Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

Amores Perros


film · komentarz: 1

Jorge i jego pies
Zabierałem się do tego filmu jak do jeża od dobrych dwóch lat, gdy Marta powiedziała, że to jest jej ukochany film. Chyba jedyny, jaki posiadała wówczas na dvd, to coś znaczy. Tak też czaiłem się i czaiłem, w końcu z odsieczą przyszła Ada, która przypadkiem zakupiła go od straganiarzy z centrum. Skoro już niemal machała mi płytą przed oczami, nie pozostało mi nic innego jak pożyczyć go od niej.

Bałem się, że film okaże się równie męczący co 21 Gramów tego samego reżysera. Inne latynoamerykańskie filmy, które obejrzałem razem z Martą, I Twoją Matkę Też oraz Nikotyna nie wywołały u mnie przesadnych emocji. Raczej znudzenie i wywracanie oczami. No i jeszcze Gael Garcia Banan, na którego nie potrafie inaczej patrzeć jak na geja ze Złego Wychowania.

Sporo pietrzących trudności, ale mimo wszystko do filmu poszedłem bez jakiejś większej niechęci. Co najwyżej ze speptyczną ciekawościa.

Amores Perros składa się z trzech, w gruncie rzeczy, luźno powiązanych historii. Octavio, młody chłopak z biednej dzielnicy, wzięta modelka Valeria oraz nędzarz Chivio. Wszyscy oni mieszkają w różnych częściach Mexico City nic o sobie niewiedząc. Pewnego razu wypadek samochodowy na krótko sprawia że ich drogi się spotykają.

Chivio

Zasugerowany tytułem i plakatem myślałem z początku, że tym co łączy bohaterów są psy. Jednakże, dla każdego z nich psy zajmują inne miejsce: Octavio traktuje swojego psa jako źródło utrzymania, dla Valerii jej Ritchie jest substytutem macierzyństwa a dla Chivo sfora psów jest jedynym towarzyszem w życiu. Psy więc odpadły.

No to w takim razie może banał w postaci miłości i różnych jej odmian? Niee, to widziałem w To właśnie miłość i wypadło o wiele lepiej i bez konieczności pokazywania krwi, brudu i ludzkich wad. No to w takim razie co?

Marzenia.

Każdy z bohaterów ma swoje marzenia, cele i plany i jest na różnych etapach i spełnienia. Chivio przez całe życie marzył o tym aby spotkać się z własną córką, ale nie miał nigdy smiałośći sprobować. Octavio próbuje wyjechać z miasta ze szwagierką w której się podkochuje i zacząć nowe życie, jednakże nie udaje mu się. Valerii udaje się zamieszkać ze swoim kochankiem, który rzucił dla niej rodzinę, jednakże szybko okazuje się, że przez nadzieje budowane przez tyle czasu okazują się płonne, nie układa im się.

Zdecydowanie dla mnie ten film jest o marzeniach.

Veleria

Trzy historie delikatnie przeplatają się ze sobą, jednakże, moim zdaniem, nie udało zachować proporcji. W środkowej części filmu, opowiadającej o Valerii i Danielu praktycznie nie wiadomo co się dzieje z resztą bohaterów. W końcówce, należącej do Chivio nie ma z kolei prawie wzmianki o Valerii, Octavio pojawia się dwa razy. Brakuje pomiędzy tym wszystkim spięcia. Jest wielki rotwailer Octavia, którego ratuje Chivio, jednakże nie występuje on kompletnie w historii Valerii. Szkoda, tak moim zdaniem byłoby ciekawiej.

Film jest drastyczny, co chwila dostajemy po oczach widokiem martwych psów unurzanych w morzu krwi. Mam przynajmniej wielką nadzieję, że one były sztuczne. Rany, muszą być sztuczne. Mexico City jest brudne i złe, a dla ironii czyste i ładne mieszkanie Valerii okazuje się dla niej klatką. Zamierzenie czy nie, film umożliwia sporo różnych interpretacji i pozwala nieco się nad nim zamyśleć, ale oglądanie go do północy było błędem.

M jak podróż w czasie


telewizja · komentarzy 6

Pytanie: co robiliście sześć lat temu? Ja zdawałem do liceum i czasem mam wrażenie, że było to całe lata temu. Sześć dokładnie rzecz biorąc. Wtedy również, acz niezależnie odemnie, telewizja publiczna puściła pierwsze odcinki M jak Miłość. Z tego co pamiętam, nikt w dumu tego nie oglądał, czasem jak przyjeżdzali rodzice mojego ojca w odwiedziny i był akurat TEN dzień, to kazali włączać sobie serial. Na dobrą sprawę serial zacząłem śledzić jakoś tak dwa lata temu, stał się wspólnym tematem do narzekań dla mnie i Marty.

Nie mam pojęcia ile milionów Polaków ogląda razem z nami ten serial. Trzy? Pięć? Trzydzieściosiem? W każdym razie sporo. Odnoszę jednak wrażenie, że M jak Miłość się ogląda, ale o nim nie rozmawia. Czasem wspomni się o istnieniu braci Mroczków, ale pomimo tych kilku lat obecności w kulturze, mało kto do tego nawiązuje, dziwne nieco nie? Żadnych parodi, praktycznie żadnych teledysków na YouTube. Czyżby serial był na tyle neutralny, że nie wzbudza w ludzi większych emocji?

Istotnie, w trakcie naszych ostatnich rozmów na jego temat, doszliśmy z Martą do wniosku, że serial, mimo że denerwujący, nie wzbudza poważniejszej nienawiści, jak choćby Złotopolscy, nie mówiąc już o Klanie. Siłą rzeczy najczęściej porównuje się M jak Miłość własnie do Klanu (pierwszy odcinek ukazał się w 1997 roku).

W moim dotychczasowym wyobrażeniu, Klan zawsze był tym złym. Żywił się wszelkimi negatywnymi wydarzeniami, zwyczajne rodzinne problemy przedstawiano w nim jako ostateczne kryzysy. Nie mówiąc już o międzyludzkich relacjach rozdmuchanych do granic absurdu, o bohaterach ciągle bombardowanych wszystkimi możliwymi nieszczęściami. Na tym tle, z dwuletniej perspektywy, M jak Miłość wydawało się inne. Zdawało się koncentrować głównie na rzeczach pozytywnych i wspólnym przezwyciężaniu niegodziwości losu. Oczywiście w bardzo denerwujący sposób.
puf
Ostatnio Telewizja Polska wypuściła na rynek tygodnik z M jak Miłość na dvd. Na każdej płycie sześć odcinków. W tym tempie można dogonić najnowsze odcinki w ciągu półtora roku. I mieć całą półkę zawaloną pudełkami.

Nie mniej, pierwszy numer pisemka był w promocyjnej cenie 1.50, to zakupiłem. Płyta dvd, na niej odcinki 1-6, w gazetce dwa wywiady, nieco mdłych niusów na temat serialowych aktorów oraz program tv na cały tydzień. Papier poszedł do kosza.

Tak też za równowartość numeru Wyborczej lub Dziennika odbyłem podróż do przeszłości. Jedną z niezaprzeczalnych przewag dvd jest fakt, że można przewinąć czołówkę z zawodzącą piosenką, która mnie męczy niemożebnie. Po obejrzeniu tych sześciu odcinków, fakt, że nie na raz, wreszcie zacząłem kojarzyć jak który bohater ma na imie. Choć nadal nie wiem, który bliźniak jest którym.

Sześć lat temu M jak Miłość było zupełnie innym serialem. Było blisko godzinnym Klanem, tylko w ciągu pierszych odcinków na bohaterów spadły wszelkie możliwe nieszczęścia:

  • Pojawia się ojciec jednej córki, która nie wie, że on jest jej prawdziwym ojcem
  • Wraca syn marnotrwany, który wiesza plakat JLo
  • Jeden z bliźniaków jest blokersem
  • Jedna córka nie dostaje się na studia
  • Jeden wspólnik ucieka do Rzeszy i pojawiają się dłużnicy
  • Wraca ojciec syna, który myśli, że jest półsierotą, bo matka mu nie powiedziała
  • Matka jest brzydka jak noc
  • i tak dalej
  • Sześć lat, rany, to była zupełnie inna epoka. Mroczkowie grają jak kłody sztywne, Cichopek jest pyzą dukającą kwestie, Ostałowska jest nienaturalna jęczydupą. Małgosia grana przez Koroniewską nie wzbudza jeszcze gorących fal zdenerwowania, Kałużyńska robi za femfatal, Marek, czy jak tam temu aktorowi kto go gra, już wtedy miał koszmarna fryzurę. Niesamowite wrażenie, muszę kiedyś dorwać pierwsze odcinki Mody Na Sukces. Serial zmienił się przez te lata, rozpromienił nieco, nie mówiąc już o grze aktorskiej. I nadal jest tak straszny, że nie mogę się od niego oderwać.

    No ale nie jestem na tyle ześwirowany, aby kupować dalsze archiwalia. Już w cenie 8.50 za płyte.

    Akcja Kanapka


    varia · komentarzy 6

    Obejrzyjcie najpierw filmik, potem czytajcie dalej.

    Akcja Kanapka narodziła się tak jakoś w 2003 roku w złowrogich umysłach kolegów z rok starszej klasy. Na początku całą zabawa toczyła się w zamkniętym kręgu ich klasy. Wiadomo, mat-inf, sami faceci, klasa maturalna, nie potrzebowali nikogo innego do robienia z siebie idiotów. Skakali po sobie, robili zwałki lub jak kto woli, Kanapki. Mechanizm był, jeżeli ktoś nie ma ziolengo pojęcia o zwałkach, prosty. Bierze się jednego chłopaka, przewraca go, a potem cała reszta się na niego uwala w jednej wrzeszczącej stercie matematycznych informatyków.

    Chłopaki z ówczesnej 4A (my byliśmy 3A), dodaliu do tego element medialny, zaczęli kręcic całe imprezy aparatami cyfrowymi. Ich pierwsze filmiki urzekały pierwotnym pięknem. Grupa czterech chłopaków leżących na sobie w autobusie, na trawniku przed sejmem, na klatce schodowej w sejmie (byli wówczas na wycieczce). Filmiki krążyły po pracowni informatycznej i siłą rzeczy, włączyliśmy się do całego, już wkrótce nielegalnego, procederu.

    na studniówce

    Szybko pojawiły się koszulki. Czarne, z białym AK na przodzie, my jako rok młodsi, którzy włączyli się później mieliśmy wzorek z dopiskiem „Wsparcie”. W szczytowym momencie po korytarzach szkoły krążyło kilkanaście osób w takich koszulkach. Krocząca groza.

    Jednakże, mieliśmy swoje zasady. Zwałki robiliśmy tylko i wyłącznie w swoim gronie, nie napadaliśmy na nikogo obcego, nie mówiąc już o osobach z klas młodszych. Nie chciałeś być ofiarą zwałki, okej, ale nie mogłeś też w żaden sposób w niej uczestniczyć na górze. Do not talk about zwałka. Mieliśmy do siebie zaufanie i wiedzieliśmy, kiedy przestać gdy sterta stawała się zbyt wysoka.

    Raz tylko miałem obite płuco.

    Nasz wychowaca na całe zjawisko zareagował dość szybko i powiedział nam co o tym myśli i zasugerował rozłączenie synaps. Któregoś razu, jakaś dziewczyna z młodszej klasy poskarżyła się wychowawcy, że starsi chłopcy męczą młodszych. Zaczął się lekki rwetes, na nauczyciele jednak po opieprzeniu nas postanowili się nie mieszać dalej.

    zima w parku

    Filmik pochodzi już z czasów, gdy po 4A a nie było śladu, a 3A, to znaczy my, staliśmy się ich następcami. Na 18 urodziny dostałem aparat i zaczęliśmy znowu kręcić nasze przedmaturalne głupawki, które potem ja montowałem w domu. Słodkie czasy. Na filmiku widać też pare osób z klas niższych i nam równoległych, ale oni nigdy nie byli AK. Byli mięsem.

    nie tylko chlopcy nosili koszulki

    O wszystkim przypomniałem sobie dzisiaj, gdy w rano w Dzienniku przeczytałem kolejny z artykułów nawiązujący do tragedii jaka wydarzyłą się w Gdańsku. Reporter zapytał się paru warszawskich gimnazjalistów na temat sytuacji w ich szkole. No i pacholęta opowiadają o szkolnych rozrywkach i życiu w dżungli. Pomijając wspólne walenie konia w toaleciei berka cwelonego ( normalny berek, tylko po zlapaniu kogos udajesz ze pukasz go od tylu, autentyk!), któryś z pytanych wspomniał o kanapkach, i że najlepiej je robić na frajerach i dziewczynach. Nieco zmartwiałem. Potem pomyślałem, że ktoś może trafić na ten mój filmik na youtube i mieć dowód na temat złowrogich praktyk w polskich szkołach.

    park zima

    Ciekawe czyby uznał moje tłumaczenia, że mieliśmy swoje zasady, że zachowywaliśmy sie durnie, ale mieliśmy do tego dystans i robiliśmy do w kumplowskim gronie? Jak tak teraz na to patrzę, to pewnie należy do w pewien sposób do całego jackassowego nurtu. No ale nie robiliśmy niczego drastycznego. No i byliśmy za starzy na przewracanie się na dziewczyny, przynajmniej w ubraniach.

    W sidłach Pierwszej Miłości


    telewizja · komentarze 24

    Pierwsza Milosc
    Nie mam pojęcia w którym momencie wpadłem w sidła tego serialu. Fakt, że oglądam go jednym okiem tylko dla jednego wątku, ale tak czy siak, od miesiąca oglądam Pierwszą Miłość na Polsacie. Podejrzewam, że wpadłem w przemyślnie zastawioną pułapkę, serial od dwóch lat siedział przyczajony, aż czekając na główne wydanie Wydarzeń na niego wpadnę. Niczym pająk, cierpliwie snuł swoją makiaweliczną sieć.

    pm3.jpg

    W skrócie, przynajmniej z tego co załapałem: Marysia kocha Pawła. Nie uwierzycie, ale Paweł kocha Marysie! Jednakże, w cieniu czai się Monika. Monika nie lubi Pawła i Marysi, zaczyna knuć. Tak też w przeddzień ślubu Pawła i Marysi złowroga Monika wabi narzeczonego na spotkanie służbowe, poi go narkotykiem, wrzuca do swojego łózka, a potem twierdzi, gdy ten otwiera oczy, żę nastąpiło pożycie. Bezczelna!

    Przerażony z rana Paweł stroi przerażone miny i uśmiecha się do nieświadomej niczego narzeczonej głupkowato, przekonany, że zawinił cudzołóstwem. W końcu napięcia nie wytrzymuje i wyznaje Maryji całą prawdę. Znaczy się to, co wydawało mu się li tylko prawdą, znaczy się fakt zdrady i nocnych figli z Moniką. Tak też, blondwłosa nie pierwszej świeżości dziewica, upodlona faktem oddania pola czarnowłosej Monice, wygnaje imiennika jednego z apostołów ze swej alkowy.

    Artur

    Skazany na banicję Paweł znajduje pocieszenia we włochatych ramionach swej drużyny, to jest Artura oraz brodatego niskiego brzydkiego gościa którego-imienia-nie-pamiętam. Artur jest tyleż szlachetny co występny, mroczny nimb spowija jego szlachetne serce. Jest też odpowiedzialny za popularyzację emo grzywki na piastowskiej ziemi. Artur, patrząc na pogrążonego w ciemnej rozpaczy drucha postanawia mu pomóc i rozpoczyna własne śledztwo.

    Tymczasem Paweł snuje się po domu z cierpiącym obliczem i zadaje sobie pytanie wciąż i wciąż: czemu on to zrobił? A przedewszystkim: czemu on tego nie pamięta? Na szczęście mężny Artur przynosi mu rozwiązanie zagadki na tacy i obaj wyruszają aby przebłagać Maryję i wytłumaczyć, że do penetracji nie doszło, bo Paweł był podstępnie uśpiony i legł jak kłoda na łożu podstępu Moniki.

    Monika, Alexis XXI wieku

    Czy Maryja, w całej łaskawości swego słodkiego oblicza przyjmie do do wiadomości argumenta niedoszłego męża i jego pomocnika? Czy Paweł zdoła wydukać z siebie cokolwiek? Czy Monika nie zaprzestanie podstępów? Czy Artur zrobi coś wreszcie z włosami?

    Nie wiadomo.

    Sęk w tym, że Pierwsza Miłość jest operą mydlaną pełną gębą, twórcy odrobili lekcje z Mody na Sukces. Akcja więc toczy się powoli, bohaterowie niewiele rozumieją z tego co się dzieje wokół nich, dużo krzyczą na siebie. Na szczęście nie monologują sami ze sobą na głos. To co opisałem pokrótce, trwa mniej więcej już od 15 odcinków, trzech tygodni. I jest tak durne, że aż nie mogę się oderwać od oglądania. Oto dorosły facet wierzy złej babce, że się z nią przespał, leci z tym do narzeczonej, a ta mówi „łojezu maryja” i wybiega machając rękami. I wszystko to dzieje się powooooooooli.

    Najgorszy w tym wszystkim jest chyba Mikołaj Krawczyk w roli Pawła. Jest jeszcze bardziej drewniany niż Daniel Zawadzki (następca Wieczorkowskiego w roli Klanowego Michała). Po prostu koszmar. Król wywróconych oczu. Reszta aktorów jeszcze ujdzie w tłoku, ale Krawczyk. Mmmm widzę przed nim świetlaną karierę na najlepszych scenach dramatycznych kraju.

    Podejrzewam, że przy tym tempie, wesoła kompania weszła dzisiaj do mieszkania Maryi, która ich skrzyczała i nie dała nic powiedzieć, być może już w przyszłym tygodniu Paweł wyłuszczy oblubienicy całą prawdę. Ale nie wiadomo, nie wiadomo, co też w zanadrzu trzyma na nich Monika. Może spoi Maryję i jej z kolei będzie wmawiać noc upojną a zdradliwą?

    9 Kompania


    film · komentarze 2

    7114254.3.jpg
    Na dobrą sprawę, statystyczny Polak zna wojnę w Afganistanie z lat 80 zeszłego wieku głównie z trzeciej części Rambo. Co nie jest zbyt zadowalającym wynikiem. Dzięlki 9 Kompanii mamy szansę zobaczyć ten konflikt z punktu widzenia tradycyjnie czarnych charakterów, Rosjan. Ale to pozory, tak naprawdę wojna sama w sobie stanowi jedynie tło tej historii. W gruncie rzeczy, ten film mógłby opowiadać o walkach gdzieś hen na dalekiej planecie. Nie o to tu chodzi.

    Pytaniem jest, co wyróżnia film wojenny? To że bohaterami są żołnierze? Wtedy filmem wojennym staje się Sierżant Bilco, Buffalo Soldiers, oraz oczywiście Szczeniackie Wojsko. Rozumiecie o co mi chodzi? Czy za film wojenny możemy uznać Działa Navarony lub Ucieczkę na Atenę? Dla mnie są to po prostu komedie lub filmy akcji, których tło stanowią żołnierze, wojna i tak dalej. Nie mówiąc już o stopniu realizmu przedstawienia walk. W końcu w Indiana Jonesie też były czołgi. Mówiąc prosto, film wojenny to taki, który stara się rekonstruować działania wojenne z odpowiednią wiernością. Dlatego też za taki uważam O jeden most za daleko czy Helikopter w ogniu.

    I z tego punktu widzenia, pomimo oparcia na wydarzeniach historycznych, których nie znam, oraz biorąc pod uwagę potraktowania w filmie samych starć, 9 Kompania nie jest filmem wojennym. Dla mnie jest to raczej dramat psychologiczny na temat ludzi w skrajnych sytuacjach.

    Bohaterowie filmu, grupa ochotników przechodzi przez pod okiem załamanego psychicznie podchorążego kilkutygodniowy trening, podczas którego mają „zapomnieć kim byli, bo teraz są nikim”. Równo ogoleni, wrzuceni w mundury mają przestać myśleć o sobie jako jednostce i nauczyć się współdziałania. Student malarstwa, przestępca, wychowanek domu dziecka, wrażliwy chłopak tęskniący za dziewczyną. Każdy z nich przed wojskiem był kim innym, a teraz muszą znaleźć wspólny język. Aby przeżyć. To nie są mili uśmiechnięci chlopcy z Kompanii Braci, większości z nich nie chciałbym spotkać wieczorem na pustej ulicy.

    85818.1.jpg

    Dokoła nich są praktycznie sami psychopaci. Wspomniany wcześniej podchorąży maniakalnie tęskniący za frontem, klepiący propagandowe formuły oficer polityczny czy mocno spowolniony specjalista od materiałów wybuchowych. Wszyscy oni mają ich przygotować do działań na polu walki. Uformować na swoje podobieństwo?

    Pozorną wyspą na tym oceanie szaleństwa jest Królewna Śnieżka, córka pielęgniarki. Wiecznie uśmiechnięta dziewczyna rozkładająca nogi przed całym garnizonem. Jedyna kobieta w tym ponurym męskim świecie wypełnionym armatnim mięsem.

    Podczas seansu odnosi się wrażenie, że filmowi aboslutnie nic nie brakuje. Każy szczegół został dopracowany do perfekcji. Niesamowite zdjęcia, pomarańczowo-żółta kolorystyka, idealnie pasująca muzyka, sportowe tenisówki weteranów, nawet będący odwołaniem do Rambo przeciwnik w finałowej scenie. Wszystko w tym filmie jest po coś i czemuś służy. Perfekcja.

    Sceny walk są niezwykle krwawe i przejmujące, jednakże daleko im do realizmu Kompanii Braci. Tam podczas oglądania czuliśmy błoto w zębach, tutaj jesteśmy raczej przejęci losem bohaterów. I nawet Duchy atakujące tyralierą nam w tym nie przeszkadzają. Walki miały obezwładniać szaleństwem i brutalnościa i to się twórcom udało.

    9 Kompania

    Film, poza sposobem wykonania zaskoczył mnie bardzo w paru momentach. Raz, pomyślałem sobie „W sumie w ogóle nie ma tu walk, dziwne” a chwilę później na ekranie rozpętało się piekło. Gdy później doszedłem do wniosku, że film jest o tym, że wojna jest zła, ale bohaterowie potrafią pozostać sobą i wyjść z niej cało, okazało się, jak bardzo się myliłem.

    Nie wyobrażam sobie oglądania 9 Kompanii na małym telewizorze, nie mówiąc już o monitorze komputera, jest to absolutnie kinowa produkcja, od jakiegoś czasu dostępna na dvd. Jeśli więc ktoś dysponuje dobrym systemem kina domowego, to czemu nie. W innym wypadku koniecznie trzeba popędzić do kina. Ale to nie jest raczej film na jakąkolwiek randkę. Nie żebym próbował, oczywiście.

    Straszna szkoda, że tak mało filmów zza wschodniej granicy trafia do naszych kin. 9 Kompania jest tak cudownie nie hollywoodzka, że aż trudno to opisać. Nie ma tu machania sztandarami, nadętego moralizowania. Jest tylko refleksja nad losem ludzi, którzy robią coś dla kraju, który się nimi nie przejmuje. Walczą o nic. Polska kinematografia też chyba nie jest jeszcze gotowa do zrobienia filmu o podobnej wymowie, a opowiadającym np. o powstaniu warszawskim, czy jakimkolwiek innym z tej naszej narodowowyzwoleńczej tradycji. Polacy chyba nie chcieliby oglądać takiego filmu o sobie.

    Motherload


    gry · komentarzy 30

    motherload1.jpgChyba jedynym miejscem, gdzie można pograć w gry w starym stylu są portale zajmujące się grami flashowymi. Tam nadal żyją różne Arkanoidy, Pongi, Tetrisy i ich mutacje, tworzone przez pasjonatów, bo żadnemu profejsonalenmy producentowi gier nie opłaca się ich wydawać. Sam jestem miłośnikiem gier w stylu „defence”, takich jak Air Defence 3 czy Storm The House 2. Proste, odmóżdzające, ze skromnymi elementami ekonomii i rozwoju bazy. Ostatnio jednak, nie mogę trafic na żadną nową interesującą grę w tym stylu. A przecież jakoś muszę tracić czas przed komputerem.

    Dziś właśnie trafiłem na Motherload. Wcielamy się w niej w rolę operatora małego pojazdu wydobywaczego kopiącego pod powierzchnią Marsa w poszukiwaniu złóż metali i cennych minerałów. Podczas naszej pracy na przodku musimy uważać na stan paliwa w naszym zbiorniku oraz poziom uszkodzeń naszego pancerza. Gdy skończy nam się benzyna lub spadniemy ze zbyt dużej wysokości, pojazd rozpadnie się w drobny mak. Na pokład możemy zebrać ograniczoną ilość minerałów, więc co jakiś czas będziemy musli wracać na powierzchnie aby sprzedać urobek oraz zatankować ponownie bak.
    motherload2.jpg
    Wbrew pierwszym skojarzeniom z Boulder Dashem, poruszanie się pod ziemią jest nieco bardziej skomplikowane. Pojazd może ryć w dół, w lewo oraz w prawo. Do góry porusza się jedynie za pomocą śmigła. Dodatkowo, będąc w powietrzu nie możemy wiercić. Wymusza to zastanowienie się nad tym w którą stronę zaczniemy drążyć, bo nieopatrznie możemy sobie odciąć drogę do położonych wzdłusz naszego pionowego chodnika złóź.

    Wydaje mi się, że są trzy sposoby pozyskiwania minerałów. Można albo sukcesywnie odkrywać kolejne chodinki w poziomie, albo też drążyć jak najbardziej pionowo aby dostać się szybko do cenniejszych złóż. Można też pójść na żywioł i drążyć od złóża do złoża, jednakże wtedy droga na powierzchnie może być nieco utrudniona i istnieje ryzyko zablądzenia a co za tym idzie wyczerpania się paliwa.
    motherload3.jpg
    Za pieniądze zdobyte podczas wiercenia można zakupić lepsze części do naszego pojazdu, takie jak większy bak, lepszy świder, pojemniejszy bagażnik czy wydajniejszy silnik. Dodatkowo w drugim sklepie istnieje możliwośc nabycia różnych apteczek pierwszej pomocy czy zapasowych baków, oraz przydatniejszych na dalszym etapie gry materiałów wybuchowych oraz zestawów teleportacyjnych umożliwiających nam szybki powrót na powierzchnie.

    Motherload to typowa gierka na jeden dzień. Ryjemy w ziemi, wracamy na powierzchnie, kupujemy lepszy sprzęt, znów ryjemy. W końcu kupujemy wszystko co było możliwe, i jak we wszytkich podobnych grach, zaczynamy się śmiertelnie nudzić. Na szczęscie szybko okazuje się, że to już koniec gry.

    Analena w Warszawie 21.05.04


    muzyka · komentarze 3

    analena1.jpg
    analena2.jpg
    analena3.jpg
    analena4.jpg

    Pierwsze zdjęcie od góry jest jedynym w mojej karierze, jakie ukazało się w ogólnopolskiej prasie. Fakt, że był to Pasażer (nr19), ale w Empikach na terenie całego kraju był. To był fajny koncert. Widziałem Analenę drugi raz w życiu i nie było może takich emocji jak na festiwalu w Piasecznie rok wcześniej, ale tak czy siak, było ok. Choć czuć, że zespół był mocno zmęczony trasą i innymi czynnikami, co widać na zdjęciu numer cztery. Oprócz Analeny wystąpili Kill The Famians Feeling oraz Juliette. Dla tych drugich był to jeden z ostatnich koncertów przed rozpadem, ci pierwsi dopiero zaczynali, grają do dziś z tego co kojarzę.

    Homeworld OST


    gry, muzyka · komentarze 2

    homeworld

    Homeworld Original Soundtrack
    Paul Ruskay
    Sierra / Relic

    01 data – no music
    02 adagio for strings
    03 kharak system
    04 great wastelands
    05 turanic raiders battle music
    06 garden view
    07 imperial battle music
    08 diamond shoals & galactic core
    09 garden of kadesh
    10 swarmer battle music
    11 whispering ocean
    12 super nova station
    13 ship graveyard
    14 bridge of sighs

    Nigdy nie rozumiałem za bardzo ludzi, którzy piszą, że słuchają „muzyki filmowej”. Jakby to był jakiś szczególny gatunek, lub wstydzili się po prostu przyznać, że lubią muzykę klasyczną i chcieliby się przespać z Johnem Williamsem. Nie mniej, ostatnio wyczaiłem w sieci ścieżkę dźwiękową do jednej z moich ukochanych gier i wałkuję ją ciągle.

    Homeworld jest jednym z tych rtsów, które można w trybie single player przechodzić tylko raz. Fabuła i klimat misji był na tyle niepowtarzalny, że gra przy drugim podejściu traciła naprawdę wiele ze swojego monumentalnego czaru. Nie mówiąc już o katastrofie jaką może być odpalanie Homeworlda 2 gdy obok siedzi Marta. Koszmar, zero czci czy poszanowania momentu.

    Jednym z czynników budującym nastrój gry Relic’a była właśnie muzyka. Nie znam się szczerze mówiąc na elektronice, więc nie chciałbym palnąć jakiegoś głupstwa z przypisaniem kompozycji Ruskaya do błędnego podgatunku. Kawałki są tajemnicze, niepokojące, pełne jakiś urywanych blipów, bzyczeń i szumów, idealnie obrazują pustkę przestrzeni kosmicznej. Zdarzają się kawałki dynamiczniejsze jak Turanic Raiders Battle Music (chyba mój ulubiony) oraz monumentalne jak otwierający płytę Addagio For Strings. Trzeba jednak pamiętać, że ten drugi jest skomponowany przez Samuela Barbera i był wykorzystywany w wielu filmach.

    Świetnie mi się do tego krążka czytało „Neuromancera” Williama Gibsona.

    Płyta na zachodzie była dodawana do Homeworlda w edycji „Game Of The Year”, nie wydaje mi się, żeby CDProjekt dodawał ją do polskich wydań. Nie mniej płytę można ukraść z torrentów oraz stąd. Dodatkowo znalazłem też zhakowaną ścieżkę dźwiękową z dodatku Cataclysm, też Ruskay ją robił, brzmi bardzo podobnie, brak jednak takich mocniejszych numerów jak Turanic Raiders