Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

Scary Go Round: The Child


gry, internet · skomentuj

The Child

W historii Scary Go Round pojawiło się kilka różnychopowieści wigilijnych„. Przynajmniej ja tak dla wygody nazywam historie rozgrywające się na około świąt Bożego Narodzenia. Nawet jeśli to nieco naciągane. Moja ulubiona to chyba ta z Amy pracująca na święta w domu handlowym. Jak ktoś lubi angielski klimat świąt i aktualnie nie przebywa na wyspach, to jest to całkiem miła lektura. Jednakże ja dziś nie o tym.

Pytanie: jak bardzo ludzie łakną zmian? Czy jest możliwe aby byli zadowoleni z zastałego stanu rzeczy? Do czego są zdolni aby dokonać zmiany?

John Allison postanowił odpowiedzieć na te pytania tworząc unikalną w skali swojego komiksu historię, The Child. Pewnego razu do jakże typowego w swoim spokoju angielskiego miasteczka Tackleford przybywa małe, łyse dziecko, które potrafi wymówić tylko jedno zdanie „Things are going to change”.

sgr2.jpg

I to wystarczyło, ludzie uwierzyli, w zmianę. Cokolwiek ona znaczy. Slogan wypowiedziany przez Dziecko pojawia się na koszulkach, plakatach. W telewizji pojawiają się reklamówki FFC – Foundation For The Friends Of Change. Chęć zmiany się rozsprzestrzenia, nie omija nawet Marilyn Mansona, który nagrywa piosenkę Flowers Are Fab i zaczyna reklamować grille do beztłuszczowego smażenia. Jak zauważa jedna z bohaterek, Erin Winters: „Idiots.*Change is coming*. Things are always changing. Most people are so desperate to make things better that they’ll buy into anything„.

Co sprawiło, że ludzie uwierzyli w Zmianę? Fakt, że dobrą nowinę ogłasza bezbronne dziecko? Prostota hasła i dowolność jego interpretacji? Pewnie wszystko po trochu. Tackleford szybko pogrąża się w konflikcie pomiędzy zwolennikami i przeciwnikami Zmiany. Sytuacja staje się na tyle poważna, że w mieście pojawiają się służby specjalne, pragnące unieszkodliwić zagrożenie dla ogólnego ładu.

sgr2.jpg

Ta wyjątkowa historia powstała na początku 2005 roku a ja sam przeczytałem ją niewiele miesięcy później. Potem wróciłem do niej tuż po wyborach prezydenckich w Polsce. I The Child okazało się przerażająco aktualne. Nie chcę się tu wgłębiać w to jak bardzo nie ufam PiSowi i ich idei IV Rzeczypospolitej, jednakże parę analogii, moim zdaniem, zaszło. Rok temu pojawiło się hasło zmiany, nikt za bardzo nie wiedział dokładniej jakiej, ale spora część w tą zmianę uwierzyło.

The Child całą swoją wyjątkowość bierze z tego, że Allison, nie rezygnując ze swojego, typowego dla SGR humoru, stworzył naprawdę zjadliwą satyrę na społeczeństwo, bez względu na szerokość geograficzną. Nie bez powodu sam autor uważa ją za swoją ulubioną opowieść. Jest to też historia w której pojawiają się wszyscy najważniejsi bohaterowie komiksu, i to w taki sposób, że bez znajomości wcześniejszych wątków czyta się ten rozdział doskonale. Jest to więc idealny sposób na poznanie Scary Go Round, jednakże trzeba wziąć poprawkę na to, że normalnie komiks raczej żegluje po rozległych oceanach wyspiarskiego nonsensu w najlepszym gatunku.

sgr1.jpg

Idealne do zastanowienia się, na święta.

Project Gotham Racing 3


gry · komentarz: 1

Wrrrum

Wychodzi na to, że dziś mija dokładnie miesiąc odkąd pod moim telewizorem zamieszkała najbardziej straightedgowa konsola w historii:

x bo x 360

przepraszam, to taki żart.

Nie mniej, konsoli jeszcze nie miałem okazji podłączyć do sieci, czasu miałem stosunkowo mało na bezstresowe granie, a i fundusze nie pozwalały mi na zakupienie innych gier. Tak też miniony miesiąc spędziłem na dosyć krótkich sesjach przy Project Gotham Racing 3, rocznej gry, która była dodawana w formie gratisu do konsoli w promocji z której korzystałem.

Nie jestem zbytnim miłośnikiem wyścigów samochodowych, zwłaszcza tych z realistycznym modelem jazdy. Do moich ulubionych tytułów należy niezapomniany Star Wars Racer oraz obie części Need For Speed Underground. W gruncie rzeczy w inne gry z tego gatunku nie grałem. Dziecko rtsów.

PGR3 model jazdy ma niewiele bardziej skomplikowany, przynajmniej w moim odczuciu. Sterowanie jest proste i przyjemne, grafika elegancka, jednakże nie ma się takiego wrażenia prędkości jak w NFSU, o Racerze nie wspominając. Jednakże gdy już samochód wpadnie w poślizg, a przy moich umiejętnościach nie jest to takie trudne, chwile może potrwać, zanim odzyskamy pełną kontrolę nad pojazdem i skierujemy go w odpowiednią stronę. A jeśli nawet uderzymy w przeszkodę z dużą siłą, to na samochodzie będzie widać jedynie lekkie wgięcie w zderzaku. Czasem, jeśli naprawdę przedobrzymy, to odpadnie nam maska.

Wruum Wruuum

Dla fanów motoryzacji pewnym atutem może okazać się pokaźny zbiór licencjonowanych aut, którymi możemy jeździć. Jednakże dla mnie, ku własnej zgubie nie odróżniającego Tico od Cinqecento, nie miało to większego znaczenia. No jest Ferrari, no super, czerwone jest, wow. Tu też kryje się pewien poważny minus gry. Samochodów nie możemy za bardzo spersonalizować, w niektórych przypadkach, nie możemy nawet zmienić koloru lakieru! Lubiłem model rozgrywki z wcześniej wymienianych gier między innymi dlatego, że mogłem się przywiązać do swojego pojazdu. Za wygraną w wyścigach kasę kupowałem do niego lepsze części, czułem, że wraz z moimi umiejętnościami w grze rośnie też jego moc. W PGR tego nie mamy, za wygraną kasę kupujemy po prostu najszybszy i najdroższy wózek i tyle, wcześniejszy idzie w kąt.

Jednakże wszelkie zastrzeżenia co do samochodów rekompensują trasy po których jeździmy. Co ważniejsze, zostały one przeprowadzone na podstawie prawdziwych miast: Londynu, Las Vegas, Nowego Jorku oraz Tokio. Gratką dla maniaków może być możliwość pośmigania na torze Nurburgring, który mnie osobiście mocno zmęczył i ziirytował. Po paru okrążeniach w okolicy londyńskiego Westminsteru, myślę, że z zamkniętymi oczami trafiłbym spod niego na Picadilly Circus. Jazda po tej okolicy nocą zapiera dech w piersiach, podobnie jak po rozświetlonym tysiącami neonów Tokio. Jednakże trasy dzienne, których jest więcej, nie wywołują już takiej emocji.

Poniżej przygotowałem zestawienie edytorów tras w PGR z planami miast:

Nowy Jork
Nowy Jork w edytorze trasyNowy Jork

Londyn

Londyn w edytorze trasy
Londyn w edytorze tras

O grafice, że jest elegancka, wspomniałem wcześniej, jednakże to co mnie ogromnie zaskoczyło w tej grze, to jej ścieżka dźwiękowa! Podczas jazdy będzie nam towarzyszyć ponad sto utwórów! Od techno, różnej maści elektronikę, japoński pop, brytyjski rock, po muzykę klasyczną! Jazda przy Mozarcie czy Bachu to niesamowite przeżycie.

W grze dostępnych jest kilka różnych trybów wyścigów, od klasycznych, w których udział może wziąć od dwóch do ośmiu samochodów, przez znanego z NFSU Eliminatora, po jazdy na czas po jednym okrążeniu czy też z punktu A do B. Jest też kilka trybów zręcznościowych. W jednym, Cone Gate, musimy pędzić slalomem pomiędzy średnio widocznymi pachołkami, w drugim Time Vs Kudos, musimy, w celu zyskania dodatkowego czasu, wprawiać nasz samochód w jak najdłuższe poślizgi. Same poślizgi mają swój oddzielny tryb, zbliżony do tego z jakim spotkałem się w NFSU. Czasem musimy też nabić jak największą prędkość na fotoradarze.

Gra ma pięć poziomów trudności. Przeszedłem ją ma drugim od początku, czyli Easy, postanowiłem spróbować pierwszy wyścig na medium, i szok, zgrzytanie zębami. Jest trudno! Etapy zręcznościowe są niewiele trudniejsze na dalszych poziomach trudności, jednakże przeciwnicy w wyścigach dają poważnie w kość. Dosyć zniechęcające. Na osłodę twórcy przygotowali niezbyt ukrytą mini grę, Geometry Wars, która daje nam kupę zabawy i jest też dostępna w rozszerzonej wersji na Xbox Live.

Poprzez dodawanie do konsoli gra zyskała sporą popularność, i jest tego warta, to naprawdę porządna gra. Można ją też spokojnie dostać poniżej stu złotych na allegro. Jak ktoś lubi tego typu atrakcje, to czemu nie. Mam nadzieję, że w niedalekiej przyszłości przetestujemy z Martą grę w dwie osoby.

Ludzkie Dzieci – raz jeszcze


książki · komentarz: 1

Clive O.
Jak pisałem wcześniej, Ludzkie Dzieci okazały się dla mnie filmem na tyle nieczytelnym, że postanowiłem dać pomysłowi szansę i nabyłem książke, którą zresztą wydał z okazjii premiery filmu Mag.

Na początku sądziłem, że świetnym pomysłem będzie porównywanie filmu i książki. W gruncie rzeczy sprowadzałoby się to do dosyć nudnego wyliczania, co w filmie uproszono lub ominięto. Wystarczy jednak napisać, że do ekranizacji z literackiego pierwowzoru wzięto jedynie ogólny pomysł na fabułę oraz imiona głównych bohaterów. Wszystko inne zostało zrobione jednak inaczej.

Z poważną szkodą dla filmu.

Ludzkie Dzieci dosyć żywo korespondują z rokiem 1984. Tak jak i tam, główny bohater postanawia zacząć pisać sekretny dziennik i boi się aby nie wpaść w ręce tajnej policji. Jednakże opisywany przez James autorytarny system znacznie różni się od narodowo-komunistycznego koszmaru Orwella.

Anglią rządzi Xan, głównie dlatego, że na początku go to bawiło. Dlatego, że nikt mu się nie przeciwstawił. System jaki zapanował na Wyspach Brytyjskich został wprowadzony nie po to, aby Anglia zdobyła władzę nad światem, nie po to, aby stworzyć utopijne społeczeństwo. Został stworzony, aby ludzie mieli święty spokój na starość. Przypominam, w świecie autorstwa PD James dzieci przestały się rodzić ćwierć wieku temu.

W tamtym tekście pisałem o tym, że widzowi nie zostaje praktycznie nic wytłumaczone, nie zostaje postawiony przed żadną sensowną puentą. Jak się okazało, w książce pod tym względem nie jest lepiej, ale poza głównym wątkiem James zadaje czytelnikowi parę pytań, i choć książka pochodzi z początku poprzedniej dekady, nadal aktualnych.

Czy jesteśmy w stanie zrezygnować z demokracji po to, aby mieć w domu ciepłą wodę i prąd?
Czy potrafimy przejść obojętnie nad prawami mniejszości po to, aby mieć czyste chodniki?
Czy nasza kultura cokolwiek znaczy jeżeli nikt z niej nie będzie korzystał?
Czy nasza cywilizacja ma jakiekolwiek znaczenie, jeżeli nikt o niej nie będzie pamiętał?
Czy otaczający nas z każdej strony seks w mediach, sprawia, że jesteśmy nim bardziej zainteresowani?

Wreszcie, jak dla mnie mocno na doczepkę:

Czy zostawiliśmy w tym wszystkim miejsce dla Boga?

I wokół tego ostatniego pytania, ku memu zaskoczeniu, zaczęła kręcić się fabuła książki pod sam koniec. I chrześcijańskie wątki były o wiele bardziej uwypuklone niż w filmie.

Książka ma swój duszny, specyficzny, jesienny klimat. Jest bardzo sprawnie napisana, jednakże jeżeli ktoś, tak jak ja, spodziewał się twardej literatury fantastyczno-naukowej, to może się srogo zawieść. W Ludzkich Dzieciach katastrofa jaka spada na ludzkość jest jedynie wstępem do rozważań na temat jej kondycji.

Taking Back Sunday – Liar


teledyski, telewizja · komentarzy 7

Jakiś czas temu ukazała się nowa płyta Taking Back Sunday, Lauder Now, i jest promowana przez ten teledysk:

Całkiem elegancki, fanki Lazzarry muszą być zachwycone, mi się osobiście najbardziej spodobał patent z liniami wykresu zamieniającymi się w kabaretki babki a następnie w pajęczą sieć, pomysłowe. Sam kawałek też jest bardzo sympatyczny. Jednakże dla mnie, to co najlepsze mogli zrobić członkowie TBS zrobili na pierwszej płycie, Tell All Your Friends. Łącznie z najlepszym teledyskiem we wszechświecie do Cute Without The E:

Nie wiem czemu, ale mam wrażenie, że kiedyś oglądałem inna wersję tego teledysku, z krótszymi przebiciami na grający zespół. To w sumie zabawne, ale polubiłem tą piosenkę w takim momencie swojego życia, który totalnie nie pasował do jej tekstu, i słucham jej z mniejszymi przerwami od dwóch lat. A gdy zobaczyłem teledysk już kompletnie oszalałem. Oczywiście ci, którzy nie wiedzą, do jakiego filmu on nawiązuje powinni szybko nadrobić braki w edukacji.

And will you tell all your friends
you’ve got your gun to my head
This all was only wishful thinkin,
this all was only wishful thinkin

Yeah

Casino Royale


film · skomentuj

Dyskretny urok lat siedemdziesiątych

Lubię Bondy, jednakże na żadnym nie byłem nigdy w kinie. Fakt, że zdecydowana większość z nich powstała przed moimi narodzinami, ale nawet na te wspólczense, z Piercem Brosnanem, jakoś nie miałem ochoty chodzić, zakładając, że prędzej czy później, i tak będą w telwizji. Tak też miało i być w przypadku Casino Royale, jednakże na skutek chaosu energetycznego, który spadł na miejscowość poniżej pięciuset mieszkańców na przedmieściach Warszawy, wraz z częścia mojej rodziny wylądowałem w pobliskim kinie.

Tłoku na sali nie było, podczas tradycyjnie już długiej dawki reklam wyemitowano reklamówkę Gears Of War, puszczono kilka nudnych zwiastunów nudnych filmów no i zaczął się Bond.

Z prozy Iana Flaminga znam tylko Dr. No, ktory różnił się w szczegółach od swojej ekranizacji. Generalnie Bondy istniały dla mnie zawsze jako filmy, nie książki, więc nie orientuje się dokładnie w chronologii. Ekranizacje, poza kilkoma pierwszymi opowiadającymi o zmaganiach z organizacją Widmo i jej przywódcą Blofeldem, nie były związane ze sobą wydarzeniami czy wątkami, były to po rpsotu odcinki tego samego dobrego serialu, które możemy oglądać w dowolnej kolejności. Z tego co zrozumiałem, Casino Royale było powieścią pierwszą, a sam film miał być swoistym „Year One” Bonda jako agenta 007.

Daniel Craig i Judi Dench

Z całego Year One w gruncie rzeczy ostała się jedynie wstępna sekwencja, opowiadająca o tym jak James zdobył dwa zera przed swoimi numerem. Jest to chyba jedno z najlepszych wprowadzeń w historii bondów jako takich. Statyczne obrazki z rozmowy ze zdrajcą zostały przeblecione ze scenami brutalnego pojedynku w publicznej toalecie. W ciagu tych pierwszych minut Bond wypowiada raptem kilka słów. Considerably. Całość jest zrealizowana w czerni i bieli. Dochodzimy do kalsycznego momentu w którym 007 ma strzelić z pistoletu w obiektyw i szok… nie jest w garniturze!

Po chwili czarnobialy ekran wybucha ferią barw rewelacyjnej czołówki. Chyba najlepszej w historii. Zapomnijcie o czarnych kształtach pływających w kolorowej wodzie. Być może mój zachwyt wynika z faktu, że była to peirwsza czołówka oglądana przeze mnie na dużym ekranie, tak czy siak, robiła wrażenie. Niesamowita wizja plastyczna, żonglowanie kolorami kart. Przez obecność sylwetki w smokingu całość kojarzyła mi się z okładkami do Stu Naboi autorstwa Dave Johnsona. To dosyć luźne skojarzenie, ale prace Johnsona są warte sprawdzenia same w sobie. Nie wiem jak wyglądała sytuacja na zachodnich listach przebojów, ale wydaje mi się, że w przypadku Casino Royale zrezygnowano z reklamowania filmu za pomocą lansowania piosenki z czołówki. Wydawało mi się, że znam skądś ten głos i słusznie, to wokalista Soundgarden i Audioslave. Hm.

Dla masochistów: znalazłem na youtube nagranie czołówki. Jakość porażająca, ale może dać wam jako takie wyobrażenie na jej temat.

 Mads Mikkelsen jako złowrogi Le Chiffre

Film jest i nie jest bondowski. Nie ma w nim zbyt wielu gadżetów, wielkich finałowych bitew czy złoczyńców planujących zagładę świata. Pod tym względem przypomina raczej „Pozdrowienia z Moskwy” niż „Goldfingera”. Bond dużo biega, świetna jest, pełna parkourowych sztuczek, sekwencja pościgu po placu budowy. Może jest nieco za długa, ale Yamakasi mogą się schować. Dużo strzela, ale przedewsztkim, bije się. I to w takim mocno barowym stylu. Głównym przeciwnikiem Jamesa w tym odcinku jest Le Chiffre, bankier międzynarodowych terrorystów. Tyleż złoczyńca co pragmatyk. Gdzieś w tle pojawia się tajemniczy pan White, wydaje mi się to nawiązaniem do antycznej już teraz organizacji Widmo.

Sam Craig jako Bond, bo to chyba jest najważniejsze, jest świetny. Moja matka i siostra były oczarowane. Nieco miśkowaty z miną wskazującą, że nie jest tu od szczególnie wyrafinowych operacji, ale od mokrej roboty. Nie ogląda się za każdą kobietą jak Bond Moora, jest nieco mniej pewny siebie niż Bond Connerego i przede wszystkim, jest o wiele mniej ulizany niz Bond Brosnana. Praktycznie rzecz biorąc, ciągle ma podrapaną twarz. Czy jest jakoś szczególnie wrażliwy? Raczej nic więcej, czego byśmy nie widzieli przy Lazembym lub Daltonie.

Cieszy w filmie większa obecność M, grająca ją Judi Dench jest świetna i dzielnie zastępuje dziurę powstałą po nieobecności Moneypenny. Wyobrażacie sobie przygody 007 bez „Oooh James”? Zgroza. Nie ma też Q. Można to tłumaczyć chęcią nadania większej powagi filmowi. Albo też uprzytomnieniem sobie, że bez Desmonda Liewelyna to już nie to samo. Jest za to pokazane centrum dowodzenia wywiadu, które atmosferą mocno przypomina mi to z For Queen And Country.

Daniel Craig pod Cateriną Murino ( <3 )

Jest kilka ładnych aktorek, mi najbardziej do gustu przypadła Caterina Murino. Na moją obronę mogę dodać, że szybko zginęła, więc nie naoglądałęm się jej za wiele. Khym. No Eva Green też jest ładniutka, co tu kryć. Khym.

Nie będę ukrywał, że do filmu podszedłem jak do każdego innego Bonda. Oczekiwałem dobrej, niezbyt skomplikowanej rozrywki i za bardzo się nie przejmowałem tymi wszystkimi marketingowymi gadkami o „uczłowieczaniu 007”. Jak się okazało, dla twórców uczłowieczanie Bonda wiąże się z nudnymi, przydługimi, pełnymi patosu rozmowach kochanków i dosyć losowych scenach miłosnych, które owszem, bardzo ładne i nastrojowe, ale pasują raczej do jakiegoś filmu dla nastolatków, niż do Bonda. Z twarzą Craiga.

Generalnie, gdy już chciałem wstawać i zakładać kurtkę, okazało się, że film się jeszcze nie skończył. I trwał prawie godzinę. Z całkiem efektownym finałem, choć może zbyt melodramatycznym. Miłośnicy automatycznych młotków będą zadowoleni. Casino Royale jest innym Bondem, odświerzającym nieco serie, a przy okazji nie odcinającym się od jej korzeni. Nie wiem na ile filmów Craig podpisał kontrakt, ale z chęcią obejrzałbym go jeszcze ze dwa razy w roli 007.

A i plakat jest oszukany, pochodzi z filmu z 1967 roku będącego parodią przygód Bonda. Patrząc po zwiastunie, muszę go obejrzeć. Koniecznie.

Święta święta


muzyka, telewizja, varia · komentarzy 5

Kończył się październik, i w firmie już zaczynano dekorować sztuczne choinki. Trzy tygodnie później pod Obi na Okęciu pojawiły się pierwsze świerki. Co roku mam wrażenie, że święta zaczynają się coraz wcześniej i kończą tuż po pierwszej gwiazdce, gdy sklepikarze zmieniają dekoracje na bardziej noworoczną.

Dla mnie święta zaczynały się od zawsze tą jedną, jedynie słuszną piosenką:

Nie ma co ukrywać, jest to absolutny mega hicior. Klasyk. Jako dzieciak uwielbiałem ten klip, marzyłem o takiej ilości śniegu na moich szarych Stegnach, nie mówiąc już o kolejce linowej. I te swetry! Ortaliony! I nawet jeżeli teraz słuchając tej piosenki mam wrażenie, że Goerge Michel chce się dobrać do mojego tyłka, pod jemiołą oczywiście, to nadal ją lubie.

Acz bezpieczniej się czuję przy innym szlagierze, zdecydowanie bardziej hetero, który dziś poleciał z rana w radiu, aż się zdziwiłem, że nie zaczęto sezonu od Whamu:

To chyba jeszcze z czasów przed operacją piersi.

Jednakże nie ma róży bez kolców, bo wiem, że gdzieś za rogiem zawsze czai się Shakin Stevens. Niestety.