Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

Prawie dziesięć albumów…


muzyka · komentarze 3

…które może nie zmieniły mojego życia, ale były fajne.

Ostatnio na jednym forum dyskusyjnych powstał nieśmiertelny wątek pt. „10 płyt które zmieniły twoje życie”. Muszę przyznać, że miałem pewien problem ze skompletowaniem kluczowej dziesiątki. Miałem spory zgrzyt w rozróżnieniu pomiędzy albumami, które bardzo lubiłem, a tymi które na serio coś zmieniły w moim życiu. Jeśli mam być szczery, to taka lista zamykałaby się na trzech pozycjach, z czego dwie to byłyby składanki. Tak też w końcu zebrałem płyty, które nie tyle zmieniły moje życie, co zmieniły moje postrzeganie muzyki, skierowały ku nowym gatunkom i wrażliwości. Albumy do których lubię wracać i robie to stosunkowo często. No i w zestawieniu brakuje jednego miejsca, pozostawiam je sobie wolne.

The Offspring - Ignition The Offspring – Ignition

Jasne, to nie była mój pierwszy album The Offspring. Na początku było słuchane od kumpla Smash, a potem dostałem na czternaste urodziny, jak większość rówieśników na całym świecie, Americane. Nie mniej, Americana była tak już przemiętolona przez media, że czułem potrzebę dotarcia do źródeł. Do pierwszego albumu nie udało mi się dotrzeć, musiałem zadowolić się właśnie Ignition. I to jest, moim zdaniem, najlepsza płyta Offspringa. Szybka, zanurzona w kalifornijskim słońcu, kopie jakby nie miała prawie pietnastu lat. Fuck! Fuck fuck fuck! Aż dziw, że zabrakło ich na ścieżce dzwiękowej do GTA: San Andreas.

Bad Religion - How Could Hell Be Any Worse?

Bad Religion – How Could Hell Be Any Worse?

Zdaję sobie sprawę, że po tej płycie BR nagrało jeszcze kilkadziesiąt następnych, lepszych technicznie, ciekawszych, bardziej urozmaiconych. No ale, to był ich pierwszy album jaki wpadł mi w ręce, niesamowity fart. Cóż rzec, czysty kalifornijski pankrok, surowy, szybki, rozwrzeszczany. Słucham tej płyty z przerwami od siedmiu lat, mody przychodzą i odchodzą, Bad Religion gra mniej lub bardziej dobrze, jednak ta płyta nadal u mnie jest na pierwszym miejscu. Przynajmniej jeśli chodzi o płyty z czerwonymi okładkami przedstawiającymi panoramę miasta. Kult. Absolutny.

Iron Maiden - Number Of The Beast

Iron Maiden – Number Of The Beast

Jest to jedna z dwóch płyt Iron Maiden, które byłem w stanie przesłuchać w całości i mnie nie znudziły. Być może bardziej mi się podoba Brave New World, jednak to właśnie Number Of The Beast jest najbardziej kultowy, a następne albumy są tylko mniej lub bardziej udanym odcinaniem kuponów. Jak dla mnie, metal skończył się właśnie na tej płycie, bo tym są już tylko marni naśladowcy i numetalowe pajace. Run to the hills!

Afraid Of That Day - Incomer

Afraid Of That Day – Incomer

Czy mogłem sobie zdawać sprawę, w chwili gdy tuż po ich pierwszym koncercie w swoim życiu kupowałem ten album, że jest to ich ostatni koncert jaki przyjdzie mi zobaczyć? Po prostu fatum. Kupuję plytę, zakochuję się w muzyce, obijam się po pokoju wrzeszcząc „deny the past!”, a tu się okazuje, że zespół się rozpada. ARGH! Czysty hardcore nowej szkoły, gdy cała impreza polegała na kombinowaniu i zaskakiwaniu słuchacza, zamiast wrzucania tępych moshowych wstawek gdzieniegdzie. Nawet jeśli się okazało później, że zrzynali z Shai Hulud, to i tak tak pozostawili po sobie pustkę. Choć kto wie, przy tej fali reunionów…

Minor Threat - Complete Discography

Minor Threat – Complete Discography

Jedna płyta, dwadzieściasześć kawałków, wszystko co chcielibyście wiedzieć o Minor Threat. Tak to już jest z kultowymi zespołami, że stają się kultowe nie dzięki warstwie muzycznej, ale emocjom jakie im towarzyszyły. Dla mnie i pewnie dla większości osób utożsamiającymi się z ideami ruchu Straight Edge, ta płyta jest jak kieszonkowa biblia. Prosta, surowa, z sercem i duszą. Nie będę ukrywał, długo nie mogłem się przekonać do tego zespołu, brzmieli dla mnie zbyt prymitywnie, być może zbyt lekko jak na dzisiejsze standardy wyznaczone przez takie zespoły jak choćby Throwdown. Jednakże, pewnego dnia, po prostu się zakochałem. Odkryłem w tej płycie, ten sam nastrój, co na How Could Hell Be Any Worse, pochodzącej przecież z tego samego okresu, ale z drugiego wybrzeża. No rany, kult! Jeśli nie zna się tej płyty, to jest się jakimś zasranym numetalem, nie hardkorowcem. In my eyes!

Alexisonfire - Watch Out Alexisonfire – Watch Out

Ta płyta sprawiła mi psikusa. Po pierwszym, świetnym screamowym albumie, spodziewałem się drugiego, screamowego albumu. A tu zonk. Zupełnie inny zespół. Ze screamo zostało tylko nieco, noisu nie ma prawie nic, no cuda niwidy. Inny zespół, ale równie fajny. Świetna, przemyślana płyta. Przebojowa, pełna polotu. Być może teraz ma już dwudziestu naśladowców, ale pewnie nikt nie ma takich teledysków jak oni. Jeżeli szuka się czegoś bardziej surowego, to lepiej sięgnąć po Self Titled, choć mimo wszystko, chyba bardziej lubię Watch Out właśnie. Mimo że nie ma na niej siedmio minutowych kawałków.

Underoath - They Are Only Chasing Safety Underoath – They’re Only Chasing Safety
Największe czasy popularności w Polsce Underoath ma najpewniej za sobą, jednak te dwa lata temu, słuchali go praktycznie wszyscy. Nawet jeśli go nie lubili. Cały myk dla mnie z tym zespołem polega na tym, że to chyba jedyna płyta z chrześcijańskim rockiem jaką w życiu polubiłem. Być może dlatego, że nie wrzeszczą co chwilą „shalom, shalom”. No i nie grają rocka, a zemowany hardkor nowej szkoły. Melodia, chórki, wrzaski i pianinko. Czego chcieć więcej? Po Underoath pojawiło się jeszcze więcej podobnych zespołów niż było przed nimi, gdy grali jeszcze chrześcijański deathmetal, ale chyba właśnie ten album jest najbardziej reprezentatywny dla całego gatunku. Parę kawałków z tej płyty można przesłuchać na tej stronie.

Złodzieje Rowerów - Ten MomentZłodzieje Rowerów – Ten Moment

Tak na dobrą sprawę, to znałem już ten album zanim go kupiłem. Właściwie nigdy go nie kupiłem, ale dostałem w prezencie za zasługi dla polskiego hacepanka. Jak byłem młodszy, nie mogłem się nadziwić, czemu mówi się, że ZxRx grają emo. No jakże to, brak ładnych śpiewnych melodyjek, brak grzywek i małych podkoszulków. Potem dorosłem i uwierzyłem, że to właśnie jest emo. Szczere, proste, rozwrzeszczane, prosto z serca, przesiąknięte klimatem waszyngtośnkiej sceny, mimo że z Zambrowa do Waszyngtonu jest kawałek. To jest chyba jedyny polski zespół, śpiewający po polsku, który może liczyć na to , że cała sala będzie śpiewać razem z nimi. Już trzynaście lat na scenie, jeżeli ich nie znasz, odejdź stąd i płacz.

Yeah Yeah Yeahs - Fever To Tell Yeah Yeah Yeahs – Fever To Tell

Cóż rzecz, pierwsze na poważnie zetknięcie z niezależnym rockiem, do tego żeński wokal z którego byłem tak wyposzczony po setkach hardkorowych kapel. Zakręcone, rozwrzeszczane, momentami bardzo nastrojowe, momentami może powodować ból głowy. Zdecydowanie bardziej podchodzą mi spokojniejsze kawałki.

Magda M.


telewizja · komentarze 4

magda1.jpg

Na początek pozwolę sobie na nieco autotriumfalizmu. Zgodnie z moimi wcześniejszymi przewidywaniami, Polsat przeniósł Kochaj Mnie Kochaj ze środy na sobotnie popołudnie, w tą panurą, zapomnianą przez Boga i ludzi porę, kiedy to jedynie Plebania była w stanie osiągnąć jakieś wyniki oglądalności. Magiczna 17.55 kiedyś upływała pod znakiem teleturniejów. Wielka Gra, Jaka To Melodia, słowem, wszystkie te programy, które oglądamy niemalże z rozpędu po zjedzeniu obiadu i poteleekspresowym odprężeniu. Teraz program jest nieco zaburzony przez mistrzostwa świata w piłce nożnej, które na dodatek płynnie przejdą w sezon wakacyjny, więc o jakichkolwiek rozstrzygnięciach będzie można jedynie mówić przy okazji odsłony jesiennej ramówki. Tak czy siak, Kochaj Mnie Kochaj albo przejdzie lifting albo zejdzie z ekranu.

Tak też, Polsat pierwsze starcie z Magdą M. przegrał totalnie. A co do samego serialu TVNu…

W miniony wtorek zakonczył się drugi sezon. Trzeci ma się pojawić na jesieni. A ja, mimo wcześniejszego zarzekania się, jednak jednym okiem, po tym jak straciłem możliwość nabijania się z Kochaj Mnie Kochaj, zacząłem oglądać Magdę M. Głównie w celu zabicia czasu pomiędzy M jak Miłość a Teraz My.

Fakt, że serial utrzymał się przez dwa sezony o jednej porze emisji, pozwala przypuszczać, że PRowskie przechwałki TVNu:

„Magda M.” okazała się najchętniej oglądaną nowością w grupie docelowej stacji. W każdy wtorek losy tytułowej bohaterki i jej przyjaciół śledziło około 3 mln osób. Serial zyskał szczególne uznanie w grupie docelowej – wśród widzów młodych (16-49 lat) i dobrze wykształconych.

mogą się jakoś pokrywać z rzeczywistością.

W takim razie, czemu?

Zgoda, serial jest lepiej robiony niż Kochaj Mnie Kochaj, udało się na plan sciągnąc lepszych aktorów. Nie, nie tyle lepszych, co bardziej aktualnie popularnych, to w końcu jest kluczowe. Zdjęcia są lepsze, montaż, scenariusz… no scenariusz to chyba dyskusyjne.

Ale przecież, do pierwowzoru, czyli Ally McBeal dzielą go całe lata świetlne.

Joanna Brodzik jest straszna. Tak. Jej najlepszą rolą była postać żydówki zastrzelonej w Pianiście. Była na ekranie przez 10 sekund, nie wypowiedziała żadnego słowa. Dlatego też tak wysoko cenię sobie ten jej epizod. W sumie można się spytać, czego się czepiam, w końcu serialowa aktorka gra tam gdzie powinna, w serialu. Ale rany. Wystarczy ją porównać do równie serialowej, i na dodatek grającej w tym samym serialu Bujakiewicz, a już widać różnicę. Joanna Brodzik jest straszna. Tak jak jej fryzury, reklamy z jej udziałem oraz jej patronat nad Glamour. Joanna Brodzik jest straszna.

Naiwny myślałem, ze to po prostu kwestia narzuconej mi przez Kasie i Tomka Kliszy. Tam Brodzik grała durną blondynkę. Tu gra durną blondynke z dyplomem. A jak się uśmiechnie, to aż mnie dreszcz przechodzi. O taki: brrrr

Zdaję sobie sprawę, że trzeba dużych umiejętności, żeby w jakikolwiek atrakcyjny dla widza sposób przedstawić pracę polskich sądów. Serial opowiada o prawnikach, o tym smutnym plemieniu, które znosi kilka lat pomitania na studiach aby potem mieć więcej pieniędzy niż ich rówieśnicy. Serial opowiada o prawnikach zwycięskich. Serial wreszcie opowiada o prawnikach, którzy praktycznie nie mają nic z rozprawami sądowymi wspólnego. A gdy już wreszcie zawiną się na salę rozpraw, to aż nie wiadomo co powiedzieć. No żałość! Rozprawy sądowe w Ally McBeal były hitem. Totalnie przerysowane, odrealnione. Świetne, głównie ze względu na właśnie wystąpienia prawników i ich mowy. U Magdy M. scenarzysta, Radosław Figura, próbuje stworzyć coś na ich podobieństwo. ale wychodzi mu to drętwo. Być może jest w tym dużo winy aktorów, jednakże ja bym upatrywał się w tym wysztskim błędów reżysera, wieje nudą po prostu.

Innej TVNowskiej próby przedstawienia pracy sądu, Sędzi Anny Marii Wesołowskiej, nie oglądam, żona mi zabroniła. Pewnie słusznie.

Jeśli chodzi o dialogi, jest światełko w tunelu. Wystarczy porównać sobię rozmowy pomiędzy głównymi bohaterkami serialu, te takie wieczorne, ala Ally McBeal, przed telewizorem i oczywiście z lodami, do tego co się wyprawia w M jak Miłość gdy przychodzi do jakiejkolwiek niby zabawnej rozmowy pomiędzy Muchą a Cichopek. Tam mamy dramat, tutaj porządne rzemiosło. Jednakże wystarczy nieopatrznie obejrzeć początek każdego odcinka, gdzie Brodzik monologuje do kota. Po prostu… aaAAA!
Zastanawia mnie punkt ciężkości w tym serialu. Bo mimo że, główną bohaterką jest Magda M. to jej wątek jest w sumie równo rozłożony, choćby z tym z graną przez Bujakiewicz Mariolą i Wojtkiem jakimś tam, granym przez Bartka Kasprzykowskiego. Czuć, że scenarzysta chce z tego zrobić zwyczajną telenowelę, dla każdego coś miłego. Być może dlatego da się to oglądać czasem, głównie w tych momentach, gdy nie ma w kadrze Brodzik. Która jest straszna, oczywiście.

Jednakże, serial ten, niesie jeden z najbardziej znanych polskich serialowych stygmatów, mianowicie, ścieżkę dźwiękową. Klątwa ta, niesiona od zarania przez Złotopolskich ciągle powtarzających w tle stare piosenki Andrzeja Piaseczyńskiego. Tutaj natomiast mamy Kasię Kowalską. I to w pełnym przekroju. Od fazy „mam 20 lat, chodzę w glanach i zastanwiam się komu obciągnąć, żeby przebić się wyżej” aż do „mam 40 lat i nagle się zorientowałam, że obciągałam nie tym co trzeba”. Więć tylko w tym serialu jest możliwe wrzucenie na tło do sceny szybkiej jazdy na motorze po Warszawie kawałka „Wyrzuć tę złość”. No dramat, po prostu dramat. I piosenki są tak dobierane, że jezęli widz, jakimś cudem nie zorientował się, o co chodzi w danej scenie, to piosenka mu to wyśpiewa. Jaki ma sens, puszczanie 20 sekundowych fragmentów znanych z radia kawałków?

Jasne, to samo było w To Właśnie Miłość, ale to był film. nie serial w którym motywy powtarzają się w każdym odcinku. Naprawdę nie można było jakiegoś spokojnego instrumentalnego, neutralnego pitupitu wrzucić? W M jak Miłość jakoś na to wpadli. Z drugiej strony w Na Dobre I Na Złe, zostało to spatologizowane, po potrafią przywalić mrożącym w żylach keyboardowym „tin tin tin” przy pytaniu co jest na śniadanie.

I ta jeszcze powtarzana Reni Jusis przy wchodzeniu na skałki.

Ten serial, gdyby nie Brodzik, która jest straszna, byłby całkiem ok. Taka taśmowa komedia romantyczna w odrealnionej, bajkowej Warszawie, ot do obejrzenia i pomyślenia jak to oni mają fajnie, więc pewnie ja też kiedyś będę mógł. Tymczasem jest jak jest. A jak jest, najlepiej obrazuje oficjalny blog Magdy M. Tylko dla osób o mocnych nerwach i jako takiej znajomości wątków z serialu. To jest tak straszne, że czasem mam wrażenie, że sama Brodzik to pisze.

Bloc Party – Silent Alarm


muzyka · skomentuj

Bloc_Party_tcm64_116240.jpg

Bloc Party – Silent Alarm

01. Like Eating Glass
02. Helicopter
03. Positive Tension
04. Banquet
05. Blue Light
06. She’s Hearing Voices
07. This Modern Love
08. Pioneers
09. Price Of Gas
10. So Here We Are
11. Luno
12. Plans
13. Compliments

Więc to jest właśnie pierwsza w moim życiu płyta, która tak mi się spodobała, że aż postanowiłem ją sobie kupić i wkroczyć na radosną scieżke legalnej muzyki.

Najśmieszniejsze jest to, że nie są wcale wyjątkowi, za rok już nikt nie będzie ich pamiętał, ale na dzisiaj mogę powiedzieć: to bardzo miła muzyka. Z tej całej fali nowego rocka, co ją sztucznie stworzyli dziennikarze muzyczni, jakoś tylko właśnie BP przykuło moją uwagę.

W poszukiwaniu odpowiedzi Kod Leonarda Da Vinci


książki · skomentuj

Kod.jpg

Są takie chwile, gdy czuję się, jakbym żył w metropolii. Jest to na przykład moment, gdy na placyku pod metrem facet pod czterdziestke wrzeszczy, że wszyscy jesteśmy grzesznikami bo używamy prezerwatyw i nie kochamy Boga. Jest to też moment, taki jak dziś, gdy przechodząc przez obstawioną ulotkarzami bramę uniwerku dostałem do ręki zafoliowany numer magazynu studenckiego (Płyń) Pod Prąd z dołączoną książeczką której okładkę widzicie powyżej.

Rozumiecie, płyńcie bo ryba płynie, a ryba to Bóg. A Bóg to miłośc, czyli ryba jest miłością. Kochajmy ryby.

Przy okazji notki na temat marki House wspomniałem o lipnych studenckich gazetkach, które są wypełnione reklamami i artykułami sponsorowanymi i służą jedynie budowaniu pozycji w CV ich redaktorów. No i nie uwierzycie, jakie było moje zdumienie, gdy okazało się, że w PPP jest tylko pięć reklam. Ale za to jakich!

Obóz żeglarsko windsurfingowy organizowany przez Ruch Akademicki Pod Prąd (cokolwiek to znaczy);

Lady Fitness – klub zdrowego ruchu z ulicy Wajdeloty 28

Chrystus Dla Narodów Polska – Letnia Szkoła Sztuki i Służby

Liga Biblijna w Polsce

oraz skromniutki banerek 3miasta.pl

Tak też rozumiecie, w jakim mniej więcej, pozytywnym i uśmiechniętym klimacie jest ta gazetka. Co ciekawę, jest ona o studentach z Trójmiasta. Tak też pytanie: po co pod warszawskim uniwerkiem kolportować gazetkę dla studentów z Gdańska, Gdyni oraz Sopotu?

Odpowiedź jest prosta: ponieważ jest do niej dołączona książeczka W poszukiwaniu odpowiedzi Kod Leonarda Da Vinci. A jak wiemy, nie ma aktualnie większego zagrożenia dla katolicyzmu i chrześcijaństwa jak książka Dana Browna. Nie są tym zagrożeniem afery seksualne z udziałem ślubujących celibat księży, nie są tym swiecące pustkami kościoły, nie jest wreszcie problemem poziom znajomości biblii pośród wiernych. Jest tym zagrożeniem natomiast Kod Leonada Da Vinci. Bu.

Książka wydana nakładem Ruchu Nowego Życia, wydrukowana w Drukarni Archidiecezialnej w Katowicach z imprimaturem Kurii. Fajnie? Jasne, że fajnie.

Josh McDowell wypłodził 122 strony na temat wyprostowywania różnych złowrogich przekłamań książki Browna. Zrobił to o tyle przebiegle, że nie jest to żaden naukowy wywód czy też artykuł, ale rozmowa trójki dzielnych amerykańskich studentów: stanowiących parę Andree i Matta oraz ich przewodnika w prawdzie Chrisa. Chris, Christ, jakżeby inaczej, nie?

Narreacja jest pocieszna, nieco bibliografi, no bo przecież Kod jej nie miał. I jeden zasadniczny bład. Książka opiera się na zbijaniu jeden po drugim, argumentów fikcyjnego historyka występującego w książce Browna sir Leigha Teabinga. Argumenty zaś są zbijane za pomocą historyka stworzonego przez McDowella. Fikcje zbija Fikcja, natomiast książka kończy się wnioskiem, że Bóg jest miłością, a dotąd liberalna Andrea postanawia nie dawać już nigdy więcej czegokolwiek swojemu chłopakowi, przynajmniej przed ślubem.

Nie wiem ile kilogramów tego dziś rozkolporotwano, ale istnieje nadzieja, że prawda w narodzie nie zginie.
Polecam, chyba można za darmo to nawet dorwać przes stronę wydawnictwa.

I za to lubie to miasto, lubie takie religijne akcje bo czuję się wtedy jakbym żył w mieście Pająka Jeruzalem.