Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

Casino Royale


film · skomentuj

Dyskretny urok lat siedemdziesiątych

Lubię Bondy, jednakże na żadnym nie byłem nigdy w kinie. Fakt, że zdecydowana większość z nich powstała przed moimi narodzinami, ale nawet na te wspólczense, z Piercem Brosnanem, jakoś nie miałem ochoty chodzić, zakładając, że prędzej czy później, i tak będą w telwizji. Tak też miało i być w przypadku Casino Royale, jednakże na skutek chaosu energetycznego, który spadł na miejscowość poniżej pięciuset mieszkańców na przedmieściach Warszawy, wraz z częścia mojej rodziny wylądowałem w pobliskim kinie.

Tłoku na sali nie było, podczas tradycyjnie już długiej dawki reklam wyemitowano reklamówkę Gears Of War, puszczono kilka nudnych zwiastunów nudnych filmów no i zaczął się Bond.

Z prozy Iana Flaminga znam tylko Dr. No, ktory różnił się w szczegółach od swojej ekranizacji. Generalnie Bondy istniały dla mnie zawsze jako filmy, nie książki, więc nie orientuje się dokładnie w chronologii. Ekranizacje, poza kilkoma pierwszymi opowiadającymi o zmaganiach z organizacją Widmo i jej przywódcą Blofeldem, nie były związane ze sobą wydarzeniami czy wątkami, były to po rpsotu odcinki tego samego dobrego serialu, które możemy oglądać w dowolnej kolejności. Z tego co zrozumiałem, Casino Royale było powieścią pierwszą, a sam film miał być swoistym „Year One” Bonda jako agenta 007.

Daniel Craig i Judi Dench

Z całego Year One w gruncie rzeczy ostała się jedynie wstępna sekwencja, opowiadająca o tym jak James zdobył dwa zera przed swoimi numerem. Jest to chyba jedno z najlepszych wprowadzeń w historii bondów jako takich. Statyczne obrazki z rozmowy ze zdrajcą zostały przeblecione ze scenami brutalnego pojedynku w publicznej toalecie. W ciagu tych pierwszych minut Bond wypowiada raptem kilka słów. Considerably. Całość jest zrealizowana w czerni i bieli. Dochodzimy do kalsycznego momentu w którym 007 ma strzelić z pistoletu w obiektyw i szok… nie jest w garniturze!

Po chwili czarnobialy ekran wybucha ferią barw rewelacyjnej czołówki. Chyba najlepszej w historii. Zapomnijcie o czarnych kształtach pływających w kolorowej wodzie. Być może mój zachwyt wynika z faktu, że była to peirwsza czołówka oglądana przeze mnie na dużym ekranie, tak czy siak, robiła wrażenie. Niesamowita wizja plastyczna, żonglowanie kolorami kart. Przez obecność sylwetki w smokingu całość kojarzyła mi się z okładkami do Stu Naboi autorstwa Dave Johnsona. To dosyć luźne skojarzenie, ale prace Johnsona są warte sprawdzenia same w sobie. Nie wiem jak wyglądała sytuacja na zachodnich listach przebojów, ale wydaje mi się, że w przypadku Casino Royale zrezygnowano z reklamowania filmu za pomocą lansowania piosenki z czołówki. Wydawało mi się, że znam skądś ten głos i słusznie, to wokalista Soundgarden i Audioslave. Hm.

Dla masochistów: znalazłem na youtube nagranie czołówki. Jakość porażająca, ale może dać wam jako takie wyobrażenie na jej temat.

 Mads Mikkelsen jako złowrogi Le Chiffre

Film jest i nie jest bondowski. Nie ma w nim zbyt wielu gadżetów, wielkich finałowych bitew czy złoczyńców planujących zagładę świata. Pod tym względem przypomina raczej „Pozdrowienia z Moskwy” niż „Goldfingera”. Bond dużo biega, świetna jest, pełna parkourowych sztuczek, sekwencja pościgu po placu budowy. Może jest nieco za długa, ale Yamakasi mogą się schować. Dużo strzela, ale przedewsztkim, bije się. I to w takim mocno barowym stylu. Głównym przeciwnikiem Jamesa w tym odcinku jest Le Chiffre, bankier międzynarodowych terrorystów. Tyleż złoczyńca co pragmatyk. Gdzieś w tle pojawia się tajemniczy pan White, wydaje mi się to nawiązaniem do antycznej już teraz organizacji Widmo.

Sam Craig jako Bond, bo to chyba jest najważniejsze, jest świetny. Moja matka i siostra były oczarowane. Nieco miśkowaty z miną wskazującą, że nie jest tu od szczególnie wyrafinowych operacji, ale od mokrej roboty. Nie ogląda się za każdą kobietą jak Bond Moora, jest nieco mniej pewny siebie niż Bond Connerego i przede wszystkim, jest o wiele mniej ulizany niz Bond Brosnana. Praktycznie rzecz biorąc, ciągle ma podrapaną twarz. Czy jest jakoś szczególnie wrażliwy? Raczej nic więcej, czego byśmy nie widzieli przy Lazembym lub Daltonie.

Cieszy w filmie większa obecność M, grająca ją Judi Dench jest świetna i dzielnie zastępuje dziurę powstałą po nieobecności Moneypenny. Wyobrażacie sobie przygody 007 bez „Oooh James”? Zgroza. Nie ma też Q. Można to tłumaczyć chęcią nadania większej powagi filmowi. Albo też uprzytomnieniem sobie, że bez Desmonda Liewelyna to już nie to samo. Jest za to pokazane centrum dowodzenia wywiadu, które atmosferą mocno przypomina mi to z For Queen And Country.

Daniel Craig pod Cateriną Murino ( <3 )

Jest kilka ładnych aktorek, mi najbardziej do gustu przypadła Caterina Murino. Na moją obronę mogę dodać, że szybko zginęła, więc nie naoglądałęm się jej za wiele. Khym. No Eva Green też jest ładniutka, co tu kryć. Khym.

Nie będę ukrywał, że do filmu podszedłem jak do każdego innego Bonda. Oczekiwałem dobrej, niezbyt skomplikowanej rozrywki i za bardzo się nie przejmowałem tymi wszystkimi marketingowymi gadkami o „uczłowieczaniu 007”. Jak się okazało, dla twórców uczłowieczanie Bonda wiąże się z nudnymi, przydługimi, pełnymi patosu rozmowach kochanków i dosyć losowych scenach miłosnych, które owszem, bardzo ładne i nastrojowe, ale pasują raczej do jakiegoś filmu dla nastolatków, niż do Bonda. Z twarzą Craiga.

Generalnie, gdy już chciałem wstawać i zakładać kurtkę, okazało się, że film się jeszcze nie skończył. I trwał prawie godzinę. Z całkiem efektownym finałem, choć może zbyt melodramatycznym. Miłośnicy automatycznych młotków będą zadowoleni. Casino Royale jest innym Bondem, odświerzającym nieco serie, a przy okazji nie odcinającym się od jej korzeni. Nie wiem na ile filmów Craig podpisał kontrakt, ale z chęcią obejrzałbym go jeszcze ze dwa razy w roli 007.

A i plakat jest oszukany, pochodzi z filmu z 1967 roku będącego parodią przygód Bonda. Patrząc po zwiastunie, muszę go obejrzeć. Koniecznie.

film

Dodaj komentarz