Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

Joe and Monkey: Totally Boned/The Definition Of Awesome


import · komentarze: 7

Joe and Monkey... i Kleptobot

Dwa lata temu komiks Zacha Millera umilał mi co nudniejsze godziny stażu w pewnym poważnym wydawnictwie. Abstrakcyjny, ciepły humor, pasująca kreska oraz dosyć leniwa atmosfera przedmieść, słowem idealny sposób na odprężenie się w robocie po drugim śniadaniu.

W skrócie, bohaterami Joe and Monkey są, jak można się domyśleć Joe oraz Małpka. Joe jest dwudziestokilkulatkiem i pracuje w firmie kurierskiej. Małpka jest małpką, mieszka z nim i jest jego najlepszym przyjacielem, choć pewnie przez to, że jedynym. Oprócz nich w komiksie występuje Kleptobot – robot kleptoman, Megan – młodsza siostra Joe, oraz kilka pomniejszych postaci takich jak prowadzący kawiarnie Szatan, kolega Joe z pracy oraz tajemniczy skrzat, najprawdopodobniej irlandzkiego pochodzenia. Większość odcinków powiela ten sam schemat: Joe wpada na jakąś absurdalną myśl, dzieli się nią z Małpką, od czasu do czasu pojawia się Kleptobot aby coś ukraść. Joe jest typem głupkowatego poczciwca, w stylu Jona z Garfielda, podobieństwa są szczególnie widoczne jeśli chodzi o ich relacje z kobietami, tylko że zamiast z gburowatym kotem mieszka z Małpkę, która sprawia wrażenie najrozsądniejszej w całym tym towarzystwie. Sam Kleptobot przypomina nieco Bendera z Futuramy, ale nie jest tak naprawdę zły.

Yeah right

Wspominam o tym komiksie nieprzypadkowo, ponieważ dwa tygodnie przyszła do mnie paczka z Lulu zawierająca dwa tomy papierowego wydania Joe and Monkey. Tom pierwszy, Totally Boned, obejmuje paski opublikowane w sieci w okresie od lipca 2004 roku do lipca 2005. Jest to okres, gdy Miller dopiero pracuje nad formułą komiksu i rysunkami. W środku znajdziemy między innymi pojedyncze perypetie dwójki bohaterów podczas doręczania kolejnych przesyłek, pomysł w przyszłości kompletnie zarzucony przez autora, oraz nieco dłuższą serię opowiadającą o procesie sądowym Joe oskarżonego o piractwo muzyczne. Ta trzydziestotrzy paskowa historia stanowi moim zdaniem opus magnum Millera i jest znakomitym przykładem humoru serwowanego w JaM. Wątek zaczyna się tutaj, jednakże jest przerwany kilkoma gościnnymi paskami.

Tom drugi, The Definition Of Awesome obejmuje kolejny rok istnienia komiksu i zawiera między innymi crossover z Nothing Nice to Say, o którym wspominałem kiedyś na łamach PCWKa. Jeśli mam być szczery, to pomimo bardziej wyrobionej kreski i wydaje się, że bardziej przemyślanych tekstów, jakoś bardziej do gustu przypadł mi tom pierwszy. Co nie zmienia faktu, że jest to nadal zabawny komiks, choć na nieco inny sposób.

Poza faktem chęci posiadania JaM na papierze, moje zamówienie było podyktowane w głównej mierze ciekawością co do jakości wydań oferowanych przez Lulu. I jest porządnie, gładkie okładki, gruby papier, nie ma pikselozy jak w niektórych polskich małych wydawnictwach. Niestety, pierwszy rok komiksu, który w internecie po części jest w kolorze, wydany został w czerni i bieli. Ale może to i dobrze, bo wówczas kolorysta z Millera był średni. Trochę szkoda, że papierowe wydanie jest pozbawione jakiś szczególnych dodatków, choćby szerszego wstępu od autora. Jedynie w pierwszym tomie jest dosłownie kilka odcinków No Pants Tuesday, poprzedniego komiksu Millera. John Allison wydając na papierze Scary Go Round pokazał, że można zrobić to ciekawie. No ale on to wydawał własnym sumptem, więc miał więcej wpływu na wygląd albumów.

Teraz szykuję się na zakup Platinum Grit, jestem ciekaw jak prezentuje się ten komiks gdy nie jest wyświetlany kadr po kadrze.

niedzielne niusy #2


niedziela · komentarze: 19

wiadomości

W piątek nieco obawiałem się, czy organizatorzy WSK będą łaskawi poinformować wszystkich o programie imprezy do końca tego tygodnia. Moje obawy okazały się przedwczesne, bo nastała sobota, a wraz z nią dokładniejsze informacje.

Program jaki jest, każdy widzi. W porównaniu z zeszłym rokiem zmieniło się niewiele.”Duzi” wydawcy na eksponowanych miejscach, „mniejsi” niech się cisną w Domu Kultury. Żałość. No ale nie spodziewałem się raczej niczego innego. Jest KRL, jest Śledziu, jest Gawronkiewicz z Januszem. Jest też, nie wiadomo po co, Dąbrowski, no ale skoro jest popyt to niech będzie i podaż.

Ciekawie zapowiada się spotkanie ze Skutnikiem na temat jego flashowych gier. Trochę nie wyobrażam sobie tej prezentacji, ale z jego grami warto się zapoznać. Zwłaszcza w serię Submachine, trudne cholerstwa.

W tym roku nie ma żadnego panelu na temat komiksu internetowego i to jest chyba dobra wiadomość.

Ci którzy nie wiedzą, jak fajnie bywa na Warszawskich Spotkaniach Komiksowych niech koniecznie obejrzą krótki film dokumentalny autorstwa Śledzia.

Poza tym:

Jeżeli ktoś lubi czytać partiami, to rozpoczął się 36 rozdział Scary Go Round, choć trzeba przyznać, że ostatnimi czasy granice pomiędzy kolejnymi częściami były niezbyt wyraźne. Brakuje mi tego starego zwyczaju Allisona z zamieszczaniem „stron tytułowych” poszczególnych rozdziałów. Tak czy siak, można spokojnie przeczytać 35, już nic więcej się w nim nie wydarzy.

Maciej Pałka, znany choćby z Shitodruku czy niedawno wydanego Domu Żałoby, uruchomił swój blog rysunkowy. Nie będzie zaskoczeniem, jeśli napiszę, że stoi on na blogspocie.

A jeśli jesteśmy przy blogspocie, to z blogiem ruszyli też Konrad Okoński i Igor Wolski, czyli twórcy A Quartz Bead i Hoeya. Podobno też Okoński obciął kitkę i nie wygląda już jak książę elfów.

Trudy Cooper, rysowniczka Platinum Grit informuje usłużnie, że jest już w połowie rysowania nowego, osiemnastego, rozdziału. Hell Yeah.

Ostatnio szukając lektur w katalogach Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego znalazłem nieco komiksów z Amberu oraz Timofa. Innych wydawców jakoś się doszukałem. Pamiętajcie, czytanie w Empikach to frajerstwo.

Tymczasem nikt nie wie, czemu media tak bardzo zajęły się śmiercią Kapitana Ameryki. Tak czy siak, jeśli ktoś czekał z przeczytaniem Civil War, to nie miał szans ucieczki przed spoilerem. Dziwy. Ale Marta mówi, że to dobrze, że tyle o tym mówią, ja jej tam wierzę.

Insekt


papier · komentarze: 4

Insekt

„Insekta” kupiłem sobie w ramach pocieszenia po wizycie u dentysty. Znaczy się, miałem go kupić już wcześniej, ale teraz wreszcie nadarzyła się okazja. Nie spodziewałem się komiksu zbyt wesołego i w gruncie rzeczy się nie zawiodłem.

Główny bohater „Insekta”, Pascal, żyje w ponurym mieście, w którym zanieczyszczenia są tak duże, że smog ogranicza widoczność, więc wszyscy muszą chodzić po ulicach z latarkami. Jest pogodnym i uśmiechniętym uczniem, jak mi się zdaję, szkoły podstawowej. Bawi się z kolegami, jest powszechnie lubiany, a dziewczęta wzdychają za nim. Jednak jego sytuacja zmienia się, gdy pewnego dnia udaję się z koleżanką poza chmurę czarnego dymu, na słońce.

Komiks Hommera jest na tyle krótki, że nie mogę o jego fabule napisać więcej, bez ryzyka, że popsuję Wam lekturę. Jest to prosta historia o nietolerancji, strachu przed nieznanym i pozorach, które niczym komiksowy czarny dym zatruwają całe nasze życie. Pytanie tylko, czy będziemy potrafili tak jak Pascal spojrzeć ponad to?

Insekt

Obawiam się, że „Insekt”, który ładnie wpisuje się w aktualnie trwającą dyskusję o przemocy i ogólnym kryzysie w szkole, przejdzie raczej niezauważony w mediach. Trochę szkoda, że nie towarzyszy mu podobny rozgłos co „Kochać zbyt mocno”. No, ale nie zawsze można pociągnąć za odpowiednie sznurki. A dzień kobiet jest akuratną okazją do dyskusji o przemocy wobec kobiet. Tak też perypetie Pascala raczej nie wyjdą poza komiksowy światek.

Szkoda, zwłaszcza, że warstwa graficzna komiksu urzeka, wszystko tonie w szarościach i rastrach, przytłoczone dymem. Do tego wydawca wydał go na szarym, grubym papierze, całość prezentuje się naprawdę efektownie. Na tyle efektownie, że można zapomnieć, że albumik kosztował 25 zeta. No ale cóż, to warunki naszego rynku, aj?

O takich komiksach jak „Insekt” zazwyczaj mówi się, że są niezwykłe. Być może prezentuje się tak na tle amerykańskiego komiksu superbohatereskiego, czy europejskiego komiksu środka (Lanfeust, Cygan itp.), jednakże na dobrą sprawę opowieść Saschy Hommera gładko wpasowuje się w pozostałą ofertę Kultury Gniewu, czy timofa i Postu. Kolejny ładny i mądry komiks, którego nie przeczyta nikt poza garstką zapaleńców. Pokazałem go swojej 15 letniej siostrze, niby się jej spodobał, ale nie poruszył.

Zmiany zmiany


varia · komentarze: 15

zmiany

Ok, nie da się nie zauważyć, zmieniłem wystrój strony. Poprzednia skórka była bardzo ładna, jednakże wraz ze zwiększeniem częstotliwości wpisów straciła mocno na funkcjonalności. Tak też i zaszły zmiany. Z oryginalnego pomysłu autora został w gruncie rzeczy tylko szkielet strony, może ta biel jest nieco zbyt przytłaczająca, ale to chyba kwestia przyzwyczajenia.

Zmieniła się szerokość, praktycznie o połowę, co sprawia, że wcześniejsze teksty wyglądają nieco gorzej a obrazki tym bardziej, trudno się mówi.

Wprowadziłem kilka zmian, mam nadzieję, że ułatwiających korzystanie ze strony. W zakładce spis tekstów znajdują się, bez niespodzianki, wszystkie teksty ze strony. Jeszcze muszę popracować nad wyświetlaniem kategorii, ale mam nadzieję, że dzięki temu łatwiej będzie można znaleźć dany artykuł.

Zakładka z linkami też jest nowa, spodziewajcie się sporego uaktualnienia.

No i przede wszystkim, nagłówek.

Najwierniejsi z wiernych poznają od razu znajome, frytkoidalne kształty. Ilustrację wykonał Marek Lachowicz, wielkie dzięki, Marek!

Byłbym wdzięczny za wszelkie uwagi i sugestie, pewnie nie działa mnóstwo rzeczy, których na razie nie zauważyłem.

Rock on.

—–

zwęziłem jednak nieco stronę, jest przytulniej.

Osiem kobiet na Dzień Kobiet


internet · komentarze: 5

Gozdziki. Rajstopy to zbrodnia na przyroście naturalnym.

Tako i też przyszedł, jak co roku, ósmy marca. Ten ponury dzień w którym kobiety przypominają mężczyzną, że istnieją, a mężczyźni, żeby nie wyjść na gburów i ładnie wyglądać w towarzystwie, wręczają im kwiatki.

Jak dziś pamiętam te paniczne zbiórki w liceum, gdy to w nagłym przypływie rycerskości i społecznej presji musieliśmy przypomnieć sobie o koleżankach z klasy, z którymi na co dzień nie zamienialiśmy ani słowa. Po wręczeniu kwiatków mogliśmy dalej nie zauważać ich obecności.
więcej…

Digart Dig #1


komiksy · komentarze: 7

Don Vicario rys.Zych scen.Sztybor

Jak już kiedyś narzekałem, sporo fajnych komiksów kisi się w odmętach digartu bez szans na dotarcie do szerszej publiczności. Oczywiście nie zakładam, że umieszczenie linków do tych prac na blogu odwiedzanym przez kilkanaście osób cokolwiek zmieni, ale może część z was się zainteresuje co ciekawszymi pozycjami.

Słyszeliście kiedyś o Festiwalu Myśli Drukowanej Com.X? Ja nie bardzo, szczerzę mówiąc. Wydaje mi się, że coś Marta mi wspominała w zeszłym roku, ale ostatecznie rzecz biorąc inaczej spędziliśmy weekend 18-19 listopada.

Nie mniej, na festiwalu był konkurs na komiks i trzecie miejsce zajął Don Vicario autorstwa Bartosza Sztybora i Tomasza Zycha. Ośmiostronnicowa opowieść o ponurym świecie mafijnych porachunków, zadymionych barów, betonowych butów oraz garniturów w prążki.

Przeglądanie na digarcie jest nieco niewygodne, jednakże posczególne plansze są tutaj: pierwsza, druga, trzecia, czwarta, piąta, szósta, siódma oraz oczywiście ósma. Dla tych, którzy nie mają tam konta, lub też, nie chcą się zmagać z debilną nawigacją przygotowałem paczkę do ściągnięcia. Mam nadzieję, że autorzy nie będą mi tego mieli za złe.

Miłej lektury.

So Common So Cheap


internet · komentarze: 5

So Common So Cheap

Być może nie rozglądałem się wystarczająco, ale nie znalazłem w internecie zbyt wielu komiksów, które stanowiłyby głos prosto z kręgów kultury niezależnej spod znaku hc/punk. Jest oczywiście król Mitch Clem ze swoim Nothing Nice To Say, ale w gruncie rzeczy, poza kilkoma akcentami w takich pozycjach jak Hey Suburbia! czy Punks and Nerds, temat wydaje się całkowicie dziewiczy.

Jeżeli poszukamy głębiej być może znajdziemy coś w stylu My Brain Hurts, jednakże w przypadku komiksów Liz Baillie, mamy tu raczej z prezentowaniem zawartości jej zinów niż klasycznym komiksem internetowym.

więcej…

Warszawskie Spotkania Komiksowe 2007 i inne niusy


niusy · komentarze: 7

wiadomosci.gif

Wiemy już w miarę dokładnie kiedy i gdzie odbędzie się tegoroczne WSK, pełny program pojawi się pewnie za kilka dni. Zastanawiam się, czy naprawdę w Warszawie nie ma żadnego innego, na tyle dużego miejsca, gdzie mogłaby odbyć się ta impreza bez konieczności ciągłych wycieczek pomiędzy Kinem Ochota a Domem Kultury Ochota na Grójeckiej. Prawda, że odległość niewielka, ale warunki średnie.

Organizatorzy koncertów niezależnych są w stanie wyjść na swoje (czyli zero) przy imprezach na 100-200 osób. Płacą kilkaset zeta za wynajem sali, drugie tyle kapelom za dojazd, bilety są w granicach 10-15 zeta i jakoś wszystko się kręci.

Jasne, że wynajem klubu z jedną salą, biorąc pod uwagę, że na WSK odbywają się różne mniej lub bardziej ciekawe prelekcje, to nieco za mało, ale skoro i tak impreza jest płatna, to może dałoby się znaleźć coś ciekawego? Pomijając schody Kino Grunwald było w miarę sensowne, ale jak zrozumiałem, teraz to już zamknięty rozdział. No ale nie wiem… Stodoła? Na dużej sali głodne kawałki wydawców o tym, czemu jest tak a nie inaczej, a na piętrze na stolikach sprzedawcy.

więcej…