Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

Bon Echo Action


varia · komentarze 2

Od momentu pojawienia się „stabilnej” wersji Firefoxa 2.0, mój Firefox, po zakończeniu instalacji, przestał być stabilny. Zaczął się mocno wieszać, zwalniać, oraz przedewszytkim, wyłączać się. Jakie są tego przyczyny, nie wiem. Rozżalony zainstniałą sytuacją udałem się do ojca, który z wrodzonym sobie spokojem odrzekł, że on nie ma takich problemów i jest wielce zdziwiony. Na koniec rzucił żebym zajrzał na mozzillowego ftpa w poszukiwaniu prawdy w katalogu Nightly. No i znalazłem.

Prawda nazywa się Bon Echo i jest ciągle aktualizowaną następną wersją FireFoxa. Zainstalowałem, wtyczki wszystkie działają, działa szybko i na razie wyłączyła się tylko raz. Co jest pewnym postępem przy czterech padach dziennie FF2. Moja euforia nie trwała długo. Właściwie skończyła się wraz z momentem zajrzenia na polską stronę xboxa, co też tam u nich nowego słychać. Pomijając fakt, że tradycyjnie już, u nich nie słychać zgoła nic, to moim oczom ukazał się taki widok:

Bon Echo vs Xbox

Na początku pomyślałem sobie: „oho, css poszedł im wpizdu”. Po chwili okazało się, że poszedł raczej mi, i że problem dotyczy całej witryny xbox.com. Na razie z tym samym spotkałem się jedynie na Katzie:

Bon Echo vs Katz

Dziwności

Co jest lepsze od girlsbandu złożonego z nastolatek?


teledyski, telewizja · komentarzy 9

Większość z Was powie wywracając ocami „cokolwiek”. Święta racja. Jednak z tego cokolwiek, jedną z fajniejszych rzeczy są girlsbandy złożone z babek dobijających do trzydziestki. I bynajmniej nie mam tu na myśli podświadomej rządzy zobaczenia reunionu Spice Girls. Niech odejdą hen w przeszłość. Mówię tu o Sugababes, a właściwie o ich ostatniej płycie.

Ok, chodzi mi wyłącznie o teledyski do singli promujących ich dwie ostatnie płyty: Taller in More Ways oraz Overloaded

Nawet jeżeli same Sugababes są odemnie raptem dwa lata starsze. Właściwie tylko jedna jest TAK stara, reszta jest w wieku Ady. Pomyśl Ada, ile już czasu zmarnowałaś na naukę francuskiego, zamiast tego mogłabyś być członkinią Sugababes. Choć wtedy raczej głupio by mi było oglądać te teledyski.

Hyhy

Push The Button:

Easy:

Eh, szkoda youtubowej jakości. Takie są koszty życia bez kablówki – oglądanie teledysków w internecie.

Sam nie wiem, to za co lubie tegu typu zespoły, to fakt, że gdy śpiewają o seksie, a w sumie nie śpiewają o niczym innym, to brzmią całkiem wiarygodnie. Przynajmniej wiarygodniej niż banda szesnastolatek. I te ich „Oooooooh”.

Hej, czy ja się zastanawiam nad wiarygodnością popowego zespołu z castingu?

Lubie te teledyski także za pracę jaką styliści włożyli w opakowanie tych babek, nawet jeżeli widać, że czerwony sweter na „Push The Button” jest związywany w supeł na plecach aby bardziej przylegał do ciała Heidi Range. To nie jest tak, że ja wiem, która jest która, po prostu sprawdziłem w Wikipedii i się dowiedziałem. Jestem niewinny. Nawet pisząc to teraz już nie pamiętam, że Heidi to blondynka, Armelle brunetka a Keisha murzynka. Na na na nie pamiętam.

Jednakże All Saints jest już w całośći złożone z trzydziestolatek. I też ma fajny nowy klip. Nie mówiąc już o ciuchach. I akcesoriach. Oczywiście.

Rock Steady:

Dzięki takim zespołom jak All Saints i Sugababes przestaję bać się starości w gruncie rzeczy. No Kylie też robi swoje.

Ostatni Władca Pierścienia


książki · komentarz: 1

Ostatni Wladca Pierscienia

Pierwszy raz przeczytałem „Władcę Pierścieni” gdzieś tak w trzeciej klasie podstawówki. Wiadomo, smoki, elfy, epickie bitwy, zrobiło to na mnie wówczas ogromne wrażenie. A skoro tak wcześniej poznałem klasyka, to w znacznym stopniu uodporniłem się na rzesze jego naśladowców. Jasne, czytałem taki serializatorów jak Salvatore czy Eddings, ale nie wywoływali u mnie jakiś szczególnie większych emocji. Owszem, Sapkowskiego czytałem z wypiekami na twarzy, przy Pratchecie chichotałem, no ale Tolkien to Tolkien. Nawet jeśli nieco nużył mnie wątek Froda i Sama.

Słowem, mimo że na Tolkienie się odchowałem i „Władcę” przeczytałem z cztery razy, to daleko mi twardogłowych tolkienologów. Najlepszym tego potwierdzeniem jest fakt, że w ekranizacji nawet mi zbytnio nie przeszkadzały elfy w Helmowym Jarze. No i usypiałem nad Silimarionem. Tak też gdy Marta podrzuciła mi „historię Śródziemia oczami Wroga”, pomyślałem sobie, że może być całkiem ciekawie.

Ba, szczerze mówiąc nigdy się nie zastanawiałem, co by-było-gdyby Sauron wygrał. Wynikało to moim zdaniem z kompletności wizjii Tolkiena. Prosta historia i już. Nikt się nie zastanawia zbyt intensywnie, co by było gdyby Wilk nie zjadł Babci.”Ostatni Władca”, czy też w poprawniejszej wersji „Ostatni Powiernik Pierścienia”, prezentuje nie tyle historie alternatywną, co też spojrzenie na wydarzenia z tolkienowskiego pierwowzoru z innej perspektywy.

Yeskov wychodzi z założenia, skądinąd słusznego, że historię piszą zwycięzcy. „Władca Pierścieni” jakiego znamy jest więc jedynie podkolorowaną legendą. Mordor nie był żadną złowrogą potęgą czarnej magii, mieli po prostu zaawansowaną technologię jak na ówczesne średniowieczne standardy. Nazgule nie latały na żadnych smokach, lecz na prototypowych lotniach. Orkowie i Trolle byli ludźmi. Z drugiej strony, Aragorn jest zachłannym na władze wieśniakiem, Eowina pakuje się do łóżka komu tylko jej sie uda, Gandalf jest jedynie marnym naśladowcą Sarumana i tak dalej i tak dalej.

Wizja przedstawiona w książce jest calkiem interesująca, jednakże po kilku wstępnych rozdziałach Yeskov zajmuje się snuciem opowieści o wydarzeniach po zakończeniu wojny. I jest to kawał porządnej szpiegowskiej przygody, jednakże równie dobrze mógłby toczyć się w dowolnie innym świecie, a Śródziemie okazuje się jedynie dekoracją, w gruncie rzeczy służącą jedynie do sprzedania książki.

Styl Yeskova szybko wywołuje skojarzenia z Sapkowskim i jest to, zależnie od gustu, największa wada tej książki. Wydaje mi się, że stworzenie opowieści od strony Mordoru w stylu tolkienowskim byłoby o wiele większym wyzwaniem. Nowoczesny styl można ewentualnie tłumaczyć faktem, że historia pisana jest niejako w odległej przyszłości, ale tak czy siak, Yeskov poszedł na łatwiznę.

Udało mi się odgrzebać przy okazji pewną starą stronę z różnymi parodiami Władcy Pierścieni. Jestem twoim ojcem Frodo.

Jakiś czas później okazało się, że wydanie, którym dysponuje Marta jest jakieś lewe, zwłascza pod kątem tłumaczenia, o czym można było przeczytać w tej dosyć histerycznej recenzji. W późniejszych wydaniach autorem „Ostatniego Powiernika Pierścienia” jest Jeskow Kirył. Sam w to nie wnikam, moja znajomość rosyjskiego ogranicza się do sabaka gribnik – pies grzybiarz, miałem taką czytankę w drugiej klasie LO.

Rayman Raving Rabbids


gry · komentarze 2

Cóż powiedzieć, jeżeli gra twórców Raymana i Beyond Good And Evil nie będzie hitem, to ja nie wiem, na czym ten świat stoi. Pewnym zawodem może być fakt, że nie będzie to klasyczna Raymanowa platformówka, a ciąg różnych zręcznościowych minigierek to grania ze znajomymi. Na x360 ma wyjść w marcu 2007. Zerknijcie na ich oficjalną stronę oraz na blog twórców na IGN.

Jedyne co mogę powiedzieć to…

BUAAAAAA!!!!

Ludzkie dzieci


film · komentarze 3

Ludzkie Dzieci - plakat

Zwiastun „Ludzkich Dzieci” pokazała mi Ameba we wrześniu. Miał to być kolejny film na temat schyłku cywilizacji, który umożliwi nam snucie kolejnych paranoidalnych wizji dotyczących końca świata. Aktualnie obstaje przy wariancie pt. „Google przejmują władzę nad światem”, ale o tym przy innej okazji. Dni mijały, nadszedł 27 października i okazało się, że w nawale pracy nie mam czasu aby pójść do kina. W miniony weekend, podczas mojej wizyty w Szczecinie, Marta zaproponowała, żebyśmy poszłi na „Dzieci Człowieka, Człowiek Dzieci czy jakoś tak”. No to poszliśmy.

Film jest oparty na książce autorstwa P.D. James pod tym samym tytułem z 1992 roku. Nie wiem czy literacki pierwowzór był jaki był, czy też podczas adaptacji, dopuszczono się zbyt wielu skrótów i uaktualnień. Rezultat jest jednak taki, że film okazuje się mocno nieczytelny.

Kawiarnia

Mamy więc rok 2027 a świat pogrąża się w chaosie z powodu epidemii niepłodności. Czemu do niej doszlo, nie wiadomo. Kobiety na całym świecie, bez względu na szerokość geograficzną, status materialny czy warunki życia, nie są w stanie donieść ciąży. Mocno naciągane, no nie? Tak czy siak, jako taki porządek panuje jedynie w Wielkiej Brytanii, która postanowiła zamknąć granicę przed imigrantami. Czemu? Nie do końca wiadomo.

Anglia ad 2027 przedstawiona jest jako dosyć ponury kraj, na pewno nie tak totalitarny jak mogliśmy zobaczyć w „Roku 1984” czy „V jak Vendetta”, ale wystarczająco nieprzyjemny. Imigranci są wyłapywani na ulicach i przewożeni do obozów dla uchodźców. Warto przy tym zauważyć, że nie ma w tym żadnego rasowo-etnicznego klucza. Nie jesteś obywatelem królestwa, pakuj się do wojskowej ciężarówki. Neony przypominają obywatelom o informowaniu policji w przypadku zauważenia czegokolwiek podejrzanego. Istnieje obowiązek poddawania się badaniom płodności.

O prawa imigrantów walczy z rządem terrorystyczna organizacja „Fishes”, która urządza zamachy bombowe na ulicach Londynu. Chodzą też plotki o istnieniu innej grupy, tajemniczego The Human Project, którego cele, niestety, nie zostały przedstawione w filmie.

To jest właśnie główny problem.

Wizję przyszłości przedstawioną w „Ludzkich Dzieciach” byłbym w stanie zaakceptować, wydaje mi się w pewnym stopniu prawdopodobna. Jednakże nie wiemy nic o przyczynach całej sytuacji. A przez to film tonie w niedopowiedzeniach, wyglądających bardziej na ewidnetne braki w scenariuszu niż celowe zabiegi. Nie wiemy jaki skutek mają przynieść działania głównych bohaterów. Czemu robią to co robią, przez co. Co sukces ich wyprawy przyniesie.

Wiedzy na ten temat twórcy filmu nam oszczędzili.

Micheal Cain jako Jaspher Palmer

Na szczęście film jest sprawnie zrealizowany, aktorzy są świetni, zwłaszcza Caine grający bezustannie ćpającego hippisa. Strzelaniny są efektowne, co ma wybuchnąć wybucha. Czuć, że świat wokół jest brudny, szary i zły, widać chaos obozu dla uchodźców. Sceny podróży po angielskiej prowincji skojarzyły mi się z pierwszym „Mad Maxem”, na swój sposób te dwa obrazy całkiem dobrze się uzupełniają. Jednakże, już pomijając wcześniej wspomniane scenariuszowe niespójności, czasem twórcy podrzucają nam takie sekwencje, że aż nie wiadomo co powiedzieć. Theo starający się uciec przed Fishes niesprawnym samochodem, który musi pchać aby silnik zapalił? Na bosaka? Bieganie w japonkach po gruzowiskach obozu dla uchodźców?

Theo i Julian

Główny bohater, grany przez Cliva Owena, Theo jest zrezygnowanym urzędnikiem, pogodzonym z nadchodzącym końcem. Pewnego razu odzywa się do niego jego była żona, obecnie będąca przywódczynią Fishes. Prosi go o zdobycie papierów umożliwiających bezpieczne przewiezienie pewnej czarnoskórej imigrantki przez punkty kontrolne, na miejsce spotkania z The Human Project. Jak się szybko okazuje, cała sytuacja mocno się komplikuje, i wszystko, zgodnie z przewidywaniami, ląduje na jego głowie.

Niestety, żaden większy cel działań Theo nie jest nam przedstawiony, a zakończenie nie przynosi wniosków. Nie wiadomo o czym dokładnie jest ten film. O przemianie szarego człowieka w bohatera? Byłoby to bardziej wiarygodne, gdyby Theo nie miał „rewolucyjnej” przeszłości. Kee zostaje wreszcie dostarczona wraz ze swoim dzieckiem do łodzi The Human Project. I co? I nic, napisy końcowe! Ręce opadają. Gdzieś jakiś recenzent dopatrywał się nawiązania do nowo testamentowej ucieczki Józefa i Maryji do Betlejem, ale chyba najwyraźniej nie oglądał tego filmu. Gdzieś w tle przebijają się angielskie lęki dotyczące napływu imigrantów, być może też strach przed autorytarnymi rządami. No ale rany, ten film reżyserował Meksykanin.

Ludzkie Dzieci są filmem boleśnie niedorobionym. Zmarnowano całkiem interesujący pomysł. I to nie w jakiś straszny, głupi sposób. Po prostu nie pokazano wszystkiego. To tak jakby przy realizowaniu „Gwiezdnych Wojen” zrezygnowano z Mocy. Pozostaje nam zgrabne kino przygodowe, ale chyba nie o to chodziło.