zakończy. Teraz historia jest wreszcie zakończona i autorzy nie mogą już do niej nic dodać, można spokojnie zacząć o niej pisać. Przyznam, że na początku myślałem, sugerując się tytułem, że bohaterowie będą wędrować po kosmosie hyhy

Tak jak stare prace Dzitkowskiego od zawsze mi się podobały, tak solowe komiksy Dębskiego nie wzbudzały we mnie szczególnego entuzjazmu. Jednakże okazało się, że w duecie obaj autorzy sprawdzają się wyśmienicie, co udowodnili najpierw w paskowym konkursie na forum Wraka.

Przygoda Interplanetarna powinna przypaść do gustu miłośnikom takich gier jak Black and White czy Populous. Pewnego dnia Bossi kupuje sobie nową zabawkę, Planetę. Małą planetę z własną atmosfera, morzami, lądami oraz mieszkańcami, małymi ludzikami, których trzeba sobie wychować. Wkrótce, jego archnemezis, a zarazem kumpel, Bosso, również postanawia sprawić sobie podobną. Szybko pomiędzy nimi wywiązuje się rywalizacja, od której wyniku, będą zależeć losy obu planet.

Bossi i Bosso Przygoda Interplanetarna

Dębski lubi różne lekkie, religijne klimaty i tak też jest w PI. Boskie dylematy, spisywanie przykazań i zmagania z marudnymi wyznawacami. Miłe, zabawne, do zastanowienia się. Poza tym, ten komiks to nie ustająca akcja i przygoda, zgrabnie zamknięta w trzech rozdziałach na dziewięćdziesięciu planszach. Dzitkowski rysuje nieco niedbale, ale ten styl świetnie pasuje do tej opowieści. Mieszkańcy planet są odpowiednio pocieszni, a Bosso wystarczająco demoniczny.

Historia jest na tyle lekka, że pewne narracyjne uproszczenia nie przeszkadzają zbytnio w jej odbiorze. Widać, że przemyślano scenariusz i wszystko do siebie pasuje. Rzecz akurat na szybką lekturę, na raz, powinna dotrzeć do każdego. Mam nadzieję, że autorzy pichcą coś nowego.

Blankets: Pod śnieżną kołderką


papier · komentarzy 14

Blankets - Craig Thompson

Pisząc szczerze, na tyle mało interesuje się zagranicznym rynkiem komiksowym, że o Blankets usłyszałem pierwszy raz dopiero z zapowiedzi wydawniczych Timofa i Cichych Wspólników. Byłem wtedy nawet bliski złożenia przedpłaty, koniec końców jednak inaczej wydałem te grubo ponad pięćdziesiąt zeta. W końcu, niedawno, komiks wypożyczyłem z biblioteki uniwersyteckiej.

Sporo dobrego naczytałem się o tym tytule, gdzieś strzępem świadomości zapamiętałem jakąś recenzję porównującą Blanketsy do Pręg i nie wiem czemu ale nabrałem przekonania, że komiks ten będzie opowiadać o molestowaniu czy innych strasznościach. Tak też, gdy wreszcie dostałem go w swoje ręce przeżyłem miłe zaskoczenie.

Thompson opisuje swoje dzieciństwo i dorastanie spędzone gdzieś hen, w środkowym Wisconsin, w miasteczku Marathon . Craig pełni w szkolę rolę dyżurnego popychadła i obiektu żartów starszych dzieciaków, które, o ile są chłopakami, w większości noszą fryzurę u nas potocznie nazywaną na czeskiego piłkarza. W Stanach mówią na to mullet. Ucieczkę od niewesołej rzeczywistości znajduję jako dziecku w rysowaniu, a później, już jako nastolatek, w Biblii.

Blankets - Craig Thompson

Pod koniec liceum, podczas obozu narciarskiego organizowanego przez Kościół Trójcy Świętej, poznaje dziewczynę, Raine. Sam Craig należał z rodziną do Kościoła Wspólnoty Biblijnej. Nie jestem pewien, jak dokładnie powinno się tłumaczyć nazwę tego odłamu protestantyzmu, ale chyba chodzi o Bible Fellowship Church . Podejrzewam, że podobne do tych kościoły miał na myśli kiedyś Jeph Jacques. No może przesadzam. Nie mniej, Craig poznaje Rainę, zakochują się w sobie no i pac, kończy się obóz a oni mieszkają oddaleni o kilkaset kilometrów.

Thompson urodził się w 1975, w klasie maturalnej miał te 18, 19 lat, więc przyjmijmy, dla uproszczenia, że ta historia wydarzyła się w 1993. Blankets ukazały się na rynku dziesięć lat później. Srogo.

Sam w klasie maturalnej miałem sporo różnych sercowych zawirowań, o których swego czasu sądziłem, że byłyby świetnym materiałem na komiks. Oczywiście te myśli nachodziły mnie świeżo po ustabilizowaniu sytuacji, nie mniej, po jakiś dwóch latach planów i przymiarek, ostatecznie stwierdziłem, że byłoby to raczej nudne. Emocje zeszły, wspomnienia się rozpogodziły.

A w Thompsonie to siedziało nadal. Ogrom szczegółów jakie serwuje nam w tej opowieści miejscami obezwładnia. Mamy obrazki z życia wspólnoty religijnej, dziecięce zabawy z jego bratem, dwa różne amerykańskie licea początku lat 90. Z momentami wręcz krępującą szczerością opowiada swoją historię, swoje rozterki, uczucia i problemy. To musi budzić emocje.

Blankets - Craig Thompson

U mnie była to mieszanina współczucia i znudzenia. Z jednej strony bardzo mu współczułem życia w tamtej okolicy, uczęszczania do tego kościoła, wszystkich tych religijnych głupot jakimi zatruwano mu całe jego życie. Z drugiej strony, czytając Blanketsy czułem się nieco jak podczas wysłuchiwania koleżanki, która po raz setny opowiada o swoim traumatycznym związku i o tym jaka ona jest nieszczęśliwa i że on to drań. To jest ten setny raz, kiedy przestaję się draniowi dziwić. Byłem znudzony tą potężną dawką pretensjonalnej ckliwości, tych ciągłych nieszczęść jakie na Craiga spadały. I mimo faktu, że też przeżyłem głupią nieszczęśliwą szczeniacką miłość na odległość, też robiłem za szturchadło w podstawówce, to miałem ochotę kopnąć głównego bohatera w głowę, żeby się wziął w garść, opamiętał i poszedł do przodu ze swoim życiem.

Nie zrozumcie mnie źle. Blanketsy są komiksem świetnym. Wysmakowanym graficznie, z rewelacyjnym sposobem narracji i konstrukcji opowieści. Jednym z tych, które można dać osobie nie czytającej na co dzień komiksów i mieć pewność, że akurat ten tytuł ją zainteresuje. Jednakże historia opowiedziana przez Thompsona do mnie nie przemawia. Podczas lektury tego opasłego, 600 stronicowego tomiska miałem ochotę, aby jak najszybciej się skończyła. Potem przeczytałem wszystko jeszcze ze trzy razy, ciągle kończąc myślą: „znajdź sobie wreszcie dziewczynę, Craig”

Z takich osobistych historii o wiele bardziej spodobały mi się Niebieskie Pigułki.

niedziela dziewiąta


niedziela · komentarzy 5

bla bla

Puf, po raz kolejny spadła na moje gniazdo rodzinne w piątek awaria sieci. Najprawdopodobniej usterka zostanie naprawiona w czwartek. Tymczasem siedzę u dziadków i nadrabiam zaległości.

Post coś nie wydaje drugiego Persopolis i nie wydaje, tymczasem można już obejrzeć zwiastun animowanej adaptacji komiksu Satrapi. Wygląda świetnie. Kolejny prztyczek w mój nieznający francuskiego nos.

Jakoś ucichło o Nocy z Komiksem, która miałaby się odbyć 19 maja w Fabryce Trzciny przy okazji Warszawskiej Nocy Muzeów. Trudno powiedzieć co jest grane, pewnie jednak nie dojdzie to do skutku.

Są wreszcie ogłoszone nominacje do tegorocznych nagród Eisnera. Wbrew primaaprilisowym plotkom, projekt Pieces nie został nominowany. Tak czy siak, z komiksów internetowych, czy też jak woli jury, cyfrowych, zostały nominowane następujące tytuły:

Szczerze mowiąc, z tego zestawienia znam tylko pierwszą pozycję, bardzo sympatyczne. No i Sama i Maxa pobieżnie oczywiście.

Tom Siddel rozpoczął nowy rozdział Gunnerkrigg Court, A week for Kat. Przeczuwam miłosną dramę.

No i przede wszystkim, Bossi & Bosso: Przygoda Interplanetarna autorstwa Jakuba Dębskiego i Michała Dzitkowskiego dobiła do szczęśliwego finału. Bombeczka.

Poza tym, byliśmy z Martą na Scoopie i świetnie się bawiliśmy. Nie oglądałem chyba żadnego filmu Allena od czasu Życia i całej reszty, ale tak czy siak nie zawodzi. Mimo że gra ciągle tą samą postać. No i jest Scarlett. Tak.

Zawiodła mnie natomiast ścieżka dźwiękowa do Need For Speed Most Wanted, po dziesięciu minutach i późniejszym przejrzeniu spisu kawałków wyłączyłem muzykę i podpiąłem pod konsole mp3 z sourcami z 300 i Tokio Drift. I od razu gra nabrała kolorów. Poważnie, nawet najtwardsi bywalcy czwartkowych numetalowych potańcówek w klubie studenckim Park by tego nie wytrzymali.

over and out

Coffee Achievers


internet · komentarze 4

Coffee Achievers

Zainspirowany przez Templera postanowiłem pójść za ciosem i napisać o wspomnianych wczoraj Coffee Achievers, komiksie autorstwa Mitcha Clema i Joe Dunna.

Clemowi regularnie nudziło się prowadzenie jego sztandarowego komiksu Nothing Nice To Say. Podczas jednej z prób odsapnięcia od tego tytułu wymyślił Coffee Achievers, zamkniętą historię rozgrywającą się w alternatywnym wymiarze Minneapolis z udziałem bohaterów znanych z NN2S. Na początku komiks był tworzony w całości przez Clema, jednakże po pewnym czasie powierzył rysowanie Dunnowi, który przerysował dwa pierwsze, narysowane przez Mitcha rozdziały. I była to rewelacyjna decyzja. Niestety teraz jakoś nie mogłem się dogrzebać do tej pierwotnej wersji.

Pomimo licznych powiązań z NN2S lektura CA nie wymaga znajomości tego pierwszego. Bohaterowie zostali praktycznie stworzeni od nowa, a dzięki rysunkom Dunna nie rzuca się w oczy fakt, że kiedyś Phil był narzekającym słuchaczem emopanka, a Alice dosyć zagubioną gotką. Do tego wszystkiego dodane jeszcze nieco magii i otrzymano jeden z najlepszych komiksów opublikowanych w internecie.

Coffee Achievers

Wszystko zaczyna się od tego, że Phil prosi Alice o przygotowanie mikstury, która pozwoli mu wreszcie przespać się z jakąś dziewczyną. Niewiele później, na pozór bez większego związku z życzeniem Phila, Fletcher znajduje na ulicy kasetę magnetofonową z magiczną składanką. Gdy nie wiadomo o co chodzi, jedno jest pewne, czarne moce gromadzą się nad Minneapolis.

Poza głównym, nieco zakręconym wątkiem obejmującym mroczne siły oraz kwestie zaufania w związkach damsko – damskich, Coffee Achievers kręci się też wokół kultu kawy i kawiarni. Warto pamiętać, że napój ten towarzyszy Blakowi i Fletcherowi niemal od początku istnienia NN2S, i ta historia miała być niejako zwieńczeniem tego motywu. W końcu, zamiast ciągle pracować w kawiarni, Blake zakłada własną. Mnie osobiście kawa za bardzo nie rusza, nie czaję przesiadywania godzinami w kafejkach, ale klimat CA bardzo mi przypadł do gustu.

Coffee Achievers

Coffee Achievers to blisko sto czterdzieści odcinków świetnie zrobionego komiksu. Dunn w czerni i bieli po prostu miażdży, idealnie współgrając z tekstami Clema, który tym razem nie ograniczył się jedynie do zabawnych point, i moim zdaniem wypada całkiem przekonywająco w tych poważniejszych momentach. Trochę żal, że komiks kończy się tak szybko, ale dzięki temu opowiedziana historia zachowuje odpowiednią spójność. Choć rozdział ósmy, Madison, wydaję się nieco odstawać od głównego wątku i byc wrzucona ot tak, aby pokazać inne magiczne aspekty tego else worlda. Poza tym sądze, że Clem nie mógł sobie odmówić zatrudnienia Phila w Red Fox Delivery. No i przede wszystkim, gdyby CA trwało dłużej, Clemowi znowu by się znudziło.

Ostatnio na swoim blogu napisal:

Thing is, I’m not having fun drawing comics right now. They’re boring to me. It keeps feeling like I have to draw the same picture three times, then again and again and again every day. That is not artistically stimulating in the least.

I’m a different person now than I was five years ago. Life is just so fucking short, and here I am approaching the halfway mark (Clems rarely make it past sixty if it’s ever happened at all), and what am I doing with myself? Where are my priorities to lie? Do I struggle and force myself to produce comics that aren’t fun to do just to create some sort of „legacy” (or just to keep strangers on the internet happy)? I’m always happy I made comics after the fact, but the process is beyond grueling. Is that how I want to spend my time, doing something frustrating and boring?

Szkoda.

Matriculated


internet · komentarzy 9

Matriculated

Mam słabość do mniej lub bardziej zabawnych filmów dotyczących życia na amerykańskich uniwersytetach. Jest oczywiście Animal House, jest dosyć słaba seria Revenge Of The Nerds, są wreszcie komedie romantyczne w stylu Boys and Girls. Lubię je wszystkie. W połączeniu z niezliczonymi serialami dla młodzieży uformowało to w mojej wyobraźni pewien stereotyp, który dosyć negatywnie wpłynął na mój odbiór studenckiego życia na Uniwersytecie Warszawskim.Choć z drugiej strony nie należę do osób, które z własnej woli dałoby się zamknąć w akademiku wypełnionym po brzegi studentami.

Gwoli ścisłości, ja nie jestem studentem, ja tylko studiuje. Oczywiście.

Nie mniej, wraz z otwarciem się na komiksy internetowe, moja słabość mogła się taplać w otchłani, nazwijmy je umownie „studenckimi”, komiksów. Czytałem Machall i dosyć zbliżone do niego Apleegeeks, w końcu trafiłem na Matriculated autorstwa Philipa Chana i Joe Dunna.

Matriculated w swoich założeniach jest typowym komiksem komediowym. Mamy grupkę znajomych uczących się na jednej z wielu amerykańskich uczelni o budynkach z czerwonej cegły i rozległym trawnikiem na około. Dan dzieli pokój ze Stevem, Rebeca z Janette, po jakimś czasie do ich paczki dołącza nieco zahukany Jeremy. Humor serwowany przez Chana nie odbiega od tego, czego możemy się spodziewać po komiksach w stylu „grupa przekomarzających się przyjaciół„.

Matriculated

Kolejne odcinki są dosyć luźno ze sobą powiązane, od czasu do czasu zdarzy się jakiś dłuższy wątek jak choćby wyjście na konwent komiksowy. Jest tu nieco damsko-męskich dramatów, prozy szalonego studenckiego życia, imprezy organizowane przez bractwa. Słowem wszystko to, co pojawiało się w filmach o których wspomniałem wcześniej. No może nie ma tutaj jakiś szczególnie brawurowych maskarad i wydarzeń od których zależy przyszłość-całego-kampusu.

W gruncie rzeczy, gdyby Matriculated było aktualizowane częściej, to mógłby zrobić podobną karierę jak Questionable Content. Gdy cztery lata temu ten komiks dopiero startował, jego warstwa graficzna mogła nieco odstraszać. Na szczęście Dunn poszedł ze swoim warsztatem mocno naprzód. Choć nadal nie jest to styl, który może się podobać każdemu. Mi strasznie przypadł do gustu, choć może to przez to, że znałem go wcześniej z Coffee Achievers.

Zazwyczaj zapominam o regularnym śledzeniu Matriculated, jednakże w większych dawkach sprawdza się znakomicie. A ja nadal żyję mrzonkami o cudownym życiu na amerykańskich kampusach.

niedziela szósta, poprawka, ósma


niedziela · komentarzy 5

motyw drogi

Występ Hundred Inch Shadow w środę wypadł w porządku, stałem pod sceną i piszczałem jak za starych czasów na koncertach Pidżamy Porno. Nowsze kawałki brzmią lepiej moim zdaniem niż poprzednie. Niestety byłem na tyle statyczny, że nie załapałem się na żadną szczególnie efektowną fotkę eh.

A tymczasem ukazał się nowy numer Esencji a z nim kolejny odcinek cyklu na temat polskiego komiksu internetowego. Tym razem Robert Wyrzykowski wziął na celownik polskie komiksy po angielsku.

Na łamach Relazu pojawił się natomiast bardzo fajny artykuł poświęcony zgonom superbohaterów. Mi, jako laikowi w tym temacie, dostarczył sporo nowej wiedzy. Więc jeśli ktoś nadal sądzi, że smierć Kapitana Ameryki była jakimś szczególnym wydarzeniem, to niech koniecznie przeczyta ten tekst.

Podobno wielkimi krokami nadchodzi piąty numer Jeju, tematem przewodnim ma być fabryka. Tymczasem jeżeli ktoś jest z Warszawy i chciałby podszkolić się w rysowaniu, to autorzy wchodzący w skład ciała redakcyjnego Jeju organizują warsztaty komiksowe na Ochocie. Soboty, godzina 11.

Zach Miller przeniósł się ze swoim Joe and Monkey na łamy syndykatu Go Comics. Nie wiem za bardzo po co, ale widocznie musi się mu to opłacać. Uruchomił też nowego bloga, ale na razie nie ma nic tam ciekawego.

Pojawiły się też pierwsze oficjalne informacje na temat ZONKa, Zlotu Ogólno Net Komiksowego, rzeczy organizowanej przez ludzi skupionych wokół dawnego forum Losuksa a obecnie Bitew Komiksowych. Kraków 11-12 Sierpnia. Na razie nie wiadomo w gruncie rzeczy nic więcej, poza tym, że będzie przy jakimś mangowym Konwencie. Brr.

No to tyle na razie, Dead Rising jest pocieszne.

Yoel: Święty Smok i Jerzy


komiksy · komentarzy 11

Yoel: Święty Smok i Jerzy

Gdy pierwszy raz zobaczyłem przykładowe, jeszcze pozbawione tekstu, plansze z Yoela, byłem pod dużym wrażeniem. Głównie ze względu na odmienność w porównaniu z poprzednimi pracami KRLa takimi jak Kaerelki czy New Kids On The Blok. Premiera komiksu była wielokrotnie przekładana, ale ja jakoś specjalnie na ten komiks nie czekałem, wychodząc z założenia, że jak wyjdzie, to może kupię.

W końcu kupiłem na WSKa i przeczytałem od razu po powrocie do domu. Szybko okazało się, że mój egzemplarz jest wadliwy. Brakowało w nim jednej z pierwszych kartki, oraz jednej z końca. Łącznie brakowało mi czterech stron, co czyniło i tak pogmatwaną historię nieco niezrozumiałą.

Yoel: Święty Smok i Jerzy

Po dwóch tygodniach wreszcie udało mi się znaleźć chwilę czasu aby podjechać do warszawskiego Centrum Komiksu i wymienić komiks. Nie powiem, brakujące strony uczyniły historię znacznie czytelniejszą. Choć ze względu na oryginalną numeracje plansz czułem się nieco niepewnie i obawiałem, że nadal czegoś brakuje.

Jak już pewnie większość z was wie, głównym bohaterem jest Yoel Carnaval, który został wynajęty do odprowadzenia pewnej dziewczynki, nie wiadomo gdzie ani po co. Chwilę później w cała historię zaplątują się sataniści, demony, nazistowskie roboty kroczące oraz Łowcy Łowców Wiedźm. Autor nagromadził w swoim komiksie tyle motywów i pomysłów, że mógłby nimi obdzielić kilka innych. Jak choćby kapitalni Super Święci Alianci, których przygody z chęcią bym przeczytał w pełnometrażowym albumie. Nie ja jeden zresztą.

Yoel: Święty Smok i Jerzy

Wszystko to tworzy interesujący miszmasz znacznie wykraczający poza ramy prostej przygodowej historii. Yoel jest świetnym materiałem na głównego bohatera, nie rzuca może tekstami, które szczególnie by zapadały w pamięć, ale warto byłoby go zobaczyć w następnej historii.

Jak wspominałem, historia jest nieco pogmatwana i autor starając się nie dopowiedzieć wszystkiego posunął się chyba zbyt daleko. Paru patentów nie do końca zrozumiałem, jak choćby tego olśnienia jakie spadło na Yoela podczas lektury listu w wannie. Pojawiające się tu i ówdzie retrospekcje też nie ułatwiają zadania. Choć ma to oczywiście swoje plusy, bo zmusza do uważniejszego śledzenia tej historii podczas ponownej lektury. Po pierwszym czytaniu mocno powątpiewałem w swoje umiejętności czytania ze zrozumieniem, po następnych kilku razach jest nieco lepiej.

KRL rozrywa nieco szat w posłowiu, ale niepotrzebnie. Stworzył kawał dobrego komiksu i nikt nie będzie go chciał wbijać na pal. Raczej. Choć już gość odpowiedzialny w drukarni za złożenie tego albumu papieru trochę zmarnował. Tak czy siak, pomimo narzekań, widać po Yoelu jak bardzo KRL lubi robić komiksy. Jeśli ktoś jeszcze Yoela nie posiada, to może go nabyć choćby w sklepie jego wydawcy.

Marine


papier · komentarzy 10

Marine

Jak kiedyś wspominałem, na początku lat 90. miałem całkiem sporo komiksów, głównie tych wydawanych przez nieistniejąca już Orbitę i Pegasusa. Przynajmniej jak na czytelnicze możliwości siedmiolatka. Były też oczywiście pierwsze „Asteriksy” oraz „Kajka i Kokosze” w różnych wariantach. Miałem chyba nawet też całą pierwszą serię „Gigantów” z Egmontu. Większość z tych komiksów dostawałem od mojej, kilka lat starszej ciotki. Na początku 1993. roku całą rodziną przeprowadziliśmy się pod Warszawę.

No i nieszczęście, podczas przeprowadzki pozbyto się praktycznie wszystkich moich komiksów. Z kataklizmu udało mi się uratować jedyne „Asteriksy”. Wyrzucono między innymi „Hugo”, „Timothee Titan”, nie mówiąc już o „Smerfach”.

Po latach zacząłem uzupełniać tamte zbiory, głównie po to, aby skonfrontować wspomnienia z dzieciństwa z moim aktualnym spojrzeniem na te komiksy jako takim. „Tytusy” w gruncie rzeczy nie przeszły tego testu, sceny z „Kajka i Kokosza” nie wyglądają już tak imponująco jak je zapamiętałem. I trochę byłem nawet zawiedziony, że odświeżyłem sobie te komiksy, przynajmniej pamiętałbym je jako świetne. Inaczej, na szczęście było z „Hugo”, którego kolekcje sprezentowała mi na urodziny Ada. Pomimo tych kilkunastu lat znowu bawiłem się świetnie czytając ten komiks, bez uczucia zażenowania jakie towarzyszyło mi przy okazji „Tytusa”.

Marine

Jednym z tych komiksów z dzieciństwa jest właśnie „Marine” wydana przez Pegasusa w 1990. roku, którą udało mi się ostatnio zakupić.

Bohaterką opowieści stworzonej przez Francois Corteggianiego i Pierre Tranchanda jest dziesięcioletnia dziewczynka, Marine. Większość swojego czasu spędza na ulicach portowego miasta Saint Balo, bawiąc się ze swoim psem Pepito i uciekając przed gburowatym nadzorca portu. Pewnego dnia, z niewiadomych powodów, zaczynają interesować się nią piraci niejakiego Żelaznej Ręki.

Cały cykl, jak teraz udało mi się dowiedzieć, składa się z dziewięciu części, u nas niestety Pegasus wydał jedynie dwie pierwsze: „Czarną Wieżę” i „Królową Piratów”. Został nawet niedawno ponownie wydany na zachodzie. Seria jest po francusku, więc nawet nie mam za bardzo po co ściągać pozostałych części do Polski, bo i tak ich nie zrozumiem. eh.

Generalnie, komiks jest świetny, pełen przygód, piratów, szabel i pistoletów. Na dodatek „Marine” jest brzuchomówcą, strasznie żałowałem za młodu, że nie jestem brzuchomówcą. Teraz, po latach bawiłem się równie dobrze jak kiedyś, nawet udało mi się zauważyć fajne nawiązanie do Asteriksa, które wtedy było dla mnie niewidoczne.

Jeżeli ktoś, tak jak ja, tęskni za tym komiksem, to można go łatwo i tanio dostać na allegro. Polecam.